Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicyzm. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2020

Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa

Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć. Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa”.

Chyba wbrew intencjom organizatorów natomiast znakomicie odzwierciedlił istotę islamu plakat, który propaguje to wydarzenie. Spójrzcie tylko, Państwo: wokół minarety z charakterystycznym półksiężycem – wręcz natłok tych minaretów, a za nimi – jakby oblężone – pozbawione krzyży wieże kościołów. Dodatkowo plakat ten świetnie oddaje sytuację współczesnej Europy. Tak właśnie może wkrótce wyglądać.

A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów? Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?

Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.

No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego. Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.



poniedziałek, 16 grudnia 2019

Netflix bluźni, nie milczmy!

Pisałem już na swoim blogu o tym, że różne firmy dopuszczają się wszelkiego rodzaju działań, które uderzają w Kościół katolicki i wiarę, która jest nam droga. Wielu katolików i ogólnie chrześcijan nie podejmuje żadnych inicjatyw w odpowiedzi, tak jakby wiara nie stanowiła dla nich nic ważnego. Wielka sieć handlowa będzie eliminować z opisów odniesienia do Bożego Narodzenia, będzie promować homoseksualizm i inne wynaturzenia, ale katolicy w dalszym ciągu będą walić do jej sklepów drzwiami i oknami, tak jakby kawałek tańszej świeczki, talerzyk wyprodukowany w Chinach czy wielki ekran telewizyjny stanowiły większe dobro.

Od kilku dni narasta skandal wokół bluźnierczego filmu dostępnego na platformie Netflixa, w którym nasz Pan przedstawiony jest jako homoseksualista. Film wywołał protesty w Brazylii, gdzie złożono ponad milion podpisów pod petycją sprzeciwiającą się udostępnianiu tego filmu. Produkcja dostępna jest także w Polsce. Założę się, że Netflix nie ośmieliłby się na zamieszczenie filmu obraźliwego dla muzułmanów. Tymczasem robi to w przypadku chrześcijan i to jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Czy wyobrażacie sobie, że ktoś w okolicach ważnego dla was święta, ktoś, kto może często korzysta z waszej gościnności, zaczyna was obrażać i bluzgać, a wy mimo to w dalszym ciągu go zapraszacie i pozwalacie przebywać w Waszym domu? Chyba to mało prawdopodobne.

Dlatego zachęcam tych, którzy mają wykupiony abonament w Netflix’ie do protestu, a najlepiej rezygnacji z ich usług. Naprawdę nie warto płacić tym, którzy nas obrażają. Nie milczmy, nie bądźmy obojętni. Chyba bardziej kochamy naszego Pana, który oddał za nas życie niż możliwość obejrzenia paru fajnych filmów na platformie, która nas nie szanuje i której chodzi jedynie o nasze pieniądze? Oni Go obrażają w dniu Jego święta! Więcej o całej sprawie i petycji można przeczytać m.in. na portalu „Frondy”.


piątek, 23 sierpnia 2019

Może być jeszcze durniej, a z tego wszystkiego osądzą nas... świnie i komary

Celebryci się angażują i myślą, że mają ważną rolę do spełnienia. Prężą dumnie piersi, recytują wiersze i bronią nas przed„nietolerancją”. Mieszają przy tym rzeczy, które do siebie nie przystają, na jednej płaszczyźnie umieszczają zboczenie i przynależność etniczną. W tym wzmożeniu, w tym intelektualnym oburzeniu, w tym wytężeniu plączą się im homoseksualiści, sędziowie, nauczyciele, inwalidzi i Żydzi... Nie wiem, czy coś wciągają przez zwinięty w rulonik banknot, czy po prostu oni już tak mają i nic na to nie pomoże, nawet, gdyby sami trzepnęli się mocno w łeb. Najlepiej podsumował ten imbecylizm Dawid Mysior (o którym pewnie będzie jeszcze głośniej).

Nie trzeba było czekać długo, a oto niegdysiejszy autor skandalizującej książki o kapciowym i znanym elektryku teraz popisał się publicznie zdjęciem ze swojej... sypialni. Nie, nie była to tylko fotka pokoju. Nie powiem, zrobiło mi się niedobrze i musiałem popędzić do łazienki. Kiedyś tacy panowie twierdzili, że nikt nie powinien zaglądać im do łóżka. Teraz nie tylko epatują nas swoją wypaczoną seksualnością na ulicach, ale jeszcze raczą nas zdjęciami w stylu „Big Brothera” ze swojej sypialni. Pewnie niedługo doczekamy się jeszcze bardziej pikantnych fotografii – po prostu strach się bać.

