Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawica. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dziennik kwarantanny 09: Matka Kurka albo rozhisteryzowana baba z zaburzeniami

Od jakiegoś czasu udzielam się na Twitterze. Robię to bardziej w celach reklamowych niż z chęci brylowania na jakimś forum społecznościowym – zarówno Facebook, jak i Twitter to w dużej mierze strata czasu, chyba że ktoś ma zdolność celnej i szybkiej riposty, a przy tym potrafi to ubrać w zwięzłą formę – wówczas może wykorzystać te fora nawet do ewangelizacji.

Tymczasem jednak Twitter to różne obozy, który wzajemnie się atakują i nie biorą jeńców. Są dość mocno okopane i po krótkim czasie bez trudu można rozpoznać, kto jest nieprzejednanym PiS-owcem, kto Konfederatą, a kto lewakiem. W zasadzie próba poruszania się pomiędzy np. PiS-owcami a Konfederatami jest skazana na niepowodzenie. Jakaś krytyczna wypowiedź np. o Andrzeju Dudzie i traci się śledzących nasze wpisy PiS-owców. Jakaś krytyczna uwaga na temat Konfederatów i można zapomnieć o tym, że ktoś przygarnie cię do grona czytanych autorów. Takie jest przynajmniej moje wrażenie po kilku czy już kilkunastu tygodniach. Zostałem zablokowany nie tylko przez Olgę Tokarczuk, ale także przez „prawicowego” autora, którego sobie niegdyś ceniłem, choć nie we wszystkim się z nim zgadzałem – więc wiem, co mówię.

Od jakiegoś czasu kontrowersje na Twitterze i chyba też w innych mediach i na innych forach budzi kolejna wolta słynnego (a może: słynnej?) Matki Kurki. Muszę przyznać, że ceniłem sobie jego walkę z Owsiakiem, bo to praktycznie starcie Dawida z Goliatem, jeśli weźmie się pod uwagę medialne i biznesowe wsparcie twórcy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy oraz bezkrytyczną sektę jego wyznawców, którzy nie przyjmują żadnej krytyki. Z drugiej strony z ciekawością obserwowałem wpisy Matki Kurki w których kibicował (a może: kibicowała?) PiS-owi i entuzjastycznie wypowiadał się o kolejnych posunięciach Prezesa. Pamiętałem mgliście inne jego wcielenie, chyba jeszcze z czasów forum „Frondy”. Nigdy jednak nie śledziłem każdego jego tekstu.

Jak już wspomniałem, Kurka budzi od jakiegoś czasu mocne kontrowersje na Twitterze. Tym razem atakuje rząd Mateusza Morawieckiego za restrykcje wprowadzone w związku z koronawirusem. Robi to w iście histerycznym tonie (podobnie zresztą jak i inni „prawicowi” komentatorzy i dziennikarze, którym nie podobają się działania rządu). Wulgaryzmy, bluzgi i „dzielne” zdjęcia, na których Matka Kurka łamie przepisy i zalecenia rządowe – to w zasadzie standard – przynajmniej z tego, co dane mi było zobaczyć.

Jedni się od wypowiedzi Matki Kurki odcinają, inni przyjmują je z aprobatą. Nie wiadomo jeszcze, w którą stronę pójdzie ewolucja znanego blogera – czy nagle okaże się Konfederatą i zacznie pisywać na łamach „Najwyższego Czasu!”, czy będzie „niezależnym” autsajderem. Szaleństwa Matki Kurki traktuję z dużym dystansem. I wcale nie dlatego, bym uważał każde posunięcie rządowe za słuszne, choć wierzę (jako były PiS-owiec być może naiwnie) w dobrą wolę rządu Morawieckiego, czy dlatego, bym odmawiał komuś prawa do zmiany poglądów (sam przestałem wspierać w wyborach PiS, choć jednocześnie mam dużo wątpliwości co do Konfederacji). Z dystansem traktuję też komentarze, które sugerują, że Matka Kurka prowadzi działalność agenturalną i że właśnie przełożono wajchę, a jego mocodawcy wydali mu nowe polecenia.

Problem, jaki mam z Matką Kurką, to widoczny brak równowagi, zgoła niemęski. Dla mnie Matka Kurka to taka rozhisteryzowana baba z ostrymi zaburzeniami hormonalnymi. Wielgucki po prostu przechodzi od jednej skrajności w drugą. Może mi coś umknęło (bo jak mówiłem: nie śledzę każdej wypowiedzi tego blogera), ale przejście „od uwielbienia do wzgardy” jest u tego autora niebezpiecznie gwałtowne. To samo można powiedzieć o paru innych dziennikarzach i komentatorach. Niektórzy sobie wyobrażają, że używanie bluzgów, wulgaryzmów, inwektyw to cecha mocno męska. Te pohukiwania, wrzaski i bluzgi są w rzeczywistości symptomem braku równowagi i siły, reakcji uczuciowej, babskiej, a nie męskiej, za którą powinna kryć się chłodna kalkulacja i racjonalna analiza. Czytając wpisy i popisy Matki Kurki wiem jedno: nie powierzyłbym mu prowadzenia nawet małej firmy, a co dopiero stanowiska, na którym miałby jakikolwiek wpływ na rzeczywistość i losy wielu osób. W sytuacji kryzysowej doprowadziłby po prostu swoimi emocjonalnymi reakcjami do katastrofy.


