Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj II. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lipca 2019

Car jak umierający na krzyżu Chrystus

Ubiegłej nocy minęła 101 rocznica zamordowania przez bolszewików ostatniego cara Rosji wraz z jego rodziną. Rok temu napisałem tekst w dwóch odcinkach o niepokojącej wizji angielskiej XX-wiecznej mistyczki Caryll Houselander. Wizji, która szczególnie u Polaków musi budzić mieszane uczucia, gdyż idzie niejako pod prąd naszym stereotypom i niechęci do rosyjskiego caratu. Chciałbym dzisiaj przypomnieć ten tekst, gdyż wydaje mi się, że zarówno sama wizja, jak i postać Caryll Houselander są w Polsce praktycznie nieznane. Pierwszą część tego tekstu można przeczytać tutaj, a drugą tutaj.


wtorek, 17 lipca 2018

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. II


Każdy były uczeń szkoły średniej bez wątpienia pamięta (a przynajmniej tak było w moich czasach) scenę z III części „Dziadów” Adama Mickiewicza, kiedy Konrad wadząc się z Bogiem traci przytomność, co chroni go przed wypowiedzeniem bluźnierstwa. Jakie to bluźnierstwo? Że Bóg jest... carem! Dla przeciętnego Polaka zatem to zestawienie: Bóg i car, nałożenie się obrazu Boga i obrazu cara tak, że stają się jednym, wydaje się czymś niewyobrażalnym, profanacją, która tylko może przyjść do głowy chyba jedynie... demonom.


Tymczasem Caryll Houselander miała – tak to przynajmniej relacjonuje – dokładnie sto lat temu wizję cara jako ukrzyżowanego Chrystusa Króla, choć z początku nie zdawała sobie sprawy, co dokładnie ogląda. Była to druga w jej życiu wizja Chrystusa umęczonego. Miała ją, idąc londyńską ulicą do sklepu po... ziemniaki. Oddajmy zresztą głos bezpośrednio samej autorce:

Nagle znieruchomiałam, jakby magnes przykuł moje stopy do tego konkretnego miejsca pośrodku drogi. Przede mną, nade mną, dosłownie wymazując nie tylko szarą ulicę i niebo, ale cały świat, było coś, co mogę jedynie nazwać gigantyczną i żywą rosyjską ikoną. Nigdy wówczas nie widziałam rosyjskiej ikony ani – jak sądzę – żadnej reprodukcji jakiejkolwiek z nich. Później widziałam ich wiele, ale żadnej, która byłaby choć w przybliżeniu tak piękna.

Była to ikona Chrystusa Króla ukrzyżowanego.

Rozciągnięty na krzyżu ognia, w szacie, która skrzyła się i płonęła od klejnotów, ukoronowany wspaniałą koroną ze złota, która przytłaczała mu głowę, Chrystus unosił się ponad światem na naszej ponurej ulicy, tak uniesiony wypełniał niebo. Jego ramiona zdawały się sięgać od jednego krańca świata do drugiego, rany na Jego dłoniach i stopach to były rubiny, ale rubiny roztopione, które krwawiły światłem. Wszystko, nawet żarzące się fałdy szaty, wydawało się płonąć i poruszać życiem i ruchem płomieni ognia; rozłożone ramiona – z wydłużonymi dłońmi, wynurzającymi się ze zdobionych klejnotami rękawów – były jak olśniewające skrzydła przykrywające świat. Sam Chrystus – z głową pochyloną przez koronę, w zamyśleniu nad światem. Pośród tej wspaniałości surowa prostota tej pięknej twarzy ostro odróżniała się od całej reszty swoim smutkiem. Jednak oczy i usta uśmiechały się w nieopisanej miłości, która pochłania żałość i cierpienie, tak jak szmaty zostają pochłonięte przez płonące ognisko.

Nie wiem, jak długo tam stałam ani jak długo to wrażenie trwało. Myślę, że nie było to dłużej niż kilka minut, gdyż kiedy się skończyło, choć nad ulicą zmierzchało, to nie było zupełnie ciemno.

Byłam zażenowana, kiedy się okazało po moim dojściu do warzywnego, że łzy spływają mi po twarzy. Życzliwa kobieta, która sprzedawała mi ziemniaki, usiłowała mnie pocieszyć, przypuszczając, jak sobie wyobrażam, że mam jakieś kłopoty, ale nie mogłam powstrzymać tych łez. W końcu dała mi w podarunku jabłko i poszłam do domu.