Jeśli komuś jeszcze mało, to niech posłucha sobie fragmentu wypowiedzi znanego katolickiego celebryty i prezentera o zwierzętach i owadach oraz sądzie ostatecznym. Jakiś duszpasterz może zareaguje na te idiotyzmy? Mówię o katolickim celebrycie, bo w przypadku tych dwóch pierwszych zdarzeń to już chyba tylko trzeba liczyć na interwencję prosto z nieba.


wtorek, 30 lipca 2019

Jak premier Morawiecki mnie zasmucił

Słowo „Europa” i jego odmiany pojawiają się w naszych czasach na ustach wielu osób i w nazwach wielu instytucji, organizacji, a nawet produktów. Jednak, kiedy się wsłuchać uważnie, z łatwością można odkryć, że nie wszyscy mają to samo na myśli. Można też odnieść wrażenie, że sama „Unia Europejska” ma coraz mniej wspólnego z wartościami, które niegdyś uosabiało słowo „Europa”. Przede wszystkim odcinając się od chrześcijaństwa, odcina to, co do tej pory stanowiło podstawę cywilizacji europejskiej.

Nie przypuszczałbym jednak, że premier obecnego rządu (cokolwiek bym sobie myślał o nim czy o jego decyzjach), który sam mówił nie tak dawno jeszcze temu o rechrystianizacji Europy, sprowadzi słowo „Europa” do tak niskiego poziomu. Oto na spotkaniu mieszkańcami Stężycy miał powiedzieć: „Dla nas europejskość to jest zasobność polskich portfeli, a nie eksperymenty kulturowe, czy obyczajowe. (...) To jest właśnie nasz program”.

Wyobraźcie sobie, Państwo! Oto z jednej strony „eksperymenty” LGBT i tym podobne, a z drugiej – „zasobny portfel”. Z jednej chłop z chłopem, baba z babą, a z drugiej syty Polak na kanapie z pilotem w ręce. Z jednej strony 52 płcie, a z drugiej rozbijający się najnowszym elektrycznym cudeńkiem Kowalski!

Tylko czekać, aż temu zadowolonemu ze zwitka banknotów w portfelu Kowalskiemu czy Nowakowi palma odbije i zacznie eksperymentować z własną płcią, aż przyjdzie mu do głowy pomysł seksualizacji dzieci czy tym podobne rzeczy. Bo niby dlaczego nie? Co go przed tym uchroni? W końcu orędownicy homoseksualnej rewolucji i nowej „miłości” mają i tak już strumyk pieniędzy, który płynie do nich z różnych organizacji, mniej lub bardziej jawnych i tajnych, włączając w to potężne międzynarodowe koncerny. Może więc wystarczy Kowalskiemu pomachać tym plikiem banknotów przed nosem?

„Europejskość” zaproponowana przez premiera Morawieckiego sytuuje się więc dokładnie po tej samej stronie, po której sytuują się odrzucane przez niego „eksperymenty kulturowe i obyczajowe”. I żeby mnie mylnie nie zrozumiano: nie neguję potrzeby zasobnego portfela i zapewnienia własnej rodzinie godnego bytu. Tyle tylko, że ten „zasobny portfel” premiera Morawieckiego wraz z tymi „eksperymentami” wydają się być podszyte pustką. Naprzeciw nich stoją średniowieczne katedry, brzmi śpiew gregoriański, słychać recytację „Boskiej komedii” i muzykę sfer niebieskich...

Brzmi patetycznie? Zbyt patetycznie w tym kontekście? No cóż! Nic na to nie poradzę. Ja idę sobie w tamtą stronę, bo tam jest ta prawdziwa Europa, Europa budowana na chwałę Pana, a nie atrapa zżarta przez korniki i szeleszcząca papierem, którą byle wiatr przewróci.


wtorek, 7 maja 2019

Świnia przy mikrofonie II, czyli „stopniowo, panowie i panie, stopniowo!”

Tak, jak przewidywałem, pan od świni ma rosnące „publicity”. A okazuje się, że nawet „król Europy” się od niego tak naprawdę nie odcina, co mnie w gruncie rzeczy nie zaskakuje.

Tymczasem chyba były premier RP, Jerzy Buzek, niechcący chlapnął, o co chodzi, choć serwis „wPolityce”, streszczając jego wywiad dla radia, jakby tego nie zauważył, choć przytoczył. Otóż według tego portalu pan Buzek tak skomentował akcję z bluźnierczymi wizerunkami Matki Bożej: „Nie jestem za skrajnymi demonstracjami, nawoływaniem poprzez tego rodzaju demonstracje do skrajnego postępowania. To trzeba robić stopniowo” (podkreślenie moje).

