Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicyzm. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 kwietnia 2020
środa, 22 stycznia 2020
Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa
Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć.
Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych
obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie
bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele
katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie
powszechnego braterstwa”.
A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów?
Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?
Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla
arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik
Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się
od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem
Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie
można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.
No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno
abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego.
Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie
energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na
milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na
przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z
kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza
na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich
podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest
miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.
poniedziałek, 16 grudnia 2019
Netflix bluźni, nie milczmy!
Pisałem już na swoim blogu o tym, że różne firmy dopuszczają
się wszelkiego rodzaju działań, które uderzają w Kościół katolicki i wiarę,
która jest nam droga. Wielu katolików i ogólnie chrześcijan nie podejmuje
żadnych inicjatyw w odpowiedzi, tak jakby wiara nie stanowiła dla nich nic
ważnego. Wielka sieć handlowa będzie eliminować z opisów odniesienia do Bożego
Narodzenia, będzie promować homoseksualizm i inne wynaturzenia, ale katolicy w
dalszym ciągu będą walić do jej sklepów drzwiami i oknami, tak jakby kawałek
tańszej świeczki, talerzyk wyprodukowany w Chinach czy wielki ekran telewizyjny
stanowiły większe dobro.
Od kilku dni narasta skandal wokół bluźnierczego filmu
dostępnego na platformie Netflixa, w którym nasz Pan przedstawiony jest jako
homoseksualista. Film wywołał protesty w Brazylii, gdzie złożono ponad milion
podpisów pod petycją sprzeciwiającą się udostępnianiu tego filmu. Produkcja
dostępna jest także w Polsce. Założę się, że Netflix nie ośmieliłby się na
zamieszczenie filmu obraźliwego dla muzułmanów. Tymczasem robi to w przypadku
chrześcijan i to jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Czy wyobrażacie sobie, że
ktoś w okolicach ważnego dla was święta, ktoś, kto może często korzysta z
waszej gościnności, zaczyna was obrażać i bluzgać, a wy mimo to w dalszym ciągu
go zapraszacie i pozwalacie przebywać w Waszym domu? Chyba to mało
prawdopodobne.
Dlatego zachęcam tych, którzy mają wykupiony abonament w Netflix’ie
do protestu, a najlepiej rezygnacji z ich usług. Naprawdę nie warto płacić tym,
którzy nas obrażają. Nie milczmy, nie bądźmy obojętni. Chyba bardziej kochamy
naszego Pana, który oddał za nas życie niż możliwość obejrzenia paru fajnych
filmów na platformie, która nas nie szanuje i której chodzi jedynie o nasze
pieniądze? Oni Go obrażają w dniu Jego święta! Więcej o całej sprawie i petycji można przeczytać m.in. na portalu „Frondy”.
środa, 2 października 2019
Corner Shop: Katolicki dżentelmen kłoni głowę w pokorze przed Niewiastą
Sam Guzman,
Catholic Gentleman, Ignatius Press 2019.
Poprzednie dwa odcinki:
Etykiety:
Corner Shop,
duchowość,
John Eldredge,
katolicyzm,
Kościół katolicki,
literatura anglojęzyczna,
męskość,
męstwo,
Sam Guzman,
Terezjusz TV,
Voris Michael,
wideoblog
piątek, 23 sierpnia 2019
Może być jeszcze durniej, a z tego wszystkiego osądzą nas... świnie i komary
Celebryci się angażują i myślą, że mają ważną rolę do
spełnienia. Prężą dumnie piersi, recytują wiersze i bronią nas przed„nietolerancją”. Mieszają przy tym rzeczy, które do siebie nie przystają, na
jednej płaszczyźnie umieszczają zboczenie i przynależność etniczną. W tym
wzmożeniu, w tym intelektualnym oburzeniu, w tym wytężeniu plączą się im
homoseksualiści, sędziowie, nauczyciele, inwalidzi i Żydzi... Nie wiem, czy coś
wciągają przez zwinięty w rulonik banknot, czy po prostu oni już tak mają i nic
na to nie pomoże, nawet, gdyby sami trzepnęli się mocno w łeb. Najlepiej
podsumował ten imbecylizm Dawid Mysior (o którym pewnie będzie jeszcze głośniej).
Nie trzeba było czekać długo, a oto niegdysiejszy autor
skandalizującej książki o kapciowym i znanym elektryku teraz popisał się
publicznie zdjęciem ze swojej... sypialni. Nie, nie była to tylko fotka pokoju.
Nie powiem, zrobiło mi się niedobrze i musiałem popędzić do łazienki. Kiedyś tacy
panowie twierdzili, że nikt nie powinien zaglądać im do łóżka. Teraz nie tylko
epatują nas swoją wypaczoną seksualnością na ulicach, ale jeszcze raczą nas
zdjęciami w stylu „Big Brothera” ze swojej sypialni. Pewnie niedługo doczekamy
się jeszcze bardziej pikantnych fotografii – po prostu strach się bać.
