Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reformacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reformacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 listopada 2018

Teraz Polska, czyli polski film, który bez wstydu można pokazywać na całym świecie

Jeden z ważniejszych filmów dokumentalnych ubiegłego roku media głównego ścieku zignorowały totalnie i to mimo ewidentnego sukcesu tego dzieła i możliwości oglądania go za darmo w kinach dookoła Polski. Zaznaczmy, że w wielu tych pokazach uczestniczył sam reżyser, a same pokazy odbywały się w kinach, a nie jedynie salkach katechetycznych czy innych wynajmowanych i przypadkowych pomieszczeniach.

Przykro to powiedzieć, ale ten niezwykły fenomen zignorowały także główne media katolickie, które przecież jako żywo powinny być zainteresowane zarówno dyskusją, jak i rekomendacją filmu o ojcu reformacji. Nic z tego! Ba! Można było nawet usłyszeć zaskakujące wypowiedzi niektórych hierarchów o historii reformacji i jej ojcu, Marcinie Lutrze. To naprawdę wstrząsające.

Myślę natomiast, że historycy mediów i filmu polskiego będą w przyszłości analizować ten niezwykły przypadek – oto w sytuacji, kiedy w kraju katolickim dotację państwową dostaje wulgarny film antykatolicki, reżyser i producenci jak najbardziej ortodoksyjnego filmu katolickiego nie tylko poradzili sobie bez dotacji państwowej, ale też odnieśli sukces zebrawszy z nadwyżką pieniądze wpłacane dobrowolnie. I oto właśnie przygotowali i udostępnili wersję angielską tego filmu, którą zagraniczni widzowie mogą już oglądać w Internecie, a wkrótce zapewne będą mogli nabyć na dyskach DVD.

Luter i rewolucja protestancka – bo o tym mowa – to film, o którym trzeba pisać i który należy polecać. Piszą o nim media zagraniczne, milczą polskie. Właśnie wczoraj pojawił się artykuł na ten temat na portalu Church Militant. Jeśli ktoś ma anglojęzycznych znajomych za granicą, zarówno katolików, jak i protestantów, powinien polecać im zarówno sam film, jak i wyżej wspomniany artykuł. To jest nasze, to jest polskie i to jest naprawdę godne promocji i dystrybucji na całym świecie! I przypuszczam, że to nie jest nasze ostatnie słowo. Teraz Polska!

czwartek, 2 sierpnia 2018

Ojciec John Gerard SJ, bohater lepszy od Bonda


Gdybyśmy mieli krytykę z prawdziwego zdarzenia, to znaczy taką, która wyszukuje rzeczy dobre i niemiłosiernie chlasta rzeczy złe, to ta książka byłaby na czele wszelakich list katolickich bestsellerów. Może nawet nie tylko katolickich. Jest to bowiem rzecz, która powinna sprzedawać się jak ciepłe bułeczki. To historia lepsza od wszystkich historii o Bondzie czy Jasonie Bournie. Lepsza, bo przede wszystkim prawdziwa. Lepsza, bo czyta się tę opowieść z zapartym tchem i z trudem można się oderwać, choć autor wcale nie był zawodowym powieściopisarzem. To, że nie ma przynajmniej kilku filmowych wersji tej historii, a nawet jakiegoś serialu, świadczy także o mizerii naszych czasów i kompletnym zeświecczeniu naszej kultury. Gdybym był bogatym sponsorem, to z pewnością pierwszym z moich projektów kulturalnych byłaby ekranizacja tej książki z najlepszymi aktorami, jakich można tylko zdobyć.


Ta książka to Łowcy księży ojca Johna Gerarda SJ.


Zacznę najpierw, by mieć to z głowy, od wybrzydzania. Szkoda, że książki nie opatrzono żadnym posłowiem lub wstępem dorzucającym garść dodatkowych szczegółów, których nie ma w samym pamiętniku. Komiksowa, choć interesująca, okładka Tomasza Bereźnickiego może wręcz mylnie niektórym sugerować, że mamy do czynienia z komiksem lub po prostu jakąś fikcją literacką. Takież było zresztą i moje wahanie z początku. Na szczęście w dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji na wyciągnięcie ręki, a to dzięki internetowi.


Jest jednak jedno „ale”: nie każdy jest w stanie te informacje zdobyć, jeśli nie włada językiem angielskim. Wystarczy wpisać nazwisko autora w wyszukiwarkę. W polskiej Wikipedii brak hasła. Przeszukując portale prawicowe i katolickie znalazłem informację o autorze na łamach „Gościa Niedzielnego” – jeden jedyny artykuł. Co ciekawe, dziennikarz, który pisał o angielskim jezuicie, nawet słowem się nie zająknął, że książka została całkiem niedawno wznowiona. A przecież przytaczał jej fragmenty (być może własne tłumaczenie z angielskiego). Trochę to dziwne zaniedbanie. Co ciekawe, jeden z komentatorów zwrócił uwagę na fakt, że prawdopodobnie omyłkowo zilustrowano artykuł wizerunkiem innego Johna Gerarda, który żył mniej więcej w tym samym czasie, a był angielskim botanikiem. Jeśli przyjrzeć się ilustracji, to zdaje się ona to potwierdzać – przedstawiony mężczyzna coś notuje piórem, a w lewej ręce trzyma kwiat, opierając ją jednocześnie na książce lub notatkach, gdzie widoczne są chyba rysunki jakichś roślin, a może same te rośliny po zasuszeniu.