Stwierdzenie byłego premiera bardzo mi przypomina coś, co kiedyś powiedział pewien „konserwatywny” europoseł o homoseksualizmie, że mianowicie Polska nie jest jeszcze na to gotowa. Strategią tych bardziej „oświeconych” jest więc wprowadzenie „nowoczesności” w oborze i zagrodzie „stopniowo”. A tutaj nagle wyskoczy taki ktoś z bluźnierczym wizerunkiem i chce przyspieszyć to wszystko. Tymczasem nasi „oświeceni” mówią: „To trzeba robić stopniowo”. Innymi słowy: przyzwyczajajmy Polaków do takich rzeczy, ale nie „na chama”, tylko kulturalnie, powoli, aż rodacy sami się nie zorientują, kiedy będą wokół mieli bluźniercze wizerunki Matki Bożej, święte obrazy będą wieszane na toaletach, zaś kochasie z LGBT-coś-tam będą mieli ochotę nie tylko poobcować sobie z ich dziećmi, ale nawet z aniołami.

Wracając do Donalda Tuska – okazuje się on nagle być obrońcą „wolności na polskich uczelniach”. Ciekawe, czy ktoś pamięta, jaka była jego reakcja na pracę Pawła Zyzaka o „ikonie naszej wolności” Lechu Wałęsie? A może Donald Tusk zabrał głos, kiedy nie chciano dopuścić do wykładu doktora Paula Camerona na uczelni albo kiedy odmówiono sali w jego rodzinnym Gdańsku Grzegorzowi Braunowi? Jakoś sobie nie przypominam, choć pamiętam jego reakcję na publikację Zyzaka. Jeśli ktoś ma mózgową zaćmę albo pomroczność jasną, może to sobie bez trudu wygooglować. Zachęcam.


piątek, 12 kwietnia 2019

Benedykt XVI zabiera głos

Dzisiaj nic swojego. Zachęcam czytelników do zapoznania się z ważnym tekstem papieża Benedykta XVI, który opublikował w całości niezawodny portal PCh24.pl, gdy inni go tylko omawiają.

Przeczytać można tutaj.

Posłuchać cały tekst można tutaj.

A o tekście obejrzeć i posłuchać tutaj.


piątek, 29 marca 2019

Myszkując po Internecie: Czy św. Paweł czytałby „Tygodnik Powszechny”?

Może i czytałby, gdyby znał język polski. Pytanie, jaka byłaby jego reakcja na cytowanie jego słów w kontekście „LGBT-coś-tam” przez ks. Adama Bonieckiego? Chyba tygodnik wylądowałby szybko w koszu na śmieci. Czy św. Paweł wytoczyłby „Tygodnikowi Powszechnemu” proces o zniekształcanie jego słów? Nie wiem. W każdym razie red. Krystian Kratiuk nawołuje do modlitwy za panów redaktorów „Tygodnika Otwartego”, bo tak chyba powinien się on teraz nazywać. I nawołuje całkiem serio.

Zachęcam do obejrzenia kolejnego odcinka programu JA KATOLIK. Warto, choć jest to tak naprawdę wstrząsające.


wtorek, 18 grudnia 2018

Irlandia: rechot diabła

Jeśli komuś trzeba dowodu na istnienie diabła, niech spojrzy na Irlandię. Czy nie słychać przypadkiem z Zielonej Wyspy jego rechotu? Oto w okresie Adwentu uchwalono tam ustawę dopuszczającą mordowanie nienarodzonych. To wszystko dzieje się w czasie będącym tradycyjnie oczekiwaniem na przyjście naszego Pana, który narodził się w ubóstwie w betlejemskiej stajence. Gdyby miał narodzić się dzisiaj, iluż „usłużnych” lekarzy podpowiadałoby Maryi, by „usunęła” ciążę, bo przecież są zbyt ubodzy z Józefem, by wychowywać dziecko, bo przecież powinna mieć szansę na samorealizację, bo przecież „prawa kobiet” itp., itd.

Irlandia, uchodząca dotąd za bastion katolicyzmu, a więc cywilizacji europejskiej, stoczyła się w barbarzyństwo. Mamona rządzi. Pustka wypełnia dusze. Moloch domaga się krwawej ofiary.

Odpowiednio skomentowali to irlandzcy obrońcy praw nienarodzonych umieszczając przed pałacem prezydenckim w Dublinie las 1000 krzyży. Naprzeciw nich, jak na ironię, choinka z gwiazdą betlejemską symbolizującą przyjście Chrystusa!

Robię wyjątek i zamieszczam nie swoje zdjęcie. Ktoś, kto nie zna angielskiego, może przeczytać artykuł o sprawie na portalu PCh24.pl.


sobota, 17 listopada 2018

„Najpiękniejsze wydarzenie, jakie można sobie wyobrazić...”

Pozwolę sobie w ramach rekomendacji i jako uzupełnienie mojej wideo-recenzji przytoczyć jeszcze dwa króciutkie fragmenty z For the Islands I Sing, autobiografii George’a Mackaya Browna.