Jeśli komuś jeszcze mało, to niech posłucha sobie fragmentu
wypowiedzi znanego katolickiego celebryty i prezentera o zwierzętach i owadach oraz sądzie ostatecznym. Jakiś duszpasterz może zareaguje na te idiotyzmy?
Mówię o katolickim celebrycie, bo w przypadku tych dwóch pierwszych zdarzeń to
już chyba tylko trzeba liczyć na interwencję prosto z nieba.
wtorek, 30 lipca 2019
Jak premier Morawiecki mnie zasmucił
Słowo „Europa” i jego odmiany pojawiają się w naszych
czasach na ustach wielu osób i w nazwach wielu instytucji, organizacji, a nawet
produktów. Jednak, kiedy się wsłuchać uważnie, z łatwością można odkryć, że nie
wszyscy mają to samo na myśli. Można też odnieść wrażenie, że sama „Unia
Europejska” ma coraz mniej wspólnego z wartościami, które niegdyś uosabiało
słowo „Europa”. Przede wszystkim odcinając się od chrześcijaństwa, odcina to,
co do tej pory stanowiło podstawę cywilizacji europejskiej.
Nie przypuszczałbym jednak, że premier obecnego rządu
(cokolwiek bym sobie myślał o nim czy o jego decyzjach), który sam mówił nie
tak dawno jeszcze temu o rechrystianizacji Europy, sprowadzi słowo „Europa” do
tak niskiego poziomu. Oto na spotkaniu mieszkańcami Stężycy miał powiedzieć:
„Dla nas europejskość to jest zasobność polskich portfeli, a nie eksperymenty
kulturowe, czy obyczajowe. (...) To jest właśnie nasz program”.
Wyobraźcie sobie, Państwo! Oto z jednej strony „eksperymenty”
LGBT i tym podobne, a z drugiej – „zasobny portfel”. Z jednej chłop z chłopem,
baba z babą, a z drugiej syty Polak na kanapie z pilotem w ręce. Z jednej
strony 52 płcie, a z drugiej rozbijający się najnowszym elektrycznym cudeńkiem
Kowalski!
Tylko czekać, aż temu zadowolonemu ze zwitka banknotów w
portfelu Kowalskiemu czy Nowakowi palma odbije i zacznie eksperymentować z
własną płcią, aż przyjdzie mu do głowy pomysł seksualizacji dzieci czy tym
podobne rzeczy. Bo niby dlaczego nie? Co go przed tym uchroni? W końcu
orędownicy homoseksualnej rewolucji i nowej „miłości” mają i tak już strumyk
pieniędzy, który płynie do nich z różnych organizacji, mniej lub bardziej
jawnych i tajnych, włączając w to potężne międzynarodowe koncerny. Może więc
wystarczy Kowalskiemu pomachać tym plikiem banknotów przed nosem?
„Europejskość” zaproponowana przez premiera Morawieckiego
sytuuje się więc dokładnie po tej samej stronie, po której sytuują się
odrzucane przez niego „eksperymenty kulturowe i obyczajowe”. I żeby mnie mylnie
nie zrozumiano: nie neguję potrzeby zasobnego portfela i zapewnienia własnej
rodzinie godnego bytu. Tyle tylko, że ten „zasobny portfel” premiera
Morawieckiego wraz z tymi „eksperymentami” wydają się być podszyte pustką.
Naprzeciw nich stoją średniowieczne katedry, brzmi śpiew gregoriański, słychać
recytację „Boskiej komedii” i muzykę sfer niebieskich...
Brzmi patetycznie?
Zbyt patetycznie w tym kontekście? No cóż! Nic na to nie poradzę. Ja idę sobie
w tamtą stronę, bo tam jest ta prawdziwa Europa, Europa budowana na chwałę
Pana, a nie atrapa zżarta przez korniki i szeleszcząca papierem, którą byle
wiatr przewróci.
piątek, 26 lipca 2019
piątek, 5 lipca 2019
wtorek, 7 maja 2019
Świnia przy mikrofonie II, czyli „stopniowo, panowie i panie, stopniowo!”
Tak, jak przewidywałem, pan od świni ma rosnące „publicity”.
A okazuje się, że nawet „król Europy” się od niego tak naprawdę nie odcina, co
mnie w gruncie rzeczy nie zaskakuje.
Tymczasem chyba były premier RP, Jerzy Buzek, niechcący chlapnął, o co chodzi, choć serwis „wPolityce”, streszczając jego wywiad dla
radia, jakby tego nie zauważył, choć przytoczył. Otóż według tego portalu pan
Buzek tak skomentował akcję z bluźnierczymi wizerunkami Matki Bożej: „Nie
jestem za skrajnymi demonstracjami, nawoływaniem poprzez tego rodzaju
demonstracje do skrajnego postępowania. To trzeba robić stopniowo”
(podkreślenie moje).
