Jeden z ważniejszych filmów dokumentalnych ubiegłego roku media głównego ścieku zignorowały totalnie i to mimo ewidentnego sukcesu tego dzieła i możliwości oglądania go za darmo w kinach dookoła Polski. Zaznaczmy, że w wielu tych pokazach uczestniczył sam reżyser, a same pokazy odbywały się w kinach, a nie jedynie salkach katechetycznych czy innych wynajmowanych i przypadkowych pomieszczeniach.
Przykro to powiedzieć, ale ten niezwykły fenomen zignorowały także główne media katolickie, które przecież jako żywo powinny być zainteresowane zarówno dyskusją, jak i rekomendacją filmu o ojcu reformacji. Nic z tego! Ba! Można było nawet usłyszeć zaskakujące wypowiedzi niektórych hierarchów o historii reformacji i jej ojcu, Marcinie Lutrze. To naprawdę wstrząsające.
Myślę natomiast, że historycy mediów i filmu polskiego będą w przyszłości analizować ten niezwykły przypadek – oto w sytuacji, kiedy w kraju katolickim dotację państwową dostaje wulgarny film antykatolicki, reżyser i producenci jak najbardziej ortodoksyjnego filmu katolickiego nie tylko poradzili sobie bez dotacji państwowej, ale też odnieśli sukces zebrawszy z nadwyżką pieniądze wpłacane dobrowolnie. I oto właśnie przygotowali i udostępnili wersję angielską tego filmu, którą zagraniczni widzowie mogą już oglądać w Internecie, a wkrótce zapewne będą mogli nabyć na dyskach DVD.
Luter i rewolucja protestancka – bo o tym mowa – to film, o którym trzeba pisać i który należy polecać. Piszą o nim media zagraniczne, milczą polskie. Właśnie wczoraj pojawił się artykuł na ten temat na portalu Church Militant. Jeśli ktoś ma anglojęzycznych znajomych za granicą, zarówno katolików, jak i protestantów, powinien polecać im zarówno sam film, jak i wyżej wspomniany artykuł. To jest nasze, to jest polskie i to jest naprawdę godne promocji i dystrybucji na całym świecie! I przypuszczam, że to nie jest nasze ostatnie słowo. Teraz Polska!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reformacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reformacja. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 listopada 2018
czwartek, 2 sierpnia 2018
Ojciec John Gerard SJ, bohater lepszy od Bonda
Gdybyśmy mieli krytykę z prawdziwego zdarzenia, to znaczy
taką, która wyszukuje rzeczy dobre i niemiłosiernie chlasta rzeczy złe, to ta
książka byłaby na czele wszelakich list katolickich bestsellerów. Może nawet
nie tylko katolickich. Jest to bowiem rzecz, która powinna sprzedawać się jak
ciepłe bułeczki. To historia lepsza od wszystkich historii o Bondzie czy
Jasonie Bournie. Lepsza, bo przede wszystkim prawdziwa. Lepsza, bo czyta się tę
opowieść z zapartym tchem i z trudem można się oderwać, choć autor wcale nie
był zawodowym powieściopisarzem. To, że nie ma przynajmniej kilku filmowych
wersji tej historii, a nawet jakiegoś serialu, świadczy także o mizerii naszych
czasów i kompletnym zeświecczeniu naszej kultury. Gdybym był bogatym sponsorem,
to z pewnością pierwszym z moich projektów kulturalnych byłaby ekranizacja tej
książki z najlepszymi aktorami, jakich można tylko zdobyć.
Ta książka to Łowcy księży ojca Johna Gerarda SJ.
Zacznę najpierw, by mieć to z głowy, od wybrzydzania.
Szkoda, że książki nie opatrzono żadnym posłowiem lub wstępem dorzucającym
garść dodatkowych szczegółów, których nie ma w samym pamiętniku. Komiksowa,
choć interesująca, okładka Tomasza Bereźnickiego może wręcz mylnie niektórym
sugerować, że mamy do czynienia z komiksem lub po prostu jakąś fikcją
literacką. Takież było zresztą i moje wahanie z początku. Na szczęście w
dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji na wyciągnięcie ręki, a to
dzięki internetowi.
Jest jednak jedno „ale”: nie każdy jest w stanie te
informacje zdobyć, jeśli nie włada językiem angielskim. Wystarczy wpisać
nazwisko autora w wyszukiwarkę. W polskiej Wikipedii brak hasła. Przeszukując
portale prawicowe i katolickie znalazłem informację o autorze na łamach „Gościa
Niedzielnego” – jeden jedyny artykuł. Co ciekawe, dziennikarz, który pisał o
angielskim jezuicie, nawet słowem się nie zająknął, że książka została całkiem
niedawno wznowiona. A przecież przytaczał jej fragmenty (być może własne
tłumaczenie z angielskiego). Trochę to dziwne zaniedbanie. Co ciekawe, jeden z
komentatorów zwrócił uwagę na fakt, że prawdopodobnie omyłkowo zilustrowano
artykuł wizerunkiem innego Johna Gerarda, który żył mniej więcej w tym samym
czasie, a był angielskim botanikiem. Jeśli przyjrzeć się ilustracji, to zdaje
się ona to potwierdzać – przedstawiony mężczyzna coś notuje piórem, a w lewej
ręce trzyma kwiat, opierając ją jednocześnie na książce lub notatkach, gdzie
widoczne są chyba rysunki jakichś roślin, a może same te rośliny po zasuszeniu.