Jego rozważania na temat Mszy przypominają mi refleksje innej nawróconej na katolicyzm pisarki z Wysp Brytyjskich – Caryll Houselander, o której również już wspominałem na tym blogu. To właśnie piękno Mszy św., rzeczywista obecność Chrystusa w Eucharystii, tęsknota za Eucharystią sprawiły, że po wielu perypetiach została katoliczką. Także rozważania Mackaya Browna o pracy rolników i rybaków z poprzedniego wpisu na moim blogu byłyby jej bardzo bliskie, o czym można się przekonać czytając choćby The Passion of the Infant Christ (która to książka stanowiła z kolei inspirację dla abp. Fultona J. Shena), ale także jej autobiografię A Rocking Horse Catholic.

Mam jedynie nadzieję, że może moje siermiężne tłumaczenie zachęci kogoś do sięgnięcia po książki autora, a może jakiegoś dobrego tłumacza do udostępnienia nam dorobku autora po polsku. Te cytaty są rzecz jasna wyrwane z kontekstu i ich pełen sens otwiera się w czasie lektury całej książki:

Chrystus otworzył się na najgorsze odrzucenie, ból i najgorszą samotność. W ofierze Mszy ofiara zostaje powtórzona, ciągle na nowo, każdej sekundy każdego dnia, na całym świecie; ale Golgota staje się piękna i sensowna dzięki „tańcowi ołtarza”, ofierze owoców pracy ludzi, gdy oni sami podróżują ku śmierci, cierpieniu i radości: chleba i wina.

Oto przydrożny zajazd, w którym się zatrzymujemy na chwilę, by się posilić i odpocząć. „Miłość poprosiła, bym wszedł...”

Najprostsza Msza jest najpiękniejszym wydarzeniem, jakie można sobie wyobrazić.

I na koniec jeszcze te dwa zdania:

Zatracenie własnej woli w woli Boga powinno być prawdziwym zajęciem każdego człowieka w czasie pobytu na ziemi. Jedynie kilku z nas – święci – jest zdolnych do takiej prostoty.


środa, 14 listopada 2018

Nigdy nie będzie dobrego społeczeństwa...


„Niemal każdy inteligentny młody człowiek jest socjalistą i spogląda w przyszłość lśniącymi oczami; z pewnością możliwe jest, bez wątpienia upragnione jest ustanowienie dobrego społeczeństwa. Stalin i Mao mieli także lśniące, niewinne oczy w wieku dwudziestu lat. To, czego nigdy się nie bierze pod uwagę, to coś, co uważaliśmy za jałowy, wymyślony przez księży przesąd – Upadek człowieka. Nigdy nie będzie dobrego społeczeństwa, zbyt wiele jest skaz w ludzkiej naturze. W najlepszym przypadku możemy powstrzymywać społeczeństwo przed byciem całkowicie złym, budującym Belsen i Gułagi. Nawet w chwili, kiedy to piszę, bliźni robią straszne rzeczy bliźnim w Bośni, Burundi, Haiti, Afryce Południowej. Mimo powszechnej edukacji, mimo demokracji parlamentarnych diabeł, jak lew ryczący krąży”.

George Mackay Brown, For the Islands I Sing (tłum. własne)

środa, 7 listopada 2018

Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. II


Właściwie moje wątpliwości co do książki Grzegorzewskiej zaczęły się już od wstępu o. Szymona Hiżyckiego OSB, w którym pojawia się intrygująca, acz karkołomna, teza o „obiektywności” powieści i powieści jako formie uprawiania teologii:

Powieść pokazuje nam, że to, co opisuje teologia, nie jest wcale abstrakcją odklejoną od świata, ale raczej precyzyjnym opisaniem praw nim rządzących, więcej nawet – uchwyconych w konkretnym momencie rzeczy ukrytych od jego założenia, a które przecież decydują o naszym być albo nie być. Powieść ma w tym doświadczeniu tę przewagę nad doświadczeniem potoczności, że jest obiektywna i nieskażona naszymi uprzedzeniami do ludzi bądź instytucji. Kryje zatem w sobie olbrzymie możliwości poznawcze.

Wydaje mi się, że autor ulega mniej więcej temu samemu złudzeniu, jakiemu swego czasu uległ (wciąż ulega?) Milan Kundera, gdy pisał o polifoniczności powieści. Akurat powieści Kundery wydają się mieć więcej wspólnego z relatywizmem niż z polifonicznością. Piszę to jako osoba, dla której niegdyś odkrycie Nieznośnej lekkości bycia było ogromnym przeżyciem intelektualnym i estetycznym. Dzisiaj na tamtą młodzieńczą fascynację patrzę z dużym dystansem. O. Hiżycki chyba ma dokładnie takie same złudzenia jak Kundera. Zastanawiałem się wprawdzie, czy dobrze rozumiem jego intencje, ale stwierdziłem, że będę myślał prosto: „obiektywny” to znaczy pozbawiony uprzedzeń, to zaprzeczenie subiektywizmu, to odzwierciedlenie świata takim, jakim jest.