Stwierdzenie byłego premiera bardzo mi przypomina coś, co
kiedyś powiedział pewien „konserwatywny” europoseł o homoseksualizmie, że
mianowicie Polska nie jest jeszcze na to gotowa. Strategią tych bardziej
„oświeconych” jest więc wprowadzenie „nowoczesności” w oborze i zagrodzie
„stopniowo”. A tutaj nagle wyskoczy taki ktoś z bluźnierczym wizerunkiem i chce
przyspieszyć to wszystko. Tymczasem nasi „oświeceni” mówią: „To trzeba robić
stopniowo”. Innymi słowy: przyzwyczajajmy Polaków do takich rzeczy, ale nie „na
chama”, tylko kulturalnie, powoli, aż rodacy sami się nie zorientują, kiedy
będą wokół mieli bluźniercze wizerunki Matki Bożej, święte obrazy będą wieszane
na toaletach, zaś kochasie z LGBT-coś-tam będą mieli ochotę nie tylko poobcować
sobie z ich dziećmi, ale nawet z aniołami.
Wracając do Donalda Tuska – okazuje się on nagle być obrońcą
„wolności na polskich uczelniach”. Ciekawe, czy ktoś pamięta, jaka była jego
reakcja na pracę Pawła Zyzaka o „ikonie naszej wolności” Lechu Wałęsie? A może
Donald Tusk zabrał głos, kiedy nie chciano dopuścić do wykładu doktora Paula
Camerona na uczelni albo kiedy odmówiono sali w jego rodzinnym Gdańsku
Grzegorzowi Braunowi? Jakoś sobie nie przypominam, choć pamiętam jego reakcję
na publikację Zyzaka. Jeśli ktoś ma mózgową zaćmę albo pomroczność jasną, może to
sobie bez trudu wygooglować. Zachęcam.
niedziela, 21 kwietnia 2019
wtorek, 16 kwietnia 2019
piątek, 12 kwietnia 2019
Benedykt XVI zabiera głos
piątek, 29 marca 2019
Myszkując po Internecie: Czy św. Paweł czytałby „Tygodnik Powszechny”?
Może i czytałby, gdyby znał język polski. Pytanie, jaka
byłaby jego reakcja na cytowanie jego słów w kontekście „LGBT-coś-tam” przez
ks. Adama Bonieckiego? Chyba tygodnik wylądowałby szybko w koszu na śmieci. Czy
św. Paweł wytoczyłby „Tygodnikowi Powszechnemu” proces o zniekształcanie jego
słów? Nie wiem. W każdym razie red. Krystian Kratiuk nawołuje do modlitwy za
panów redaktorów „Tygodnika Otwartego”, bo tak chyba powinien się on teraz nazywać.
I nawołuje całkiem serio.
Zachęcam do obejrzenia kolejnego odcinka programu JA KATOLIK. Warto, choć jest to tak naprawdę wstrząsające.
wtorek, 18 grudnia 2018
Irlandia: rechot diabła
Irlandia, uchodząca dotąd za bastion katolicyzmu, a więc
cywilizacji europejskiej, stoczyła się w barbarzyństwo. Mamona rządzi. Pustka
wypełnia dusze. Moloch domaga się krwawej ofiary.
Odpowiednio skomentowali to irlandzcy obrońcy praw
nienarodzonych umieszczając przed pałacem prezydenckim w Dublinie las 1000
krzyży. Naprzeciw nich, jak na ironię, choinka z gwiazdą betlejemską symbolizującą
przyjście Chrystusa!
Robię wyjątek i zamieszczam nie swoje zdjęcie. Ktoś, kto nie
zna angielskiego, może przeczytać artykuł o sprawie na portalu PCh24.pl.
sobota, 17 listopada 2018
„Najpiękniejsze wydarzenie, jakie można sobie wyobrazić...”
Pozwolę sobie w ramach rekomendacji i jako uzupełnienie
mojej wideo-recenzji przytoczyć jeszcze dwa króciutkie fragmenty z For the
Islands I Sing, autobiografii George’a Mackaya Browna.
Jego rozważania na temat Mszy przypominają mi refleksje
innej nawróconej na katolicyzm pisarki z Wysp Brytyjskich – Caryll Houselander,
o której również już wspominałem na tym blogu. To właśnie piękno Mszy św.,
rzeczywista obecność Chrystusa w Eucharystii, tęsknota za Eucharystią sprawiły,
że po wielu perypetiach została katoliczką. Także rozważania Mackaya Browna o
pracy rolników i rybaków z poprzedniego wpisu na moim blogu byłyby jej bardzo
bliskie, o czym można się przekonać czytając choćby The Passion of the Infant
Christ (która to książka stanowiła z kolei inspirację dla abp. Fultona J.
