Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2018

Pałac Kultury i Nauki – niech zniknie naprawdę!


Tadeusz Konwicki, pisarz i reżyser, do którego twórczości czuję wciąż dużą słabość i sentyment, choć jego wyborów życiowych nie rozumiem, umieścił m.in. w Lawie Pałac Kultury i Nauki jako symbol zniewolenia Polski. To zadziwiające, że do tej pory jest to chyba najbardziej rozpoznawalna budowla kojarząca się ze stolicą. Chyba nawet kolumna Zygmunta nie jest tak często przywoływana. Szkoda, że właśnie na setną rocznicę odzyskania niepodległości Polski pałac nie zniknął z krajobrazu Warszawy.

W swoim ostatnim wpisie wspomniałem o spocie z Melem Gibsonem. Teraz okazuje się, że twórcy tego filmiku muszą (?!) się tłumaczyć (po co?) ze zniknięcia charakterystycznej – stalinowskiej przecież! – budowli z panoramy Warszawy w ich produkcji. Dla mnie to zniknięcie (obojętnie jakie względy przyświecały twórcom) jest bardzo symboliczne – tak właśnie powinna wyglądać współczesna stolica Polski, oczyszczona z tego, co świadczyło przez tyle dziesięcioleci o braku wolności, o podporządkowaniu obcemu mocarstwu i złowrogiej, antyeuropejskiej i antychrześcjańskiej ideologii. Niech Pałac Kultury i Nauki, niech ten podarunek Stalina pozostanie już tylko w literaturze i filmie, jak koszmar z przeszłości. Niech wreszcie zniknie naprawdę z krajobrazu Warszawy! Szkoda, że nie stało się tak na setną rocznicę odzyskania niepodległości.

wtorek, 15 listopada 2016

Lukka VII



Lukka to wiekowe, położone urokliwie wśród wzgórz miasteczko, w którym z pewnością warto spędzić przynajmniej jeden dzień na powolne zwiedzanie, chodzenie po sklepikach i relaks przy dobrej włoskiej kawie w jednej z kawiarenek lub restauracji. 


 Wąskie, średniowieczne uliczki z zaułkami, przejściami, podwórkami, placami i placykami mają swój urok, który docenią ci lubiący nawarstwianie się wieków i epok. Z jednej strony bowiem te niemal korytarze, w jakie zamienia się plątanina ciasnych uliczek, gdzie dachy domów po przeciwnej stronie prawie się dotykają, każą myśleć o średniowieczu, z drugiej można zatrzymać się przed domem Pucciniego ze stojącym tam pomnikiem kompozytora, który przywiedzie na myśl muzykę XIX wieku, a wreszcie spotkać ślady jeszcze wcześniejszych epok – jak w małym kościółku, w którym uczestniczyliśmy we Mszy św., gdzie jedna ściana to wkomponowany w budowlę starożytny mur obronny. Samo miasto zresztą zostało założone jeszcze przez Etrusków, a więc ma dłuuuugą historię. 


Cała starówka jest otoczona potężnym murem obronnym z XVI/XVII wieku, który ciągnie się ponad 4 kilometry. 


Warto tu zobaczyć piękny kościół San Michele in Foro, którego początki sięgają jeszcze VII w., z potężną figurą Michała Archanioła oraz rzeźbą Madonny – wielu może się ona kojarzyć z Matką Boską z Guadalupe. Dobrze jest zajść na



piątek, 4 listopada 2016

Piza II



Kiedy wchodzi się na Campo dei Miracoli, nie ma mocnych: każdy wydaje okrzyk oszołomienia, podziwu, zdumienia. Otoczony murem plac, kiedy odsłania się przed oczami podróżnika po przejściu bramy, musi poruszyć każdego. Trzy potężne budowle, które na nim się znajdują – baptysterium, katedra i Krzywa Wieża – są bowiem jak z marzenia sennego. Tyle tylko, że to nie sen, a najprawdziwsza jawa.




