Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lutego 2019

„Zimna wojna” – piękna, czarno-biała wydmuszka

Po dłuższym czasie przełamałem się i zdecydowałem się z żoną obejrzeć Zimną wojnę Pawła Pawlikowskiego. „Przełamałem się” – bo po naszym poprzednim doświadczeniu z Idą bałem się, że film będzie rozczarowaniem, choć piękny, czarno-biały „trailer” zapowiadał wiele. Niestety moje obawy okazały się prawdziwe.

Zacznijmy jednak od pozytywów. Film jest przepięknie sfilmowany, każda scena starannie dopracowana, plenery perfekcyjnie dobrane. To bez wątpienia atut filmu. Widać tutaj mistrzostwo Pawlikowskiego albo operatora kamery, albo i jednego, i drugiego. Osadzenie tej historii głównie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych także mi odpowiada. Atmosferę tamtych lat podkreślają czarno-białe zdjęcia, co pewnie świadczy do jakiegoś stopnia o filmowych inspiracjach samego autora. Dodatkowo Paryż czy nawet Jugosławia na tle siermiężnej rzeczywistości PRL-u wyglądają niemal jak utracony raj.

Niebywałym atutem całego filmu jest muzyka. Ponieważ lubię jazz lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, to jest to cecha filmu, którą reżyser był w stanie mnie ująć. Także wątki ludowe, zwłaszcza muzyka, nadają całemu obrazowi swoistej atmosfery. Chociaż tutaj mam wrażenie, że chodziło również o dodanie do tego obrazu pewnej egzotyki, a taką dla zagranicznego widza bez wątpienia będzie folklor.


Jeśli wszystko jest tak piękne, to dlaczego jest tak źle? Po pierwsze film, podobnie zresztą jak Ida, jest tak naprawdę nudny. Już po paru pierwszych minutach – no, może kilkunastu – zacząłem się nudzić. Jedyne, co mi tę nudę jakoś rekompensowało, to raz jeszcze: piękna muzyka i zdjęcia. Ale pięknymi zdjęciami i muzyką mogę się delektować w filmach Tarkowskiego, gdzie nadają one całości głębi i tajemnicy, a film Pawlikowskiego to piękna wydmuszka. Cóż z tego, że jest w tym jakaś nostalgia? W połowie filmu miałem już naprawdę dosyć, gdybym siedział w kinie i był sam, pewnie bym zasnął albo ostentacyjnie wyszedł. Zacisnąłem zęby i dotrwałem do końca.

Fabuła tego filmu jest tak naprawdę idiotyczna i straszliwie infantylna. Wiem – tu pewnie chodzi również o pokazanie tej całej beznadziei PRL-u. Choć nie jestem do końca tego pewien. Zresztą, jeśli o to chodzi, to znacznie lepiej beznadzieję PRL-u pokazuje choćby mniej wysmakowany, mniej doskonały czy mniej dopracowany (i pewnie dysponujący mniejszym budżetem) Wyklęty Konrada Leckiego. Przy wszystkich możliwych do wytknięcia wadach obraz Leckiego wzrusza i nie pozostawia obojętnym. Obraz Pawlikowskiego budzi co najwyżej wzruszenie ramion i pozostawia w pamięci muzykę i parę obrazów.

Zakończenie filmu jest tak naprawdę zerżnięte z Kroniki wypadków miłosnych Tadeusza Konwickiego, jak również adaptacji tej powieści w reżyserii Andrzeja Wajdy. To jeszcze bardziej podkreśla infantylność całej fabuły. Gdyby to była historia dwojga nastolatków, pewnie nie pozostawiałaby ona nas obojętnymi. Również pomysł ze zrujnowanym kościołem czy cerkwią nasuwa skojarzenie z innym filmem - z Gnojmi Jerzego Zalewskiego. Choć tutaj inspiracja wydaje się może mniej oczywista, to z początku nawet myślałem, że jest to ten sam budynek.