John Gerard urodził się 4 października 1564 r., a zmarł 27
lipca 1637 r. Jego ojciec był więziony za spisek mający na celu uwolnienie
Marii I Stuart. John Gerard pobierał nauki na Kontynencie. Kiedy pierwszy raz
wrócił do kraju ze względów zdrowotnych, został aresztowany. Spędził w
więzieniu 2 lata. Zwolniony za kaucją ponownie udał się na kontynent, by potem,
po ukończeniu studiów, już wrócić nielegalnie jako jezuicki ksiądz z misją nawracania. Po latach
na polecenie przełożonych (najprawdopodobniej było to w roku 1609) opisał swoje
doświadczenia po łacinie. Angielski przekład tej książki ukazał się w roku
1951. Obecnie pamiętnik ojca Gerarda jest dostępny po angielsku w wydaniu
Ignatius Press zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. Po angielsku
nosi jednak trochę inny tytuł niż przekład polski: The Autobiography of a
Hunted Pries (Autobiografia ściganego księdza).
Jak napisałem na wstępie, jest to rzecz znakomita i to
znakomita także pod względem literackim, którą czyta się z zapartym tchem.
Gdyby nie obowiązki, czytałbym ją jednym ciągiem do białego rana. Bez wątpienia
jest w tym również duża zasługa polskiego tłumacza. Niestety! Nie wiemy, kto
był autorem tego świetnego spolszczenia. Przynajmniej takiego szczegółu brak w
obecnym wydaniu, które z kolei jest oparte na wersji, jaką opublikowano na
łamach „Przeglądu Powszechnego” w roku 1873.
Życie o. Johna Gerarda pełne było niebezpieczeństw i
nieoczekiwanych zwrotów akcji, w tym brawurowej ucieczki z więzienia w Tower.
Od chwili nielegalnego dostania się na teren Wielkiej Brytanii musiał
posługiwać się sprytem, podstępem i wszelkimi talentami, które ułatwiały
maskowanie się i unikanie pułapek oraz zasadzek, jakie mogły na niego czyhać.
Stawka była wysoka, bo cała misja mogła kosztować go życie, nie mówiąc już o
okrutnych torturach, jakich zresztą nie uniknął. Już samo bycie katolikiem pod
rządami Elżbiety I prosiło się o kłopoty, a co dopiero bycie katolickim
księdzem, który na dodatek przybył do Anglii nielegalnie z kontynentu, by
nawracać heretyków. To już mogło oznaczać oskarżenie o zdradę stanu, a tym
samym śmierć zadawaną w okrutny sposób.
Opowieść o. Gerarda w gruncie rzeczy dodaje kolejne elementy
do obrazu prześladowań katolików na przełomie XVI i XVII wieku w Anglii, jaki
wyłania się z omawianych przeze mnie na tym blogu książek Josepha Pearce’a, ks.Jana Badeniego i Grzegorza Kucharczyka oraz filmu Grzeogorza Brauna.
W tej opowieści ojca Gerarda uderzyło mnie kilka spraw.
Przede wszystkim po raz kolejny przy tego typu lekturze – radość, z jaką
jezuici byli gotowi ponieść śmierć za wiarę i za Chrystusa. To bardzo
przypomina tę radość apostołów, którzy odzyskawszy odwagę po zesłaniu Ducha
Świętego cieszyli się, że mogą cierpieć za Pana. Autor wręcz pisze, że
widocznie nie zasłużył na ten zaszczyt, skoro nie zginął ostatecznie śmiercią
męczeńską. A wiedział, co pisze, bo sam był torturowany. Nie były więc to takie
tam oderwane od życia ckliwości.
Druga sprawa, która nieustannie budzi mój podziw, to ogromna
praca, jaką autor wykonał nawracając protestantów na katolicyzm. Już z samego
pamiętnika widać, że ilość osób, które udało się autorowi nawrócić, była spora.
On nie mówił: „Nie przyszedłem pana nawracać”, on właśnie po to powrócił do
Anglii, by z narażaniem życia zawracać ludzi ze złej drogi i uchronić ich przed wiecznym
zatraceniem. Ta gorliwość w naszych marnych, letnich czasach budzi prawdziwy podziw.
I jeszcze trzecia rzecz, którą warto tutaj podkreślić.
Joseph Pearce w swojej książce o katolicyzmie Szekspira zwrócił uwagę na fakt,
że katolicy byli monarchistami. Także ojciec Gerard nieustannie podkreśla, że
nie występuje przeciwko panującej królowej, choć nie pochwala uzurpowania sobie
przez nią władzy w sprawach duchownych. Oczywiście taka postawa miała swoje
uzasadnienie praktyczne – wystąpienie przeciwko władzy świeckiej wiązało się z
oskarżeniem o zdradę stanu. Tego zresztą sam autor nie uniknął, gdyż znalazł
się na liście poszukiwanych za przygotowywanie słynnego spisku prochowego.
Zaklasyfikował się do czołówki najbardziej niebezpiecznych jezuitów w państwie.
Chwała Gabrielowi Maciejewskiemu, że wydał ten arcyciekawy
pamiętnik. Dziwne, że jest on wciąż dostępny do kupienia. Powinien zniknąć ze
sprzedaży błyskawicznie. Jeśli chcecie się przekonać, że to kapitalna lektura,
akurat w księgarni Kliniki Języka jest promocja – głupie 15 złoty za ponad 200
stron druku w twardej oprawie! Nie namyślajcie się ani chwili.
John Gerard SJ, Łowcy księży, Klinika Języka,
Warszawa 2016.
czwartek, 19 kwietnia 2018
Protestantyzm – mordercza infekcja
Rekomendowałem na tym blogu już kilka razy film Grzegorza
Brauna Luter i rewolucja protestancka. Gdybym miał komuś doradzić, jaką
książkę sprzedać w pakiecie z filmem autora „Marszu wyzwolicieli”, to z
pewnością poleciłbym książkę profesora Grzegorza Kucharczyka Kryzys i destrukcja. Szkice o protestanckiej reformacji.
Ta niewielka objętościowo książka dostarcza zadziwiająco
sporo szczegółów dotyczących zarówno koncepcji Lutra, jaki recepcji jego
herezji w Europie oraz stosunku Kościoła katolickiego do protestantyzmu i do
samej postaci ojca reformacji. Może więc służyć za przypomnienie tych faktów,
które zawarł w swoim filmie G. Braun, ale także i za uzupełnienie dawki
informacji podanej przez reżysera.