Czy powieść jest obiektywna? Myślę, że jednak nie. Powieść jest mniej więcej tak samo subiektywna jak wiersz, może tylko poprzez nagromadzenie fikcyjnych i odmiennych postaci dawać złudzenie tej „obiektywności”, o której pisze o. Hiżycki. Cały wywód autora wstępu miał na celu przekonania czytelnika o swoistej „obiektywności” dramatu, będącego zdaniem autora „powieścią obdartą ze skóry”.

Wracając do Grzegorzewskiej muszę powiedzieć, że książkę czytałem momentami z narastającym rozdrażnieniem. Nieco złośliwie, parafrazując samą autorkę, mógłbym powiedzieć, że Szekspir nie odrobił lekcji z wykładów Agambena i nie przeczytał książki neomarksisty Waltera Benjamina o źródłach dramatu żałobnego w Niemczech. I mógłbym dodać, że z pewnością nie wpadł w zachwyt, gdy Kott porównał Króla Leara do teatru absurdu. Nie wiem również, co Szekspir powiedziałby o stwierdzeniu, że „nachodźcy” to „przykład kolejnej totalitarnej nowomowy naszych smutnych czasów” (sic!). Jakże irytująca jest ta wyższość moralna niektórych intelektualistów!

Czy to oznacza, że nie warto przeczytać książki Grzegorzewskiej? Nie, warto. Autorka z pewnością daje popis olbrzymiej erudycji. Nie śmiałbym też w żaden sposób podważać jej kompetencji i znajomości teatru elżbietańskiego czy historii literatury. Można mówić o wspomnianej wyżej błyskotliwości stylu. Jako laik odnajduję w książce Grzegorzewskiej także garść cennych informacji. Czasem drobnych, ale mających istotne znaczenie dla zrozumienia dramaturgii wielkiego Anglika. Ot choćby słynne słowa Hamleta o klasztorze. Pearce nie wspomina, że słowo „nunnery” (klasztor) miało również inny sens w mowie potocznej – wulgarny, a oznaczający burdel. To zdecydowanie zmienia nasze spojrzenie na ten znany fragment. Być może autor The Quest for Shakespeare pomija to znaczenie, bo dla czytelnika w kulturze anglosaskiej jest ono oczywiste? A może po prostu jego interpretacja (z którą niekoniecznie trzeba się zgadzać) arcydzieła nie uwzględnia tego sensu? Trudno mi powiedzieć.

Bardzo też cenię sobie te partie esejów Grzegorzewskiej, w których odnajduje ona paralele i nawiązania do Biblii. Ten trop wydaje się wręcz oczywisty, choć można się zastanawiać, czy momentami autorka nie posuwa się w swoich interpretacjach za daleko. Ale to samo mógłby ktoś zarzucić Pearce’owi. Mam poza tym wrażenie, że zarówno Pearce, jak i Grzegorzewska dochodzą momentami do podobnych wniosków. Stosując ponownie metaforę, mógłbym jednak powiedzieć, że w przypadku autorki Teologii Szekspira wrażenie jest takie, jakby doprowadziła ona nas do tego samego punktu okrężną drogą, pokazując piękne lub przerażające krajobrazy, wiodąc nas po bagnach i oczeretach, by w końcu zaprowadzić nas do punktu, do którego Pearce doszedł dużo krótszą trasą, niekiedy może tylko usuwając ostrą maczetą zarośla i chwasty, które zarosły szlak. W kilku punktach z pewnością nie byłoby między nimi zgody.

Zastanawiam się też, czy tytuł: Teologie Szekspira nie jest nieco na wyrost. Czy faktycznie mamy tu do czynienia z kilkoma teologiami, czy z dywagacji Grzegorzewskiej, zadawanych przez nią pytań i wysnutych wniosków nie wyłania się jednak jedna teologia i to – wbrew intencjom autorki, by nie opowiadać się po żadnej stronie – jak najbardziej katolicka? Jednym z przewijających się motywów, który zwrócił moją uwagę, okazuje się motyw wyrządzonego zła, krzywdy, odkupieńczego cierpienia, miłosierdzia i przebaczenia. A na to wszystko nakłada się Męka naszego Pana, Jego śmierć na krzyżu i Zmartwychwstanie, a do tego katolicka nauka o Wcieleniu i rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii. Hmm...

PS.

Warto jeszcze dodać, że sama książka, choć skromnie wydana, ma pomysłową i ładną okładkę. Takie książki z przyjemnością bierze się do ręki i z pewnością należą się tutaj podziękowania i wyrazy uznania dla o. Borysa Kotowskiego OSB, który rzecz zaprojektował.

