Jest jeden wiersz w najnowszym tomiku Piotra Sommera, który mną poruszył, wstrząsnął, choć sama książka nie wywołuje takiego mojego zachwytu, jak „Czynnik liryczny”. Podobnie, jak w omawianym tutaj wcześniej „Te Deum” Tadeusza Dąbrowskiego, jest to wiersz o... przemijaniu. I o samotności. Ten utwór to „Kolekcja jesienna”.
Charakterystyczną cechą poezji Piotra Sommera, wspomnianego w poprzedniej części Jana Polkowskiego, Tomasza Jastruna, Bronisława Maja i paru innych poetów, którzy w latach osiemdziesiątych byli czytani i popularni, jest coś, co nazwałbym „rodzinnością” albo wspólnotowością. To jest ta cecha, która ich łączy. U Polkowskiego pojawiają się, wymieniani z imienia, dzieci, żona, a Polska i polskość, świat zagrożonych wartości kojarzy się z kręgiem najbliższych, nabierając przez to niepokojącej i przejmującej konkretności. Ojczyzna to już nie jest jakaś abstrakcja, piękne słowo. To jest ta jedna, jedyna, najukochańsza osoba, którą trzeba uchronić przed zimnem, mrokiem, nicością. U Sommera, oprócz najbliższej rodziny, są to różni przyjaciele, znajomi. Jakby ten krąg powiązań międzyludzkich stanowił jakąś wątłą barierę przed złem, przemocą, potęgą wrogiego systemu; jakby dodawał sił, bronił przed samotnością. To w tym kręgu też jest to prawdziwe życie, bo
"Jeśli to nie jest życie
to chciałbym wiedzieć, co to"
("Czynnik liryczny")
Dlatego też wydaje mi się, że wbrew pozorom taki poeta, jak Polkowski przygotowywał grunt na pojawienie się Świetlickiego, był jego prekursorem. Aczkolwiek Świetlicki odrzucał ten świat wartości, symboli, które Polkowski odświeżał, którym przywracał życie i namacalną niemal realność.
Prekursorem Świetlickiego był też wobec tego w pewnym sensie Sommer. Ale właśnie u Sommera ważny jest ten czynnik wspólnotowy. Który odnajdujemy także w „Dniach i nocach”. W wierszu zatytułowanym tak, jak cały tom, czytamy:
„Bo chcieć coś robić
w pojedynkę, to jednak cienko brzmi
a nawet znaczy”.
Na tym tle tym bardziej przejmująco brzmią, rozbrzmiewają utwory mówiące o samotności, chorobie, umieraniu. Jak „Stan sprzed” – inny przeszywający wiersz z „Dni i nocy”.
Jeśli miałbym coś jeszcze polecić z tego tomiku, to krótki, zabawny, ale też tkliwy i jakże prawdziwy wiersz „Później”.
Resztę jeszcze oswajam. A że czytam po łebkach i nieuważnie, to to jeszcze trochę potrwa.
CDN
(prawdopodobnie)
Piotr Sommer, Dni i noce, Wrocław 2009.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sommer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sommer. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 2 czerwca 2009
piątek, 29 maja 2009
Posypałka

Piotr Sommer wydał ostatnio dwie książki: najnowszy tomik wierszy i wybór swoich poezji z lat poprzednich. Tej ostatniej publikacji nie udało mi się uświadczyć w księgarniach. Natomiast pierwszą mam właśnie w rękach i oswajam, przyswajam sobie.
„Dni i noce” spotkały się już z pozytywnymi recenzjami. Praktycznie wszyscy rozmówcy czy krytycy, chwaląc autora „Czynnika lirycznego, podkreślają motyw przemijania, upływu czasu obecny w tym tomie, czego wyrazem jest zresztą sam tytuł. Ale cóż w tym odkrywczego? Weźcie z młodszych Dehnela, weźcie Wencla, weźcie Suskę, weźcie Tkaczyszyna-Dyckiego... Ba! Weźcie każdego innego poetę – motyw śmierci, przemijania, niszczącego wpływu czasu, próby przeciwstawienia się mu swoją sztuką i poczucie daremności takich zabiegów jest niemal organicznie wpisany w każdą twórczość poetycką, jeśli nie każdą twórczość w ogóle. Rzecz jasna różni pisarzy sposób pisania, styl, poglądy. Ale takie stwierdzenie to truizm.