John Gerard urodził się 4 października 1564 r., a zmarł 27 lipca 1637 r. Jego ojciec był więziony za spisek mający na celu uwolnienie Marii I Stuart. John Gerard pobierał nauki na Kontynencie. Kiedy pierwszy raz wrócił do kraju ze względów zdrowotnych, został aresztowany. Spędził w więzieniu 2 lata. Zwolniony za kaucją ponownie udał się na kontynent, by potem, po ukończeniu studiów, już wrócić nielegalnie jako jezuicki ksiądz z misją nawracania. Po latach na polecenie przełożonych (najprawdopodobniej było to w roku 1609) opisał swoje doświadczenia po łacinie. Angielski przekład tej książki ukazał się w roku 1951. Obecnie pamiętnik ojca Gerarda jest dostępny po angielsku w wydaniu Ignatius Press zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. Po angielsku nosi jednak trochę inny tytuł niż przekład polski: The Autobiography of a Hunted Pries (Autobiografia ściganego księdza).


Jak napisałem na wstępie, jest to rzecz znakomita i to znakomita także pod względem literackim, którą czyta się z zapartym tchem. Gdyby nie obowiązki, czytałbym ją jednym ciągiem do białego rana. Bez wątpienia jest w tym również duża zasługa polskiego tłumacza. Niestety! Nie wiemy, kto był autorem tego świetnego spolszczenia. Przynajmniej takiego szczegółu brak w obecnym wydaniu, które z kolei jest oparte na wersji, jaką opublikowano na łamach „Przeglądu Powszechnego” w roku 1873.


Życie o. Johna Gerarda pełne było niebezpieczeństw i nieoczekiwanych zwrotów akcji, w tym brawurowej ucieczki z więzienia w Tower. Od chwili nielegalnego dostania się na teren Wielkiej Brytanii musiał posługiwać się sprytem, podstępem i wszelkimi talentami, które ułatwiały maskowanie się i unikanie pułapek oraz zasadzek, jakie mogły na niego czyhać. Stawka była wysoka, bo cała misja mogła kosztować go życie, nie mówiąc już o okrutnych torturach, jakich zresztą nie uniknął. Już samo bycie katolikiem pod rządami Elżbiety I prosiło się o kłopoty, a co dopiero bycie katolickim księdzem, który na dodatek przybył do Anglii nielegalnie z kontynentu, by nawracać heretyków. To już mogło oznaczać oskarżenie o zdradę stanu, a tym samym śmierć zadawaną w okrutny sposób.


Opowieść o. Gerarda w gruncie rzeczy dodaje kolejne elementy do obrazu prześladowań katolików na przełomie XVI i XVII wieku w Anglii, jaki wyłania się z omawianych przeze mnie na tym blogu książek Josepha Pearce’a, ks.Jana Badeniego i Grzegorza Kucharczyka oraz filmu Grzeogorza Brauna.


W tej opowieści ojca Gerarda uderzyło mnie kilka spraw. Przede wszystkim po raz kolejny przy tego typu lekturze – radość, z jaką jezuici byli gotowi ponieść śmierć za wiarę i za Chrystusa. To bardzo przypomina tę radość apostołów, którzy odzyskawszy odwagę po zesłaniu Ducha Świętego cieszyli się, że mogą cierpieć za Pana. Autor wręcz pisze, że widocznie nie zasłużył na ten zaszczyt, skoro nie zginął ostatecznie śmiercią męczeńską. A wiedział, co pisze, bo sam był torturowany. Nie były więc to takie tam oderwane od życia ckliwości.


Druga sprawa, która nieustannie budzi mój podziw, to ogromna praca, jaką autor wykonał nawracając protestantów na katolicyzm. Już z samego pamiętnika widać, że ilość osób, które udało się autorowi nawrócić, była spora. On nie mówił: „Nie przyszedłem pana nawracać”, on właśnie po to powrócił do Anglii, by z narażaniem życia zawracać ludzi ze złej drogi i uchronić ich przed wiecznym zatraceniem. Ta gorliwość w naszych marnych, letnich czasach budzi prawdziwy podziw.


I jeszcze trzecia rzecz, którą warto tutaj podkreślić. Joseph Pearce w swojej książce o katolicyzmie Szekspira zwrócił uwagę na fakt, że katolicy byli monarchistami. Także ojciec Gerard nieustannie podkreśla, że nie występuje przeciwko panującej królowej, choć nie pochwala uzurpowania sobie przez nią władzy w sprawach duchownych. Oczywiście taka postawa miała swoje uzasadnienie praktyczne – wystąpienie przeciwko władzy świeckiej wiązało się z oskarżeniem o zdradę stanu. Tego zresztą sam autor nie uniknął, gdyż znalazł się na liście poszukiwanych za przygotowywanie słynnego spisku prochowego. Zaklasyfikował się do czołówki najbardziej niebezpiecznych jezuitów w państwie.


Chwała Gabrielowi Maciejewskiemu, że wydał ten arcyciekawy pamiętnik. Dziwne, że jest on wciąż dostępny do kupienia. Powinien zniknąć ze sprzedaży błyskawicznie. Jeśli chcecie się przekonać, że to kapitalna lektura, akurat w księgarni Kliniki Języka jest promocja – głupie 15 złoty za ponad 200 stron druku w twardej oprawie! Nie namyślajcie się ani chwili.


John Gerard SJ, Łowcy księży, Klinika Języka, Warszawa 2016.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Protestantyzm – mordercza infekcja


Rekomendowałem na tym blogu już kilka razy film Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka. Gdybym miał komuś doradzić, jaką książkę sprzedać w pakiecie z filmem autora „Marszu wyzwolicieli”, to z pewnością poleciłbym książkę profesora Grzegorza Kucharczyka Kryzys i destrukcja. Szkice o protestanckiej reformacji.