Nie wiem, jak szybko potem opublikowano wiadomości o zamachu na cara – być może było to następnego dnia. Wiem tylko, że kiedy wyszłam ponownie z domu i zobaczyłam na tym samym rogu ulicy, na którym widziałam uprzednio ukrzyżowanego króla, afisz ogłaszający zamach na cara Rosji, zrozumiałam sens tego, co wcześniej bardzo żywo widziałam. Albowiem twarz cara na gazetowych zdjęciach była twarzą mojego Chrystusa Króla, ale bez tej wspaniałości.

Od tamtej pory całkowicie zawładnęła mną myśl o Rosji. Rosja stała się dla mnie krajem, w którym Męka Chrystusa się urzeczywistniała. Byłam przekonana, że dzięki ziarnu krwi męczenników, które tam zasiano, a nade wszystko dzięki krwi namaszczonego króla, świętokradczo tam przelanej, Chrystus – którego widziałam zstępującego na świat i w życie ludzi, by być w nich ukrzyżowanym – powróci na świat biorąc w posiadanie całą ludzkość poprzez Rosję; że nawrócenie świata do Chrystusa (nie mówiłam wówczas, że na katolicyzm) zacznie się – tak naprawdę już się zaczęło – w „Świętej Rusi” wraz z zabójstwem jej króla.
Ta wizja „ikony Chrystusa Króla” miała ogromny wpływ na moją postawę wobec innych ludzi.

Ostatnie zacytowane tu słowa przypominają objawienia w Fatimie. Są niemal powtórzeniem tego, co Matka Boska mówiła o nawróceniu Rosji. Być może Houselander świadomie lub nieświadomie zinterpretowała po latach własną wizję w świetle objawień fatimskich. Jej autobiografia wyszła w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, musiała zatem wiedzieć o Fatimie.


Jak już pisałem, Polakowi bez wątpienia trudno przyjąć ze spokojem wizję Chrystusa Króla, który ma twarz cara Mikołaja II. A jednak obraz, który Houselander zobaczyła tamtej nocy sto lat temu, wydaje się kryć w sobie przesłanie, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym. Sama autorka skomentowała to w następujący sposób:

Teraz nagle, między jednym uderzeniem serca a drugim, ujrzałam dramat i rzeczywistość Męki Chrystusa w królach. Kiedy stałam na swojej londyńskiej ulicy po drodze, by kupić ziemniaki, król w Rosji umarł śmiercią Chrystusa. Tragedia i okropne tego piękno przeniknęło do mojej duszy; przeniknęło także do mojego serca, jak włócznia płonącego światła, która je otworzyła. W ciągu chwili stałam się głęboko świadoma świętokradztwa, jakie wiąże się z zabójstwem namaszczonego króla, a imię „Chrystus” – „Namaszczony” – nagle nabrało dla mnie niezwykłego znaczenia.

(...)

Nie bez znaczenia okazał się fakt, że mój pierwszy przebłysk wizji Chrystusa w człowieku był w najpokorniejszej ze świeckich sióstr, pochylonej pod wielką koroną cierniową, a drugi – w królu w jego splendorze, królu przytłoczonym wielką koroną ze złota. Uświadomiłam sobie, że każda korona jest koroną Chrystusa, a korona ze złota jest koroną cierniową.

Wszystkie cytaty są w moim przekładzie i pochodzą z elektronicznego wydania „A Rocking Horse Catholic” (wszelkie ich wykorzystanie wyłącznie za moją zgodą). Sama książka Houselander zasługuje na osobne omówienie. Ale na to może jeszcze w cyklu „Corner Shop” przyjdzie czas innym razem.


Caryll Houselander, A Rocking Horse Catholic, Pickle Partners Publishing 2016.

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. I


Dzisiejszej nocy minęła dokładnie setna rocznica zamordowania ostatniego cara Rosji i jego rodziny przez bolszewików. Dla nas, Polaków, słowo „car” nie ma najlepszych konotacji. Toteż z pewnością z jednej strony odczuwamy zgrozę z powodu tamtego brutalnego mordu, a z drugiej strony nie budzi to wydarzenie prawdopodobnie większego współczucia. Być może nawet jest to uczucie, jakie wielu żywiło oglądając zdjęcia z egzekucji Ceausescu i jego żony – świadomość, że dokonano tak naprawdę mordu przy pozorach praworządności, ale że i tak mu (im) się to „należało”, a proces z prawdziwego zdarzenia jedynie by przeciągał nieuniknione.


