Moja małżonka, oprócz malowania na szkle, zajmuje sobie czas
robieniem porządków i sortowaniem różnych rzeczy, na co nigdy nie ma czasu. Nie
narzeka na nudę. Ja zresztą też nie. Wczoraj wyciągnęła gdzieś z szafy starego
walkmana jej śp. brata. Stary walkman jest jak nowy, choć początkowo mieliśmy
wątpliwości, czy po włożeniu baterii będzie odtwarzać muzykę. Musiał chyba być
w swoim czasie jednym z nowocześniejszych sprzętów. Ładne wykonanie. Okazało
się, że chodzi jakby wyszedł dopiero z fabryki.
Dzisiaj moja małżonka zaczęła wyciągać stare kasety
magnetofonowe, których mamy jeszcze razem dość sporo. Wśród nich znalazła się
jedna, o której myślałem, że już mi przepadła. Nawet parę razy myślałem o
kupnie płyty. Bardzo się ucieszyłem, gdyż kiedyś, przed wieloma laty, słuchałem
jej bardzo często. W dalszym ciągu jakość jest bardzo dobra, nawet jak na taśmę
magnetofonową. Z radością zacząłem jej słuchać.
Po latach nie zmieniłem swego zdania: „Poezje ks. Jana
Twardowskiego” w wykonaniu zespołu Tie Break brzmią po prostu rewelacyjnie.
Chyba do tej pory nie udało się nikomu nagrać tak dobrej płyty z tą poezją.
Przynajmniej nic takiego nie udało mi się znaleźć.
Ale to nie tylko znakomita interpretacja poezji religijnej
ks. Twardowskiego, to po prostu wspaniała muzyka. Jedna z najlepszych płyt w
historii polskiej muzyki... waham się, czy użyć tu słowa „rozrywkowej”, bo to
coś więcej niż tylko muzyka rozrywkowa. Jest tu dynamika, kapitalne aranżacje i
rozwiązania muzyczne. Kilka utworów z tej płyty należy do moich ulubionych i
tych, które uznaję za hity wszechczasów. Takie piosenki jak: „nie umiem”,
„sprawiedliwość”, „żeby móc” i nie tylko te nic się nie zestarzały. W przypadku
piosenki „żeby móc” jest w niej fragment, który po prostu za każdym razem mnie
powala, kiedy go słucham. Nie znam się na terminologii muzycznej, ale jest w
niej po prostu taka nagła zmiana rytmu, przeskok, który chwyta mnie za serce i
na który zawsze czekam. Wspaniałe wykorzystanie wszystkich instrumentów. Cudowny
saksofon. Kiedyś wrzuciłem tutaj ten utwór z YouTube.
To dla odmiany dzisiaj coś innego z tej kasety/płyty,
również mój ulubiony utwór: „nie umiem”.
Nie oglądałem jeszcze filmu „Zimna wojna” Pawlikowskiego.
Mam nadzieję, że jest to obraz lepszy niż nieszczęsna „Ida” – film nudny i
przyprawiający nam gębę antysetmitów. Zachwycił mnie natomiast „trailer”
„Zimnej wojny” – i chyba trudno, żeby nie zachwycił każdego, kto kocha jazz,
choć same, wysmakowane czarno-białe zdjęcia również robią swoje. Jazzowa
interpretacja ludowej piosenki „Dwa serduszka” jest moim zdaniem powalająca.
Przyznam się ze wstydem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tej piosenki, a więc
postanowiłem (za namową mojej żony, która oczywiście takie rzeczy zna),
sprawdzić, czy można znaleźć jeszcze inne wersje – zarówno ludowe, jak i może
jazzowe – tego utworu. Okazuje się, że owszem i to dość spory wybór, z którego
kilka wersji jest równie interesujących lub niemal interesujących, jak ta,
która reklamuje film Pawlikowskiego.
Najpierw więc interpretacja z „trailera”. Potem wersja
ludowa w wykonaniu Mazowsza i ciekawa i dobrze zaśpiewana wersja Magdy Umer i
Anny Marii Jopek. Na końcu interpretacja instrumentalna Wojtka Gogolewskiego
(co to za mania na infantylizm z tymi zdrobnieniami imion – chodzi o to, że
łatwiej wymówią je na Zachodzie?), której początek wydał mi się nieco banalny i
może nawet ześlizgujący w stronę jakiegoś disco, ale potem jest naprawdę
dobrze.
Internet przy swoich wadach pozwala na wiele rzeczy, które
niegdyś były nie do pomyślenia. W pewnym sensie więc ubogaca. Gdybym chciał
prześledzić np. różne wersje standardów jazzowych bez Internetu, to byłaby to
niegdyś „mission
impossible”. Teraz wystarczy kilka kliknięć myszą i można posłuchać różnych
wersji i to z różnych niemal epok.
Skąd zainteresowanie akurat tym motywem muzycznym? Ktoś, kto
posłucha i przyjrzy się zamieszczonym filmikom, pozna raczej bez trudu.
Na początek więc piękna interpretacja Nat King Cole’a,
którego lubię w tej „nieprzesłodzonej” wersji, z jego triem i który, jak
wyczytałem, jako pierwszy nagrał piosenkę „Nature Boy”. Potem wersja słynnego
Franka Sinatry. Dla mnie nieco zaskakująca. Milesa Davisa nie trzeba rekomendować
– każdy, kto nie znał, a lubi jazz, z chęcią posłucha – po prostu nostalgiczne cudeńko.
I na koniec coś odmiennego, niezupełnie już może jazzowego – Aurora – a od tego
się jakby zaczęło. I to jest już naprawdę zupełnie inna epoka. I inne strachy.
Można by tutaj dodać parę jeszcze innych intrygujących
wersji, ale poprzestańmy na tych. Kto zechce, znajdzie sobie resztę. Warto
poszukać – jest jeszcze kilka pięknych, nietuzinkowych interpretacji.
Dzisiaj kolejne Święto Niepodległości i... kolejne bez
zadym, bez pałowania i bez awantur. Pewnie kaczystowski reżym tak trzyma ludzi
za mordę, że boją się podskoczyć, a może narodowcy się przestraszyli PiS-u i
spotulnieli?