Małgorzata Grzegorzewska, Teologie Szekspira, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, seria Homini, Kraków 2018.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Ojciec John Gerard SJ, bohater lepszy od Bonda


Gdybyśmy mieli krytykę z prawdziwego zdarzenia, to znaczy taką, która wyszukuje rzeczy dobre i niemiłosiernie chlasta rzeczy złe, to ta książka byłaby na czele wszelakich list katolickich bestsellerów. Może nawet nie tylko katolickich. Jest to bowiem rzecz, która powinna sprzedawać się jak ciepłe bułeczki. To historia lepsza od wszystkich historii o Bondzie czy Jasonie Bournie. Lepsza, bo przede wszystkim prawdziwa. Lepsza, bo czyta się tę opowieść z zapartym tchem i z trudem można się oderwać, choć autor wcale nie był zawodowym powieściopisarzem. To, że nie ma przynajmniej kilku filmowych wersji tej historii, a nawet jakiegoś serialu, świadczy także o mizerii naszych czasów i kompletnym zeświecczeniu naszej kultury. Gdybym był bogatym sponsorem, to z pewnością pierwszym z moich projektów kulturalnych byłaby ekranizacja tej książki z najlepszymi aktorami, jakich można tylko zdobyć.


Ta książka to Łowcy księży ojca Johna Gerarda SJ.


Zacznę najpierw, by mieć to z głowy, od wybrzydzania. Szkoda, że książki nie opatrzono żadnym posłowiem lub wstępem dorzucającym garść dodatkowych szczegółów, których nie ma w samym pamiętniku. Komiksowa, choć interesująca, okładka Tomasza Bereźnickiego może wręcz mylnie niektórym sugerować, że mamy do czynienia z komiksem lub po prostu jakąś fikcją literacką. Takież było zresztą i moje wahanie z początku. Na szczęście w dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji na wyciągnięcie ręki, a to dzięki internetowi.


Jest jednak jedno „ale”: nie każdy jest w stanie te informacje zdobyć, jeśli nie włada językiem angielskim. Wystarczy wpisać nazwisko autora w wyszukiwarkę. W polskiej Wikipedii brak hasła. Przeszukując portale prawicowe i katolickie znalazłem informację o autorze na łamach „Gościa Niedzielnego” – jeden jedyny artykuł. Co ciekawe, dziennikarz, który pisał o angielskim jezuicie, nawet słowem się nie zająknął, że książka została całkiem niedawno wznowiona. A przecież przytaczał jej fragmenty (być może własne tłumaczenie z angielskiego). Trochę to dziwne zaniedbanie. Co ciekawe, jeden z komentatorów zwrócił uwagę na fakt, że prawdopodobnie omyłkowo zilustrowano artykuł wizerunkiem innego Johna Gerarda, który żył mniej więcej w tym samym czasie, a był angielskim botanikiem. Jeśli przyjrzeć się ilustracji, to zdaje się ona to potwierdzać – przedstawiony mężczyzna coś notuje piórem, a w lewej ręce trzyma kwiat, opierając ją jednocześnie na książce lub notatkach, gdzie widoczne są chyba rysunki jakichś roślin, a może same te rośliny po zasuszeniu.


John Gerard urodził się 4 października 1564 r., a zmarł 27 lipca 1637 r. Jego ojciec był więziony za spisek mający na celu uwolnienie Marii I Stuart. John Gerard pobierał nauki na Kontynencie. Kiedy pierwszy raz wrócił do kraju ze względów zdrowotnych, został aresztowany. Spędził w więzieniu 2 lata. Zwolniony za kaucją ponownie udał się na kontynent, by potem, po ukończeniu studiów, już wrócić nielegalnie jako jezuicki ksiądz z misją nawracania. Po latach na polecenie przełożonych (najprawdopodobniej było to w roku 1609) opisał swoje doświadczenia po łacinie. Angielski przekład tej książki ukazał się w roku 1951. Obecnie pamiętnik ojca Gerarda jest dostępny po angielsku w wydaniu Ignatius Press zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. Po angielsku nosi jednak trochę inny tytuł niż przekład polski: The Autobiography of a Hunted Pries (Autobiografia ściganego księdza).


Jak napisałem na wstępie, jest to rzecz znakomita i to znakomita także pod względem literackim, którą czyta się z zapartym tchem. Gdyby nie obowiązki, czytałbym ją jednym ciągiem do białego rana. Bez wątpienia jest w tym również duża zasługa polskiego tłumacza. Niestety! Nie wiemy, kto był autorem tego świetnego spolszczenia. Przynajmniej takiego szczegółu brak w obecnym wydaniu, które z kolei jest oparte na wersji, jaką opublikowano na łamach „Przeglądu Powszechnego” w roku 1873.