Shena), ale także jej autobiografię A Rocking Horse Catholic.
Mam jedynie nadzieję, że może moje siermiężne tłumaczenie
zachęci kogoś do sięgnięcia po książki autora, a może jakiegoś dobrego tłumacza
do udostępnienia nam dorobku autora po polsku. Te cytaty są rzecz jasna wyrwane
z kontekstu i ich pełen sens otwiera się w czasie lektury całej książki:
Chrystus otworzył się na najgorsze odrzucenie, ból i
najgorszą samotność. W ofierze Mszy ofiara zostaje powtórzona, ciągle na nowo,
każdej sekundy każdego dnia, na całym świecie; ale Golgota staje się piękna i
sensowna dzięki „tańcowi ołtarza”, ofierze owoców pracy ludzi, gdy oni sami
podróżują ku śmierci, cierpieniu i radości: chleba i wina.
Oto przydrożny zajazd, w którym się zatrzymujemy na chwilę,
by się posilić i odpocząć. „Miłość poprosiła, bym wszedł...”
Najprostsza Msza jest najpiękniejszym wydarzeniem, jakie
można sobie wyobrazić.
I na koniec jeszcze te dwa zdania:
Zatracenie własnej woli w woli Boga powinno być prawdziwym
zajęciem każdego człowieka w czasie pobytu na ziemi. Jedynie kilku z nas –
święci – jest zdolnych do takiej prostoty.
środa, 14 listopada 2018
Nigdy nie będzie dobrego społeczeństwa...
„Niemal każdy inteligentny młody człowiek jest socjalistą i
spogląda w przyszłość lśniącymi oczami; z pewnością możliwe jest, bez wątpienia
upragnione jest ustanowienie dobrego społeczeństwa. Stalin i Mao mieli także
lśniące, niewinne oczy w wieku dwudziestu lat. To, czego nigdy się nie bierze
pod uwagę, to coś, co uważaliśmy za jałowy, wymyślony przez księży przesąd –
Upadek człowieka. Nigdy nie będzie dobrego społeczeństwa, zbyt wiele jest skaz
w ludzkiej naturze. W najlepszym przypadku możemy powstrzymywać społeczeństwo
przed byciem całkowicie złym, budującym Belsen i Gułagi. Nawet w chwili, kiedy
to piszę, bliźni robią straszne rzeczy bliźnim w Bośni, Burundi, Haiti, Afryce
Południowej. Mimo powszechnej edukacji, mimo demokracji parlamentarnych diabeł,
jak lew ryczący krąży”.
George
Mackay Brown, For the Islands I Sing (tłum. własne)
środa, 7 listopada 2018
Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. II
Właściwie moje wątpliwości co do książki Grzegorzewskiej
zaczęły się już od wstępu o. Szymona Hiżyckiego OSB, w którym pojawia się
intrygująca, acz karkołomna, teza o „obiektywności” powieści i powieści jako
formie uprawiania teologii:
Powieść pokazuje nam, że to, co opisuje teologia, nie jest
wcale abstrakcją odklejoną od świata, ale raczej precyzyjnym opisaniem praw nim
rządzących, więcej nawet – uchwyconych w konkretnym momencie rzeczy ukrytych od
jego założenia, a które przecież decydują o naszym być albo nie być. Powieść ma
w tym doświadczeniu tę przewagę nad doświadczeniem potoczności, że jest
obiektywna i nieskażona naszymi uprzedzeniami do ludzi bądź instytucji. Kryje
zatem w sobie olbrzymie możliwości poznawcze.
Wydaje mi się, że autor ulega mniej więcej temu samemu
złudzeniu, jakiemu swego czasu uległ (wciąż ulega?) Milan Kundera, gdy pisał o
polifoniczności powieści. Akurat powieści Kundery wydają się mieć więcej
wspólnego z relatywizmem niż z polifonicznością. Piszę to jako osoba, dla
której niegdyś odkrycie Nieznośnej lekkości bycia było ogromnym przeżyciem
intelektualnym i estetycznym. Dzisiaj na tamtą młodzieńczą fascynację patrzę z
dużym dystansem. O. Hiżycki chyba ma dokładnie takie same złudzenia jak
Kundera. Zastanawiałem się wprawdzie, czy dobrze rozumiem jego intencje, ale
stwierdziłem, że będę myślał prosto: „obiektywny” to znaczy pozbawiony
uprzedzeń, to zaprzeczenie subiektywizmu, to odzwierciedlenie świata takim,
jakim jest.