środa, 19 lutego 2020

Telewizji publicznej nie sprywatyzuje nikt

Na Twitterze zobaczyłem propozycję kogoś z Konfederacji czy wspierającego Konfederację, by sprywatyzować TVP. Jest to postulat, pod którym mogę się podpisać obiema rękami, tym bardziej, że telewizji nie oglądam od lat, i jednocześnie postulat, który uważam za całkowicie nierealistyczny.

Wyobraźmy sobie, że oto mielibyśmy na przykład dwa TVN-y, bo TVP wykupiliby ci sami ludzie, którzy mają TVN, albo ludzie o podobnych poglądach. Jaki obraz rzeczywistości otrzymywaliby wówczas Polacy? Jakie szanse miałby nie tylko PiS, ale i sama Konfederacja, by zaprezentować swoje poglądy?

Oczywiście próby pomijania Konfederacji czy jej cenzurowania w mediach publicznych są skandaliczne. Nie zmieni to jednak faktu, że obecny układ medialny jest wynikiem układu z Magdalenki i licencji, a nie naturalnych procesów, które doprowadziłyby do wytworzenia się takich, a nie innych mediów. Obraz świata, który zatem otrzymują Polacy, jest obrazem skrzywionym. W tym katolickim kraju nie ma dużej, solidnej stacji katolickiej, która nadawałaby co kilka godzin serwis informacyjny albo miała osobny 24-godziny kanał z wiadomościami. Wyjątek stanowi jedynie telewizja TRWAM. TV Republika nie jest (jeszcze?) na tyle silna, by stanowić konkurencję dla Polsatu i TVN.

Tak więc TVP jest zbyt łakomym kąskiem, by którakolwiek partia go sobie odpuściła. Myślę, że nawet gdyby Konfederacja doszła do władzy, to długo by się zastanawiała, czy TVP sprywatyzować, czy raczej najpierw wyczyścić, a potem obsadzić swoimi ludźmi i walić ludziom swoją propagandę wolnego rynku, niskich podatków i dostępu do broni.


Photo by Trần Toàn on Unsplash

poniedziałek, 3 lutego 2020

Komu przyłożyć ruską pałką?

KO uderza co jakiś czas w PiS twierdząc, że rządząca partia działa na korzyść Putina. PiS uderza praktycznie bez przerwy w Konfederację, że to „ruscy agenci”. Konfederacja... hm... Konfederacja chyba jeszcze nie uderza w nikogo twierdząc, że to ruscy agenci, choć niewątpliwie politycy tej partii i dziennikarze z nią związani nie mają wątpliwości, że różna agentura działa w Polsce i ma swoje wpływy tu i ówdzie.

Twierdzenie, że PiS działa na korzyść Putina i Rosji jest oczywiście nonsensem. Choć z drugiej strony można by się zastanawiać, dlaczego nie angażuje się mocniej w porozumienie z Białorusią, pozwalając, by ciążyła ona w kierunku Rosji? Chyba ostatnio zaczęto coś na ten temat przebąkiwać, co może mieć związek z niedawną wizytą Mike’a Pompeo na Białorusi. No, ale nie o to chyba krytykom z liberalnej i lewicowej opozycji chodzi, bo sami nie prowadziliby polityki wobec Białorusi innej.

Twierdzenie, że Konfederacja to ruscy agenci, jest tak samo śmieszne, jak sugerowanie, że PiS to partia proputinowska albo „bolszewicka”. Fakt, że ktoś tam z polityków Konfederacji udzielił jakiegokolwiek wywiadu rosyjskim mediom, jeszcze o niczym nie świadczy. Gdyby taką argumentację traktować poważnie, to należałoby jednocześnie wykląć wszystkich polityków prawicy, którzy udzielili kiedykolwiek jakiegokolwiek wywiadu „Gazecie Wyborczej”, albo każdego księdza, który zgodził się na rozmowę z tą gazetą. Już zresztą o tym pisałem.

Intencje PiS-u w przypadku Konfederacji są jasne, a po mediach społecznościowych krąży wywiad z Adamem Lipińskim, który o tym mówi wprost. Gorzej, że poważni ludzie, a także zwykli wyborcy naprawdę traktują to serio (albo tak udają). PiS musi się liczyć z odpływem części elektoratu do Konfederacji, a moim zdaniem jest on nieunikniony. Wypowiedzi takie, jak najnowsza wypowiedź prezydenta Dudy o związkach partnerskich, czy ustępstwa w sprawie obrony życia dzieci nienarodzonych do tego się przyczynią wcześniej czy później. Dopóki konserwatywna alternatywa nie miała swoje reprezentacji w Sejmie, dopóty PiS mógł spać w miarę spokojnie. Choć Konfederacja nie wprowadziła swoich przedstawicieli do europarlamentu, to jednak ma jedenastu reprezentantów w Sejmie, a jeśli dobrze to rozegra, może uda się jej wprowadzić kolejnych.

Mechanizm jest prosty – do tej pory konserwatywni wyborcy myśleli sobie, że lepszy nienajlepszy PiS niż PO, który wpuści całą lewicową zarazę z zachodu do Polski. Teraz widzą, że jest szansa, by rozwalić układ. Dlatego PiS zastrzega się, że nie będzie żadnej koalicji z Konfederacją. Wciąż chce utrzymywać to motywowane strachem poparcie dla siebie. Może się na tym przejechać.