Czytając książkę profesora Kucharczyka utwierdziłem się w
przekonaniu, że bunt Lutra wprowadził w kulturę europejską niszczycielskiego
wirusa, którego „najważniejszym skutkiem było wykorzenienie chrześcijaństwa ze
społecznego kontekstu (związku), co było cechą charakterystyczną
średniowiecznej christianitas. Reformacja utorowała w ten sposób drogę do
ukształtowania życia publicznego oderwanego od religii chrześcijańskiej.
Reformacja nie wprowadziła rozdziału Kościoła od państwa (wręcz przeciwnie),
ale doprowadziła – tam, gdzie zwyciężyła – do rozdziału religii od
społeczeństwa i jego kultury”.
Infekcja protestancka rozdarła organizm Europy na dwa
odrębne światy i kultury. Albo można powiedzieć, że doprowadziła do wytworzenia
się rosnącej komórki rakowej, która doprowadziła do postępującej destrukcji,
niszcząc ostatecznie w galopującym tempie (w ostatnich czasach zwłaszcza) także
samą siebie – tę chorobliwą i chorobotwórczą narośl. Już Hilaire Belloc ponad
pół wieku temu pisał o destrukcji kultury protestanckiej. Podane pod koniec
książki statystyki dotyczące religijności wśród protestantów w Niemczech nie
pozostawiają żadnych wątpliwości co do trafności tej opinii. Niestety każą się
zastanowić również nad tym, jakie skutki ta infekcja wywarła i wywiera na samej
kulturze katolickiej, która po pierwszym szoku wytworzyła przecież swoje
przeciwciała (choć na przykład Belloc zastanawiał się, dlaczego znalezienie
antidotum trwało tak długo).
Otóż ten obraz „kryzysu i destrukcji”, jaki wyłania się z
książki profesora Kucharczyka, nasuwa pytanie o to, dlaczego sam stosunek
Kościoła katolickiego do Lutra i protestantyzmu uległ w ogóle stopniowej
zmianie, przynajmniej w oficjalnych deklaracjach, czego przejawem były na
przykład na polskim gruncie słynne przeprosiny arcybiskupa Rysia skierowane do
ewangelików. Ocieplanie wizerunku Lutra barwnym szaliczkiem przypomina nieco
zabieg, który uczynił z innego łotra – Che Guevary – ikonę pop-kultury.
Bęcwałów obnoszących się z wizerunkiem tego marksistowskiego bandyty (zakładam,
że kompletnie nieświadomych tego, z kim mają do czynienia) można spotkać nawet
w Kościele. Coś podobnego zdaje się następować w przypadku Lutra, co notabene
było świetnie widać w filmie Grzegorza Brauna (koszulki, gadżety reklamowe
itp.). Jeszcze chwila, a na niedzielnej mszy zaczną się pojawiać półinteligenci
w „tiszercie” z wizerunkiem Lutra buntownika i jakimś chwytliwym cytatem, np.:
„Nasi głupcy, papieże, biskupi, sofiści oraz mnisi – prymitywne ośle głowy”.
Profesor Kucharczyk w swojej książce dokonuje przeglądu
wypowiedzi papieży na temat Lutra i protestantyzmu, ale trudno doprawdy pojąć,
jakie są przyczyny widocznej „zmiany paradygmatu” (by użyć popularnego
określenia używanego w nieco innym kontekście), czego symbolem były
uroczystości w Lund. Protestancki wirus doprowadził do destrukcji i
sekularyzacji kultury Zachodu, a jego niszczycielska infekcja dotknęła też
samego Kościoła katolickiego i kultury krajów katolickich. Po co więc te
przychylne gesty wobec „braci odłączonych”? Zamiast prawdy – pop-kulturowe,
słodkie (i fałszywe) „kochajmy się”? Chyba raczej zamiarem Kościoła powinno być
opracowanie długoterminowej strategii nawrócenia tej coraz bardziej
„bezwyznaniowej” (a z drugiej strony coraz bardziej islamskiej) Europy i
przyjęcia jej z powrotem na łono Kościoła katolickiego. Przyjacielskie gesty
wobec protestantów zdają się być sztucznym podtrzymywaniem przy życiu
rozkładającego się już trupa.
Kryzys i destrukcja porusza różne aspekty rewolty
protestanckiej i wymienienie ich wszystkich przekraczałoby ramy, jakie narzuca
ta forma wypowiedzi. Ciekawym tematem na przykład jest kwestia wandalizmu
protestanckiego, który doprowadził do zniszczeń porównywalnych do pewnego
stopnia do tych, jakich dokonał choćby bolszewizm, przynosząc z sobą
nienaprawialne straty kultury materialnej. Oczywiście paralele można tutaj
odnaleźć też wcześniej – w ikonklazmie VIII wieku w Bizancjum, o czym prof.
Kucharczyk zresztą pisze.
Innym pasjonującym wątkiem jest również rozwój reformacji w
Szwecji. Przyznam się, że akurat na ten temat niewiele wiedziałem, a prof.
Kucharczyk podaje garść ciekawych informacji, łącznie z przypomnieniem
zapomnianych męczenników katolickich, nie mniej bohaterskich niż ci, którzy
zginęli za wiarę w Anglii. Notabene opis grabieży majątku kościelnego, jakiego
dokonano w obu krajach, nasunął mi myśl, czy przypadkiem popularne swego czasu
w Polsce, acz skandaliczne, powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść, nie
ma jakiegoś źródła w tej grabieży majątku kościelnego, jaka posłużyła do
zbudowania wielu późniejszych fortun, przy naruszeniu całej infrastruktury
pomocy ubogim zapewnianej ze strony Kościoła?
Wspomnijmy jeszcze może tylko krótko, że profesor rozprawia
się również w swojej pracy z mitem, który łączy rozwój nowoczesnych odkryć
naukowych czy ruchów wolnościowych z protestantyzmem. Temu również przeczą
fakty. Dość wspomnieć przy tej okazji o wpływie, jaki miała głównie ludność
protestancka na sukces i dojście do władzy Hitlera. Całkiem tego sporo, jak na
liczącą 160 stron publikację. Naprawdę warto przeczytać!