Czy powieść jest obiektywna? Myślę, że jednak nie. Powieść
jest mniej więcej tak samo subiektywna jak wiersz, może tylko poprzez
nagromadzenie fikcyjnych i odmiennych postaci dawać złudzenie tej
„obiektywności”, o której pisze o. Hiżycki. Cały wywód autora wstępu miał na
celu przekonania czytelnika o swoistej „obiektywności” dramatu, będącego zdaniem
autora „powieścią obdartą ze skóry”.
Wracając do Grzegorzewskiej muszę powiedzieć, że książkę
czytałem momentami z narastającym rozdrażnieniem. Nieco złośliwie, parafrazując
samą autorkę, mógłbym powiedzieć, że Szekspir nie odrobił lekcji z wykładów Agambena
i nie przeczytał książki neomarksisty Waltera Benjamina o źródłach dramatu
żałobnego w Niemczech. I mógłbym dodać, że z pewnością nie wpadł w zachwyt, gdy
Kott porównał Króla Leara do teatru absurdu. Nie wiem również, co Szekspir
powiedziałby o stwierdzeniu, że „nachodźcy” to „przykład kolejnej totalitarnej
nowomowy naszych smutnych czasów” (sic!). Jakże irytująca jest ta wyższość
moralna niektórych intelektualistów!
Czy to oznacza, że nie warto przeczytać książki
Grzegorzewskiej? Nie, warto. Autorka z pewnością daje popis olbrzymiej
erudycji. Nie śmiałbym też w żaden sposób podważać jej kompetencji i znajomości
teatru elżbietańskiego czy historii literatury. Można mówić o wspomnianej wyżej
błyskotliwości stylu. Jako laik odnajduję w książce Grzegorzewskiej także garść
cennych informacji. Czasem drobnych, ale mających istotne znaczenie dla
zrozumienia dramaturgii wielkiego Anglika. Ot choćby słynne słowa Hamleta o
klasztorze. Pearce nie wspomina, że słowo „nunnery” (klasztor) miało również
inny sens w mowie potocznej – wulgarny, a oznaczający burdel. To zdecydowanie
zmienia nasze spojrzenie na ten znany fragment. Być może autor The Quest for
Shakespeare pomija to znaczenie, bo dla czytelnika w kulturze anglosaskiej jest
ono oczywiste? A może po prostu jego interpretacja (z którą niekoniecznie
trzeba się zgadzać) arcydzieła nie uwzględnia tego sensu? Trudno mi powiedzieć.
Bardzo też cenię sobie te partie esejów Grzegorzewskiej, w
których odnajduje ona paralele i nawiązania do Biblii. Ten trop wydaje się
wręcz oczywisty, choć można się zastanawiać, czy momentami autorka nie posuwa
się w swoich interpretacjach za daleko. Ale to samo mógłby ktoś zarzucić
Pearce’owi. Mam poza tym wrażenie, że zarówno Pearce, jak i Grzegorzewska
dochodzą momentami do podobnych wniosków. Stosując ponownie metaforę, mógłbym
jednak powiedzieć, że w przypadku autorki Teologii Szekspira wrażenie jest
takie, jakby doprowadziła ona nas do tego samego punktu okrężną drogą,
pokazując piękne lub przerażające krajobrazy, wiodąc nas po bagnach i
oczeretach, by w końcu zaprowadzić nas do punktu, do którego Pearce doszedł
dużo krótszą trasą, niekiedy może tylko usuwając ostrą maczetą zarośla i
chwasty, które zarosły szlak. W kilku punktach z pewnością nie byłoby między
nimi zgody.
Zastanawiam się też, czy tytuł: Teologie Szekspira nie jest
nieco na wyrost. Czy faktycznie mamy tu do czynienia z kilkoma teologiami, czy
z dywagacji Grzegorzewskiej, zadawanych przez nią pytań i wysnutych wniosków
nie wyłania się jednak jedna teologia i to – wbrew intencjom autorki, by nie
opowiadać się po żadnej stronie – jak najbardziej katolicka? Jednym z
przewijających się motywów, który zwrócił moją uwagę, okazuje się motyw
wyrządzonego zła, krzywdy, odkupieńczego cierpienia, miłosierdzia i
przebaczenia. A na to wszystko nakłada się Męka naszego Pana, Jego śmierć na
krzyżu i Zmartwychwstanie, a do tego katolicka nauka o Wcieleniu i rzeczywistej
obecności Chrystusa w Eucharystii. Hmm...
PS.
Warto jeszcze dodać, że sama książka, choć skromnie wydana,
ma pomysłową i ładną okładkę. Takie książki z przyjemnością bierze się do ręki
i z pewnością należą się tutaj podziękowania i wyrazy uznania dla o. Borysa
Kotowskiego OSB, który rzecz zaprojektował.