Bardziej serio – zmarł Leonard Cohen. Smutne, że nie będzie
już więcej jego piosenek. Nie byłem jakimś ogromnym fanem, który by śledził
każdą nową płytę czy czekał niecierpliwie na każdą nową piosenkę. Pamiętam
jednak pierwsze zetknięcie z tą twórczością, kiedy nauczyciel angielskiego puścił
nam płytę z nagraniami autora „Famous Blue Raincoat”. Może znałem już wtedy
nowsze utwory tego poety i pieśniarza, ale to były stare nagrania. I było to
dla mnie coś nowego, choć jako smarkacz niewiele też pewnie z tego rozumiałem.
W pamięci pozostała mi charakterystyczna maniera śpiewania, charakterystyczny
głos. Kiedy jakiś czas później kupiłem płytę z nagraniami Cohena, nieco się rozczarowałem,
gdyż było tam całe instrumentarium muzyki elektronicznej i nowoczesnej, a ja
spodziewałem się przede wszystkim gitary i tego... jak to nazwać?...
nonszalanckiego (?) śpiewu, jakby ktoś może trochę za dużo wypił, ale dawał
radę... Chyba wysłuchałem jej kilka razy, ale rozczarowanie pozostało.
Tak, jest więc parę utworów Cohena, które lubię i których
mogę słuchać wciąż na nowo. Nawet trochę się przekonałem do tych bardziej
„nowoczesnych” piosenek. Zawsze wzrusza mnie jednak niezmiennie „Famous Blue
Raincoat” i parę innych kompozycji mniej więcej z tamtego okresu.
Nie wiedziałem wcześniej, że ojciec Cohena był polskim Żydem,
a jego matka pochodziła z Litwy. I jakoś tak symbolicznie wieść o jego śmierci
przyszła w Święto Niepodległości. Wówczas, kiedy Rzeczpospolita odzyskiwała
niepodległość, jeszcze było to państwo wielonarodowe, jeszcze udało się
odzyskać sporą część tamtej I Rzeczpospolitej, w której byli Żydzi, Ukraińcy,
Litwini, Polacy...
Film dokumentalny o Amy Winehouse zobaczyłem dopiero
niedawno, korzystając z jednego z płatnych portali filmowych. Przez dłuższy
czas zwlekałem z obejrzeniem tego dokumentu. Być może powodów było kilka: Albo
obawiałem się przesłodzonej wersji jej życia, lukrowanych, czułych komentarzy w
stylu głupawych portali muzycznych dla młodzieży, albo podkoloryzowanej
historii o zbuntowanej młodej dziewczynie, która złożyła życie na ołtarzu
pop-kulturowego buntu, albo może po prostu żal mi było tej młodej piosenkarki i
kompozytorki o niesamowitym talencie, która tak przedwcześnie odeszła z tego
świata, i nie chciałem oglądać tej historii, tak jak nie chcemy przez jakiś
czas wracać do historii życia kogoś nam bliskiego, kto niedawno odszedł, bo to
boli.
Tymczasem film – w którym autor korzysta z materiałów
archiwalnych, amatorskich nagrań wideo, zdjęć prywatnych i nagrań ze studiów
muzycznych – mną wstrząsnął. Pokazał Amy Winehouse przede wszystkim jako
obdarzoną darem muzycznym nastolatkę, która weszła w świat rozrywki, w świat
przemysłu rozrywkowego może nazbyt wcześnie. Jawi się tutaj angielska
piosenkarka jako niesamowity talent nie muzyki pop, ale jazzu – a więc muzyki
bądź co bądź elitarnej, być może czasem snobistycznej, ale raczej właściwej dla
małych klubów, do których przychodzi publiczność o bardziej wyrafinowanych
gustach. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Sam na tym blogu poświęciłem
pamięci Amy Winehouse krótki wpis, w którym przyrównałem ją do największych
gwiazd: Billie Holiday, Niny Simon, Elli Fizgerald. Szkoda, że Tony Bennett nie
wpadł na pomysł nagrania całej płyty z jej udziałem. Może przy okazji praca nad
takim projektem i szacunek, jakim darzyła dużo starszego piosenkarza, zdołałyby
jeszcze uratować jej młode życie? Może przynajmniej na jakiś czas?
Z drugiej strony jawi się Amy Winehouse jako młoda, wrażliwa
dziewczyna, którą łatwo było zranić i wciągnąć w wir samodestrukcji. Przede
wszystkim nie bez znaczenia jest tutaj tło związane z jej życiem rodzinnym.
Kiedy w pewnym momencie jej ojciec powiedział o swoim odejściu od żony i
rodziny, że jego córka dość łatwo sobie z tym poradziła, zareagowałem
wzburzeniem, stwierdzając, że człowiek ten jest głupi, nie zdaje sobie sprawy,
jakim nieszczęściem dla dziecka jest rozejście się jego rodziców. Dalsza część
filmu tylko potwierdziła moją konstatację. Jej ojciec, z którym przecież
podtrzymywała kontakt i który dalej miał niebagatelny na nią wpływ, nie dorósł
nie tylko do roli męża jej matki, ale i kochającego, opiekuńczego rodzica. Jego
decyzje miały na kochającą go przecież Amy wpływ destrukcyjny. Tak wynika to
przynajmniej z filmu i choć biorę poprawkę na możliwe przekłamania, to
właściwie film nie pozostawia tu złudzeń, oddając głos samemu ojcu.
Drugi
mężczyzna (jeśli w ogóle zasługuje na to miano), który wywarł równie
niszczycielski, a może nawet niebagatelnie bardziej rujnujący, wpływ na życie
utalentowanej piosenkarki, to jej chłopak, a potem mąż, Blake Fielder.
Wciągający młodą kobietę, właściwie niemal dziewczynę jeszcze, w spiralę
alkoholowego i narkotykowego szaleństwa, jawi się tutaj jako postać
zdecydowanie odrażająca, „pasożyt” (określenie jednego z lekarzy z poradni
odwykowej) żerujący na miłości zapatrzonej w niego piosenkarki. Tej roli nie
przesłaniają wzmianki o jego własnych zranieniach z dzieciństwa. W końcu
narkotykowe i alkoholowe ciągi z jego udziałem przyczyniły się do zniszczenia
zdrowia samej Amy, a brak z jego strony jakiejś choćby podstawowej troski i
dojrzałości przyniósł katastrofalne skutki w chwili, kiedy próbowano
piosenkarce pomóc wyjść z nałogu.