Jeśli chodzi o grę aktorów, to można odnieść wrażenie, że jest ona żadna. Wiem – brak przesady, spokój i opanowanie z pewnością wymagają od aktorów sporych umiejętności. A Pawlikowski zdaje się unikać w swoich filmach przesadnych gestów – wszystko jakby odbywa się poza słowami, gdzieś w głowach bohaterów może. „Tylko spokój i wolne ruchy”, jak powiadał mój szwagier. Stąd może poczucie nudy. Stąd śmieszna jest wściekłość Zuli, granej przez Joannę Kulig, kiedy w Paryżu wyrzuca ona Wiktorowi, granemu przez Tomasza Kota, że się zmienił, że w Polsce był inny, a kiedy ten strzela ją nagle w twarz, że oto wreszcie przez chwilę jest sobą. Widz patrzy, przeciera oczy ze zdumienia i pyta się: Naprawdę? A czymże różni się nasz Wiktor od tego oportunisty z Polski, który nie potrafił zaprotestować przeciwko mieszaniu komunistycznej agitki w występy jego zespołu? Ach! No tak! On był wówczas pewnie tylko przebiegły, bo już planował ucieczkę na drugą stronę żelaznej kurtyny. Trudno także tak naprawdę uwierzyć w trwanie tej miłości mimo wszystkich barier i w zdolność Wiktora do takich gestów, jak jechanie na drugi kraniec Europy, by spotkać swoją ukochaną. Prędzej już w tę podstarzałą kochankę, niezbyt utalentowaną francuską poetkę.

No cóż, gdyby Pawlikowski nakręcił jedynie czarno-biały teledysk, byłoby naprawdę nieźle. Na nasze nieszczęście nakręcił piękną, pełnometrażową wydmuszkę, którą będą się zachwycać nasi rodzimi i zagraniczni krytycy. Jeśli nie dostanie za nią Oskara, to będzie to bardzo dziwne. W końcu otrzymał go tak głupi, propagandowy gniot jak Kształt wody. Również pięknie sfilmowany.

Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski, Polska, Francja 2018.


poniedziałek, 8 października 2018

Z cyklu: Myszkując po Internecie – „Dwa serduszka, cztery oczy”


Nie oglądałem jeszcze filmu „Zimna wojna” Pawlikowskiego. Mam nadzieję, że jest to obraz lepszy niż nieszczęsna „Ida” – film nudny i przyprawiający nam gębę antysetmitów. Zachwycił mnie natomiast „trailer” „Zimnej wojny” – i chyba trudno, żeby nie zachwycił każdego, kto kocha jazz, choć same, wysmakowane czarno-białe zdjęcia również robią swoje. Jazzowa interpretacja ludowej piosenki „Dwa serduszka” jest moim zdaniem powalająca. Przyznam się ze wstydem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tej piosenki, a więc postanowiłem (za namową mojej żony, która oczywiście takie rzeczy zna), sprawdzić, czy można znaleźć jeszcze inne wersje – zarówno ludowe, jak i może jazzowe – tego utworu. Okazuje się, że owszem i to dość spory wybór, z którego kilka wersji jest równie interesujących lub niemal interesujących, jak ta, która reklamuje film Pawlikowskiego.

Najpierw więc interpretacja z „trailera”. Potem wersja ludowa w wykonaniu Mazowsza i ciekawa i dobrze zaśpiewana wersja Magdy Umer i Anny Marii Jopek. Na końcu interpretacja instrumentalna Wojtka Gogolewskiego (co to za mania na infantylizm z tymi zdrobnieniami imion – chodzi o to, że łatwiej wymówią je na Zachodzie?), której początek wydał mi się nieco banalny i może nawet ześlizgujący w stronę jakiegoś disco, ale potem jest naprawdę dobrze.





wtorek, 28 lutego 2017

„Nature Boy” na koniec karnawału

Internet przy swoich wadach pozwala na wiele rzeczy, które niegdyś były nie do pomyślenia. W pewnym sensie więc ubogaca. Gdybym chciał prześledzić np. różne wersje standardów jazzowych bez Internetu, to byłaby to niegdyś „mission impossible”. Teraz wystarczy kilka kliknięć myszą i można posłuchać różnych wersji i to z różnych niemal epok. 

Skąd zainteresowanie akurat tym motywem muzycznym? Ktoś, kto posłucha i przyjrzy się zamieszczonym filmikom, pozna raczej bez trudu. 

Na początek więc piękna interpretacja Nat King Cole’a, którego lubię w tej „nieprzesłodzonej” wersji, z jego triem i który, jak wyczytałem, jako pierwszy nagrał piosenkę „Nature Boy”. Potem wersja słynnego Franka Sinatry. Dla mnie nieco zaskakująca. Milesa Davisa nie trzeba rekomendować – każdy, kto nie znał, a lubi jazz, z chęcią posłucha – po prostu nostalgiczne cudeńko. I na koniec coś odmiennego, niezupełnie już może jazzowego – Aurora – a od tego się jakby zaczęło. I to jest już naprawdę zupełnie inna epoka. I inne strachy. 