Ta niewielka objętościowo książka dostarcza zadziwiająco sporo szczegółów dotyczących zarówno koncepcji Lutra, jaki recepcji jego herezji w Europie oraz stosunku Kościoła katolickiego do protestantyzmu i do samej postaci ojca reformacji. Może więc służyć za przypomnienie tych faktów, które zawarł w swoim filmie G. Braun, ale także i za uzupełnienie dawki informacji podanej przez reżysera.

Czytając książkę profesora Kucharczyka utwierdziłem się w przekonaniu, że bunt Lutra wprowadził w kulturę europejską niszczycielskiego wirusa, którego „najważniejszym skutkiem było wykorzenienie chrześcijaństwa ze społecznego kontekstu (związku), co było cechą charakterystyczną średniowiecznej christianitas. Reformacja utorowała w ten sposób drogę do ukształtowania życia publicznego oderwanego od religii chrześcijańskiej. Reformacja nie wprowadziła rozdziału Kościoła od państwa (wręcz przeciwnie), ale doprowadziła – tam, gdzie zwyciężyła – do rozdziału religii od społeczeństwa i jego kultury”.

Infekcja protestancka rozdarła organizm Europy na dwa odrębne światy i kultury. Albo można powiedzieć, że doprowadziła do wytworzenia się rosnącej komórki rakowej, która doprowadziła do postępującej destrukcji, niszcząc ostatecznie w galopującym tempie (w ostatnich czasach zwłaszcza) także samą siebie – tę chorobliwą i chorobotwórczą narośl. Już Hilaire Belloc ponad pół wieku temu pisał o destrukcji kultury protestanckiej. Podane pod koniec książki statystyki dotyczące religijności wśród protestantów w Niemczech nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do trafności tej opinii. Niestety każą się zastanowić również nad tym, jakie skutki ta infekcja wywarła i wywiera na samej kulturze katolickiej, która po pierwszym szoku wytworzyła przecież swoje przeciwciała (choć na przykład Belloc zastanawiał się, dlaczego znalezienie antidotum trwało tak długo).

Otóż ten obraz „kryzysu i destrukcji”, jaki wyłania się z książki profesora Kucharczyka, nasuwa pytanie o to, dlaczego sam stosunek Kościoła katolickiego do Lutra i protestantyzmu uległ w ogóle stopniowej zmianie, przynajmniej w oficjalnych deklaracjach, czego przejawem były na przykład na polskim gruncie słynne przeprosiny arcybiskupa Rysia skierowane do ewangelików. Ocieplanie wizerunku Lutra barwnym szaliczkiem przypomina nieco zabieg, który uczynił z innego łotra – Che Guevary – ikonę pop-kultury. Bęcwałów obnoszących się z wizerunkiem tego marksistowskiego bandyty (zakładam, że kompletnie nieświadomych tego, z kim mają do czynienia) można spotkać nawet w Kościele. Coś podobnego zdaje się następować w przypadku Lutra, co notabene było świetnie widać w filmie Grzegorza Brauna (koszulki, gadżety reklamowe itp.). Jeszcze chwila, a na niedzielnej mszy zaczną się pojawiać półinteligenci w „tiszercie” z wizerunkiem Lutra buntownika i jakimś chwytliwym cytatem, np.: „Nasi głupcy, papieże, biskupi, sofiści oraz mnisi – prymitywne ośle głowy”.

Profesor Kucharczyk w swojej książce dokonuje przeglądu wypowiedzi papieży na temat Lutra i protestantyzmu, ale trudno doprawdy pojąć, jakie są przyczyny widocznej „zmiany paradygmatu” (by użyć popularnego określenia używanego w nieco innym kontekście), czego symbolem były uroczystości w Lund. Protestancki wirus doprowadził do destrukcji i sekularyzacji kultury Zachodu, a jego niszczycielska infekcja dotknęła też samego Kościoła katolickiego i kultury krajów katolickich. Po co więc te przychylne gesty wobec „braci odłączonych”? Zamiast prawdy – pop-kulturowe, słodkie (i fałszywe) „kochajmy się”? Chyba raczej zamiarem Kościoła powinno być opracowanie długoterminowej strategii nawrócenia tej coraz bardziej „bezwyznaniowej” (a z drugiej strony coraz bardziej islamskiej) Europy i przyjęcia jej z powrotem na łono Kościoła katolickiego. Przyjacielskie gesty wobec protestantów zdają się być sztucznym podtrzymywaniem przy życiu rozkładającego się już trupa.

Kryzys i destrukcja porusza różne aspekty rewolty protestanckiej i wymienienie ich wszystkich przekraczałoby ramy, jakie narzuca ta forma wypowiedzi. Ciekawym tematem na przykład jest kwestia wandalizmu protestanckiego, który doprowadził do zniszczeń porównywalnych do pewnego stopnia do tych, jakich dokonał choćby bolszewizm, przynosząc z sobą nienaprawialne straty kultury materialnej. Oczywiście paralele można tutaj odnaleźć też wcześniej – w ikonklazmie VIII wieku w Bizancjum, o czym prof. Kucharczyk zresztą pisze.

Innym pasjonującym wątkiem jest również rozwój reformacji w Szwecji. Przyznam się, że akurat na ten temat niewiele wiedziałem, a prof. Kucharczyk podaje garść ciekawych informacji, łącznie z przypomnieniem zapomnianych męczenników katolickich, nie mniej bohaterskich niż ci, którzy zginęli za wiarę w Anglii. Notabene opis grabieży majątku kościelnego, jakiego dokonano w obu krajach, nasunął mi myśl, czy przypadkiem popularne swego czasu w Polsce, acz skandaliczne, powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść, nie ma jakiegoś źródła w tej grabieży majątku kościelnego, jaka posłużyła do zbudowania wielu późniejszych fortun, przy naruszeniu całej infrastruktury pomocy ubogim zapewnianej ze strony Kościoła?