O intencjach KO nawet nie ma, co mówić. Dość powiedzieć, że są wśród nich politycy, którzy dawniej służyli wiernie PZPR, a teraz mają czelność pouczać innych na temat integracji europejskiej. Udając amnezję, chętnie też mówią o bolszewizmie PiS-u. Z obrzydzenia nie powiem już nic więcej.


środa, 30 października 2019

Kompromis eksterminacyjny albo niech żyje prawo i sprawiedliwość!

Nie oglądam telewizji, o czym wiedzą czytelnicy tego bloga, jednak ostatnio mnie pokusiło, by odnaleźć w Internecie stronę Telewizji Polskiej i obejrzeć obszerne fragmenty zarejestrowanego programu, w którym prowadzący rozmawiał z przedstawicielami partii, które dostały się do Sejmu w ostatnich wyborach. Po lewej stronie prezentera znalazły się panie z lewicy, jedna skrajniejsza, druga nieco bardziej powściągliwa. Naprzeciwko byli panowie z prawicy, a ze studia chyba w Radomiu łączył się Grzegorz Braun.

Muszę przyznać, że było to żałosne widowisko. Głównie za sprawą pań z lewicy, które reprezentowały jednocześnie mocny nurt bezmyślności w polskiej (i nie tylko) polityce, nurt, który można by też określić jako emocje bez wsparcia rozumu. To zresztą nie pierwsza i nie ostatnia kompromitacja tych pań, o czym świadczy niedawny głośny wyskok innej ich reprezentantki, a mianowicie pani, która ubolewała nad spaleniem na stosie Brunona Schulza.

Znaczna część programu, którą można było sobie odpuścić, miała charakter bardziej kabaretowy niż poważny. Cóż bowiem myśleć o dywagacjach językowych pani z lewicy, która domagała się żeńskich form rzeczowników, które zwyczajowo są w języku polskim używane w formach męskich? Może tyle tylko, że było to specyficzne zaklinanie rzeczywistości? A poza tym bicie piany, w którym prowadzący program usiłował przekonać lewaczkę, że trzeba by było również zmienić treść odpowiednich dokumentów państwowych, łącznie z samą Konstytucją.

Zgrozę natomiast wywoływała u mnie następna część programu, w którym zaczęto dywagować nad tematem aborcji. Panowie, słusznie zresztą, dowodzili, że zgodnie z nauką nienarodzone dziecko jest człowiekiem. Pani z lewicy uważała natomiast, że kiedy była w ciąży, to była po prostu... w ciąży i nie było mowy o żadnym „noszeniu dziecka pod sercem” – który to termin zresztą uznała za „kościelną mowę” – bo to, co nosiła, nie było dzieckiem. Nawet nie próbuję się domyślić, dlaczego wobec tego ta pani uważała, że zabijanie nienarodzonych – nazywane dla zmyłki „aborcją” – może być dopuszczalne do dwunastego tygodnia ciąży. Skoro to nie jest dziecko, to po co te ograniczenia? Logiki w tym nie było żadnej, a zasada niesprzeczności była pewnie tak obca tej pani, jak przeciętnemu człowiekowi życie na obcej planecie w innym systemie słonecznym.

To, że owa pani miała mózg w doskonałym stanie, bo nieużywany, było aż nadto widoczne, więc szkoda poświęcać na nią więcej czasu. Zdumienie natomiast wywoływali panowie – z wyjątkiem samotnego w tym towarzystwie Grzegorza Brauna – którzy z zasadą niesprzeczności wydawali się też mieć widoczny problem, choć z początku stwarzali pozory, że z szarych komórek mózgowych korzystają. Pomijam już nawet uleganie mowie-trawie pani z lewicy i pozwolenie na to, by wpuściła ich w kanał, jakim były dywagacje o tzw. „średniowieczu”.

Otóż pan z PiS-u nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że nienarodzone dziecko jest po prostu człowiekiem. Jednocześnie jednak obstawał przy tzw. „kompromisie” aborcyjnym, zarzucając Grzegorzowi Braunowi i ogólnie Konfederacji ekstremizm. Rzecz jasna pojawiły się argumenty zgodne z linią partii, że ten zgniły „kompromis” pozwala ocalić dzieci, które inaczej byłyby mordowane w wyniku zmiany przepisów.

Aby uświadomić sobie całą grozę takiego rozumowania, wyobraźmy sobie sytuację z rzeczywistości alternatywnej. Oto Europa po kontrolowanym upadku III Rzeszy. W jednym z państw europejskich (podobnie jak i w pozostałych) ciągle obowiązują jeszcze pozostałości prawa hitlerowskich Niemiec. Eksterminacja Żydów istnieje, ale w ograniczonym zakresie. W wyniku tzw. „kompromisu eksterminacyjnego” Żydów można mordować jedynie w ściśle określonych przypadkach. Na przykład wówczas, kiedy Żyd stanowi zagrożenie życia lub zdrowia. Albo wówczas, kiedy Żyd ma wrodzone wady, które uniemożliwią mu normalne funkcjonowanie.