Cóż więc takiego ciekawego znajduję w najnowszym tomiku Sommera? Zacznę od okładki, która, jak mi się wydaje, bardzo dobrze charakteryzuje ten tomik. Z jednej strony porządek, symetria, harmonia, z drugiej posypałka, rozpad, dezorganizacja. To jest to, co odnajduję w samej książce. Weźmy tytułowy wiersz. Zdaje się nawiązywać do klasyki literatury polskiej. Ale to trop raczej mylny. Albo niezupełnie trafny. Nie do końca to, o co chodzi. Niby kojarzy się z „Nocami i Dniami” Dąbrowskiej, ale podobnie jak na ilustracji z okładki jest zaprzeczeniem, tylko z pozoru odbiciem, złudną symetrią. Sam wiersz, przynajmniej wizualnie, nawiązuje do sonetu, ale tak naprawdę sonetem nie jest. Zresztą takich niby-sonetów jest w najnowszym zbiorze Sommera więcej. W gruncie rzeczy należałoby pisać o Sommerze nieco tak, jak on sam pisze wiersze – pozornie pisząc recenzję, ale w gruncie rzeczy nie pisząc recenzji; niby zachowując klasyczne formy, ale ich nie zachowując, rozsadzając je kolokwializmami, przejęzyczeniami.
Anglojęzyczni recenzenci poezji Sommera porównywają go do tłumaczonego przez niego Franka O’Hary. Ja natomiast czytając nowy tomik Sommera automatycznie myślę o Białoszewskim. Zachodni krytycy pewnie Białoszewskiego nie znają, dla mnie jest to trop bardzo wyraźny. Posługując się tą paralelą opisałbym Sommera komuś, kto go nie zna. Oczywiście są też zasadnicze różnice. Z podobieństw jest mowa potoczna ze wszystkimi tego konsekwencjami. Także przejęzyczeniami i grami słownymi. Lapsusy, mowa dziecka, kolokwializmy są często źródłem nieoczekiwanych asocjacji i poetyckich obrazów. Wystarczy choćby przeczytać wiersz „Są dwie księżycy”, w którym „mały domek poczty/stoi jak się patrzy/ i jak się nie patrzy” (a więc jednak rzeczywistość nie jest złudzeniem. Czy nie jest to jakieś dalekie echo poetyckiego cyklu Miłosza inspirowanego św. Tomaszem z Akwinu? Pewnie Sommer uśmiałby się z takiego skojarzenia). Albo na przykład „Zacinkę”, gdzie mamy „klatkę ze schodami” i grę znaczeniem słowa „szczeniak”, całość tego utworu przypomina „blokowiskowe” wiersze Białoszewskiego. Zaznaczam jednak, że Sommer nie jest jakimś imitatorem autora „Obrotów rzeczy”, mówi własnym głosem, kreuje własny język poetycki.
Nieco zaskoczyło mnie zaskoczenie Iwony Smolki, która w Tygodniku literackim zauważyła, że Piotr Sommer „tylko przywołując detale, tylko przywołując szczegóły, drobiazgi, jakieś konkrety, opisując wydawałoby się nieznaczące sytuacje, opowiedział nam bardzo, ale to bardzo dużo o latach siedemdziesiątych i latach osiemdziesiątych”. I że zrobił to lepiej „niż bardzo wielu tzw. zaangażowanych poetów”. Już wówczas w latach osiemdziesiątych wydawało mi się to być tą istotną cechą autora „Czynnika lirycznego”, która go wyróżniła, która stanowiła o wartości tej poezji. Paradoksalnie jednak bardzo wiele łączyło i łączy Sommera z tak „zaangażowanym poetą”, znajdującym się pod względem poetyckiego światopoglądu i samej poetyki pozornie na przeciwnym biegunie, jak Jan Polkowski. Mimo wszelkich odmienności i to znaczących, obu poetów jednoczy dążenie do konkretu. Polkowski bywa pod tym względem zresztą bardziej brutalny od autora „Dni i nocy”. Wystarczy choćby przypomnieć to, jak ukonkretnia motyw Matki Polki. Ale i u Sommera tego nie brak. Weźmy dla przykładu z najnowszego tomu wiersz „Podsłuch”, w którym mamy echo wiersza Leśmiana „Odjazd”. U autora „Łąki” są to „bratków wielkie, złote oczy”, a u Sommera:
„nie ma jak uniknąć piwnego wzroku bratków
których prawie nie ma dziś na klombach”.