Małgorzata Grzegorzewska, Teologie Szekspira,
Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, seria Homini, Kraków 2018.
czwartek, 16 sierpnia 2018
czwartek, 2 sierpnia 2018
Ojciec John Gerard SJ, bohater lepszy od Bonda
Gdybyśmy mieli krytykę z prawdziwego zdarzenia, to znaczy
taką, która wyszukuje rzeczy dobre i niemiłosiernie chlasta rzeczy złe, to ta
książka byłaby na czele wszelakich list katolickich bestsellerów. Może nawet
nie tylko katolickich. Jest to bowiem rzecz, która powinna sprzedawać się jak
ciepłe bułeczki. To historia lepsza od wszystkich historii o Bondzie czy
Jasonie Bournie. Lepsza, bo przede wszystkim prawdziwa. Lepsza, bo czyta się tę
opowieść z zapartym tchem i z trudem można się oderwać, choć autor wcale nie
był zawodowym powieściopisarzem. To, że nie ma przynajmniej kilku filmowych
wersji tej historii, a nawet jakiegoś serialu, świadczy także o mizerii naszych
czasów i kompletnym zeświecczeniu naszej kultury. Gdybym był bogatym sponsorem,
to z pewnością pierwszym z moich projektów kulturalnych byłaby ekranizacja tej
książki z najlepszymi aktorami, jakich można tylko zdobyć.
Ta książka to Łowcy księży ojca Johna Gerarda SJ.
Zacznę najpierw, by mieć to z głowy, od wybrzydzania.
Szkoda, że książki nie opatrzono żadnym posłowiem lub wstępem dorzucającym
garść dodatkowych szczegółów, których nie ma w samym pamiętniku. Komiksowa,
choć interesująca, okładka Tomasza Bereźnickiego może wręcz mylnie niektórym
sugerować, że mamy do czynienia z komiksem lub po prostu jakąś fikcją
literacką. Takież było zresztą i moje wahanie z początku. Na szczęście w
dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji na wyciągnięcie ręki, a to
dzięki internetowi.
Jest jednak jedno „ale”: nie każdy jest w stanie te
informacje zdobyć, jeśli nie włada językiem angielskim. Wystarczy wpisać
nazwisko autora w wyszukiwarkę. W polskiej Wikipedii brak hasła. Przeszukując
portale prawicowe i katolickie znalazłem informację o autorze na łamach „Gościa
Niedzielnego” – jeden jedyny artykuł. Co ciekawe, dziennikarz, który pisał o
angielskim jezuicie, nawet słowem się nie zająknął, że książka została całkiem
niedawno wznowiona. A przecież przytaczał jej fragmenty (być może własne
tłumaczenie z angielskiego). Trochę to dziwne zaniedbanie. Co ciekawe, jeden z
komentatorów zwrócił uwagę na fakt, że prawdopodobnie omyłkowo zilustrowano
artykuł wizerunkiem innego Johna Gerarda, który żył mniej więcej w tym samym
czasie, a był angielskim botanikiem. Jeśli przyjrzeć się ilustracji, to zdaje
się ona to potwierdzać – przedstawiony mężczyzna coś notuje piórem, a w lewej
ręce trzyma kwiat, opierając ją jednocześnie na książce lub notatkach, gdzie
widoczne są chyba rysunki jakichś roślin, a może same te rośliny po zasuszeniu.
John Gerard urodził się 4 października 1564 r., a zmarł 27
lipca 1637 r. Jego ojciec był więziony za spisek mający na celu uwolnienie
Marii I Stuart. John Gerard pobierał nauki na Kontynencie. Kiedy pierwszy raz
wrócił do kraju ze względów zdrowotnych, został aresztowany. Spędził w
więzieniu 2 lata. Zwolniony za kaucją ponownie udał się na kontynent, by potem,
po ukończeniu studiów, już wrócić nielegalnie jako jezuicki ksiądz z misją nawracania. Po latach
na polecenie przełożonych (najprawdopodobniej było to w roku 1609) opisał swoje
doświadczenia po łacinie. Angielski przekład tej książki ukazał się w roku
1951. Obecnie pamiętnik ojca Gerarda jest dostępny po angielsku w wydaniu
Ignatius Press zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. Po angielsku
nosi jednak trochę inny tytuł niż przekład polski: The Autobiography of a
Hunted Pries (Autobiografia ściganego księdza).
Jak napisałem na wstępie, jest to rzecz znakomita i to
znakomita także pod względem literackim, którą czyta się z zapartym tchem.
Gdyby nie obowiązki, czytałbym ją jednym ciągiem do białego rana. Bez wątpienia
jest w tym również duża zasługa polskiego tłumacza. Niestety! Nie wiemy, kto
był autorem tego świetnego spolszczenia. Przynajmniej takiego szczegółu brak w
obecnym wydaniu, które z kolei jest oparte na wersji, jaką opublikowano na
łamach „Przeglądu Powszechnego” w roku 1873.
Życie o. Johna Gerarda pełne było niebezpieczeństw i
nieoczekiwanych zwrotów akcji, w tym brawurowej ucieczki z więzienia w Tower.