Oczywiście nie można całej winy zrzucić na otoczenie. Trzeba
uczciwie powiedzieć, że autorka „Back to Black” sama weszła na ścieżkę życia
dalekiego od świętości. Miała też prawdziwych przyjaciół, którzy z przerażeniem
patrzyli na jej staczanie się i usiłowali jej pomóc. Całość jednak obrazu
pokazuje znakomicie, jak takie życie wywiera dewastujący wpływ na człowieka,
jak mit wyzwolenia seksualnego, „wolności od”, ten cały „sex, drugs and
rock’n’roll” kryją za swoją fasadą samotność, krzywdę wyrządzaną sobie i
drugiemu człowiekowi. To chyba jeden z bardziej oskarżycielskich filmów dla
świata pop-kultury i w ogóle współczesnej mentalności, jaki w ostatnim czasie
dane mi było obejrzeć i być może nawet wbrew woli jego twórców.
Wokół tego wszystkiego i w tle jest jeszcze przemysł
rozrywkowy i świat mediów (nie tylko wszędobylskich paparazzi, ale też
telewizji, gazet, czasopism). Choć tutaj ich rola nie jest aż tak mocno – w
moim odczuciu – podkreślona, a może nawet niejednoznaczna. Jeśli chodzi o świat
mediów, to dobrze widać to, gdy zestawi się ciepłe przyjęcie młodej piosenkarki
na początku jej kariery i szyderstwa i kpiny (także ze strony tych samych tuzów
dziennikarstwa!), kiedy zaczęła się staczać i potrzebna jej była pomocna i
przyjacielska dłoń. Chyba negatywną stronę przemysłu rozrywkowego najbardziej
widać już właściwie pod koniec filmu, kiedy usiłowano wciągnąć Amy Winehouse
(wbrew jej samej – jak sugeruje dokument) w kolejną trasę koncertową z występami
na wielkich scenach. Wielu pamięta jeszcze, jaki był tego skutek.
Czego w życiu Amy Winehouse zabrakło? Chyba po prostu tej
prawdziwej miłości, o której tak pięknie pisze św. Paweł. Gdyby ją naprawdę
spotkała, być może wciąż byłaby wśród nas i wciąż tworzyłaby nowe, może nawet
jeszcze lepsze piosenki.
Smutny to film i smutne niesie ze sobą refleksje. Ale wbrew
temu, a może właśnie dlatego, wart jest obejrzenia.
O płycie Kuby Płużka dowiedziałem się z krótkiego artykułu
Jana Pospieszalskiego z jednego z ostatnich numerów „Do Rzeczy”. Lubię jazz i
zawsze z ciekawością sięgam po nowe nagrania lub płyty, jeśli w danym momencie
mnie na nie stać. Dużą radość sprawia mi odkrycie nowych, intrygujących zjawisk
we współczesnym jazzie. Rekomendacje krytyków muzycznych nie zawsze się
sprawdzają. Pamiętam jak niegdyś przeczytałem entuzjastyczną recenzję płyty
wydanej przez bodajże córkę któregoś z polskich muzyków jazzowych. Przy
najbliższej okazji kupiłem ją w sklepie, nawet nie pomyślawszy o tym, by
chociaż sprawdzić fragmenty utworów. Kląłem potem jak szewc, chyba nawet nie
dosłuchałem płyty do końca. Zastanawiałem się tylko, czy recenzent ma drewniane
ucho, czy też ktoś go sowicie opłacił za laurkę. Ale w końcu czymś się trzeba
kierować, a rekomendację można zawsze obecnie – z reguły bez trudu – sprawdzić
w Internecie, choćby na YouTube. Rzecz jasna z miejsca zacząłem szukać utworów młodego
pianisty. Tyle tylko, że tym razem ze zdobyciem płyty zatytułowanej „Eleven
songs” może być problem, a – kto wie? – może nawet będzie ona osiągać zawrotne
ceny na tzw. „rynku wtórnym”. Jak pisze bowiem Jan Pospieszalski, spadkobierczynie
praw autorskich do kompozycji „Polskie drogi”, która znalazła się na tym
krążku, najpierw przez kancelarię prawną zaczęły domagać się honorarium (co
jeszcze nie dziwi), ale zaraz potem również wycofania płyty ze sprzedaży ze
względu na interpretację Płużka, która im się nie spodobała. Bardziej
szczegółowy opis całej sprawy, oprócz tego w artykule Jana Pospieszalskiego,
można przeczytać m.in. tutaj. Udało mi się znaleźć właśnie „Polskie drogi” w wykonaniu Płużka. Udało
i... muszę powiedzieć, że szczęka mi opadła. Ta interpretacja po prostu jest...
piękna! Pianista nadał jej swój charakter, wyraźny i odrębny, inny choćby od
„klasycznej” interpretacji Leszka Możdżera czy Pata Metheny’ego i Anny Marii Jopek, które niewiele zdają się odbiegać od pierwowzoru. Ale nie przedobrzył,
nie udziwnił jej tak, że słuchacz ma ochotę cisnąć czymś ciężkim w głośnik, bo
interpretator postanowił pokazać na siłę, że jest lepszy od autora pierwowzoru.
Dlaczego więc komuś zależy na tym, by zaszkodzić młodemu jazzmanowi i narazić
producenta na straty? W jaki sposób zła interpretacja znanego utworu (a ta zła
nie jest) może narazić na szwank kompozytora albo jego
spadkobierców? Chyba tylko pomnożyć jego sławę, bo przecież wszyscy będą tym
bardziej dostrzegać zalety oryginału. Zresztą posłuchajcie sami (póki jeszcze
można):
Od lat ta piosenka niezmiennie mi się podoba. Może dlatego, że kojarzy mi się z Irlandią, w której spędziłem trochę czasu. Wszystkim Czytelnikom mojego bloga wszelkich Bożych łask w te Święta Bożego Narodzenia życzę, gdybym nie zdążył zamieścić nieco bardziej stosownego obrazka :-)
Mieliśmy wczoraj okazję
wysłuchać wspaniałego koncertu Santander Orchestra – orkiestry złożonej z
młodych muzyków, a wspaniale (i z humorem) dyrygowanej przez Johna Axelroda.