A za chwilę dowiadujemy się, że „wszystkie brązowe oczy gniją już pod ziemią”, co stanowi ostry i przeszywający swoją dosadnością, przypominający o śmierci właśnie i rozkładzie, kontrast wobec rozśpiewanego i pełnego życia początku utworu.
U autora „Drzew” i twórcy „Czynnika lirycznego” to ukonkretnienie, dążenie do szczegółu ma zresztą nieco inny wymiar, punkty styczne, ale też i rozbieżne cele. U Polkowskiego szczegół, detal odsyła do tego, co niewidzialne, rzeczywistość zdaje się być rodzajem Księgi, a to co konkretne ma sens również symboliczny. U Sommera wygląda to nieco inaczej. Więcej tutaj czegoś, co mój świętej pamięci nauczyciel polskiego określił mianem „somatyzmu dotrumiennego”. W utworze „Mobilizacja” czytamy:
„Kto miał
odejść, rozkłada się
pod kamieniami.
Dlatego rzeczy się zbiegły,
zbiły w jedną gromadę,
jedną miazgę. Rozkład żywych
zintegrował martwe”.
CDN.
„Dni i noce” spotkały się już z pozytywnymi recenzjami. Praktycznie wszyscy rozmówcy czy krytycy, chwaląc autora „Czynnika lirycznego, podkreślają motyw przemijania, upływu czasu obecny w tym tomie, czego wyrazem jest zresztą sam tytuł. Ale cóż w tym odkrywczego? Weźcie z młodszych Dehnela, weźcie Wencla, weźcie Suskę, weźcie Tkaczyszyna-Dyckiego... Ba! Weźcie każdego innego poetę – motyw śmierci, przemijania, niszczącego wpływu czasu, próby przeciwstawienia się mu swoją sztuką i poczucie daremności takich zabiegów jest niemal organicznie wpisany w każdą twórczość poetycką, jeśli nie każdą twórczość w ogóle. Rzecz jasna różni pisarzy sposób pisania, styl, poglądy. Ale takie stwierdzenie to truizm.
Cóż więc takiego ciekawego znajduję w najnowszym tomiku Sommera? Zacznę od okładki, która, jak mi się wydaje, bardzo dobrze charakteryzuje ten tomik. Z jednej strony porządek, symetria, harmonia, z drugiej posypałka, rozpad, dezorganizacja. To jest to, co odnajduję w samej książce. Weźmy tytułowy wiersz. Zdaje się nawiązywać do klasyki literatury polskiej. Ale to trop raczej mylny. Albo niezupełnie trafny. Nie do końca to, o co chodzi. Niby kojarzy się z „Nocami i Dniami” Dąbrowskiej, ale podobnie jak na ilustracji z okładki jest zaprzeczeniem, tylko z pozoru odbiciem, złudną symetrią. Sam wiersz, przynajmniej wizualnie, nawiązuje do sonetu, ale tak naprawdę sonetem nie jest. Zresztą takich niby-sonetów jest w najnowszym zbiorze Sommera więcej. W gruncie rzeczy należałoby pisać o Sommerze nieco tak, jak on sam pisze wiersze – pozornie pisząc recenzję, ale w gruncie rzeczy nie pisząc recenzji; niby zachowując klasyczne formy, ale ich nie zachowując, rozsadzając je kolokwializmami, przejęzyczeniami.