Od chwili nielegalnego dostania się na teren Wielkiej Brytanii musiał
posługiwać się sprytem, podstępem i wszelkimi talentami, które ułatwiały
maskowanie się i unikanie pułapek oraz zasadzek, jakie mogły na niego czyhać.
Stawka była wysoka, bo cała misja mogła kosztować go życie, nie mówiąc już o
okrutnych torturach, jakich zresztą nie uniknął. Już samo bycie katolikiem pod
rządami Elżbiety I prosiło się o kłopoty, a co dopiero bycie katolickim
księdzem, który na dodatek przybył do Anglii nielegalnie z kontynentu, by
nawracać heretyków. To już mogło oznaczać oskarżenie o zdradę stanu, a tym
samym śmierć zadawaną w okrutny sposób.
Opowieść o. Gerarda w gruncie rzeczy dodaje kolejne elementy
do obrazu prześladowań katolików na przełomie XVI i XVII wieku w Anglii, jaki
wyłania się z omawianych przeze mnie na tym blogu książek Josepha Pearce’a, ks.Jana Badeniego i Grzegorza Kucharczyka oraz filmu Grzeogorza Brauna.
W tej opowieści ojca Gerarda uderzyło mnie kilka spraw.
Przede wszystkim po raz kolejny przy tego typu lekturze – radość, z jaką
jezuici byli gotowi ponieść śmierć za wiarę i za Chrystusa. To bardzo
przypomina tę radość apostołów, którzy odzyskawszy odwagę po zesłaniu Ducha
Świętego cieszyli się, że mogą cierpieć za Pana. Autor wręcz pisze, że
widocznie nie zasłużył na ten zaszczyt, skoro nie zginął ostatecznie śmiercią
męczeńską. A wiedział, co pisze, bo sam był torturowany. Nie były więc to takie
tam oderwane od życia ckliwości.
Druga sprawa, która nieustannie budzi mój podziw, to ogromna
praca, jaką autor wykonał nawracając protestantów na katolicyzm. Już z samego
pamiętnika widać, że ilość osób, które udało się autorowi nawrócić, była spora.
On nie mówił: „Nie przyszedłem pana nawracać”, on właśnie po to powrócił do
Anglii, by z narażaniem życia zawracać ludzi ze złej drogi i uchronić ich przed wiecznym
zatraceniem. Ta gorliwość w naszych marnych, letnich czasach budzi prawdziwy podziw.
I jeszcze trzecia rzecz, którą warto tutaj podkreślić.
Joseph Pearce w swojej książce o katolicyzmie Szekspira zwrócił uwagę na fakt,
że katolicy byli monarchistami. Także ojciec Gerard nieustannie podkreśla, że
nie występuje przeciwko panującej królowej, choć nie pochwala uzurpowania sobie
przez nią władzy w sprawach duchownych. Oczywiście taka postawa miała swoje
uzasadnienie praktyczne – wystąpienie przeciwko władzy świeckiej wiązało się z
oskarżeniem o zdradę stanu. Tego zresztą sam autor nie uniknął, gdyż znalazł
się na liście poszukiwanych za przygotowywanie słynnego spisku prochowego.
Zaklasyfikował się do czołówki najbardziej niebezpiecznych jezuitów w państwie.
Chwała Gabrielowi Maciejewskiemu, że wydał ten arcyciekawy
pamiętnik. Dziwne, że jest on wciąż dostępny do kupienia. Powinien zniknąć ze
sprzedaży błyskawicznie. Jeśli chcecie się przekonać, że to kapitalna lektura,
akurat w księgarni Kliniki Języka jest promocja – głupie 15 złoty za ponad 200
stron druku w twardej oprawie! Nie namyślajcie się ani chwili.
John Gerard SJ, Łowcy księży, Klinika Języka,
Warszawa 2016.
czwartek, 12 lipca 2018
Corner Shop: „Dawn of All”, czyli potęga Różańca
Benson jednak napisał drugą powieść, która przedstawia wizję
zgoła odmienną, tworząc w gruncie rzeczy coś w rodzaju dyptyku. W The Lord of
the World chrześcijaństwo wydaje się być na wymarciu, ostatki chrześcijan
chronią się przed prześladowaniem albo porzucają wiarę. W Dawn of All mamy
świat, w którym chrześcijaństwo, a właściwie by być precyzyjnym – katolicyzm,
dominuje świat. Jeśli w pierwszej powieści jest zatem Kościół wojujący, to w
drugiej spotykamy Kościół triumfujący. Triumfujący już na tym świecie.