Życie o. Johna Gerarda pełne było niebezpieczeństw i nieoczekiwanych zwrotów akcji, w tym brawurowej ucieczki z więzienia w Tower. Od chwili nielegalnego dostania się na teren Wielkiej Brytanii musiał posługiwać się sprytem, podstępem i wszelkimi talentami, które ułatwiały maskowanie się i unikanie pułapek oraz zasadzek, jakie mogły na niego czyhać. Stawka była wysoka, bo cała misja mogła kosztować go życie, nie mówiąc już o okrutnych torturach, jakich zresztą nie uniknął. Już samo bycie katolikiem pod rządami Elżbiety I prosiło się o kłopoty, a co dopiero bycie katolickim księdzem, który na dodatek przybył do Anglii nielegalnie z kontynentu, by nawracać heretyków. To już mogło oznaczać oskarżenie o zdradę stanu, a tym samym śmierć zadawaną w okrutny sposób.


Opowieść o. Gerarda w gruncie rzeczy dodaje kolejne elementy do obrazu prześladowań katolików na przełomie XVI i XVII wieku w Anglii, jaki wyłania się z omawianych przeze mnie na tym blogu książek Josepha Pearce’a, ks.Jana Badeniego i Grzegorza Kucharczyka oraz filmu Grzeogorza Brauna.


W tej opowieści ojca Gerarda uderzyło mnie kilka spraw. Przede wszystkim po raz kolejny przy tego typu lekturze – radość, z jaką jezuici byli gotowi ponieść śmierć za wiarę i za Chrystusa. To bardzo przypomina tę radość apostołów, którzy odzyskawszy odwagę po zesłaniu Ducha Świętego cieszyli się, że mogą cierpieć za Pana. Autor wręcz pisze, że widocznie nie zasłużył na ten zaszczyt, skoro nie zginął ostatecznie śmiercią męczeńską. A wiedział, co pisze, bo sam był torturowany. Nie były więc to takie tam oderwane od życia ckliwości.


Druga sprawa, która nieustannie budzi mój podziw, to ogromna praca, jaką autor wykonał nawracając protestantów na katolicyzm. Już z samego pamiętnika widać, że ilość osób, które udało się autorowi nawrócić, była spora. On nie mówił: „Nie przyszedłem pana nawracać”, on właśnie po to powrócił do Anglii, by z narażaniem życia zawracać ludzi ze złej drogi i uchronić ich przed wiecznym zatraceniem. Ta gorliwość w naszych marnych, letnich czasach budzi prawdziwy podziw.


I jeszcze trzecia rzecz, którą warto tutaj podkreślić. Joseph Pearce w swojej książce o katolicyzmie Szekspira zwrócił uwagę na fakt, że katolicy byli monarchistami. Także ojciec Gerard nieustannie podkreśla, że nie występuje przeciwko panującej królowej, choć nie pochwala uzurpowania sobie przez nią władzy w sprawach duchownych. Oczywiście taka postawa miała swoje uzasadnienie praktyczne – wystąpienie przeciwko władzy świeckiej wiązało się z oskarżeniem o zdradę stanu. Tego zresztą sam autor nie uniknął, gdyż znalazł się na liście poszukiwanych za przygotowywanie słynnego spisku prochowego. Zaklasyfikował się do czołówki najbardziej niebezpiecznych jezuitów w państwie.


Chwała Gabrielowi Maciejewskiemu, że wydał ten arcyciekawy pamiętnik. Dziwne, że jest on wciąż dostępny do kupienia. Powinien zniknąć ze sprzedaży błyskawicznie. Jeśli chcecie się przekonać, że to kapitalna lektura, akurat w księgarni Kliniki Języka jest promocja – głupie 15 złoty za ponad 200 stron druku w twardej oprawie! Nie namyślajcie się ani chwili.


John Gerard SJ, Łowcy księży, Klinika Języka, Warszawa 2016.

czwartek, 12 lipca 2018

Corner Shop: „Dawn of All”, czyli potęga Różańca


Omawiałem już na tym blogu książkę Roberta Hugh Bensona The Lord of the World. Wizja, którą tam naszkicował, wydaje się być obecnie bardzo realistyczna. Nie mówię oczywiście o całym sztafażu science-fiction, który trąci dziś myszką i pokazuje, jak szybko starzeje się fantastyka (choć wciąż ma swój urok). Sytuacja Kościoła w tej powieści bardzo przypomina to, co obecnie dzieje się na świecie. Bardzo też bliska jest temu, co w swojej Opowieści o Antychryście przedstawił Włodzimierz Sołowjow.

Benson jednak napisał drugą powieść, która przedstawia wizję zgoła odmienną, tworząc w gruncie rzeczy coś w rodzaju dyptyku. W The Lord of the World chrześcijaństwo wydaje się być na wymarciu, ostatki chrześcijan chronią się przed prześladowaniem albo porzucają wiarę. W Dawn of All mamy świat, w którym chrześcijaństwo, a właściwie by być precyzyjnym – katolicyzm, dominuje świat. Jeśli w pierwszej powieści jest zatem Kościół wojujący, to w drugiej spotykamy Kościół triumfujący. Triumfujący już na tym świecie.