Na Campo dei Miracoli w Pizie byłem po raz pierwszy. I przekonałem się po raz kolejny, że wyobraźnia płata figle. Choć kamery, telewizja, środki masowego przekazu są wszędzie, to jednak często kształtujemy sobie w myślach obraz odbiegający od rzeczywistego, dopowiadając np. otoczenie, które w „realu” jest odmienne od naszych wyobrażeń. Ale Campo dei Miracoli to prawdziwe Pole cudów. Tutaj można chodzić z otwartymi ustami jak przygłup i czuć się jak „barbarzyńca w ogrodzie”.





Warto zwrócić tu uwagę na detale, zarówno te, zdobiące baptysterium, jak i katedrę czy samą słynną Krzywą Wieżę.


Polaków pewnie zainteresuje, że i tu można znaleźć rzeźbę zmarłego już polskiego artysty, Igora Miotraja. Upadły anioł robi nie mniejsze wrażenie niż inne cuda w tym miejscu. Przeciwnie moim zdaniem do innej współczesnej rzeźby. Ale... de gustibus...


środa, 2 grudnia 2015

Narodowe Forum Muzyki – czy to jest bezpieczne?

Mieliśmy wczoraj okazję wysłuchać wspaniałego koncertu Santander Orchestra – orkiestry złożonej z młodych muzyków, a wspaniale (i z humorem) dyrygowanej przez Johna Axelroda. Koncert składał się z trzech części, a główną atrakcją, która przyciągnęła niewątpliwie wielu słuchaczy – był występ w części drugiej – głównej – Szymona Nehringa – utalentowanego młodego pianisty, laureata nagrody publiczności oraz nagrody za wybitną kreację artystyczną XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. W programie, oprócz Chopina, były utwory Bizeta oraz Dvořáka. Zarówno pianista, jak i orkiestra spisali się znakomicie i myślę, że wielu słuchaczy wyszło z sali koncertowej z poczuciem, że uczestniczyli w wydarzeniu o wysokiej randze artystycznej, przepełnieni niezapomnianymi doznaniami estetycznymi. Stąd zasłużone owacje na stojąco dla młodego pianisty, jak i gromkie brawa dla orkiestry i dyrygenta. 

Była to nasza druga wizyta w Narodowym Forum Muzyki, którego wnętrze imponuje zarówno rozmachem, jak i stroną estetyczną. Jedynym mankamentem praktycznym są mało wygodne fotele (projektant chyba przewidywał, że publiczność będzie siedzieć z założonymi rękami).

Zgrzytem natomiast ponownie okazał się nowy parking podziemny, znajdujący się bezpośrednio przy Forum. Poprzednim razem spędziliśmy dużo czasu w kolejce do wyjazdu, a dla niektórych (jeśli nie większości) kierowców stroną ujemną były w takich warunkach strome podjazdy pod górę, na których co chwilę trzeba było się zatrzymywać. Wydawało się to mało bezpieczne. Tym razem już przy wyjściu z parkingu na poziomie – 3 zauważyłem dużą kałużę wody rozlanej pomiędzy windą a schodami, której obejście wymagało umiejętności akrobatycznych (chyba że komuś nie zależało na schludnym wyglądzie). Natomiast po koncercie ponownie okazało się, że trzeba było tkwić w długim sznurze samochodów wyjeżdżających z podziemnych miejsc parkingowych. Tyle tylko, że tym razem zdecydowaliśmy się zatrzymać samochód, zaparkować ponownie i wyjść na schody na świeże powietrze. Stężenie spalin było tak duże, że zaczęły nas boleć głowy, samochody wydawały się w ogóle nie ruszać z miejsca, a dodatkowo włączył się alarm i nad głową migało nam ostrzeżenie z poleceniem wyjścia z garażu. Wprawdzie jechała z nami teściowa, ale jestem z nią w zbyt dobrych układach, by ryzykować, że się nam udusi. Pytanie, czy ten garaż podziemny faktycznie spełnia kryteria bezpieczeństwa, zwłaszcza, gdy po koncercie wyjazd jest zakorkowany samochodami, a systemy wentylacyjne ewidentnie nie radzą sobie z poziomem stężenia spalin? 