Obraz świata, jaki tworzy Benson w tym utworze, z pewnością
będzie miły każdemu tradycjonaliście: W krajach Europy przywrócona zostaje
monarchia, społeczeństwo jest zhierarchizowane, co uwidocznia się także w
stroju, nauka Kościoła jest respektowana i szanowana, łacina jest językiem
zarówno Kościoła, jak i nauki, herezja jest karana śmiercią przez władze
świeckie, które bronią w ten sposób istniejącego ładu, Irlandia to w gruncie
rzeczy jeden wielki klasztor, gdzie przyjeżdża się dla odnowy duchowej,
medycyna uwzględnia w leczeniu czynnik duchowy, w Europie tylko jeden z władców
jeszcze się waham, czy przejść na katolicyzm... itp., itd. Na dodatek wszelkiej
maści socjalistów i liberałów wysyła się do Ameryki Północnej, gdzie mogą sobie
organizować życie według swoich zasad na wyznaczonym obszarze, a w Europie są
już tylko niedobitki lewicy, które walczą o przetrwanie, podejmując być może
już ostatnią próbę rewolucyjnego przewrotu...
Benson maluje więc wizję świata, jak z najlepszego snu brazyliskiego
myśliciela Plinia Correa de Oliveiry, który uważał, że przecież procesy
zachodzące w społeczeństwie nie są nieodwracalne, a to, co często dzisiaj
uznajemy za nowość (np. rozwody), wcale nie jest nowe, nie mówiąc już o tym, że
nie jest też i dobre. Nie wiem, czy Oliveira znał tę powieść, która została
wydana, kiedy był jeszcze trzyletnim dzieckiem, jednak bez wątpienia bardzo
przypadłaby mu do gustu.
Ów wyimaginowany świat przyszłości oglądany jest oczami
człowieka o mentalności na wskroś nam współczesnej, który jednocześnie piastuje
w nim wysokie stanowisko kościelne. W czasach Bensona wiele rzeczy, które dla
nas uchodzą za normalne i oczywiste, wcale takie oczywiste się nie wydawały,
choć spora część nowinek stała się już powszechnością. Wystarczy poczytać
Chestertona czy Belloca – dwóch pisarzy, którzy właściwie są niemal z tej samej
epoki. W każdym razie bohater Bensona poznaje ten świat w zdumieniu, nie
potrafiąc do końca pojąć, że nastąpił jakby cywilizacyjny regres, choć
technologicznie świat, w którym się znalazł (albo o którym zapomniał –
przyjemność odkrycia tego zostawiam czytelnikom), jest bardzo zaawansowany.
Wiele z tych zmian wydaje się po pewnym czasie akceptować, kiedy odkrywa ich
sens i pozytywne oddziaływanie na człowieka i społeczeństwo, ale też nie
przyjmuje ich ze stuprocentową pewnością, ciągle targany wątpliwościami.
Powieść Bensona jest w gruncie rzeczy prowokacją dla naszych
XXI-wiecznych gustów i poglądów. Rzuca nam przed oczy alternatywną
rzeczywistość, która przy sprzyjających okolicznościach mogłaby zaistnieć, choć
w dzisiejszych czasach powszechnego rozkładu i wszechobecnej pychy objawiającej
się ekscesami egalitaryzmu, o jakich Benson nawet nie śnił, wydaje się niemal
mglistym mirażem.
Podobnie, jak w przypadku The Lord of the World, chciałbym,
aby ktoś nakręcił film na podstawie tej powieści. A najlepiej dwa filmy, które
stanowiłyby dyptyk przeciwstawnych i uzupełniających się obrazów – Kościoła
wojującego i Kościoła triumfującego. Tylko skąd wziąć takiego kontrrewolucjonistę,
który się na to zdobędzie i będzie miał jeszcze fundusze, by zrobić z tego
jeśli nie arcydzieło, to przynajmniej dobry film?
A co z tym Różańcem? No właśnie! Powieść Bensona to również
utwór o przemieniającej sile i skuteczności modlitwy różańcowej. Tutaj zachęcam
jednak do lektury, aby odkryć, o co chodzi. Zbyt wiele musiałbym zdradzić, a
tego nie lubię w żadnej recenzji.
Notabene całkiem niedawno Wydawnictwo AA wydało polskie
tłumaczenie Dawn of All jako Świt Nowej Ziemi. Nie wiem, czy to dobry przekład,
ale z pewnością warto sięgnąć, jeśli nie zna się języka angielskiego. Tych
natomiast, którzy posiadają czytnik książek elektronicznych i znają język
angielski, zachęcam do ściągnięcia tej książki za darmo z księgarni Amazon (w
takiej postaci ją właśnie przeczytałem) lub lektury online, skąd zresztą
również można ściągnąć tę książkę w formacie PDF lub ePub. Ta wersja ma swój
dodatkowy urok, bo jest skanem amerykańskiego wydania z roku 1911, a strony
zmienia się niemal jak w prawdziwej książce.
Robert Hugh
Benson, Dawn of All, A Public Domain Book.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