Koncert składał się z trzech części, a główną atrakcją, która przyciągnęła
niewątpliwie wielu słuchaczy – był występ w części drugiej – głównej – Szymona
Nehringa – utalentowanego młodego pianisty, laureata nagrody publiczności oraz
nagrody za wybitną kreację artystyczną XVII Międzynarodowego Konkursu
Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. W programie, oprócz Chopina, były utwory
Bizeta oraz Dvořáka. Zarówno pianista, jak i orkiestra spisali się znakomicie i
myślę, że wielu słuchaczy wyszło z sali koncertowej z poczuciem, że
uczestniczyli w wydarzeniu o wysokiej randze artystycznej, przepełnieni
niezapomnianymi doznaniami estetycznymi. Stąd zasłużone owacje na stojąco dla
młodego pianisty, jak i gromkie brawa dla orkiestry i dyrygenta.
Była to nasza druga wizyta
w Narodowym Forum Muzyki, którego wnętrze imponuje zarówno rozmachem, jak i
stroną estetyczną. Jedynym mankamentem praktycznym są mało wygodne fotele
(projektant chyba przewidywał, że publiczność będzie siedzieć z założonymi
rękami).
Zgrzytem natomiast
ponownie okazał się nowy parking podziemny, znajdujący się bezpośrednio przy
Forum. Poprzednim razem spędziliśmy dużo czasu w kolejce do wyjazdu, a dla
niektórych (jeśli nie większości) kierowców stroną ujemną były w takich
warunkach strome podjazdy pod górę, na których co chwilę trzeba było się
zatrzymywać. Wydawało się to mało bezpieczne. Tym razem już przy wyjściu z
parkingu na poziomie – 3 zauważyłem dużą kałużę wody rozlanej pomiędzy windą a
schodami, której obejście wymagało umiejętności akrobatycznych (chyba że komuś
nie zależało na schludnym wyglądzie). Natomiast po koncercie ponownie okazało
się, że trzeba było tkwić w długim sznurze samochodów wyjeżdżających z
podziemnych miejsc parkingowych. Tyle tylko, że tym razem zdecydowaliśmy się
zatrzymać samochód, zaparkować ponownie i wyjść na schody na świeże powietrze.
Stężenie spalin było tak duże, że zaczęły nas boleć głowy, samochody wydawały
się w ogóle nie ruszać z miejsca, a dodatkowo włączył się alarm i nad głową
migało nam ostrzeżenie z poleceniem wyjścia z garażu. Wprawdzie jechała z nami
teściowa, ale jestem z nią w zbyt dobrych układach, by ryzykować, że się nam
udusi. Pytanie, czy ten garaż podziemny faktycznie spełnia kryteria
bezpieczeństwa, zwłaszcza, gdy po koncercie wyjazd jest zakorkowany
samochodami, a systemy wentylacyjne ewidentnie nie radzą sobie z poziomem
stężenia spalin?
A teraz coś, co raczej ma
niewiele związku z polityką: zespół Tie Break oraz Jorgos Skolias i utwór z
płyty „Poezje ks. Jana Twardowskiego” z roku 1995. Moim zdaniem najlepsza do
tej pory śpiewana interpretacja wierszy tego wybitnego poety. Przynajmniej ja
nie słyszałem lepszej. Dobrze by było, gdyby pojawiła się reedycja tego krążka
(jest w pakiecie płyt, ale to trochę za duży wydatek).
Należę chyba do niewielkiej grupy uprzywilejowanych, którzy dostali na własność płytę przedwcześnie zmarłego niedawno polskiego muzyka, skrzypka i pianisty jazzowego Irka Grabowskiego. Płyta to, jak na moje drewniane ucho, pod każdym względem znakomita: dopracowana, spójna, bez zarzutu. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych płyt jazzowych, jakie posiadam w swojej kolekcji. Słuchając jej myślałem z żalem, że Grabowski nie będzie mógł już nagrać kolejnej: ani w duecie z gitarzystą Jérôme Nahonem, ani w jakimkolwiek innym składzie. To po prostu potworna strata. I nie tylko dla polskiej muzyki, ale muzyki światowej w ogóle.
Na płytę Grabowskiego i Nahona składa się 11 znanych standardów, które każdy miłośnik jazzu bez trudu rozpozna. Jest też własna, inspirowana twórczością J.S. Bacha kompozycja polskiego muzyka, zatytułowana po prostu „J.S. Bach”.
Już pierwszy utwór autorstwa Sonny Rollinsa pt. „Pent up house” to istny popis, w dobrym słowa tego znaczeniu, wirtuozerii polskiego skrzypka. Jakby Grabowski nie chciał od samego początku pozostawić wątpliwości słuchaczom, że mają do czynienia z mistrzem. I tak jest w kolejnych, krótkich, ale jakże pięknych i pięknie zagranych kompozycjach w aranżacji obu muzyków.
Dla mnie prawdziwym odkryciem natomiast była nowa wersja „My Favourite Things”. Zawsze uwielbiałem to, co z tym motywem ze słynnego musicalu zrobił John Coltrane. I zawsze wydawało mi się, że nikt nie będzie potrafił już wymyślić nic lepszego, a przynajmniej porównywalnego. Tymczasem, w swojej króciutkiej, bo trwającej zaledwie 2 minuty 17 sekund aranżacji, Grabowski pokazał, że można tego dokonać. Mój zachwyt był tak ogromny, że bez żadnej żenady przyznam się, iż zakręciły mi się w oczach łzy. Bo jeśli ktoś dokonuje rzeczy tak rewelacyjnej, to dlaczego Pan Bóg powołuje go już teraz do nieba?
Moje pierwsze wrażenie, to głównie prostota „My Favourite Things” w wykonaniu Grabowskiego i Nahona. Prostota, która jest oznaką prawdziwych mistrzów. Potem przyszły inne skojarzenia. Przede wszystkim z małą dziewczynką, która nuci sobie ten znany utwór. A jeszcze potem z małą dziewczynką na huśtawce. I to powolne zanikanie muzyki, dźwięku skrzypiec na końcu... Jak zamierające wspomnienie z dzieciństwa. Jak powolne odchodzenie: Jeszcze tu jest... Jeszcze przez chwilę słychać. A potem cisza...