Można by tutaj dodać parę jeszcze innych intrygujących wersji, ale poprzestańmy na tych. Kto zechce, znajdzie sobie resztę. Warto poszukać – jest jeszcze kilka pięknych, nietuzinkowych interpretacji.




czwartek, 18 sierpnia 2016

Czego zabrakło w życiu Amy Winehouse?

Film dokumentalny o Amy Winehouse zobaczyłem dopiero niedawno, korzystając z jednego z płatnych portali filmowych. Przez dłuższy czas zwlekałem z obejrzeniem tego dokumentu. Być może powodów było kilka: Albo obawiałem się przesłodzonej wersji jej życia, lukrowanych, czułych komentarzy w stylu głupawych portali muzycznych dla młodzieży, albo podkoloryzowanej historii o zbuntowanej młodej dziewczynie, która złożyła życie na ołtarzu pop-kulturowego buntu, albo może po prostu żal mi było tej młodej piosenkarki i kompozytorki o niesamowitym talencie, która tak przedwcześnie odeszła z tego świata, i nie chciałem oglądać tej historii, tak jak nie chcemy przez jakiś czas wracać do historii życia kogoś nam bliskiego, kto niedawno odszedł, bo to boli.

Tymczasem film – w którym autor korzysta z materiałów archiwalnych, amatorskich nagrań wideo, zdjęć prywatnych i nagrań ze studiów muzycznych – mną wstrząsnął. Pokazał Amy Winehouse przede wszystkim jako obdarzoną darem muzycznym nastolatkę, która weszła w świat rozrywki, w świat przemysłu rozrywkowego może nazbyt wcześnie. Jawi się tutaj angielska piosenkarka jako niesamowity talent nie muzyki pop, ale jazzu – a więc muzyki bądź co bądź elitarnej, być może czasem snobistycznej, ale raczej właściwej dla małych klubów, do których przychodzi publiczność o bardziej wyrafinowanych gustach. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Sam na tym blogu poświęciłem pamięci Amy Winehouse krótki wpis, w którym przyrównałem ją do największych gwiazd: Billie Holiday, Niny Simon, Elli Fizgerald. Szkoda, że Tony Bennett nie wpadł na pomysł nagrania całej płyty z jej udziałem. Może przy okazji praca nad takim projektem i szacunek, jakim darzyła dużo starszego piosenkarza, zdołałyby jeszcze uratować jej młode życie? Może przynajmniej na jakiś czas?



Z drugiej strony jawi się Amy Winehouse jako młoda, wrażliwa dziewczyna, którą łatwo było zranić i wciągnąć w wir samodestrukcji. Przede wszystkim nie bez znaczenia jest tutaj tło związane z jej życiem rodzinnym. Kiedy w pewnym momencie jej ojciec powiedział o swoim odejściu od żony i rodziny, że jego córka dość łatwo sobie z tym poradziła, zareagowałem wzburzeniem, stwierdzając, że człowiek ten jest głupi, nie zdaje sobie sprawy, jakim nieszczęściem dla dziecka jest rozejście się jego rodziców. Dalsza część filmu tylko potwierdziła moją konstatację. Jej ojciec, z którym przecież podtrzymywała kontakt i który dalej miał niebagatelny na nią wpływ, nie dorósł nie tylko do roli męża jej matki, ale i kochającego, opiekuńczego rodzica. Jego decyzje miały na kochającą go przecież Amy wpływ destrukcyjny. Tak wynika to przynajmniej z filmu i choć biorę poprawkę na możliwe przekłamania, to właściwie film nie pozostawia tu złudzeń, oddając głos samemu ojcu.

Drugi mężczyzna (jeśli w ogóle zasługuje na to miano), który wywarł równie niszczycielski, a może nawet niebagatelnie bardziej rujnujący, wpływ na życie utalentowanej piosenkarki, to jej chłopak, a potem mąż, Blake Fielder. Wciągający młodą kobietę, właściwie niemal dziewczynę jeszcze, w spiralę alkoholowego i narkotykowego szaleństwa, jawi się tutaj jako postać zdecydowanie odrażająca, „pasożyt” (określenie jednego z lekarzy z poradni odwykowej) żerujący na miłości zapatrzonej w niego piosenkarki. Tej roli nie przesłaniają wzmianki o jego własnych zranieniach z dzieciństwa. W końcu narkotykowe i alkoholowe ciągi z jego udziałem przyczyniły się do zniszczenia zdrowia samej Amy, a brak z jego strony jakiejś choćby podstawowej troski i dojrzałości przyniósł katastrofalne skutki w chwili, kiedy próbowano piosenkarce pomóc wyjść z nałogu.