Grzegorz Kucharczyk, Kryzys i destrukcja. Szkice o
protestanckiej reformacji, Wydawnictwo Prohibita, 2017.
Etykiety:
Braun Grzegorz,
historia,
Kościół,
Kościół katolicki,
Kucharczyk Grzegorz,
literatura,
Luter Marcin,
protestantyzm,
proza polska,
reformacja,
religia
czwartek, 29 marca 2018
Szwedzi potępiają film „Luter i rewolucja protestancka”
W Polsce o filmie „Luter i rewolucja protestancka” zawzięcie
milczano i milczy się w oficjalnych mediach katolickich, jeśli pominąć drobne
wyjątki. Tymczasem w Szwecji film... oficjalnie potępiono. Co ciekawe
najprawdopodobniej kurii w Sztokholmie udzielono „życzliwej” rady z Polski. Tak
więc w Polsce o filmie się milczy, mimo jego popularności i kolejnych seansów,
a w Szwecji potępia.
W Szwecji film był w marcu prezentowany na pięciu pokazach w
Sztokholmie, Malmoe, Goeteborgu. Uczestniczył w nich sam
reżyser. Jak się okazuje, katolicka diecezja sztokholmska wydała specjalny
komunikat na temat najnowszego dzieła Brauna zarzucając mu niesprawiedliwe
przedstawienie obrazu rewolty protestanckiej i szkodzenie dialogowi
ekumenicznemu. Z treści komunikatu wynika, że o rzekomej nierzetelności
dokumentu Grzegorza Brauna kuria dowiedziała się z Polski. O całej sprawie
pisze portal PCh24.pl.
Tymczasem osobiście zachęcam do obejrzenia filmu, nabywania
go, a także rozpowszechniania. Moim zdaniem dobrze by było, aby znalazł się
życzliwy sponsor, który zaopatrzyłby w kopie dokumentu o Lutrze lokalną szkołę,
młodzież lub księdza proboszcza. Chyba nie brak w Polsce katolickich
przedsiębiorców, biznesmenów lub ludzi majętnych, którzy nie mogliby
zasponsorować upowszechniania dobrych dzieł katolickich. O samym filmie pisałem
tutaj.
A co do ewentualnego dialogu z kimkolwiek, nie tylko z
protestantami, to trudno taki dialog toczyć bez oparcia się o solidny fundament
prawdy. O czym Kościół katolicki chyba powinien wiedzieć najlepiej.
sobota, 17 lutego 2018
„Luter i rewolucja protestancka” – ten film z pewnością nie dostanie „Feniksa”
Nowy rok nie jest już taki nowy, ale pociągnijmy jeszcze
wątek podsumowań i ubiegłorocznych wydarzeń kulturalnych. Otóż sądzę, że jednym
z najważniejszych była listopadowa premiera filmu dokumentalnego Grzegorza
Brauna „Luter i rewolucja protestancka”. Jest to film zrobiony z okazji
okrągłej 500-letniej rocznicy rewolucji protestanckiej, która doprowadziła do
katastrofy – zniszczenia jedności Europy i podziału, którego ani czas ani
podejmowane przez różnych ludzi próby nie zaleczyły. Raczej możemy oglądać
kolejne etapy zaczętej wówczas destrukcyjnej rewolty przeciwko Kościołowi i
cywilizacji przezeń stworzonej.
Film Brauna jest ważny z kilku powodów. Niewątpliwie jest to
kolejne dzieło reżysera, które jest przykładem jego mistrzostwa w opowiadaniu
językiem filmu dokumentalnego o historii. Widzowie, którzy śledzą dokonania
reżysera, wiedzą już mniej więcej, czego można się spodziewać: że na przykład
film będzie umiejętnie łączył zdjęcia archiwalne, wywiady ze specjalistami z
dynamicznym sposobem opowiadania, znakomitą muzyką i przede wszystkich
kreskówkami, które są szczególnym rysem tych filmów. Jeden z amerykańskich
dziennikarzy katolickich zwrócił uwagę, że sam początek filmu Brauna (użyty
jako „trailer”), gdzie wykorzystano właśnie animację w „komiksowej stylistyce”,
mówi już wystarczająco jasno, o czym jest film. Nie trzeba słów i wyjaśnień.
Jednak widz przyzwyczajony do języka filmowego Brauna odnajdzie w „Lutrze...”
również nowe elementy. Takim jest zastosowanie drona do zdjęć w plenerze. Tę
nową technikę twórcy (bo sam reżyser zwraca uwagę na ogromny wkład zespołu,
który z nim współpracował) wykorzystali znakomicie. W pierwszym momencie nawet
dziwiłem się, jak zrobiono te ujęcia z helikoptera i dopiero po chwili
uświadomiłem sobie, że zastosowano nową technikę.
Po raz kolejny też autor „Marszu wyzwolicieli” odkłamuje
dzieje Europy i pokazuje je tak, jak nie przedstawiają ich podręczniki w
szkołach czy na uniwersytetach. Wcześniejszym przykładem był np. „Marsz
wyzwolicieli” i „Defilada zwycięzców”, w których to filmach reżyser wyszedł
poza stereotypowe spojrzenie na przyczyny wybuchu II wojny światowej, pokazując
prawdziwego sprawcę, o którym się nie mówi – Związek Sowiecki i tow. Stalina. A
to wszystko zostało przy tym logicznie udokumentowane i poparte dowodami.