W kolejnych wyborach do parlamentu tego kraju dostaje się partia konserwatywna, która jako jedyna stoi na stanowisku, że Żydzi jako ludzie mają prawo do życia i w związku z tym obowiązujące przepisy należy zmienić. Partia prawicowa, która po raz drugi wygrała wybory stoi na stanowisku podobnym, ale twierdzi, że niestety wszelka zmiana prawa doprowadzi do przesunięcia wahadła i w następnych wyborach ustawodawstwo zostanie zmienione tak, by dopuścić eksterminację Żydów bez ograniczeń. Dlatego regulacji nie zmieni i będzie bronić „kompromisu eksterminacyjnego”. Dodam, że w tej rzeczywistości alternatywnej owa partia prawicowa, która broni sprawiedliwości i prawa, również nie robi nic, by zmienić mentalność obywateli swego kraju. Straszy natomiast ekstremizmami.


piątek, 27 września 2019

„Zło dobrem zwyciężaj”, czyli szlachtowanie niewinnych dzieci jest dobrem

Wypowiedź pana premiera dla „Gościa Niedzielnego” w zasadzie sama się komentuje. Ślepota polskich polityków jest po prostu zatrważająca. Przeczytajcie sobie sami. Ja w każdym razie głosu na PiS już nie oddam. Martwi mnie tylko, że Konfederacja nie wystawiła nikogo do Senatu we Wrocławiu.


środa, 28 sierpnia 2019

„Dlaczego prawica nienawidzi przyrody?”

Przypomina mi to pytanie zadane przez pewien tygodnik, który na okładce zamieścił coś takiego: „Dlaczego Kościół nienawidzi dzieci z próbówki?” Opór, jaki Kościół stawia niegodziwej metodzie in vitro, został tutaj sprowadzony do nienawiści wobec samych dzieci, które w wyniku tej metody się poczęły. Absurdalność tej logiki rozumowania powinna z miejsca być wyśmiana przez każdego, kto otarł się o okrojony kurs logiki w czasie studiów. Równie dobrze można by spytać: „Dlaczego Kościół nienawidzi dzieci poczętych w wyniku gwałtu?” Pomijam już sam fakt, że Kościół broni godności ludzkiego życia od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Trudno więc posądzać go o nienawiść do kogokolwiek, z wyjątkiem nienawiści do grzechu.

Pytanie, które zacytowałem w tytule, jest tak absurdalne, jak tylko można. Ale widać nie zdają sobie z tego sprawy redaktorzy, którzy takim tytułem opatrzyli artykuł w redagowanej przez siebie gazecie. To idiotyczne i manipulacyjne pytanie wzięli na „warsztat” panowie z PChTV. Warto posłuchać.

środa, 7 sierpnia 2019

Problem cenzury w sieci – gdzie są przedstawiciele rządu?

W Sejmie w tej chwili w ramach specjalnej komisji toczy się debata na temat cenzury w Internecie. Są przedstawiciele różnych mediów, nie ma natomiast żadnego przedstawiciela rządu ani przedstawiciela firmy Google, która to firma jest m.in. odpowiedzialna za cenzorskie praktyki w sieci.

Warto zauważyć coś, na co też zwracają uwagę debatujący – że cenzura gigantów medialnych dotyka głównie, a może wyłącznie mediów prawicowych, katolickich, konserwatywnych. Jest więc jawną dyskryminacją ze względów ideologicznych. Co więcej, jak podkreślają poszczególni mówcy, takie praktyki są przez polskie prawo zabronione. Co więc robi rząd i dlaczego nikt z rządu nie stawił się na debatę – ani przedstawiciel Ministerstwa Cyfryzacji, ani przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości? Czyżby dlatego, że cenzura dotyka głównie mediów, które bywają mocno krytyczne wobec obecnego rządu?


sobota, 3 sierpnia 2019

YouTube cenzuruje i usuwa konto niezależnej telewizji!

Kolejne działania cenzorskie medialnego giganta, który właśnie usunął kanał niezależnej telewizji wRealu24.pl. O sprawie można przeczytać tutaj. Natomiast tutaj można się przekonać, że kanał wRealu24.pl przestał istnieć. Wygląda na to, że po wzmożeniu aktywności ruchu homobolszewików przyszedł czas na cenzurowanie prze wyborami niezależnych mediów i portali.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Kolejne przykłady współczesnej cenzury - Apple usuwa katolicki kanał

Wiem, dzisiaj ważne święto – rocznica wybuchu jednego z najbardziej tragicznych powstań w dziejach Polski – Powstania Warszawskiego i warto o tym pamiętać, a także pomodlić się za tych, którzy wówczas zginęli walcząc o wolną Polskę, do czego zachęca portal PCh24.pl. Jednak nie sposób milczeć, kiedy pojawiają się kolejny przykłady cenzurowania prawicowych czy katolickich mediów, spychania ich do getta i eliminowania ze sfery publicznej. Ci, którzy głoszą rzekomo „tolerancję”, nie mają tolerancji dla wrogów „tolerancji”.

Pisałem już o cenzorskich zapędach YouTube’a i blokadzie filmów i produkcji naszych rodzimych niezależnych telewizji i redakcji. Tym razem przyszła wiadomość z Ameryki, gdzie Apple zablokował publikację wiadomości na swojej platformie katolickiemu portalowi LifeSite. Jak podaje LifeSiteNews, Apple najpierw zaaprobował publikację wiadomości, a potem nagle usunął ze swojej platformy, pod pretekstem „nietolerancji wobec określonej grupy”, kanał tej katolickiej redakcji. Oczywiście nie podał, kim ta „określona grupa” w ogóle jest.

O sprawie z polskich mediów pisze portal PCh24.pl.