wtorek, 11 sierpnia 2015

Monte Cassino II – wielka bitwa i chrześcijańska kontemplacja


Monte Cassino to w zasadzie punkt obowiązkowy każdej wycieczki czy pielgrzymki z Polski. Dla większości Polaków ma (lub teoretycznie powinno mieć) to miejsce zresztą podwójne znaczenie: z jednej strony przypomina o tragicznej walce polskich żołnierzy „za wolność naszą i waszą”, z drugiej wiedzie myśl ku odległym wiekom chrześcijaństwa, ku podstawom cywilizacji europejskiej. Z jednej strony więc myśl o destrukcji, zniszczeniu i cierpieniu, z drugiej o cierpliwym budowaniu, modlitewnej kontemplacji, wznoszeniu oczu ku Bogu.

Nim dotrzemy do słynnego wzgórza udajemy się do muzeum bitwy o Monte Cassino – Historiale di Cassino.




Czekając na zwiedzanie zaglądamy do sklepiku. Tutaj oczywiście można kupić różne gadżety i pamiątki. W tym koszulki. Są polonica. Są też elementy, które zaskakują – jak koszulki wyraźnie upamiętniające niemieckie formacje wojskowe. 



Samo muzeum robi na mnie z początku wrażenie kompletnie infantylnego, być może bardziej przeznaczonego dla zwiedzających ze Stanów Zjednoczonych (bez obrazy) lub krajów, które nie brały w tej wojnie bezpośredniego udziału. Potem jest trochę lepiej i można się nawet nieco dowiedzieć, zwłaszcza jeśli nie zna się zbyt dokładnie szczegółów przebiegu tej bitwy. Twórcy muzeum włożyli sporo wysiłku i pomysłowości, by opowiedzieć o tych zmaganiach jak najciekawiej przy pomocy dźwięku, obrazu i oryginalnych eksponatów z terenów walk.


Przypomniawszy sobie historię słynnej bitwy udajemy się w dalszą drogę, która na pierwszy rzut oka nie wygląda bezpiecznie. Jednak nasi kierowcy nie mają problemu z kierowaniem po stromej i krętej szosie wiodącej do klasztoru. Dech w piersi zapierają rozciągające się widoki, a owa panorama swoje zwieńczenie zyskuje w samym klasztorze, z którego prezentuje się w całej okazałości. 


Takie miejsce musiało być wprost znakomite, jeśli chodzi o wybór lokalizacji na klasztor. Położone na trudno dostępnym wzgórzu, dawało jednocześnie rozległy widok na dzieło Pana Boga, umożliwiało kontemplację, oddalało od zgiełku świata i pozwalało spojrzeć z dystansem na ziemskie sprawy. Bryła klasztoru robi już z daleko imponujące wrażenie. Podejrzewam, że nie mniejsze niż w dawnych wiekach. Charakterystyczny kompleks zabudowań klasztornych zachwyca też wewnątrz, gdy przekroczy się bramę wejściową. Aż trudno uwierzyć, że ktoś chciałby zbombardować tak monumentalne dzieło dawnych mistrzów. Nawet poświęcenie go w imię wyższych celów wydaje się niezwykłym barbarzyństwem. Trudno też uwierzyć, że to wszystko było obrócone w ruinę. Budynki klasztorne odbudowano po wojnie, więc to, co mieliśmy okazję zobaczyć, to w zasadzie rekonstrukcja. Sam kompleks klasztorny zresztą niepierwszy raz ulegał zniszczeniu bądź przez ludzi, bądź naturę – trzęsienie ziemi. 

Rekonstrukcją natomiast nie jest przepiękna kaplica, która zachowała się mimo ciężkiego bombardowania, a w której spoczywają doczesne szczątki założyciela klasztoru – św. Benedykta z Nursji i jego siostry św. Scholastyki.




Te złocone, przecudnie zdobione ściany i sufity pozwalają duchowi ulecieć w dziedzinę spraw wiecznych, nieprzemijających. Podobnie jak naturalne piękno przyrody, tak dzieła rąk dawnych mistrzów wskazują na Boga, wspomagają modlitewną kontemplację.