Wspomnijmy jeszcze może tylko krótko, że profesor rozprawia się również w swojej pracy z mitem, który łączy rozwój nowoczesnych odkryć naukowych czy ruchów wolnościowych z protestantyzmem. Temu również przeczą fakty. Dość wspomnieć przy tej okazji o wpływie, jaki miała głównie ludność protestancka na sukces i dojście do władzy Hitlera. Całkiem tego sporo, jak na liczącą 160 stron publikację. Naprawdę warto przeczytać!

Grzegorz Kucharczyk, Kryzys i destrukcja. Szkice o protestanckiej reformacji, Wydawnictwo Prohibita, 2017.

czwartek, 29 marca 2018

Szwedzi potępiają film „Luter i rewolucja protestancka”


W Polsce o filmie „Luter i rewolucja protestancka” zawzięcie milczano i milczy się w oficjalnych mediach katolickich, jeśli pominąć drobne wyjątki. Tymczasem w Szwecji film... oficjalnie potępiono. Co ciekawe najprawdopodobniej kurii w Sztokholmie udzielono „życzliwej” rady z Polski. Tak więc w Polsce o filmie się milczy, mimo jego popularności i kolejnych seansów, a w Szwecji potępia.


W Szwecji film był w marcu prezentowany na pięciu pokazach w Sztokholmie, Malmoe, Goeteborgu. Uczestniczył w nich sam reżyser. Jak się okazuje, katolicka diecezja sztokholmska wydała specjalny komunikat na temat najnowszego dzieła Brauna zarzucając mu niesprawiedliwe przedstawienie obrazu rewolty protestanckiej i szkodzenie dialogowi ekumenicznemu. Z treści komunikatu wynika, że o rzekomej nierzetelności dokumentu Grzegorza Brauna kuria dowiedziała się z Polski. O całej sprawie pisze portal PCh24.pl.


Tymczasem osobiście zachęcam do obejrzenia filmu, nabywania go, a także rozpowszechniania. Moim zdaniem dobrze by było, aby znalazł się życzliwy sponsor, który zaopatrzyłby w kopie dokumentu o Lutrze lokalną szkołę, młodzież lub księdza proboszcza. Chyba nie brak w Polsce katolickich przedsiębiorców, biznesmenów lub ludzi majętnych, którzy nie mogliby zasponsorować upowszechniania dobrych dzieł katolickich. O samym filmie pisałem tutaj.


A co do ewentualnego dialogu z kimkolwiek, nie tylko z protestantami, to trudno taki dialog toczyć bez oparcia się o solidny fundament prawdy. O czym Kościół katolicki chyba powinien wiedzieć najlepiej.


sobota, 17 lutego 2018

„Luter i rewolucja protestancka” – ten film z pewnością nie dostanie „Feniksa”


Nowy rok nie jest już taki nowy, ale pociągnijmy jeszcze wątek podsumowań i ubiegłorocznych wydarzeń kulturalnych. Otóż sądzę, że jednym z najważniejszych była listopadowa premiera filmu dokumentalnego Grzegorza Brauna „Luter i rewolucja protestancka”. Jest to film zrobiony z okazji okrągłej 500-letniej rocznicy rewolucji protestanckiej, która doprowadziła do katastrofy – zniszczenia jedności Europy i podziału, którego ani czas ani podejmowane przez różnych ludzi próby nie zaleczyły. Raczej możemy oglądać kolejne etapy zaczętej wówczas destrukcyjnej rewolty przeciwko Kościołowi i cywilizacji przezeń stworzonej.


Film Brauna jest ważny z kilku powodów. Niewątpliwie jest to kolejne dzieło reżysera, które jest przykładem jego mistrzostwa w opowiadaniu językiem filmu dokumentalnego o historii. Widzowie, którzy śledzą dokonania reżysera, wiedzą już mniej więcej, czego można się spodziewać: że na przykład film będzie umiejętnie łączył zdjęcia archiwalne, wywiady ze specjalistami z dynamicznym sposobem opowiadania, znakomitą muzyką i przede wszystkich kreskówkami, które są szczególnym rysem tych filmów. Jeden z amerykańskich dziennikarzy katolickich zwrócił uwagę, że sam początek filmu Brauna (użyty jako „trailer”), gdzie wykorzystano właśnie animację w „komiksowej stylistyce”, mówi już wystarczająco jasno, o czym jest film. Nie trzeba słów i wyjaśnień. Jednak widz przyzwyczajony do języka filmowego Brauna odnajdzie w „Lutrze...” również nowe elementy. Takim jest zastosowanie drona do zdjęć w plenerze. Tę nową technikę twórcy (bo sam reżyser zwraca uwagę na ogromny wkład zespołu, który z nim współpracował) wykorzystali znakomicie. W pierwszym momencie nawet dziwiłem się, jak zrobiono te ujęcia z helikoptera i dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że zastosowano nową technikę.


Po raz kolejny też autor „Marszu wyzwolicieli” odkłamuje dzieje Europy i pokazuje je tak, jak nie przedstawiają ich podręczniki w szkołach czy na uniwersytetach. Wcześniejszym przykładem był np. „Marsz wyzwolicieli” i „Defilada zwycięzców”, w których to filmach reżyser wyszedł poza stereotypowe spojrzenie na przyczyny wybuchu II wojny światowej, pokazując prawdziwego sprawcę, o którym się nie mówi – Związek Sowiecki i tow. Stalina. A to wszystko zostało przy tym logicznie udokumentowane i poparte dowodami.