Z tego też powodu „Luter i rewolucja protestancka” należy do
filmów, które koniecznie trzeba zobaczyć. Powiedziałbym, że jest to pierwszy i
podstawowy powód, jeśli pominąć wartości artystyczne najnowszego dzieła
Grzegorza Brauna. Jesteśmy oto bowiem świadkami dziwnych scen, które jeszcze
sto lat temu dziwiłyby i gorszyły publicystów i intelektualistów katolickich, a
także zwykłych wiernych. Dostojnicy kościelni, nie pomijając papieża, próbowali
przekonywać w zeszłym roku wiernych, że należy w jakiś sposób uczcić
reformację, że intencje samego Lutra były dobre, że przecież w Kościele działy
się wówczas rzeczy złe itp., itd. W Polsce na przykład arcybiskup Ryś napisał
całkiem niedawno list do ewangelików przepraszając ich za „nieszczęsną debatę i
decyzję Sejmu”, który dzięki odwadze posłanki Anny Siarkowskiej nie uchwalił
rezolucji upamiętniającej 500-lecie reformacji (notabene dziwny jest już sam
fakt stosowania wielkiej litery w słowie „reformacja” przez katolicki portal,
który o tym informował). Ten list jest naprawdę czymś kuriozalnym, jeśli
chcecie, znajdźcie go i przeczytajcie, a potem obejrzyjcie film „Luter i
rewolucja protestancka”.
Grzegorz Braun sięga w swoim filmie do dokumentów, przytacza
autentyczne wypowiedzi Lutra, rozmawia z duchownymi, profesorami, publicystami,
także nawróconymi na katolicyzm byłymi protestantami. Docieka, bada, pyta,
szuka. W swoich poszukiwaniach objechał spory kawałek Europy. Sięgnął też do
źródeł, które podważają oficjalną i przyjętą, także przez katolików, narrację.
Obraz ojca reformacji, a także samego przebiegu rewolty protestanckiej i jej
opłakanych skutków, jaki się wyłania z tego znakomitego dokumentu, jest po
prostu wstrząsający. Podważający także to, co arcybiskup Ryś napisał w swoim
liście. Może więc arcybiskup zdobyłby się na poważną debatę z reżyserem i tymi,
którzy negatywnie oceniają zarówno Lutra, jak i samą reformację? Nie sądzę, by
tak się stało.
I to jest właściwie drugi powód, dla którego warto ten film
zobaczyć i zakupić na własność płytę DVD. Otóż jestem przekonany, że najnowsze
dzieło Brauna, choć w pełni na to zasługuje, nie dostanie np. nagrody „Feniks”,
choć dostał ją film „Eugenika” w roku 2012. Jednak nawet wówczas widz był
świadkiem tak gorszących scen, jak tłumaczenie się Stowarzyszenia Wydawców
Katolickich z faktu przyznania tej nagrody i wyjaśnień, że nie dostał jej
reżyser, tylko Dom Wydawniczy „Rafael”. Jak możemy w tamtym haniebnym
oświadczeniu przeczytać: „nagrodzone zostało przesłanie filmu broniącego
ludzkiego życia, a nie jego reżyser, a tym bardziej jego prywatne poglądy”.
Ładnie oddzielono tutaj autora od jego dzieła!
„Luter i rewolucja protestancka” to ogromny sukces całego
zespołu pracującego nad tym dokumentem i samego reżysera, jego determinacji i
niezłomności. Mimo milczenia przez prasę katolicką o tym filmie („prawda was
wyzwoli”) oraz cenzury (przykład można znaleźć na moim blogu, gdzie tzw.
„trailer” filmu jest niedostępny, bo usunął go portal YouTube), cieszy się on
ogromną popularnością. I co ciekawe jest wyświetlany do tej pory na bezpłatnych
seansach. Samo dzieło zostało zrobione bez żadnych dotacji państwowych, na
które Braun (obraziwszy sobie „wszystkie sklepy”) nie mógł nawet liczyć. A mimo
to udało mu się ten film ukończyć i zebrać zakładaną sumę pieniędzy z nawiązką.
A wszystko dzięki setkom darczyńców, którzy sponsorowali ten film z własnej
kieszeni i z własnej woli. Grzegorz Braun udowodnił, że można zrobić znakomity,
dopracowany film dokumentalny bez wiszenia u klamki państwowego mecenasa.
Dodajmy tutaj np., że autor dotarł do wybitnych postaci świata nauki, Kościoła
i publicystyki katolickiej (rozmawiał m.in. z kard. Gerhardem L. Mullerem,
prof. Massimo Viglione, prof. Roberto de Mattei, ks. prof. Tadeuszem Guzem,
dziennikarzem Michaelem Vorisem, prof. Grzegorzem Kucharczykiem itd.).
Zachęcam do nabycia tego filmu z dołączoną, bogato
ilustrowaną książką, która zawiera teksty reżysera i jednocześnie stanowi
okładkę. Naprawdę warto. Dobrze by było, gdyby trafił się jakiś bogaty
katolicki sponsor, który wykupiłby cały nakład filmu i rozdał dziatwie szkół
średnich i istniejących jeszcze gimnazjów. Warto też kupić dodatkową kopię, by
wręczyć ją np. księdzu proboszczowi lub swojemu przyjacielowi czy bliskiemu
krewnemu.
„Luter i rewolucja protestancka”, reż. Grzegorz Braun,
Fundacja Osuchowa, Warszawa 2017.
sobota, 27 stycznia 2018
Corner Shop: Szekspir niezreformowany
Rzadko kto pewnie w kontekście okrągłej rocznicy reformacji
w zeszłym roku pomyślał o... Williamie Szekspirze. Niewielu też pewnie
zastanawiało się przy tej okazji nad tym, jakiego wyznania był wielki Anglik.
Jeśli powiemy, że wybitny pisarz ze Stratfordu był katolikiem, to zapewne
niejeden czytelnik uniesie brew w zdumieniu, a może nawet parsknie szyderczym
śmiechem, posądzając nas o fantazjowanie i „katolskie” chciejstwo.