PS
Tę krótką notkę napisałem jakiś czas temu. Pomyślałem sobie przed Bożym Narodzeniem, że może jakaś poważna wytwórnia płytowa zainteresuje się jednak tą płytą i może za rok będzie można ją kupić ładnie wydaną w prezencie świątecznym. Może z jakimś materiałem dodatkowym... Tak sobie marzę...
to jeden z piękniejszych standardów jazzowych. Kojarzy mi się nieodparcie z jesienią. Być może dlatego, że przed dwudziestu laty właśnie jesienią często go słuchałem w wykonaniu Nat King Cole’a. Miłośnicy jazzu mogą posłuchać instrumentalnej, nie mniej pięknej, jego wersji w interpretacji Keitha Jarreta na jego najnowszej (i jakże znakomitej!) płycie „Jasmine”, na której gra z Charliem Hadenem i którą polecam uwadze czytelników.
Wrocławski Teatr Lalek zainicjował w sobotę serię koncertów fortepianowych, które mają się odbywać co miesiąc. Pomysł znakomity. Chyba się nie pomylę, jeśli stwierdzę, że właśnie ten teatr staje się jednym z prężniejszych ośrodków kulturalnych we Wrocławiu.
Cyklu Koncertów Porcelanowych, jak je nazwano, zaczął Tadeusz Domanowski grając nie tylko w sobotę, ale także w niedzielę o godzinie 17.30. Było coś dla ducha, ale także i dla ciała, bo po koncercie serwowano kawę i ciasto. W sam raz na niedzielne popołudnie – a akurat wtedy się wybrałem. Atmosfera kameralna, bo w Sali Kolumnowej dla niewielkiego grona słuchaczy.
O samym koncercie napiszę tylko tyle, że mi się ogromnie podobał. Nawet moim drewnianym uchem mogłem ocenić, że przynajmniej niektóre z utworów wymagały od pianisty wirtuozerii. A zagrał on w większości znane kompozycje: Chopina, Liszta, Moszkowskiego i Mendelssohna. O tym, że nie byłem osamotniony w swoich odczuciach świadczy fakt, że publiczność nagrodziła wykonawcę rzęsistymi brawami i bisował dwa razy.
Były jednak drobne mankamenty, wymagające dopracowania organizacyjnej strony samych koncertów. Najwidoczniej jednocześnie odbywało się na górze jakieś przedstawienie, bo dwa utwory nieco zakłócił dość donośny dźwięk dzwonka i hałasy dochodzące ze schodów. Drugi problem to niestety wszechobecność telefonów komórkowych. Nawet zażartowałem rozmawiając z towarzyszącą mi osobą, że pewnie odezwie się jakaś komórka. I tak też się stało. Na szczęście tylko na krótko i dość cicho. Nie zmienia to faktu, że jednak organizatorzy powinni przypominać zapominalskim o wyłączeniu telefonów.
Przy okazji muszę wspomnieć metamorfozę samego budynku Teatru Lalek. Niemal jak Kopciuszek, który zamienił się w piękną księżniczkę. Odnowiona elewacja zachwyca oko. Cieszy też nowe ogrodzenie wokół przylegającego parku, które zauważyłem dopiero w zeszły piątek. Widać, że jest jeszcze sporo do zrobienia tak wewnątrz, jak i na zewnątrz teatru. Park na przykład wymaga uporządkowania, odnowienia m.in. fontanny, zerwania asfaltowych nawierzchni (co za dureń w czasach PRL-u wpadł na pomysł, by ścieżki parkowe wylać asfaltem?). Nie zmienia to jednak faktu, że budynek i jego otoczenie wyglądają po prostu coraz piękniej. A odbywające się tam przedstawienia i inne wydarzenia kulturalne będą miały, a właściwie już mają, godną ich oprawę.
O znaczeniu, jakie Powstanie Warszawskie nabrało dla Polaków, świadczą nie tylko uroczystości i przepychanki między politykami, ale również wydawnictwa i utwory z nim związane i mu poświęcone. Także w tym roku należy odnotować dwie bardzo ciekawe inicjatywy muzyczne.
Pierwsza z nich to płyta „Gajcy”, na której znalazły się kompozycje różnych polskich muzyków zainspirowane poezją Tadusza Gajcego. Płytę znam tylko z fragmentów dostępnych w Internecie, więc nie chciałbym wyrokować o całości. To, co miałem okazję wysłuchać, jednak średnio mi się podoba. Przede wszystkim mam wrażenie, że poezja autora „Miłości bez jutra” gubi się w kakofonii dźwięków. Tutaj akurat zgodziłbym się z krytycznym nastawieniem do podobnych przedsięwzięć Jarosława Marka Rymkiewicza, którego książkę rekomendowałem wczoraj. Co nie zmienia faktu, że samo istnienie takich pomysłów potwierdza jego intuicję co do sensu i wymowy Powstania dla kolejnych pokoleń Polaków.
I tak na przykład Karolina Cicha drażni mnie i irytuje swoją manierą śpiewania, choć podoba mi się sam teledysk promujący płytę:
Dość szczegółową recenzję krążka „Gajcy”, omawiającą każdy utwór z osobna, wraz z linkami do niektórych wykonawców, można natomiast znaleźć w blogu Budyń78.
Być może się starzeję, ale zdecydowanie bardziej wolę taką interpretację liryki Gajcego:
Chętnie zresztą posłuchałbym płyty w wykonaniu tego duetu. Może to jakiś pomysł na kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego? Może wiersze poetów z pokolenia Baczyńskiego? Przydałoby się tak swoją drogą, by jakieś wydawnictwo wznowiło chociaż lub opublikowało nowy wybór poezji Tadeusza Gajcego.