Anglojęzyczni recenzenci poezji Sommera porównywają go do tłumaczonego przez niego Franka O’Hary. Ja natomiast czytając nowy tomik Sommera automatycznie myślę o Białoszewskim. Zachodni krytycy pewnie Białoszewskiego nie znają, dla mnie jest to trop bardzo wyraźny. Posługując się tą paralelą opisałbym Sommera komuś, kto go nie zna. Oczywiście są też zasadnicze różnice. Z podobieństw jest mowa potoczna ze wszystkimi tego konsekwencjami. Także przejęzyczeniami i grami słownymi. Lapsusy, mowa dziecka, kolokwializmy są często źródłem nieoczekiwanych asocjacji i poetyckich obrazów. Wystarczy choćby przeczytać wiersz „Są dwie księżycy”, w którym „mały domek poczty/stoi jak się patrzy/ i jak się nie patrzy” (a więc jednak rzeczywistość nie jest złudzeniem. Czy nie jest to jakieś dalekie echo poetyckiego cyklu Miłosza inspirowanego św. Tomaszem z Akwinu? Pewnie Sommer uśmiałby się z takiego skojarzenia). Albo na przykład „Zacinkę”, gdzie mamy „klatkę ze schodami” i grę znaczeniem słowa „szczeniak”, całość tego utworu przypomina „blokowiskowe” wiersze Białoszewskiego. Zaznaczam jednak, że Sommer nie jest jakimś imitatorem autora „Obrotów rzeczy”, mówi własnym głosem, kreuje własny język poetycki.
Nieco zaskoczyło mnie zaskoczenie Iwony Smolki, która w Tygodniku literackim zauważyła, że Piotr Sommer „tylko przywołując detale, tylko przywołując szczegóły, drobiazgi, jakieś konkrety, opisując wydawałoby się nieznaczące sytuacje, opowiedział nam bardzo, ale to bardzo dużo o latach siedemdziesiątych i latach osiemdziesiątych”. I że zrobił to lepiej „niż bardzo wielu tzw. zaangażowanych poetów”. Już wówczas w latach osiemdziesiątych wydawało mi się to być tą istotną cechą autora „Czynnika lirycznego”, która go wyróżniła, która stanowiła o wartości tej poezji. Paradoksalnie jednak bardzo wiele łączyło i łączy Sommera z tak „zaangażowanym poetą”, znajdującym się pod względem poetyckiego światopoglądu i samej poetyki pozornie na przeciwnym biegunie, jak Jan Polkowski. Mimo wszelkich odmienności i to znaczących, obu poetów jednoczy dążenie do konkretu. Polkowski bywa pod tym względem zresztą bardziej brutalny od autora „Dni i nocy”. Wystarczy choćby przypomnieć to, jak ukonkretnia motyw Matki Polki. Ale i u Sommera tego nie brak. Weźmy dla przykładu z najnowszego tomu wiersz „Podsłuch”, w którym mamy echo wiersza Leśmiana „Odjazd”. U autora „Łąki” są to „bratków wielkie, złote oczy”, a u Sommera:
„nie ma jak uniknąć piwnego wzroku bratków
których prawie nie ma dziś na klombach”.
A za chwilę dowiadujemy się, że „wszystkie brązowe oczy gniją już pod ziemią”, co stanowi ostry i przeszywający swoją dosadnością, przypominający o śmierci właśnie i rozkładzie, kontrast wobec rozśpiewanego i pełnego życia początku utworu.
U autora „Drzew” i twórcy „Czynnika lirycznego” to ukonkretnienie, dążenie do szczegółu ma zresztą nieco inny wymiar, punkty styczne, ale też i rozbieżne cele. U Polkowskiego szczegół, detal odsyła do tego, co niewidzialne, rzeczywistość zdaje się być rodzajem Księgi, a to co konkretne ma sens również symboliczny. U Sommera wygląda to nieco inaczej. Więcej tutaj czegoś, co mój świętej pamięci nauczyciel polskiego określił mianem „somatyzmu dotrumiennego”. W utworze „Mobilizacja” czytamy:
„Kto miał
odejść, rozkłada się
pod kamieniami.
Dlatego rzeczy się zbiegły,
zbiły w jedną gromadę,
jedną miazgę. Rozkład żywych
zintegrował martwe”.
CDN.
( No i wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli przemijania. Dokończenie tych nieco chaotycznych uwag o najnowszej książce Sommera postaram się zamieścić wkrótce.).
Piotr Sommer, Dni i noce, Wrocław 2009.