Z tego też powodu „Luter i rewolucja protestancka” należy do filmów, które koniecznie trzeba zobaczyć. Powiedziałbym, że jest to pierwszy i podstawowy powód, jeśli pominąć wartości artystyczne najnowszego dzieła Grzegorza Brauna. Jesteśmy oto bowiem świadkami dziwnych scen, które jeszcze sto lat temu dziwiłyby i gorszyły publicystów i intelektualistów katolickich, a także zwykłych wiernych. Dostojnicy kościelni, nie pomijając papieża, próbowali przekonywać w zeszłym roku wiernych, że należy w jakiś sposób uczcić reformację, że intencje samego Lutra były dobre, że przecież w Kościele działy się wówczas rzeczy złe itp., itd. W Polsce na przykład arcybiskup Ryś napisał całkiem niedawno list do ewangelików przepraszając ich za „nieszczęsną debatę i decyzję Sejmu”, który dzięki odwadze posłanki Anny Siarkowskiej nie uchwalił rezolucji upamiętniającej 500-lecie reformacji (notabene dziwny jest już sam fakt stosowania wielkiej litery w słowie „reformacja” przez katolicki portal, który o tym informował). Ten list jest naprawdę czymś kuriozalnym, jeśli chcecie, znajdźcie go i przeczytajcie, a potem obejrzyjcie film „Luter i rewolucja protestancka”.


Grzegorz Braun sięga w swoim filmie do dokumentów, przytacza autentyczne wypowiedzi Lutra, rozmawia z duchownymi, profesorami, publicystami, także nawróconymi na katolicyzm byłymi protestantami. Docieka, bada, pyta, szuka. W swoich poszukiwaniach objechał spory kawałek Europy. Sięgnął też do źródeł, które podważają oficjalną i przyjętą, także przez katolików, narrację. Obraz ojca reformacji, a także samego przebiegu rewolty protestanckiej i jej opłakanych skutków, jaki się wyłania z tego znakomitego dokumentu, jest po prostu wstrząsający. Podważający także to, co arcybiskup Ryś napisał w swoim liście. Może więc arcybiskup zdobyłby się na poważną debatę z reżyserem i tymi, którzy negatywnie oceniają zarówno Lutra, jak i samą reformację? Nie sądzę, by tak się stało.


I to jest właściwie drugi powód, dla którego warto ten film zobaczyć i zakupić na własność płytę DVD. Otóż jestem przekonany, że najnowsze dzieło Brauna, choć w pełni na to zasługuje, nie dostanie np. nagrody „Feniks”, choć dostał ją film „Eugenika” w roku 2012. Jednak nawet wówczas widz był świadkiem tak gorszących scen, jak tłumaczenie się Stowarzyszenia Wydawców Katolickich z faktu przyznania tej nagrody i wyjaśnień, że nie dostał jej reżyser, tylko Dom Wydawniczy Rafael”. Jak możemy w tamtym haniebnym oświadczeniu przeczytać: „nagrodzone zostało przesłanie filmu broniącego ludzkiego życia, a nie jego reżyser, a tym bardziej jego prywatne poglądy”. Ładnie oddzielono tutaj autora od jego dzieła!


„Luter i rewolucja protestancka” to ogromny sukces całego zespołu pracującego nad tym dokumentem i samego reżysera, jego determinacji i niezłomności. Mimo milczenia przez prasę katolicką o tym filmie („prawda was wyzwoli”) oraz cenzury (przykład można znaleźć na moim blogu, gdzie tzw. „trailer” filmu jest niedostępny, bo usunął go portal YouTube), cieszy się on ogromną popularnością. I co ciekawe jest wyświetlany do tej pory na bezpłatnych seansach. Samo dzieło zostało zrobione bez żadnych dotacji państwowych, na które Braun (obraziwszy sobie „wszystkie sklepy”) nie mógł nawet liczyć. A mimo to udało mu się ten film ukończyć i zebrać zakładaną sumę pieniędzy z nawiązką. A wszystko dzięki setkom darczyńców, którzy sponsorowali ten film z własnej kieszeni i z własnej woli. Grzegorz Braun udowodnił, że można zrobić znakomity, dopracowany film dokumentalny bez wiszenia u klamki państwowego mecenasa. Dodajmy tutaj np., że autor dotarł do wybitnych postaci świata nauki, Kościoła i publicystyki katolickiej (rozmawiał m.in. z kard. Gerhardem L. Mullerem, prof. Massimo Viglione, prof. Roberto de Mattei, ks. prof. Tadeuszem Guzem, dziennikarzem Michaelem Vorisem, prof. Grzegorzem Kucharczykiem itd.).


Zachęcam do nabycia tego filmu z dołączoną, bogato ilustrowaną książką, która zawiera teksty reżysera i jednocześnie stanowi okładkę. Naprawdę warto. Dobrze by było, gdyby trafił się jakiś bogaty katolicki sponsor, który wykupiłby cały nakład filmu i rozdał dziatwie szkół średnich i istniejących jeszcze gimnazjów. Warto też kupić dodatkową kopię, by wręczyć ją np. księdzu proboszczowi lub swojemu przyjacielowi czy bliskiemu krewnemu.


„Luter i rewolucja protestancka”, reż. Grzegorz Braun, Fundacja Osuchowa, Warszawa 2017.

sobota, 27 stycznia 2018

Corner Shop: Szekspir niezreformowany


Rzadko kto pewnie w kontekście okrągłej rocznicy reformacji w zeszłym roku pomyślał o... Williamie Szekspirze. Niewielu też pewnie zastanawiało się przy tej okazji nad tym, jakiego wyznania był wielki Anglik. Jeśli powiemy, że wybitny pisarz ze Stratfordu był katolikiem, to zapewne niejeden czytelnik uniesie brew w zdumieniu, a może nawet parsknie szyderczym śmiechem, posądzając nas o fantazjowanie i „katolskie” chciejstwo.