Druga inicjatywa godna zauważenia jest także związana z muzyką i literaturą. To „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” w interpretacji Mateusza Pospieszalskiego. Kilka piosenek, których można wysłuchać na podlinkowanej stronie, zdaje się świadczyć o tym, że mamy do czynienia z naprawdę kapitalnym pomysłem. Proszę na przykład posłuchać utworu „Katedralności” lub „Niejedni w biegu”. Jak wspaniale muzyka współgra tutaj z tekstem! Jak uwypukla i podkreśla jego sens! Ile cudownej i przejmującej poezji w prozie mistrza Białoszewskiego! Z czterech zaprezentowanych na stronie internetowej kompozycji mój numer jeden to przepiękna w swoim smutku i wieloznaczności „Sypka Warszawa”. Zresztą... trudno się zdecydować, bo i „Katedralności” chwytają za serce i zachwycają ucho.
Mam nadzieję, że płyta Pospieszalskiego będzie dostępna nie tylko dla małego grona koneserów.
Muzyka i kompozycje Jacaszka są całe z ziemskich westchnień, frasunków, wzdychań, szeptów i poczucia ciężaru ziemskiej egzystencji, która wyrywa się ku wyższym, szczęśliwszym rejonom ducha. Muzyka i kompozycje Leszka Możdżera często nasuwają mi skojarzenie z wysokimi stopniami abstrakcji, z chłodem matematycznej wręcz precyzji. Dlatego może też nie do końca się w tej muzyce odnajduję, choć podziwiam jej doskonałe, wyrafinowane piękno.
Tymczasem najnowsza płyta Możdżera, „Missa Gratiatoria”, skomponowana z okazji 35-lecia Akademickiego Chóru Uniwersytetu Gdańskiego, urzekła mnie niemal od pierwszych taktów. Jest to w zasadzie jeden utwór, którego poszczególne części zostały wyodrębnione trzema krótkimi interludiami. Instrumenty klawiszowe, perkusja, chór i wspaniale wykorzystane brzmienie wibrafonu (krystalicznie czyste kropelki dźwięku!) tworzą misterną całość.
Jest w tej muzyce radość Niedzieli Zmartwychwstania. Słuchając jej miałem wrażenie lekkości, unoszenia się duszy pozbawionej ziemskiego ciężaru, wznoszenia się po okręgach sfer niebieskich. Kolejne interludia to jakby przechodzenie na coraz wyższe etapy tej wędrówki, której zwieńczeniem jest przepiękne Agnus Dei, będące też najlepszym fragmentem całej płyty.
Msza Leszka Możdżera łączy w sobie nowoczesność z tradycją. Łacińskie śpiewy chóralne przypominają o średniowiecznym uniwersalizmie, o chrześcijańskim przesłaniu adresowanym do całego świata. Nasuwają też skojarzenia z ówczesną wizją wszechświata, którego centrum, najwyższym punktem był Bóg. To jakby gotycka katedra zbudowana z dźwięków, ale przy użyciu nowoczesnych środków, nowego języka muzycznego twórczo rozwijającego znane motywy.
Leszek Możdżer, Missa Gratiatoria, Akademickie Centrum Kultury UG „Alternator”, 2009.
... organy, dzwony i dzwoneczki. A w tle anielskie chóry.
Jeśli „Treny” Jacaszka wywoływały u mnie głównie zachwyt, a przy tym konsternację właściwą rzeczom nowatorskim, to „Pentral” jest przede wszystkim źródłem konfuzji. Słucham tej płyty i słucham z dużym zakłopotaniem. Znajduję na niej fragmenty piękne, ale trudno byłoby mi powiedzieć, czy nowy krążek młodego kompozytora mnie zachwyca. Być może, mimo poprzedniej płyty, nie jestem przygotowany do odbioru tego typu „muzyki”. Jak bowiem nazwać ten eksperyment? Jest to jeszcze muzyka? Czy jest to „tylko” zapis przetworzonych, uporządkowanych dźwięków zebranych we wnętrzu trzech gotyckich kościołów? Jest to faktycznie brzmieniowy opis ducha średniowiecznej świątyni? Płyta do wielokrotnego słuchania? A może niewykorzystana ścieżka dźwiękowa do jakiegoś filmu lub spektaklu? (Spektaklu rozgrywającego się w naszej wyobraźni?)
Są na tej płycie części, które drażnią. Drażni nagła hałaśliwa kaskada, jaką atakują nasz słuch organy i z ulgą przyjmujemy dzwonki brzmiące jak kończące burzę ostatnimi chaotycznymi pacnięciami krople wody. A za chwilę ponownie podskakujemy zaskoczeni kolejną organową burzą. Drażni jakiś wariacki, przypominający nieszczęsne popisy wokalne kościelnych organistów, pozbawiony słów śpiew wokalisty.
Są na niej części, urywki poruszające, zachwycające. Na przykład w zamykającej płytę kompozycji oznaczonej numerem X „śpiew” dzwonów, dzwonków i dzwoneczków, jakby obwieszczający jakąś radosną nowinę, do których dołącza się „anielski” głos Mai Siemińskiej i Leny Majewskiej. Podobnie anielskie, nie przytłaczające, a płynące gdzieś z oddali, podrywające duszę do lotu, chóry słychać w delikatnym, wypełnionym tajemniczymi pogłosami utworze III.
Są na niej fragmenty budzące niepokój, nasuwające myśl o tajemnicy. Na przykład w kompozycji IX słychać jakby tąpnięcia ziemi lub kroki zbliżającego się olbrzyma, którym towarzyszy trzepot skrzydeł spłoszonego ptaka. Mimo woli, ilekroć słucham tego utworu, przypomina mi się znany cytat z Pieśni na pieśniami: „Idzie skacząc po górach”.
A może „Pentral” to nie tylko dźwiękowa opowieść o wnętrzu świątyni, ale próba opisania zakamarków duszy: jej blasków i cieni, radości i smutków, upadków i uniesień?
Czy jednak ten eksperyment się powiódł? Hm...
Nie znacie? To posłuchajcie i przekonajcie się sami.
Gdybym miał polecić jakąś płytę na wielkopostne medytacje, to wskazałbym tę. „Treny” Michała Jacaszka to przejmująco piękna i pięknie przejmująca muzyczna medytacja nad śmiercią, przemijaniem postaci tego świata, tymczasowością naszego ziemskiego bytowania oraz wiecznością. To żal po śmierci kogoś bliskiego oraz poszukiwanie nadziei, to rozpamiętywanie minionych chwil i ciężar smutku związanego z odejściem kogoś, kogo się kocha.