To nie pierwszy przykład cenzurowania konserwatywnych i katolickich mediów. Przykładów manipulacji i blokowania treści „nielewomyślnych” jest już tak dużo, że można by na ten temat napisać sporą książkę albo nawet kilka książek. Myślę, że czas, aby media katolickie i konserwatywne zorganizowały się na skalę międzynarodową i podjęły działania w celu stworzenia własnej i niezależnej platformy medialnej, na której będzie można publikować filmy i wiadomości bez cenzury i ingerencji wielkich koncernów, które wspierają lewicę i homobolszewików.


czwartek, 23 maja 2019

W nadchodzących wyborach oddam głos na Konfederację

Mimo swoich wątpliwości co do niektórych ludzi w Konfederacji, na których prawdopodobnie normalnie bym nie zagłosował, postanowiłem oddać swój głos w wyborach do parlamentu UE właśnie na tę nową siłę na prawicy. To już drugi raz, kiedy nie oddam głosu na PiS. Jakoś nie przerażają mnie ataki na Konfederatów i brednie o „ruskich agentach”. PiS-owi należy się czerwona kartka i postanowiłem w tym roku nie ulegać szantażowi, że jeśli nie zagłosuję na PiS, to wygra lewica.

Pisałem już na tym blogu, że wygrana Zjednoczonej Prawicy w wyborach prawie cztery lata temu mnie cieszyła. W dalszym ciągu uważam, że był to ważny przełom, a kolejne lata tylko potwierdziły, że dobrze się stało. Śmieszą mnie też próby zwracania się przez liderów PO do wyborców PiS-u. Nie miejmy złudzeń – normalny wyborca PiS-u nigdy na PO nie zagłosuje. Prędzej już chyba oddałby głos na skrajnych nacjonalistów, gdyby tacy mieli jakąkolwiek szansę. PO skompromitowała się do cna, a fasada, jaką tworzyła ta partia, już dawno się pokruszyła i rozpadła. Jeśli ktoś tego nie widzi, to jest po prostu bardzo naiwny. Wzięcie na pokład postkomuchów, coraz wyraźniejsze deklaracje o wprowadzaniu związków partnerskich, ukłony w stronę lobby homoseksualnego – to wszystko wyraźnie świadczy o tym, że nie mamy tutaj żadnej „chrześcijańskiej demokracji”, żadnego „Kościoła łagiewnickiego”, ale po prostu coraz radykalniejszą lewicę.

Ale moje sympatie do PiS-u, które żywiłem przez długie lata, nie mogą przesłonić faktu nie wywiązania się z pewnych istotnych obietnic wyborczych i robienia prawicowych wyborców w konia. Uważam zatem, że np. ochrona życia nienarodzonych jest wręcz ważniejsza niż wszelkie projekty poprawiający dobrobyt i zamożność społeczeństwa. Podważanie podstaw cywilizacji europejskiej, a tym jest brak pełnej ochrony nienarodzonych, skończy się wcześniej czy później totalitaryzmem i nie ukryją tego najpiękniejsze słowa o tolerancji i braterstwie. Tchórzostwo PiS-u w tej sprawie jest czymś, co szczególnie mnie bulwersuje. Nie jest to też jedyna kwestia.

Konfederacja nie jest dla mnie ideałem. Gdyby odniosła nawet sukces umożliwiający w przyszłości rządzenie, z pewnością doszłoby do spięć i konfliktów w paru sprawach. Jednak jest tam paru ludzi, na których spokojnie mogę oddać głos. Jest jakaś szansa, że pojawią się tam wcześniej czy później jacyś młodzi, którzy mają poukładane w głowach i może w jakiejś przyszłości, jeśli ta formacja przetrwa, poprowadzą ją do zwycięstwa, broniąc prawdziwej cywilizacji europejskiej i Kościoła katolickiego.
Tymczasem PiS-owi należy się czerwona kartka. Zamiast wstrzymać się od głosu albo głosować z zaciśniętymi zębami na PiS (bo wygra lewica), moim zdaniem lepiej oddać ten głos na Konfederację. Po tych wyborach pomyślimy, co dalej. Może też liderzy Zjednoczonej Prawicy przemyślą sprawę.


piątek, 4 stycznia 2019

Czas pożegnać się z PiS-em

Z coraz większą przykrością obserwuję działania naszego „prawicowego” rządu. Wprawdzie nie żałuję swojego głosu oddanego na rządzących obecnie Polską, bo uważałem i uważam, że PO należało stanowczo odsunąć od władzy, to jednak trudno mi powiedzieć, by rząd Zjednoczonej Prawicy był moim rządem.

Głosując na PiS nie miałem złudzeń i wiedziałem, że nie jest to partia moich marzeń. Przypuszczałem wręcz, że będzie to takie PO-bis, ale uczciwsze i wychylone nieco bardziej na prawo. Miałem jednak nadzieję, że w pewnych sferach politycy PiS-u zrobią porządek, a może nawet mnie zaskoczą i wykażą się konsekwencją w kwestiach światopoglądowych. Z początku wydawało się nawet, że faktycznie tak będzie. Niestety w wielu sprawach się zawiodłem.