Wprawdzie kwestia katolicyzmu angielskiego dramaturga nie jest tematem nowym, a z katolickich pisarzy języka angielskiego pisali o tym na przykład Hilaire Belloc i G.K. Chesterton, wspominano o tym również nie tak dawno temu w Polsce, to jednak podejrzewam, że wiedza o tym wciąż nie jest rozpowszechniona wśród przeciętnych czytelników, którzy swą znajomość teatru elżbietańskiego czerpią ze szkoły średniej lub nawet studiów uniwersyteckich. A jeśli autor Burzy katolikiem był, to jak najbardziej był to temat do refleksji w kontekście reformacji, gdyż żył w czasach brutalnych prześladowań katolików w Anglii za panowania królowej Elżbiety I i króla Jakuba I (notabene pisałem już na tym blogu o książce poświęconej tej tematyce).

Sceptycznie podchodził do kwestii katolicyzmu Szekspira również konserwatywny krytyk, pisarz i konwertyta na katolicyzm, Joseph Pearce, znany polskim czytelnikom z takich książek, jak Pisarze nawróceni, C.S. Lewis a Kościół katolicki, Podróż Bilba czy Wyścig z diabłem. Kiedy jednak pochylił się nad tematem, zaczął weryfikować źródła i dostępne dowody, jego wątpliwości zaczęły topnieć. A przecież zdaniem tego wybitnego znawcy literatury angielskiej, znajomość biografii i epoki, w której dany pisarz tworzył, pomaga zrozumieć w pełni jego dzieło i artystyczną wizję w nim zawartą. Pearce jest przeciwnikiem poglądu, że można dany utwór pojąć i interpretować bez znajomości kontekstu, w jakim on powstawał, a zwłaszcza bez poznania życia i poglądów samego autora. Przestrzega też przed „wpisywaniem” w teksty literackie z innej epoki współczesnej wizji świata i człowieka. Jeśli zatem Szekspir był faktycznie katolikiem, to wielkie tragedie i komedie geniusza ze Stratfordu zaczynamy postrzegać w nowym świetle, z którego być może nie zdawaliśmy sobie dotąd w pełni albo zupełnie sprawy.

Choć książka The Quest for Shakespeare (W poszukiwaniu Szekspira) ukazała się w roku 2008, nie doczekała się do tej pory polskiego wydania. A szkoda! Wizja bowiem, jaka wyłania się z publikacji brytyjskiego pisarza i krytyka, daleka jest od sielankowej wizji z hollywoodzkich produkcji typu „Zakochany Szekspir”.

Oto dowiadujemy się, że hrabstwo Warwick, w którym urodził się i wychował wybitny dramaturg, było siedliskiem tak zwanych „rekuzantów”, czyli katolików uchylających się od uczestnictwa w protestanckich nabożeństwach i uroczystościach religijnych. Co ciekawe takim rekuzantem był Jan Szekspir, ojciec Williama, a także jego córka, Zuzanna. O katolicyzmie jego ojca świadczy zarówno zachowany i odnaleziony testament, jak i kara finansowa, jaką musiał zapłacić nie wypełniwszy nałożonych przez państwo, a wymierzonych w katolików, zobowiązań. Taka sama kara dotknęła córkę dramaturga.

Kary finansowe, choć rujnujące pod względem majątkowym, nie były jednak tym, co najgorszego mogło spotkać katolika pod panowaniem królowej Elżbiety.

Jak wynika ze śledztwa przeprowadzonego przez Pearce’a, Szekspir znał prawdopodobnie trzech jezuickich męczenników (w tym słynnego Edmunda Campiona), którzy aresztowani, torturowani, oskarżeni o zdradę stanu, a wreszcie skazani na śmierć, zginęli zamordowani w okrutny sposób w imieniu prawa. Nawet jeśli weźmie się poprawkę na obyczajowość i mentalność epoki, opis wykonania kary śmierci jeży włos na głowie. Uświadamia też, przed jakim wyborem stawali ówcześni katolicy: jeśli pozostawali wierni Chrystusowi, musieli być przygotowani na najgorsze cierpienia.
A jakie były to cierpienia? Skazańca wieziono na widoku ludzi przez całe miasto na tzw. „kracie”. Na miejscu kaźni wieszano go, poczym odcinano, nim zdążył wyzionąć ducha. Jeszcze żywego poddawano kolejnym, okrutnym mękom. Odcinano mu genitalia, rozpruwano brzuch, z którego wywlekano wnętrzności i palono na oczach torturowanego. W wreszcie jego męczarnie kończono poćwiartowaniem ciała i odcięciem głowy. To wszystko odbywało się publicznie.

Sam Szekspir najprawdopodobniej należał do tzw. „bezpiecznych” katolików, to znaczy takich, którym pozwalano istnieć w państwie Elżbiety I, a potem Jakuba I. Nie wychylali się, a więc nie stanowili „zagrożenia”. Co nie znaczy, że nie mogli się stać ofiarami posądzonymi o spisek i zdradę stanu.

Innym takim przykładem wśród ówczesnych twórców był kompozytor William Byrd, którego głowę (tak samo jak zresztą jego żony), a już z pewnością majątek i wolność ocaliła sama... królowa Elżbieta. Można się domyślać, że do pewnego stopnia obu wybitnych Anglików chronił talent. Dla przykładu warto dodać, że drukarza, który wydał utwór poetycki z muzyką Byrda, pozbawiono uszu, a sam twórca poematu, do którego muzykę skomponował Byrd, musiał salwować się ucieczką z kraju.
Talent nie uchronił jednak wybitnego poety metafizycznego Roberta Southwella. „Gwoździem do trumny” tego dzielnego człowieka, był nie tylko fakt jego katolicyzmu, ale i to, że był księdzem, a na dodatek jezuitą. Wielokrotnie poddawany okrutnym torturom, został w końcu męczennikiem i... świętym Kościoła katolickiego. Można przypuszczać, że William Szekspir był świadkiem jego okrutnej śmierci. Postawa Southwella musiała budzić zarówno podziw, jak i współczucie wśród zgromadzonych, bo gdy go powieszono, jacyś ludzie z tłumu podbiegli i pociągnęli go za nogi, by skrócić jego męczarnię i opisaną wyżej kaźń.