Gdybym miał wskazać muzykę, która sama sobą wyraża przemijanie, odchodzenie w przeszłość, a jednocześnie paradoksalnie mówi o wiecznym trwaniu („Rytm to nieśmiertelność”) to wybrałbym tę. Szumy, trzaski, różne pogłosy w połączeniu z pięknym wokalem Mai Siemińskiej, wiolonczelą i skrzypcami sprawiają wrażenie jakiegoś przesłania z przeszłości, jakby płynąc przez kosmos dotarła do nas wiadomość, w której pewne dźwięki się zacierają, inne nasilają, jedne są ledwo czytelne, inne brzmią czysto i klarownie (gdzieś słychać fragmenty jakiejś rozmowy czy wypowiadanych na głos myśli, gdzie indziej jakby odgłos skakanki, czyichś kroków); wiadomość, w której język nie jest do końca jasny czy zrozumiały, ale intuicyjnie czujemy, że wiemy, o co chodzi i jednoczymy się z nadawcą, z nim współ-odczuwamy. Takim przesłaniem, wiadomością w butelce wysłaną przez morze upływającego czasu są przecież „Treny” Jana Kochanowskiego, które stały się literacką inspiracją dla kompozycji Jacaszka.
Gdybym miał wybrać artystę, który w ostatnim czasie zrobił na mnie ogromne wrażenie, stał się dla mnie odkryciem, dostarczył niezwykłych muzycznych doznań, wprawił też w konsternację i zakłopotanie, jakie budzą zjawiska nie do końca zrozumiałe i nowe, to bez dwóch zdań oddałbym głos na tego właśnie. Jacaszek ma już zapewnioną pozycję zarówno jako innowator, jak i oryginalny głos i brzmienie w polskiej i chyba nie tylko polskiej muzyce. Paradoksalnie (albo z pozoru tylko paradoksalnie) jako twórca awangardowy nawiązuje do tradycji. Taniec na przykład, jakiś ułomny, kaleki walczyk (można by stworzyć kapitalny teledysk) pojawia się tutaj chyba nie przypadkowo i nieprzypadkowo nasuwa skojarzenia ze starym średniowiecznym motywem tańca śmierci (jedna z kompozycji jest zatytułowana właśnie „Taniec”, a inna „Walc”, ale motywu tego można również się dosłuchać w samej warstwie muzycznej innych utworów). Autor zdaje się także znajdywać natchnienie w poezji, literaturze. Bo przywołuje tutaj i wspomnianego już wyżej Kochanowskiego z jego „Trenami”, i Bolesława Leśmiana.
Niezwykła jest przestrzenność tej muzyki. Niesamowite jej bogactwo przy pozornej monotonni. Dobrze jest jej słuchać, wsłuchiwać się w nią, chłonąć ją na dobrym sprzęcie lub ze słuchawkami na uszach. Zdaje się, że Jacaszek odkrył zaletę, jaką może w muzyce być szum, ten szum, który nowoczesny sprzęt i studia nagraniowe eliminują z płyt, jakie później trafiają do naszych rąk. Młody kompozytor ten szum twórczo wykorzystuje, ubogacając przesłanie muzyczne swoich utworów, nadając im niespotykany gdzie indziej wymiar, głębię, charakterystyczną tylko dla jego kompozycji barwę.
„Treny” Michała Jacaszka to po prostu znakomita płyta na okres wyciszenia, zastanowienia i refleksji, pogłębienia swojej duchowości. To zwłaszcza niezwykłe doznania estetyczne i muzyczne. Warto znaleźć na nie czas.
„Jazz suite Tykocin” Włodka Pawlika to płyta, którą odbieram z mieszanymi uczuciami. Moim zdaniem jest ona kompozycyjnie nierówna. Są na niej partie, których słucha się z dużą przyjemnością, rozbrzmiewające ciekawymi pomysłami muzycznym lub łatwo wpadającym w ucho rytmem, są takie, których słucha się z pewnym zniecierpliwieniem lub irytacją, a może po prostu przechodzące gdzieś obok nas, bo nie zaskakujące, nie intrygujące niebanalnym dźwiękiem.
Ponoć całość jest inspirowana m.in. Psalmami Dawida. Proszę mi wybaczyć ignorancję, ale ja tej inspiracji nie dostrzegam czy raczej nie wyławiam swoim drewnianym uchem. Owszem, są na tym krążku, zwłaszcza na początku, fragmenty patetyczne (te dzwony!). Ale cała reszta to przypomina nieco muzykę filmową, to znowu świetnie pasowałaby do Orkiestry Rozrywkowej PRiTV pod dyrekcją Jerzego Miliana, by chwilami przechodzić w niezłe jazzowe kawałki (znakomity fortepian, wspaniała trąbka). Ale jak popsuć ciekawy pomysł pokazuje już drugi utwór zaprezentowany słuchaczom. Kompozycja „Nostalgic Journey”, oddająca rytm pędzącego pociągu, rozwija się całkiem dobrze, by ostatecznie gdzieś pod koniec wpaść w muzyczny banał, jakby kompozytorowi nagle zabrakło koncepcji, co dalej z tym zrobić. Zaraz potem mamy „Let’s All Go To Heaven” tylko tytułem nasuwające skojarzenia biblijne, bo właściwie bardziej pasujące do płyty z muzyką taneczną w stylu wspomnianej już orkiestry pod dyrekcją Miliana. Nawet mogę sobie wyobrazić skaczące po scenie i wywijające nóżkami „girlsy”. No tak! Król Dawid też przecież tańczył z radości przed Arką Pana! Kolejne „No Words” zaś znakomicie nadawałoby się na podkład muzyczny do filmu w stylu lat sześćdziesiątych lub jako tło rozmowy przy stoliku w kawiarni. Bardzo przyjemne tło, to pewne. I świetnie zagrane.
Gdybym miał wskazać na najlepszy utwór na tym krążku, to wybrałbym chyba „Magic Seven”. Kompozycja zaczyna się nostalgicznie, melancholijnie, by diametralnie zmienić nastrój, podkreślany skocznym, kojarzącym się z folklorem, rytmem. Tylko to trywialne zakończenie!
Być może wybrzydzam, być może nie jest to po prostu muzyka w moim stylu. Jeśli ktoś więc lubi łatwe wzruszenia, ładną muzykę w dobrym wykonaniu, to proszę bardzo! Włodzimierz Pawlik, Jazz Suite Tykocin, Warner Music Poland, 2008.