Wprawdzie kwestia katolicyzmu angielskiego dramaturga nie
jest tematem nowym, a z katolickich pisarzy języka angielskiego pisali o tym na
przykład Hilaire Belloc i G.K. Chesterton, wspominano o tym również nie tak
dawno temu w Polsce, to jednak podejrzewam, że wiedza o tym wciąż nie jest
rozpowszechniona wśród przeciętnych czytelników, którzy swą znajomość teatru
elżbietańskiego czerpią ze szkoły średniej lub nawet studiów uniwersyteckich. A
jeśli autor Burzy katolikiem był, to jak najbardziej był to temat do
refleksji w kontekście reformacji, gdyż żył w czasach brutalnych prześladowań
katolików w Anglii za panowania królowej Elżbiety I i króla Jakuba I (notabene
pisałem już na tym blogu o książce poświęconej tej tematyce).
Sceptycznie podchodził do kwestii katolicyzmu Szekspira
również konserwatywny krytyk, pisarz i konwertyta na katolicyzm, Joseph Pearce,
znany polskim czytelnikom z takich książek, jak Pisarze nawróceni, C.S.
Lewis a Kościół katolicki, Podróż Bilba czy Wyścig z diabłem.
Kiedy jednak pochylił się nad tematem, zaczął weryfikować źródła i dostępne
dowody, jego wątpliwości zaczęły topnieć. A przecież zdaniem tego wybitnego
znawcy literatury angielskiej, znajomość biografii i epoki, w której dany
pisarz tworzył, pomaga zrozumieć w pełni jego dzieło i artystyczną wizję w nim
zawartą. Pearce jest przeciwnikiem poglądu, że można dany utwór pojąć i
interpretować bez znajomości kontekstu, w jakim on powstawał, a zwłaszcza bez
poznania życia i poglądów samego autora. Przestrzega też przed „wpisywaniem” w
teksty literackie z innej epoki współczesnej wizji świata i człowieka. Jeśli
zatem Szekspir był faktycznie katolikiem, to wielkie tragedie i komedie
geniusza ze Stratfordu zaczynamy postrzegać w nowym świetle, z którego być może
nie zdawaliśmy sobie dotąd w pełni albo zupełnie sprawy.
Choć książka The Quest for Shakespeare (W
poszukiwaniu Szekspira) ukazała się w roku 2008, nie doczekała się do tej
pory polskiego wydania. A szkoda! Wizja bowiem, jaka wyłania się z publikacji
brytyjskiego pisarza i krytyka, daleka jest od sielankowej wizji z hollywoodzkich
produkcji typu „Zakochany Szekspir”.
Oto dowiadujemy się, że hrabstwo Warwick, w którym urodził
się i wychował wybitny dramaturg, było siedliskiem tak zwanych „rekuzantów”,
czyli katolików uchylających się od uczestnictwa w protestanckich nabożeństwach
i uroczystościach religijnych. Co ciekawe takim rekuzantem był Jan
Szekspir, ojciec Williama, a także jego córka, Zuzanna. O katolicyzmie jego
ojca świadczy zarówno zachowany i odnaleziony testament, jak i kara finansowa,
jaką musiał zapłacić nie wypełniwszy nałożonych przez państwo, a wymierzonych w
katolików, zobowiązań. Taka sama kara dotknęła córkę dramaturga.
Kary finansowe, choć rujnujące pod względem majątkowym, nie
były jednak tym, co najgorszego mogło spotkać katolika pod panowaniem królowej
Elżbiety.
Jak wynika ze śledztwa przeprowadzonego przez Pearce’a,
Szekspir znał prawdopodobnie trzech jezuickich męczenników (w tym słynnego
Edmunda Campiona), którzy aresztowani, torturowani, oskarżeni o zdradę stanu, a
wreszcie skazani na śmierć, zginęli zamordowani w okrutny sposób w imieniu
prawa. Nawet jeśli weźmie się poprawkę na obyczajowość i mentalność epoki, opis
wykonania kary śmierci jeży włos na głowie. Uświadamia też, przed jakim wyborem
stawali ówcześni katolicy: jeśli pozostawali wierni Chrystusowi, musieli być
przygotowani na najgorsze cierpienia.
A jakie były to cierpienia? Skazańca wieziono na widoku
ludzi przez całe miasto na tzw. „kracie”. Na miejscu kaźni wieszano go, poczym
odcinano, nim zdążył wyzionąć ducha. Jeszcze żywego poddawano kolejnym,
okrutnym mękom. Odcinano mu genitalia, rozpruwano brzuch, z którego wywlekano
wnętrzności i palono na oczach torturowanego. W wreszcie jego męczarnie
kończono poćwiartowaniem ciała i odcięciem głowy. To wszystko odbywało się
publicznie.
Sam Szekspir najprawdopodobniej należał do tzw.
„bezpiecznych” katolików, to znaczy takich, którym pozwalano istnieć w państwie
Elżbiety I, a potem Jakuba I. Nie wychylali się, a więc nie stanowili
„zagrożenia”. Co nie znaczy, że nie mogli się stać ofiarami posądzonymi o
spisek i zdradę stanu.
Innym takim przykładem wśród ówczesnych twórców był
kompozytor William Byrd, którego głowę (tak samo jak zresztą jego żony), a już
z pewnością majątek i wolność ocaliła sama... królowa Elżbieta. Można się
domyślać, że do pewnego stopnia obu wybitnych Anglików chronił talent. Dla
przykładu warto dodać, że drukarza, który wydał utwór poetycki z muzyką Byrda,
pozbawiono uszu, a sam twórca poematu, do którego muzykę skomponował Byrd,
musiał salwować się ucieczką z kraju.
Talent nie uchronił jednak wybitnego poety metafizycznego
Roberta Southwella. „Gwoździem do trumny” tego dzielnego człowieka, był nie
tylko fakt jego katolicyzmu, ale i to, że był księdzem, a na dodatek jezuitą.
Wielokrotnie poddawany okrutnym torturom, został w końcu męczennikiem i...