Nie przypadkowo wspominam tutaj tego świętego, gdyż wszystko wskazuje na to, że autor Burzy mógł znać autora osobiście, a z pewnością znakomicie znał jego twórczość, do której aluzje można odnaleźć w jego dramatach.

W innej swojej książce, Through Shakespeare’s Eyes (Oczami Szekspira) Pearce pokazuje, jak aluzje do twórczości Southwella wplecione zostały w wersy Kupca weneckiego, przy okazji dowodząc, jak opacznie ten arcykatolicki dramat jest interpretowany przez współczesnych nam krytyków. Całkiem niedawno zresztą przez przypadek wpadł mi w rękę tom współczesnego przekładu tej komedii, gdzie na okładce widniała fotografia, jak można się domyślić, Shylocka z zafarbowaną na tęczowo brodą! Ten jeden wizerunek streszczał w sobie doskonale wszelkie możliwe aberracje interpretacyjne słynnego utworu, łącznie z wyeksponowaniem jako głównej postaci żydowskiego lichwiarza! Ale to temat na inny artykuł... W samym The Quest for Shakespeare zresztą autor podaje na końcu bardzo ciekawą interpretację Króla Leara, uwzględniającą katolicki kontekst tego utworu.

Na zakończenie dodajmy może jeszcze jedną ciekawostkę (a książka Pearce’a jest ich pełna – warto choćby wspomnieć tu o katolicyzmie środowiska teatralnego Londynu, o monarchizmie angielskich katolików, o tajemnicach życia i śmierci Christophera Marlowe’a czy małżeństwa Szekspira i prawdziwych przyczynach jego wyjazdu do Londynu, a także np. o jego poprawkach w dramacie o Tomaszu Morusie). Otóż o katolicyzmie Szekspira może świadczyć również i to, że wyprowadziwszy się już z Londynu nabył on dom, który był sekretnym miejscem spotkań katolików i jako tako taki znany tajnym służbom. Można się domyślać, że sam bard uczestniczył w mszach potajemnie tam odprawianych. Zdaniem Pearce’a trudno uwierzyć w to, że nie zdawał sobie z tego sprawy. O tym, że było to miejsce nabożeństw, dowiedziano się zresztą już po śmierci dramaturga, gdy po prostu któregoś dnia zawalił się strop, który nie udźwignął ciężaru zgromadzonych wiernych.

Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później zarówno ta książka Pearce’a, jaki i pozostałe jego prace poświęcone dramatom Szekspira, doczekają się wreszcie polskiego przekładu. Tych natomiast czytelników, którzy język Szekspira znają, zachęcam do lektury albo wersji papierowej, albo elektronicznej. Naprawdę warto wydać te parę funtów czy dolarów. Czas poświęcony na tę lekturę z pewnością nie będzie czasem zmarnowanym. A jak pisze autor na podstawie swojego dochodzenia:

„Z perspektywy modernisty i postmodernisty Szekspir wyłania się jako nieoświecony i krnąbrny reakcjonista. Z perspektywy tradycyjnie nastawionych badaczy widoczna jasność wizji moralnej, którą od zawsze dostrzegali w sztukach, staje się wytłumaczalna i wyraźniej określona”.

Joseph Pearce, The Quest for Shakespeare. The Bard of Avon and the Church of Rome, Ignatius Press, San Francisco 2008.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Oni byli gotowi umrzeć za wiarę, a my? – „Angielscy męczennicy reformacji”


Wśród książek wydanych dla upamiętnienia tragedii reformacji warto zwrócić uwagę na niewielką objętościowo książeczkę księdza Jana Badeniego TJ. „Angielscy męczennicy reformacji” to wznowienie publikacji ze schyłku XIX wieku – jak się domyślam z Posłowia, prawdopodobnie wydanej pośmiertnie (ksiądz Badeni zmarł w roku 1889, a obecna publikacja jest oparta na wydaniu z roku 1901).


Choć niektórym lektura tej pracy może z początku wydać się nieco ciężka, głównie ze względu na odrobinę już staroświecki język, to zachęcam, by po nią sięgnąć – w pewnym momencie nie mogłem się od niej po prostu oderwać. Ale wciągająca narracja nie jest jedynym argumentem. Sporo kontrowersji obecnie wywołują różne przyjacielskie gesty katolickiej hierarchii wobec protestantów (mieliśmy tego przykłady również w Polsce). Próbuje się na różne sposoby wybielać i usprawiedliwiać początki tej jednej z największych katastrof w dziejach Europy. Aczkolwiek nie można zaprzeczyć, że wśród pierwszych „reformatorów” z pewnością byli ludzie, którym na sercu leżało dobro Kościoła, a których przeraziłyby skutki ich własnych działań, to trudno pomijać w rozliczeniach z przeszłością to, co wskazywało wyraźnie również na złe intencje inicjatorów i wykonawców owej „reformy”.

„Angielscy męczennicy reformacji” dla wielu czytelników mogą być znakomitą okazją do poznania w zarysie sytuacji katolików w Anglii, która za czasów Henryka VIII oderwała się od jedności z Rzymem. Autor opisuje położenie ówczesnych katolików poprzez losy męczenników Kościoła – gorliwych kapłanów, którym na sercu leżało zbawienie dusz ich własnych rodaków – mieszkańców Anglii. Pretekstem to napisania tej książki musiał dla polskiego jezuity być fakt – o którym wspomina we Wstępie – beatyfikowania 54 męczenników angielskich w roku 1886 przez papieża Leona XIII.