Piotr Sommer, Dni i noce, Wrocław 2009.
wtorek, 10 lutego 2009
Dwa wiersze o przemijaniu, czyli jestem tym, którego nie ma
Jeden z moich ulubionych tomików poetyckich to "Czynnik liryczny" Piotra Sommera. Wracam do niego nieodmiennie od lat osiemdziesiątych. Jest to skromna, acz przez to też paradoksalnie piękna, wydana w roku 1986 nakładem podziemnej Oficyny Literackiej, książeczka. Moim zdaniem to jeden z najlepszych zbiorków poetyckich tamtych i nie tylko tamtych czasów.
Czytając go po raz enty, nagle uświadomiłem sobie, że jeden z wierszy, „Balkon w Kazimierzu”, przypomina mi krótki utwór Ryszarda Krynickiego „Nic, noc”. Oba dotyczą przemijania. W obu pojawia się motyw okna i odbicia. To pewnie przypadek, zwykły zbieg okoliczności, ale bardzo ciekawy. Intrygujące, że obu poetów jakby zainspirowało to samo. Obaj wykorzystują motyw lustra. A to przywodzi z kolei na myśl znany obraz zwierciadła odbijanego w nieskończoność w drugim zwierciadle. A potem zaraz odbicia twarzy ojca, syna, jego syna... I przecież też tak w nieskończoność niemal.
Aczkolwiek cenię sobie oba utwory, to mam wrażenie, że ten Krynickiego przez swoją niebywałą kondensację jest dużo bardziej przejmujący. Choć, gdy myślę o tym teraz... hmm... nie jestem już taki pewien.
Od tamtego czasu, gdy sobie uświadomiłem to podobieństwo, oba wiersze istnieją w mojej świadomości nierozerwalnie powiązane ze sobą, wzajemnie się w sobie przyglądając, nawzajem się naświetlając, nachodząc i rozchodząc.
Wiersz „Nic, noc” Krynickiego jest bardziej „uniwersalny”, nie ma w nim czegoś, co sugerowałoby konkretne miejsce lub czas. W zasadzie jest on destylatem tego, co najważniejsze. Na dnie poetyckiej retorty pozostają tylko niezbędne słowa, słowa tnące jak obosieczny miecz, uderzające w sam środek duszy. Czytając go nie sposób uciec od skojarzeń biblijnych, religijnych czy mistycznych. Czyż nie ma w nim bowiem nawiązania do imienia Boga – „Jestem, który Jestem”? Czy nie można się dopatrzyć wyraźnej aluzji do słów z objawienia św. Katarzyny ze Sienny: „Ja jestem ten, który Jest. Ty jesteś ta, której nie ma”?
A jak wygląda to w nieco dłuższym, choć też oszczędnym w słowa, liryku Sommera? Mamy tutaj więcej konkretów, odwołania do szczególnego miejsca i czasu. Jest to więc określone miasto – Kazimierz, jest określona pora roku – marzec, jest dym rozwiewający się nad kominem i są okoliczne wzgórza, jest „jemioła zrośnięta z brzozą”. Jest tytułowy balkon. Jest więc osadzenie w jakimś realnym „tu i teraz”, choć rzecz jasna resztę musimy sobie dopowiedzieć wyobraźnią.
U Krynickiego jest noc, u Sommera dzień („niebieskie oko marca, słońce”). U Sommera w lustrzanym czy raczej okiennym odbiciu własnej twarzy dostrzega się rysy ojca. To wywołuje z kolei przeskok czasowy i tym razem ojciec przygląda się dziecku wpatrującemu się we... własny wizerunek odzwierciedlony na szybie okiennej. Być może nieświadomie syn ogląda za szklaną taflą jednocześnie w twarzy ojca swoją własną wiele lat później. Kółko się zamyka. A więc może nie tylko nieskończoność odbić, ale też koło, powtarzalność doświadczenia. U Krynickiego następuje wspomniana już wyżej kondensacja, cały ten proces skojarzeń istnieje poza słowami, trzeba się go domyślić. Stąd to spojrzenie „chłopca, którym byłem, nie/jestem, nie będę”.