świętym Kościoła katolickiego. Można przypuszczać, że William Szekspir był
świadkiem jego okrutnej śmierci. Postawa Southwella musiała budzić zarówno
podziw, jak i współczucie wśród zgromadzonych, bo gdy go powieszono, jacyś
ludzie z tłumu podbiegli i pociągnęli go za nogi, by skrócić jego męczarnię i
opisaną wyżej kaźń.
Nie przypadkowo wspominam tutaj tego świętego, gdyż wszystko
wskazuje na to, że autor Burzy mógł znać autora osobiście, a z pewnością
znakomicie znał jego twórczość, do której aluzje można odnaleźć w jego
dramatach.
W innej swojej książce, Through Shakespeare’s Eyes (Oczami
Szekspira) Pearce pokazuje, jak aluzje do twórczości Southwella wplecione
zostały w wersy Kupca weneckiego, przy okazji dowodząc, jak opacznie ten
arcykatolicki dramat jest interpretowany przez współczesnych nam krytyków.
Całkiem niedawno zresztą przez przypadek wpadł mi w rękę tom współczesnego
przekładu tej komedii, gdzie na okładce widniała fotografia, jak można się
domyślić, Shylocka z zafarbowaną na tęczowo brodą! Ten jeden wizerunek
streszczał w sobie doskonale wszelkie możliwe aberracje interpretacyjne
słynnego utworu, łącznie z wyeksponowaniem jako głównej postaci żydowskiego
lichwiarza! Ale to temat na inny artykuł... W samym The Quest for Shakespeare
zresztą autor podaje na końcu bardzo ciekawą interpretację Króla Leara,
uwzględniającą katolicki kontekst tego utworu.
Na zakończenie dodajmy może jeszcze jedną ciekawostkę (a
książka Pearce’a jest ich pełna – warto choćby wspomnieć tu o katolicyzmie
środowiska teatralnego Londynu, o monarchizmie angielskich katolików, o
tajemnicach życia i śmierci Christophera Marlowe’a czy małżeństwa Szekspira i
prawdziwych przyczynach jego wyjazdu do Londynu, a także np. o jego poprawkach
w dramacie o Tomaszu Morusie). Otóż o katolicyzmie Szekspira może świadczyć
również i to, że wyprowadziwszy się już z Londynu nabył on dom, który był
sekretnym miejscem spotkań katolików i jako tako taki znany tajnym służbom.
Można się domyślać, że sam bard uczestniczył w mszach potajemnie tam
odprawianych. Zdaniem Pearce’a trudno uwierzyć w to, że nie zdawał sobie z tego
sprawy. O tym, że było to miejsce nabożeństw, dowiedziano się zresztą już po
śmierci dramaturga, gdy po prostu któregoś dnia zawalił się strop, który nie
udźwignął ciężaru zgromadzonych wiernych.
Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później zarówno ta książka
Pearce’a, jaki i pozostałe jego prace poświęcone dramatom Szekspira, doczekają
się wreszcie polskiego przekładu. Tych natomiast czytelników, którzy język
Szekspira znają, zachęcam do lektury albo wersji papierowej, albo
elektronicznej. Naprawdę warto wydać te parę funtów czy dolarów. Czas
poświęcony na tę lekturę z pewnością nie będzie czasem zmarnowanym. A jak pisze
autor na podstawie swojego dochodzenia:
„Z perspektywy modernisty i postmodernisty Szekspir wyłania
się jako nieoświecony i krnąbrny reakcjonista. Z perspektywy tradycyjnie
nastawionych badaczy widoczna jasność wizji moralnej, którą od zawsze
dostrzegali w sztukach, staje się wytłumaczalna i wyraźniej określona”.
Joseph
Pearce, The Quest for Shakespeare. The Bard of Avon and the Church of Rome,
Ignatius Press, San Francisco 2008.
Etykiety:
Anglia,
chrześcijaństwo,
Corner Shop,
dramat,
historia,
Kościół katolicki,
literatura,
literatura anglojęzyczna,
Pearce Joseph,
reformacja,
Shakespeare,
teatr
poniedziałek, 22 stycznia 2018
Oni byli gotowi umrzeć za wiarę, a my? – „Angielscy męczennicy reformacji”
Wśród książek wydanych dla upamiętnienia
tragedii reformacji warto zwrócić uwagę na niewielką objętościowo książeczkę
księdza Jana Badeniego TJ. „Angielscy męczennicy reformacji” to wznowienie
publikacji ze schyłku XIX wieku – jak się domyślam z Posłowia, prawdopodobnie
wydanej pośmiertnie (ksiądz Badeni zmarł w roku 1889, a obecna publikacja jest
oparta na wydaniu z roku 1901).
Choć niektórym lektura tej pracy może z początku wydać się
nieco ciężka, głównie ze względu na odrobinę już staroświecki język, to
zachęcam, by po nią sięgnąć – w pewnym momencie nie mogłem się od niej po
prostu oderwać. Ale wciągająca narracja nie jest jedynym argumentem. Sporo
kontrowersji obecnie wywołują różne przyjacielskie gesty katolickiej hierarchii
wobec protestantów (mieliśmy tego przykłady również w Polsce). Próbuje się na
różne sposoby wybielać i usprawiedliwiać początki tej jednej z największych
katastrof w dziejach Europy. Aczkolwiek nie można zaprzeczyć, że wśród pierwszych
„reformatorów” z pewnością byli ludzie, którym na sercu leżało dobro Kościoła,
a których przeraziłyby skutki ich własnych działań, to trudno pomijać w
rozliczeniach z przeszłością to, co wskazywało wyraźnie również na złe intencje
inicjatorów i wykonawców owej „reformy”.
„Angielscy męczennicy reformacji” dla wielu czytelników mogą
być znakomitą okazją do poznania w zarysie sytuacji katolików w Anglii, która
za czasów Henryka VIII oderwała się od jedności z Rzymem. Autor opisuje
położenie ówczesnych katolików poprzez losy męczenników Kościoła – gorliwych
kapłanów, którym na sercu leżało zbawienie dusz ich własnych rodaków –
mieszkańców Anglii. Pretekstem to napisania tej książki musiał dla polskiego
jezuity być fakt – o którym wspomina we Wstępie – beatyfikowania 54 męczenników
angielskich w roku 1886 przez papieża Leona XIII.