Badeni na początku daje krótki przegląd sytuacji za panowania Henryka VIII, poświęcając oczywiście miejsce Tomaszowi More i Janowi Fisherowi wśród wielu innych męczenników za wiarę, którzy są tu bądź wymienieni chociaż z imienia, bądź krótko przedstawieni. Większość jego książki skupia się natomiast na męczennikach z czasów królowej Elżbiety I. W szczególności wyróżnieni zostają trzej z nich: Edmund Campion, Aleksander Briant oraz Tomasz Cottam – każdemu z nich poświęcony jest osobny rozdział.


Czytając o losach tych wspaniałych ludzi nie sposób rumienić się ze wstydu. Ci bohaterscy wyznawcy Chrystusa gotowi byli ponieść okrutną śmierć męczeńską, by nawrócić choć parę dusz, sprowadzić je ze złej drogi ku Prawdzie. A kaźń, jaka czekała schwytanych kapłanów, była naprawdę przerażająca, nawet biorąc pod uwagę ogólną brutalność ówczesnych obyczajów. Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach niewielu znalazłoby się gorliwych katolików, którzy gotowi byliby oddać życie za ideały, które przyświecały Campionowi czy Cottamowi. Swoją drogą – czy taki napływ Polaków do Anglii, jaki nastąpił w ostatnich czasach, nie powinien był stać się okazją do „nowej ewangelizacji” (nomen omen) tego kraju? A stał się?


Należy przy tym zaznaczyć, że ówcześni katolicy byli monarchistami. Oskarżano ich natomiast o zdradę stanu. Broniąc się, owi męczennicy za wiarę katolicką podkreślali swoją lojalność wobec królowej. Odmawiali jej jednak prawa do decydowania o kwestiach wiary, czyli zwierzchnictwa nad Kościołem. Choć kuszono ich zaszczytami i wolnością, nawet widząc przerażającą kaźń swoich poprzedników, nie ulegli pokusie, zachowując wierność Chrystusowi i ojcowi świętemu w Rzymie. Władza świecka nie miała prawa decydować o prawdach wiary, a przecież takie było m.in. pokłosie reformacji, oprócz grabieży na szeroką skalę dóbr kościelnych.


Warto zwrócić przy okazji uwagę na jedną ciekawostkę, o której Badeni nie wspomina, gdyż pewnie nie miał o tym nawet pojęcia. Otóż istnieje pewne prawdopodobieństwo, że sam William Szekspir miał możliwość osobiście poznać Campiona. Są poszlaki, które wskazują na styczność z jezuitami jego ojca – Jana. Autor „Angielskich męczenników reformacji” wspomina o tym, że Campion wraz z towarzyszami był goszczony w drodze do Anglii przez Karola Boromeusza. Badania wykazały, że odnaleziony testament ojca Szekspira jest kopią dokumentu, który sporządził dla katolików znajdujących się w sytuacji zagrożenia włoski święty. Pierwotnie wzór takiej ostatniej woli miał służyć katolikom w czasach zarazy, gdy nie mieli szansy uzyskać pomocy duchowej ze strony kapłana. Znakomicie nadawał się dla katolików w Anglii, których położenie nie było dużo lepsze – wszak kapłanów katolickich w tym kraju bezwzględnie tępiono i ścigano. Wygląda na to, że towarzyszący Campionowi Robert Parsons (znany również jako Persons) organizował szmugiel kopii takiego testamentu do Anglii. Jezuici mogli otrzymać wzór owego dokumentu bezpośrednio od samego św. Karola Boromeusza, który ich tak gościnnie przyjął.


Książka „Angielscy męczennicy reformacji” jest skromnie, acz ładnie wydana. Bez wątpienia należy być wdzięcznym wydawnictwu Prohibita za wznowienie tej pracy, a także za opatrzenie jej krótkim posłowiem, które uzupełnia ją o te informacje, których Badeni wówczas posiadać rzecz jasna nie mógł. Żeby jednak nie było za słodko, trzeba wspomnieć o dwóch mankamentach.


Pierwszym jest niestety niezbyt dokładna korekta. Jeśli są to tylko literówki, w większości przypadków można domyślić się poprawnej wersji, ale czasami czytelnik może mieć wątpliwości, czy ma do czynienia z jakąś archaiczną formą językową, czy po prostu zwykłym błędem. Domyślam się, że interpunkcja jest w tekście oryginalna, nie uwspółcześniona – brak o tym informacji. I to jest właśnie drugi mankament – brak choć paru słów wyjaśnienia na temat współczesnego wydania tej książki. Z Posłowia wnioskuję na przykład, że oryginalny tytuł to „Błogosławieni męczennicy angielscy” i że opierano się na wydaniu z roku 1901, ale nie wiadomo, czy to było pierwsze, choć pośmiertne, wydanie, czy może kolejne.


Ks. Jan Badeni TJ, Angielscy męczennicy reformacji, Prohibita, Warszawa 2016.

środa, 25 października 2017

O Lutrze bez retuszu


Już wkrótce okrągła, bo pięćsetna, rocznica tragicznego w skutkach wystąpienia Marcina Lutra. Grzegorz Braun właśnie kończy swój najnowszy film dokumentalny poświęcony twórcy reformacji. Wszelkie obchody tej tragedii z udziałem dostojników Kościoła katolickiego, to moim zdaniem głębokie nieporozumienie. Tym bardziej należy szerzyć wiedzę i wspierać inicjatywy takie, jak film reżysera „Marszu wyzwolicieli”.
Premiera już 12 listopada. Z pewnością warto będzie zobaczyć.