Okno to szczególny rodzaj zwierciadła. Pozwala dostrzec swoje odbicie, ale jednocześnie to odbicie jest przezroczyste, jeśli przestaniemy się na nim koncentrować, dostrzeżemy świat zaokienny. To uświadomienie sobie znikomości, przezroczystości, ulotności własnej osoby objawionej w lustrze szyby, sprawia, że ciarki przechodzą po plecach: jestem tym, którego nie ma.
Czytając go po raz enty, nagle uświadomiłem sobie, że jeden z wierszy, „Balkon w Kazimierzu”, przypomina mi krótki utwór Ryszarda Krynickiego „Nic, noc”. Oba dotyczą przemijania. W obu pojawia się motyw okna i odbicia. To pewnie przypadek, zwykły zbieg okoliczności, ale bardzo ciekawy. Intrygujące, że obu poetów jakby zainspirowało to samo. Obaj wykorzystują motyw lustra. A to przywodzi z kolei na myśl znany obraz zwierciadła odbijanego w nieskończoność w drugim zwierciadle. A potem zaraz odbicia twarzy ojca, syna, jego syna... I przecież też tak w nieskończoność niemal.
Aczkolwiek cenię sobie oba utwory, to mam wrażenie, że ten Krynickiego przez swoją niebywałą kondensację jest dużo bardziej przejmujący. Choć, gdy myślę o tym teraz... hmm... nie jestem już taki pewien.
Od tamtego czasu, gdy sobie uświadomiłem to podobieństwo, oba wiersze istnieją w mojej świadomości nierozerwalnie powiązane ze sobą, wzajemnie się w sobie przyglądając, nawzajem się naświetlając, nachodząc i rozchodząc.
Wiersz „Nic, noc” Krynickiego jest bardziej „uniwersalny”, nie ma w nim czegoś, co sugerowałoby konkretne miejsce lub czas. W zasadzie jest on destylatem tego, co najważniejsze. Na dnie poetyckiej retorty pozostają tylko niezbędne słowa, słowa tnące jak obosieczny miecz, uderzające w sam środek duszy. Czytając go nie sposób uciec od skojarzeń biblijnych, religijnych czy mistycznych. Czyż nie ma w nim bowiem nawiązania do imienia Boga – „Jestem, który Jestem”? Czy nie można się dopatrzyć wyraźnej aluzji do słów z objawienia św. Katarzyny ze Sienny: „Ja jestem ten, który Jest. Ty jesteś ta, której nie ma”?
A jak wygląda to w nieco dłuższym, choć też oszczędnym w słowa, liryku Sommera? Mamy tutaj więcej konkretów, odwołania do szczególnego miejsca i czasu. Jest to więc określone miasto – Kazimierz, jest określona pora roku – marzec, jest dym rozwiewający się nad kominem i są okoliczne wzgórza, jest „jemioła zrośnięta z brzozą”. Jest tytułowy balkon. Jest więc osadzenie w jakimś realnym „tu i teraz”, choć rzecz jasna resztę musimy sobie dopowiedzieć wyobraźnią.
U Krynickiego jest noc, u Sommera dzień („niebieskie oko marca, słońce”). U Sommera w lustrzanym czy raczej okiennym odbiciu własnej twarzy dostrzega się rysy ojca. To wywołuje z kolei przeskok czasowy i tym razem ojciec przygląda się dziecku wpatrującemu się we... własny wizerunek odzwierciedlony na szybie okiennej. Być może nieświadomie syn ogląda za szklaną taflą jednocześnie w twarzy ojca swoją własną wiele lat później. Kółko się zamyka. A więc może nie tylko nieskończoność odbić, ale też koło, powtarzalność doświadczenia. U Krynickiego następuje wspomniana już wyżej kondensacja, cały ten proces skojarzeń istnieje poza słowami, trzeba się go domyślić. Stąd to spojrzenie „chłopca, którym byłem, nie/jestem, nie będę”.
Okno to szczególny rodzaj zwierciadła. Pozwala dostrzec swoje odbicie, ale jednocześnie to odbicie jest przezroczyste, jeśli przestaniemy się na nim koncentrować, dostrzeżemy świat zaokienny. To uświadomienie sobie znikomości, przezroczystości, ulotności własnej osoby objawionej w lustrze szyby, sprawia, że ciarki przechodzą po plecach: jestem tym, którego nie ma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)