Sądziłem, że na przykład politycy „prawicy” przywrócą podstawowe poczucie sprawiedliwości, rozwiązując raz i na zawsze problem lichwy, jakiej ofiarą padli tzw. „frankowicze”. Ze wszelkich obietnic w tej sprawie wycofano się rakiem (i dotyczy to zarówno rządzącej partii, jak i samego prezydenta, do którego kancelarii notabene wysłałem e-mail wycofujący moje poparcie), a obecnie chyba nikt już o tym nie mówi. „Frankowicze”, na których napuszcza się na dodatek innych kredytobiorców, zostali sami ze swoim problemem i toczą nierówną walkę w sądach, bez wsparcia państwa, które samo zdaje się być zakładnikiem banksterów (bo jak inaczej ocenić tę całą sytuację?). Notabene szkoda, że w tej kwestii nie słychać również głosu Kościoła – przecież przez wieki występował przeciwko lichwie.

Sprawa frankowiczów to jeden z głównych problemów, o których oficjalna propaganda sukcesu, uprawiana przez media prorządowe, milczy.

Jednak choć kwestia ta (jak wiele innych) jest bardzo istotna, to jeszcze istotniejsza jest sprawa np. aborcji. Tutaj tzw. „prawica” zawiodła swoich wyborców, liczących na obronę cywilizacji europejskiej, czyli po prostu cywilizacji zbudowanej przez Kościół katolicki. PiS różni od PO tylko to, że partia ta jest hamulcową zmian, jakie następując w gwałtownym tempie w Europie i na świecie – zmian, które są coraz szybszym staczaniem się w barbarzyństwo, które przyniesie opłakane i katastrofalne skutki. PiS zamiast bronić cywilizacji europejskiej i dążyć do jej odbudowy, jedynie spowalnia zmiany prowadzące do jej destrukcji. Konsekwencją może okazać się gwałtowna erozja, jaka nastąpiła na przykład w Irlandii, a wolty takich polityków jak Patryk Jaki zdają się nie pozostawiać tutaj żadnych wątpliwości.

PiS obecnie, unikając tematu rozwiązania problemu aborcji eugenicznej, wydaje się grać na tzw. mitycznego wyborcę „centrowego”, ale może się na tej grze przejechać. Sądzę, że politycy PiS-u, a konkretnie Jarosław Kaczyński, mylnie oceniają sytuację. Lawirowanie w kwestii aborcji nie pozyska tej partii zwolenników, a zniechęci wyborców konserwatywnych, którzy chcą w kwestiach światopoglądowych zdecydowania i śmiałej obrony tradycyjnych wartości, co oznacza po prostu obronę prawdziwej cywilizacji europejskiej.

Z drugiej strony wydaje się jednak, że politycy PiS-u liczą na to, że konserwatywny wyborca będzie w sytuacji bez wyjścia – nie mając silnej konserwatywnej alternatywy, zaciskając z wściekłości zęby, i tak odda swój głos na PiS, bo powrót do władzy PO czy jakiegoś innego KOD-u uzna za gorszą katastrofę. Chciałbym, aby politycy PiS-u się pomylili. Ale gdzie ta alternatywa? Ja takiej nie widzę, a głosu na PiS ponownie oddać nie chcę. Tak jak nie chcę powrotu do władzy liberalnej sitwy.


sobota, 29 grudnia 2018

Czy Pan Bóg będzie sprzyjał władzy, która bardziej boi się ludzi?

Nasza „prawicowa” (cudzysłów jak najbardziej uzasadniony) władza niestety jest na bakier z Dekalogiem, a zwłaszcza z przykazaniem piątym: „Nie zabijaj”. Jeśli będzie ignorować się prawa Boże, trudno będzie mówić o przywróceniu pełni cywilizacji europejskiej w Polsce. Nawet największe sukcesy gospodarcze nie będą mieć żadnego znaczenia.

Jednak słupki sondażowe więcej znaczą dla rządzących niż Boże przykazania. Dlatego władza ta przegra, nawet jeśli uda się jej wygrać nadchodzące wybory parlamentarne. Przypomina o tym w dniu Świętych Młodzianków biskup Balcerek, który stwierdził jednoznacznie: „Nie będzie błogosławieństwa Bożego dla obecnej władzy, jeśli nie wprowadzi prawnej ochrony życia. Upadnie, jak upadły poprzednie rządy”. I nie pomoże tu nawet najwspanialsza propaganda „naszych” mediów, które sprzyjają rządzącym.


poniedziałek, 10 września 2018

Jak Jarosław Kaczyński mnie przeraził


Niestety znowu będzie o moim ulubieńcu, czyli Patryku Jakim. A to za sprawą Prezesa, którego słowa przytoczył ostatnio onet. Mianowicie Jarosław Kaczyński tak się wypowiedział o kandydacie na prezydenta Warszawy: to „ktoś, kto może w polskiej historii następnych dziesięcioleci (...) wiele znaczyć, wiele zrobić, wiele zrobić dobrego”. Ponoć Kaczyński uświadomił to sobie jeszcze dawno temu na jakimś „młodzieżowym spotkaniu”.

Cóż ja mogę na to powiedzieć? „Raczej nieszczęście” – by zacytować klasykę polskiego kabaretu.

Z mojego punktu widzenia właśnie te zalety Jakiego, których w żaden sposób nie podważam, bo wydaje się, że jest to młodzieniec pełen energii i dość pracowity, jak najgorzej wróżą polskiej przyszłości. Jeśli mamy do czynienia z takim politykami, jak Biedroń czy Trzaskowski, od razu wiadomo, że są to politycy na bakier z nauką moralną Kościoła i że będą wprowadzać konsekwentnie rozwiązania, które staną się w Polsce kolejnymi przyczółkami cywilizacji śmierci. Natomiast w przypadku Jakiego dla przeciętnego wyborcy oczywiste to takie nie jest.