Obraz świata, jaki tworzy Benson w tym utworze, z pewnością będzie miły każdemu tradycjonaliście: W krajach Europy przywrócona zostaje monarchia, społeczeństwo jest zhierarchizowane, co uwidocznia się także w stroju, nauka Kościoła jest respektowana i szanowana, łacina jest językiem zarówno Kościoła, jak i nauki, herezja jest karana śmiercią przez władze świeckie, które bronią w ten sposób istniejącego ładu, Irlandia to w gruncie rzeczy jeden wielki klasztor, gdzie przyjeżdża się dla odnowy duchowej, medycyna uwzględnia w leczeniu czynnik duchowy, w Europie tylko jeden z władców jeszcze się waham, czy przejść na katolicyzm... itp., itd. Na dodatek wszelkiej maści socjalistów i liberałów wysyła się do Ameryki Północnej, gdzie mogą sobie organizować życie według swoich zasad na wyznaczonym obszarze, a w Europie są już tylko niedobitki lewicy, które walczą o przetrwanie, podejmując być może już ostatnią próbę rewolucyjnego przewrotu...

Benson maluje więc wizję świata, jak z najlepszego snu brazyliskiego myśliciela Plinia Correa de Oliveiry, który uważał, że przecież procesy zachodzące w społeczeństwie nie są nieodwracalne, a to, co często dzisiaj uznajemy za nowość (np. rozwody), wcale nie jest nowe, nie mówiąc już o tym, że nie jest też i dobre. Nie wiem, czy Oliveira znał tę powieść, która została wydana, kiedy był jeszcze trzyletnim dzieckiem, jednak bez wątpienia bardzo przypadłaby mu do gustu.

Ów wyimaginowany świat przyszłości oglądany jest oczami człowieka o mentalności na wskroś nam współczesnej, który jednocześnie piastuje w nim wysokie stanowisko kościelne. W czasach Bensona wiele rzeczy, które dla nas uchodzą za normalne i oczywiste, wcale takie oczywiste się nie wydawały, choć spora część nowinek stała się już powszechnością. Wystarczy poczytać Chestertona czy Belloca – dwóch pisarzy, którzy właściwie są niemal z tej samej epoki. W każdym razie bohater Bensona poznaje ten świat w zdumieniu, nie potrafiąc do końca pojąć, że nastąpił jakby cywilizacyjny regres, choć technologicznie świat, w którym się znalazł (albo o którym zapomniał – przyjemność odkrycia tego zostawiam czytelnikom), jest bardzo zaawansowany. Wiele z tych zmian wydaje się po pewnym czasie akceptować, kiedy odkrywa ich sens i pozytywne oddziaływanie na człowieka i społeczeństwo, ale też nie przyjmuje ich ze stuprocentową pewnością, ciągle targany wątpliwościami.

Powieść Bensona jest w gruncie rzeczy prowokacją dla naszych XXI-wiecznych gustów i poglądów. Rzuca nam przed oczy alternatywną rzeczywistość, która przy sprzyjających okolicznościach mogłaby zaistnieć, choć w dzisiejszych czasach powszechnego rozkładu i wszechobecnej pychy objawiającej się ekscesami egalitaryzmu, o jakich Benson nawet nie śnił, wydaje się niemal mglistym mirażem.

Podobnie, jak w przypadku The Lord of the World, chciałbym, aby ktoś nakręcił film na podstawie tej powieści. A najlepiej dwa filmy, które stanowiłyby dyptyk przeciwstawnych i uzupełniających się obrazów – Kościoła wojującego i Kościoła triumfującego. Tylko skąd wziąć takiego kontrrewolucjonistę, który się na to zdobędzie i będzie miał jeszcze fundusze, by zrobić z tego jeśli nie arcydzieło, to przynajmniej dobry film?

A co z tym Różańcem? No właśnie! Powieść Bensona to również utwór o przemieniającej sile i skuteczności modlitwy różańcowej. Tutaj zachęcam jednak do lektury, aby odkryć, o co chodzi. Zbyt wiele musiałbym zdradzić, a tego nie lubię w żadnej recenzji.

Notabene całkiem niedawno Wydawnictwo AA wydało polskie tłumaczenie Dawn of All jako Świt Nowej Ziemi. Nie wiem, czy to dobry przekład, ale z pewnością warto sięgnąć, jeśli nie zna się języka angielskiego. Tych natomiast, którzy posiadają czytnik książek elektronicznych i znają język angielski, zachęcam do ściągnięcia tej książki za darmo z księgarni Amazon (w takiej postaci ją właśnie przeczytałem) lub lektury online, skąd zresztą również można ściągnąć tę książkę w formacie PDF lub ePub. Ta wersja ma swój dodatkowy urok, bo jest skanem amerykańskiego wydania z roku 1911, a strony zmienia się niemal jak w prawdziwej książce.

Robert Hugh Benson, Dawn of All, A Public Domain Book.