Tymczasem mamy w literaturze zapis, który przedstawia całą rzecz w zupełnie innym świetle. Jest to dość kontrowersyjne przedstawienie mordu dokonanego na carze Mikołaju II. Być może niektórzy nawet powiedzieliby, że bluźniercze. A już z pewnością trudne do przełknięcia dla przeciętnego Polaka.

Caryll Houselander prawdopodobnie jest autorką raczej słabo znaną polskiemu czytelnikowi. Z jej dorobku, jeśli dobrze się orientuję, wydano po polsku jedynie „Trzcinę Boga” i chyba ze dwie książki dla dzieci. Tymczasem ta XX-wieczna angielska mistyczka była inspiracją np. dla tak ważnego XX-wiecznego autora i duchownego, jak Fulton J. Sheen. Ślady tej inspiracji można odnaleźć w „Life of Christ”.

Caryll Houselander miała w swoim życiu trzy odmienne wizje Chrystusa. W tych trzech osobnych przypadkach zobaczyła Chrystusa w różnych ludziach, których napotkała na swojej drodze. Pierwszy taka wizja dotyczyła niemieckiej zakonnicy z Bawarii. Działo się to podczas I wojny światowej, kiedy Niemcy raczej nie cieszyli się, mówiąc delikatnie, najlepszą reputacją, a młode dziewczyny wychowywane przez zakonnice, wśród nich i sama autorka, były, jak to określiła Houselander, indoktrynowane „w zapiekłej nienawiści do Niemców”.


Wśród tych zakonnic znajdowała się właśnie ta jedna z Bawarii, która w tej atmosferze wojennych złych emocji czuła się dość samotna, co pogłębiała dodatkowo słaba znajomość zarówno francuskiego, jak i angielskiego i brak atutów zjednujących sympatię młodych dziewcząt. Któregoś dnia młoda Caryll, idąc korytarzem, zauważyła, że owa zakonnica czyściły buty uczennic. Tak to relacjonuje dalej w swojej autobiografii „A Rocking Horse Catholic”:


Zatrzymałam się i weszłam do środka, zamierzając pomóc jej w czyszczeniu. Dopiero gdy się wystarczająco zbliżyłam, zauważyłam, że szlocha; łzy ściekały jej po różanych policzkach i kapały na błękitny fartuch i dziecięce buciki. Zmieszana spuściłam oczy i stałam przed nią, niema z zażenowania, nie mogąc zupełnie wykrztusić słowa. Widziałam, jak jej duże, spracowane dłonie opuszczają się na podołek i obejmują te buciki. I nawet owe dłonie, czerwone i spękane, o stępionych paznokciach, były złożone w sposób, który wyrażał nieukojoną żałość.
Obie byłyśmy pogrążone w całkowitym milczeniu: ja – patrząc na jej piękne dłonie, bojąc się podnieść wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć, ona – bezdźwięcznie szlochając.
W końcu z wysiłkiem uniosłam głowę i wtem – ujrzałam to – zakonnica miała na głowie cierniową koronę.
Nie będę próbować tego wyjaśniać. Po prostu mówię, jak to wyglądało.
Ta pochylona głowa była przytłoczona koroną cierniową.
Stałam tak – jak przypuszczam – kilka sekund, wprawiona w osłupienie i wtedy, odnajdując język, powiedziałam do niej:
Ja bym nie płakała, gdybym nosiła koronę cierniową jak ty.
Spojrzała na mnie, jakby przestraszona i spytała:
– Co masz na myśli?
– Nie wiem – odparłam. I wówczas nie wiedziałam.
Usiadłam obok niej i razem polerowałyśmy buty.

Nim przejdziemy do drugiej wizji, tej, która dzisiaj jest najważniejsza, zmieńmy kolejność i krótko powiedzmy jeszcze o wizji trzeciej i ostatniej – Caryll Houselander jadąc metrem któregoś dnia zobaczyła nagle Chrystusa w pasażerach. Jak pisze: „Dość nagle ujrzałam swoim umysłem, ale tak żywo, jak cudowny obraz, Chrystusa w nich wszystkich [pasażerach metra]. Ale ujrzałam więcej niż to; nie tylko Chrystus był w każdym z nich, żyjąc w nich, umierając w nich, radując się w nich, smucąc się w nich – ale ponieważ On był w nich i ponieważ oni byli tutaj, cały świat był tutaj także, tutaj, w tym podziemnym pociągu; nie tylko świat taki, jaki był w tej chwili, nie tylko wszyscy ludzie we wszystkich krajach świata, ale wszyscy ci ludzie, którzy żyli w przeszłości i ci wszyscy, którzy mieli dopiero nadejść”.



CDN