Pisałem już na tym blogu, że Jaki jest bardziej niebezpieczny od Trzaskowskiego (co – jeszcze raz podkreślę – nie oznacza, bym głosował na kandydata PO, gdybym mieszkał w Warszawie). Dlaczego? Bo w moim przekonaniu Jaki – przy milczeniu hierarchii Kościoła katolickiego w sprawie jego wypowiedzi o in vitro oraz przy bezkrytycznym chwaleniu go przez „nasze” media (z paroma wyjątkami) – będzie przyczyniał się do niezauważalnego demontażu cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce. Jeśli wypowiedzi polityków lewicowych czy liberalnych od razu budzą opór w przeciętnym katoliku, bo wprost mówią oni o tym, co dla przeciętnego człowieka jest horrorem, to w przypadku „naszego” polityka to takie oczywiste nie jest.

Jaki wypowiada się przeciwko aborcji eugenicznej (nie wiem, czy generalnie przeciwko aborcji jako takiej), ale jest już na bakier z nauką Kościoła, gdy chodzi o in vitro. Hierarchia milczy i nie prostuje jego wypowiedzi, gdy polityk ów stwierdza, że jego podejście nie różni się od Episkopatu. Jeśli to nie jest tylko gra wyborcza (co samo w sobie jest oburzające, bo nie wyobrażam sobie, by polityk katolicki w taki sposób zdobywał sobie elektorat), to oznacza, że katolicki wyborca głosując na Jakiego jednocześnie głosuje na cywilizację śmierci wprowadzaną do Polski stopniowo. Albo inaczej: głosuje za tym, by ludzi w Polsce stopniowo do tej cywilizacji przyzwyczajać. Po Jakim przyjdą inni politycy „prawicowi” (jeśli jego poglądy za parę lat nie ewoluują), którzy będą przeciw aborcji, a nawet za oraz przeciw „małżeństwom homoseksualnym”, a nawet za – podobnie jak Jaki jest przeciw in vitro, a nawet za.

To wszystko odbywa się przy medialnej nagonce na krytyków takiego postępowania, jakie uosabia sobą Jaki. Tak jak dzieje się to w przypadku sprzeciwu przedłużania kwestii zakazu aborcji eugenicznej. Znani obrońcy życia są określani jako rozbijający prawicę, kiedy w rzeczywistości prawicę rozbijają politycy, którzy są w prawicowym rzekomo PiS-ie, a powinni znaleźć się w PO, SLD czy jakiejś organizacji feministycznej. Przeciętny wyborca prawicy, który nie ma czasu zaprzątać sobie głowy śledzeniem politycznych debat, bo zaabsorbowany jest wiązaniem końca z końcem, pójdzie i zagłosuje na Jakiego czy Lichocką, nieuświadamiając sobie, że w imię jedności prawicy przyczynia się być może do demontażu cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce.

Jeśli zatem za kilka lat doczekamy się upadku katolicyzmu w Polsce i podobnej sytuacji, z jaką obecnie mamy do czynienia w Irlandii, to wielkie „zasługi” położą w tej dziedzinie ci politycy, którzy – słowami Jarosława Kaczyńskiego – mogą „wiele zrobić dobrego”. Niestety spory udział będzie w tym miało duchowieństwo, które milczy i takich polityków nie przywołuje do porządku po imieniu.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Lichocka i Jaki rozbijają prawicę, czyli kto krzyczy: „Łapać złodzieja!”


Może wyglądać na to, że się uwziąłem na tych polityków, ale są oni dla mnie symbolem pewnych postaw, które źle wróżą zarówno przyszłości PiS-u, jak i przede wszystkim przyszłości Polski. A więc tak naprawdę nie chodzi jedynie o Patryka Jakiego i Joannę Lichocką – są oni pewnego rodzaju pars pro toto, egzemplifikacją postaw, jakie są dla mnie nie do przyjęcia w partii stricte prawicowej.


Joanna Lichocka oskarża m.in. Kaję Godek, Jerzego Kwaśniewskiego z Ordo Iuris, Marka Jurka czy Krzysztofa Bosaka o rozbijanie prawicy i realizację jakiegoś programu politycznego przeciwnego PiS-owi. Wygląda na to, że chyba szczególnie uwzięła się na Kaję Godek, bo całkiem niedawno znowu ją zaatakowała, ale jednocześnie nie chce konsekwentnie podjąć wyzwania i powtórzyć swych zarzutów na antenie radia w bezpośrednim starciu z przedstawicielką projektu „Zatrzymaj aborcję”.


Joanna Lichocka tak naprawdę zachowuje się jak złodziej, który dla odwrócenia uwagi krzyczy: „Łapać złodzieja” i wskazuje na jakiegoś kompletnie niewinnego człowieka w nadziei, że wszyscy za nim pobiegną. Któż bowiem tak naprawdę rozbija ową „jedność prawicy”? Ordo Iuris? Kaja Godek? Ludzie, którzy popierają projekt „Zatrzymaj aborcję” i w większości podpisali go rzekomo niezapoznawszy się z jego treścią? Wolne żarty! Tacy politycy, jak np. Marek Jurek, wykazują się po prostu konsekwencją i podkreślają, że aborcja to nie jest kwestia, w której można iść na jakieś kompromisy, bo chodzi tu o sprawy fundamentalne, dotyczące życia ludzkiego.