Badeni na początku daje krótki przegląd sytuacji za
panowania Henryka VIII, poświęcając oczywiście miejsce Tomaszowi More i Janowi
Fisherowi wśród wielu innych męczenników za wiarę, którzy są tu bądź wymienieni
chociaż z imienia, bądź krótko przedstawieni. Większość jego książki skupia się
natomiast na męczennikach z czasów królowej Elżbiety I. W szczególności
wyróżnieni zostają trzej z nich: Edmund Campion, Aleksander Briant oraz Tomasz
Cottam – każdemu z nich poświęcony jest osobny rozdział.
Czytając o losach tych wspaniałych ludzi nie sposób rumienić
się ze wstydu. Ci bohaterscy wyznawcy Chrystusa gotowi byli ponieść okrutną
śmierć męczeńską, by nawrócić choć parę dusz, sprowadzić je ze złej drogi ku
Prawdzie. A kaźń, jaka czekała schwytanych kapłanów, była naprawdę
przerażająca, nawet biorąc pod uwagę ogólną brutalność ówczesnych obyczajów.
Odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach niewielu znalazłoby się gorliwych
katolików, którzy gotowi byliby oddać życie za ideały, które przyświecały
Campionowi czy Cottamowi. Swoją drogą – czy taki napływ Polaków do Anglii, jaki
nastąpił w ostatnich czasach, nie powinien był stać się okazją do „nowej
ewangelizacji” (nomen omen) tego kraju? A stał się?
Należy przy tym zaznaczyć, że ówcześni katolicy byli
monarchistami. Oskarżano ich natomiast o zdradę stanu. Broniąc się, owi
męczennicy za wiarę katolicką podkreślali swoją lojalność wobec królowej.
Odmawiali jej jednak prawa do decydowania o kwestiach wiary, czyli
zwierzchnictwa nad Kościołem. Choć kuszono ich zaszczytami i wolnością, nawet
widząc przerażającą kaźń swoich poprzedników, nie ulegli pokusie, zachowując
wierność Chrystusowi i ojcowi świętemu w Rzymie. Władza świecka nie miała prawa
decydować o prawdach wiary, a przecież takie było m.in. pokłosie reformacji,
oprócz grabieży na szeroką skalę dóbr kościelnych.
Warto zwrócić przy okazji uwagę na jedną ciekawostkę, o
której Badeni nie wspomina, gdyż pewnie nie miał o tym nawet pojęcia. Otóż
istnieje pewne prawdopodobieństwo, że sam William Szekspir miał możliwość
osobiście poznać Campiona. Są poszlaki, które wskazują na styczność z jezuitami
jego ojca – Jana. Autor „Angielskich męczenników reformacji” wspomina o tym, że
Campion wraz z towarzyszami był goszczony w drodze do Anglii przez Karola
Boromeusza. Badania wykazały, że odnaleziony testament ojca Szekspira jest
kopią dokumentu, który sporządził dla katolików znajdujących się w sytuacji
zagrożenia włoski święty. Pierwotnie wzór takiej ostatniej woli miał służyć
katolikom w czasach zarazy, gdy nie mieli szansy uzyskać pomocy duchowej ze
strony kapłana. Znakomicie nadawał się dla katolików w Anglii, których
położenie nie było dużo lepsze – wszak kapłanów katolickich w tym kraju
bezwzględnie tępiono i ścigano. Wygląda na to, że towarzyszący Campionowi
Robert Parsons (znany również jako Persons) organizował szmugiel kopii takiego
testamentu do Anglii. Jezuici mogli otrzymać wzór owego dokumentu bezpośrednio
od samego św. Karola Boromeusza, który ich tak gościnnie przyjął.
Książka „Angielscy męczennicy reformacji” jest skromnie, acz
ładnie wydana. Bez wątpienia należy być wdzięcznym wydawnictwu Prohibita za
wznowienie tej pracy, a także za opatrzenie jej krótkim posłowiem, które
uzupełnia ją o te informacje, których Badeni wówczas posiadać rzecz jasna nie
mógł. Żeby jednak nie było za słodko, trzeba wspomnieć o dwóch mankamentach.
Pierwszym jest niestety niezbyt dokładna korekta. Jeśli są
to tylko literówki, w większości przypadków można domyślić się poprawnej
wersji, ale czasami czytelnik może mieć wątpliwości, czy ma do czynienia z
jakąś archaiczną formą językową, czy po prostu zwykłym błędem. Domyślam się, że
interpunkcja jest w tekście oryginalna, nie uwspółcześniona – brak o tym
informacji. I to jest właśnie drugi mankament – brak choć paru słów wyjaśnienia
na temat współczesnego wydania tej książki. Z Posłowia wnioskuję na przykład,
że oryginalny tytuł to „Błogosławieni męczennicy angielscy” i że opierano się na
wydaniu z roku 1901, ale nie wiadomo, czy to było pierwsze, choć pośmiertne,
wydanie, czy może kolejne.
Ks. Jan Badeni TJ, Angielscy męczennicy reformacji,
Prohibita, Warszawa 2016.
środa, 25 października 2017
O Lutrze bez retuszu
Już wkrótce okrągła, bo pięćsetna, rocznica tragicznego w
skutkach wystąpienia Marcina Lutra. Grzegorz Braun właśnie kończy swój
najnowszy film dokumentalny poświęcony twórcy reformacji. Wszelkie obchody tej
tragedii z udziałem dostojników Kościoła katolickiego, to moim zdaniem głębokie
nieporozumienie. Tym bardziej należy szerzyć wiedzę i wspierać inicjatywy
takie, jak film reżysera „Marszu wyzwolicieli”.
Premiera już 12 listopada. Z pewnością warto będzie zobaczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)