Jako wierny miłośnik Billie Holiday, mógłbym na tę płytę powybrzydzać, krzywiąc się, że jest to „nędzna podróbka”, „marna imitacja” czarnoskórej piosenkarki. Owszem, kiedy słyszymy „Careless Love” Madeleine Peyroux po raz pierwszy, mamy wrażenie, że ktoś spłatał nam psikusa i do pudełka włożył „podrasowany” kompakt z piosenkami legendy jazzu. Dopiero po chwili orientujemy się, że przecież Holiday nie śpiewała znanego utworu Leonarda Cohena, choć jego repertuar można znaleźć wśród utworów wykonywanych przez inną damę jazzowej sceny – Ninę Simone. Podobieństwo głosu i sposobu śpiewania jest wszelako uderzające. Ale nawet jeśliby potraktować to jako „podróbkę”, to z pewnością nie jest ona „nędzna”. Wystarczy zresztą porównać dwie wersje „I Look Around” w wykonaniu Holiday i Peyroux, by usłyszeć też charakterystyczne różnice. Niby głosy podobne, ale jakby nie te same, a obu słucha się z ogromną przyjemnością.
Nie będę się zatem krzywić i wybrzydzać. W zimowy wieczór, kiedy piszę ten tekst, chętnie znalazłbym się w knajpce, gdzie koncert dawałaby właśnie Madeleine Peyroux, by przy ciepłym kominku posłuchać jej głosu popijając grzane wino lub coś mocniejszego, gdy za oknem sypie śnieg. Płytę otwiera naprawdę ładnie zaaranżowana i zaśpiewana interpretacja szlagieru Cohena „Dance Me To the End of Love”, której niezapomniany klimat nadaje specyficzny głos piosenkarki. Bezdyskusyjnym hitem atoli na tym krążku i moją ulubioną piosenką jest „Between the Bars”. Wersja Peyroux jest o niebo lepsza od znanego mi wykonania Elliott Smith, a jej melancholijny, „barowy” klimat znakomicie pasuje do wyobrażonej sobie przeze mnie scenerii. W tę scenerię i jej atmosferę nostalgicznej zadumy wspaniale wkomponowują się też m.in. „Weary Blues” i wspomniana wcześniej „I Look Around”.
Miły, melancholijny i ciepły tembr głosu piosenkarki sprawia, że słuchając go mam ochotę zaszyć się gdzieś w cieple i powtórzyć za nią:
“So when I hear them say There's better living Let them go their way To that new living I won't ever stray 'Cause this is heaven to me”
(“This Is Heaven to Me”)
Madeleine Peyroux, Careless Love, Universal Music Group , 2004.
Oprócz klasyki jazzu płytą, do której ostatnio co jakiś czas wracam, jest „Jitte” formacji Tymański Yass Ensemble. „Jitte” ponoć w dosłownym tłumaczeniu z japońskiego znaczy „dziesięć rąk” i jest rodzajem broni używanej w dawnych czasach przez japońskich funkcjonariuszy sił porządkowych. Ale przeczytałem też gdzieś, że jest to typ karate. Muzycy z zespołu Tymona Tymańskiego w każdym razie żadnej broni nie dzierżą, a i tak na kolana powalają i to przy użyciu dziesięciu rąk właśnie. Tyle że powalają znakomitą muzyką, trzymając w dłoniach instrumenty, którymi z ogromnym talentem się posługują. Krążek jest dopracowany pod każdym względem i choć yass określa się jako „konglomerat różnych stylów”, to płyta tworzy pewną zwartą i wyrafinowaną dźwiękowo jedność, z której szkoda byłoby usunąć choć jeden element. Co nie znaczy, że nie można delektować się poszczególnymi utworami osobno.
„Jitte” zadowoli przede wszystkim miłośników ostrego, żywiołowego (choć nie pozbawionego dyscypliny) grania odzwierciedlającego dynamikę miasta, przemieszczających się tłumów, aut, tramwajów i autobusów, pulsujących świateł i kakofonii dźwięków wraz z tym całym przyspieszaniem i zwalnianiem, nagłym zastojem i równie nagłym zrywem, chwilami melancholijnej zadumy i eksplozji aktywności wymagającej co najmniej dziesięciu rąk. Chyba nie przypadkiem znakomicie słucha mi się tej płyty w samochodzie. A może to po prostu stąd te wielkomiejskie skojarzenia?
Mimo ogromnego bogactwa brzmień, płyta nie nuży nadmiarem, zmieniając nastrój i rytm od na przykład łagodnego gitarowego „Kosma, My Love” poprzez dynamiczną kompozycję „N400” z cudowną i jakże charakterystyczną trąbką Antoniego Gralaka, by potem przejść do elegijnego (bo jakże by inaczej) „Elegy for Lester B.”, a zaraz potem obiecując spokojnym początkiem wytchnienie, zburzyć ten spokój rozedrganym utworem nazwanym nomen omen „Summer in Tricity”, który na końcu zamienia się już niemal w chaos atakujących nas dźwięków. „Niemal” – bo jakby ostatnim wysiłkiem utrzymanym w ryzach. W zasadzie trudno byłoby mi wskazać tutaj mój „numer 1”. Uwielbiam na przykład i tytułowe energiczne, wodzące nas za nos „Jitte” oraz również niesamowite, choć praktycznie się w pewnym momencie rozsypujące „Fullerens & Nanopipes”, ale i też z dużą przyjemnością słucham „Dependence Day”, która kończy płytę i brzmi jak spokojna podróż letnim wieczorem autostradą do domu, gdy wszystko powoli zamiera i uspokaja się.
Po „Jitte” sięgnąłem przyciągnięty nazwiskiem Antoniego Gralaka, którego charakterystyczna gra urzekła mnie niegdyś przy okazji nietuzinkowej – i niestety nie wznawianej z jakichś powodów, a szkoda! – płyty grupy Tie Break z poezją ks. Jana Twardowskiego. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Także z powodu pozostałych czterech muzyków. Ostatnio dużą radość sprawił mi kolejny album tej formacji. Ale o „Free Tibet” może innym razem.