Tymczasem Joanna Lichocka jest na bakier z nauką moralną Kościoła, nienarodzone dziecko z wrodzonymi wadami nazywa „uszkodzonym płodem”, a projekt, który zakłada ochronę takich dzieci określa „nieludzkim” (!). Czy zatem prawicowy wyborca może z czystym sumieniem oddać na panią Lichocką swój głos? Jako taki wyborca mogę odpowiedzieć jednoznacznie i bez wahania – NIE! Obrona życia ludzkiego od poczęcia do chwili naturalnej śmierci jest kwestią fundamentalną i nie mogę głosować na polityka, który te kwestie lekceważy, a nawet głosi poglądy, które sytuują go bardziej w gronie feministek w rodzaju Manueli Gretkowskiej czy Kazimiery Szczuki. Jeśli Lichocka faktycznie nie chce rozbijania prawicy, niech odda swój mandat poselski i ustąpi miejsca komuś, kto naprawdę głosi poglądy prawicowe!


Przypadek Jakiego jest również symptomatyczny. W gruncie rzeczy nieco przypomina drogę niejakiego Misia, który w młodości wypowiadał się o homoseksualistach per „pedały”, a gdy już dostał się dzięki prawicowym wyborcom do Brukseli, okazało się, że byłby „more than happy” uczestniczyć w imprezie o wyraźnie homoseksualnym charakterze. Jaki wprawdzie nie deklarował (jeszcze?) chęci uczestnictwa w paradzie homoseksualnej, choć jest gotów zezwolić na jej przemarsz przez Warszawę, jeśli spełni wymogi formalne, a także nie będzie walczyć z bluźnierczą tęczą, jeśli ponownie zostanie zainstalowana na placu (nomen omen) Zbawiciela. Uzasadnia to tym, że nie chce stolicy „ideologicznej”. Można by jeszcze od biedy spróbować przymknąć na to oko i stwierdzić, że wszak każdy powinien mieć prawo do demonstrowania swoich poglądów, choć nasuwają się wątpliwości, czy akurat w tak wyuzdany sposób, jak robią to homoseksualiści i transwestyci, i czy przymykanie oka na ewidentne zło w miejscu publicznym jest faktycznie dobrą prawicową polityką (pisałem o tym tutaj).


Patryk Jaki okazuje się natomiast być kompletnie na bakier z nauką moralną Kościoła w sprawie in vitro i sugeruje możliwość finansowania in vitro z budżetu miasta, co jest o tyle zadziwiające, że deklaruje się jako przeciwnik aborcji i chyba jeszcze tej deklaracji nie zmienił. Jak to jest, że jedno z drugim mu się nie kłóci, nie wiem. Widać jednak w sprawie in vitro „zmądrzał”, tak jak Misio „zmądrzał” w sprawie homoseksualizmu. Okazuje się bowiem, że wcześniej wydał nawet specjalne oświadczenie, w którym odcinał się od popierania in vitro. No cóż, Misio „zmądrzał” w Brukseli, Jaki „zmądrzał”, kiedy został kandydatem na prezydenta Warszawy. Pytanie tylko: w imię jakich racji ma prawicowy wyborca głosować na takiego kandydata? I nie mówcie mi, że krytycy tej kandydatury rozbijają prawicę! To Jaki ją rozbija, bo głosi poglądy pasujące bardziej do SLD czy innego PO.


Powtórzę to, co napisałem na wstępie: Jaki i Lichocka to egzemplifikacje problemu stojącego przed PiS: politycy, którzy nie są tak naprawdę prawicowi, a tym samym rozbijają jedność prawicy, bo prawicowy wyborca nie może z czystym sumieniem na nich zagłosować. Albo PiS pozbędzie się ich z partii, albo wyborcy poszukają sobie własnych kandydatów gdzie indziej. I z pewnością nie będzie to PO czy Nowoczesna. 

czwartek, 3 maja 2018

Myszkując po Internecie: Marek Jurek – imperatywem prawicy jest cywilizacja życia


Miałem już o tej posłance nie pisać, a więc by się nie powtarzać i nie przywoływać imienia pani, która z szeregów prawicy sama się wyklucza, zachęcam tym razem, by sięgnąć po wywiad, jakiego europoseł Marek Jurek udzielił „Naszemu Dziennikowi”.

Przytoczę może fragment wypowiedzi tego polityka, w której przypomina, kto tak naprawdę rozbijał prawicę. Przypomnijmy, że była dziennikarka, a obecnie posłanka, oskarżyła Marka Jurka o rozbijanie prawicy w czasach pierwszego rządu PiS-u: „Pani poseł mówi o wydarzeniach, kiedy sama rozbijała prawicę, gdy wspólnie z Marią Czubaszek, Moniką Olejnik, Katarzyną Kolend-Zaleską podpisywała osławiony Apel 8 Marca, by nie potwierdzać w Konstytucji, że dziecku przysługuje godność ludzka od momentu poczęcia. Wtedy tylko o to chodziło, o zapis skromniejszy niż w konstytucji Węgier”.

Reszta na stronach Naszego Dziennika. Naprawdę warto przeczytać.

Notabene w kolejną rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja chciałoby się, aby Polska miała konstytucję, która będzie właśnie bronić i chronić życie człowieka od chwili poczęcia do naturalnej śmierci.