Oczywiście nie można całej winy zrzucić na otoczenie. Trzeba uczciwie powiedzieć, że autorka „Back to Black” sama weszła na ścieżkę życia dalekiego od świętości. Miała też prawdziwych przyjaciół, którzy z przerażeniem patrzyli na jej staczanie się i usiłowali jej pomóc. Całość jednak obrazu pokazuje znakomicie, jak takie życie wywiera dewastujący wpływ na człowieka, jak mit wyzwolenia seksualnego, „wolności od”, ten cały „sex, drugs and rock’n’roll” kryją za swoją fasadą samotność, krzywdę wyrządzaną sobie i drugiemu człowiekowi. To chyba jeden z bardziej oskarżycielskich filmów dla świata pop-kultury i w ogóle współczesnej mentalności, jaki w ostatnim czasie dane mi było obejrzeć i być może nawet wbrew woli jego twórców.

Wokół tego wszystkiego i w tle jest jeszcze przemysł rozrywkowy i świat mediów (nie tylko wszędobylskich paparazzi, ale też telewizji, gazet, czasopism). Choć tutaj ich rola nie jest aż tak mocno – w moim odczuciu – podkreślona, a może nawet niejednoznaczna. Jeśli chodzi o świat mediów, to dobrze widać to, gdy zestawi się ciepłe przyjęcie młodej piosenkarki na początku jej kariery i szyderstwa i kpiny (także ze strony tych samych tuzów dziennikarstwa!), kiedy zaczęła się staczać i potrzebna jej była pomocna i przyjacielska dłoń. Chyba negatywną stronę przemysłu rozrywkowego najbardziej widać już właściwie pod koniec filmu, kiedy usiłowano wciągnąć Amy Winehouse (wbrew jej samej – jak sugeruje dokument) w kolejną trasę koncertową z występami na wielkich scenach. Wielu pamięta jeszcze, jaki był tego skutek.

Czego w życiu Amy Winehouse zabrakło? Chyba po prostu tej prawdziwej miłości, o której tak pięknie pisze św. Paweł. Gdyby ją naprawdę spotkała, być może wciąż byłaby wśród nas i wciąż tworzyłaby nowe, może nawet jeszcze lepsze piosenki.

Smutny to film i smutne niesie ze sobą refleksje. Ale wbrew temu, a może właśnie dlatego, wart jest obejrzenia.

Amy, reż. Asif Kapadia, Wielka Brytania, 2015.

sobota, 6 lutego 2016

Drewnianym uchem: Nie wszystkim pasują „Polskie drogi”

O płycie Kuby Płużka dowiedziałem się z krótkiego artykułu Jana Pospieszalskiego z jednego z ostatnich numerów „Do Rzeczy”. Lubię jazz i zawsze z ciekawością sięgam po nowe nagrania lub płyty, jeśli w danym momencie mnie na nie stać. Dużą radość sprawia mi odkrycie nowych, intrygujących zjawisk we współczesnym jazzie. Rekomendacje krytyków muzycznych nie zawsze się sprawdzają. Pamiętam jak niegdyś przeczytałem entuzjastyczną recenzję płyty wydanej przez bodajże córkę któregoś z polskich muzyków jazzowych. Przy najbliższej okazji kupiłem ją w sklepie, nawet nie pomyślawszy o tym, by chociaż sprawdzić fragmenty utworów. Kląłem potem jak szewc, chyba nawet nie dosłuchałem płyty do końca. Zastanawiałem się tylko, czy recenzent ma drewniane ucho, czy też ktoś go sowicie opłacił za laurkę. Ale w końcu czymś się trzeba kierować, a rekomendację można zawsze obecnie – z reguły bez trudu – sprawdzić w Internecie, choćby na YouTube.

Rzecz jasna z miejsca zacząłem szukać utworów młodego pianisty. Tyle tylko, że tym razem ze zdobyciem płyty zatytułowanej „Eleven songs” może być problem, a – kto wie? – może nawet będzie ona osiągać zawrotne ceny na tzw. „rynku wtórnym”. Jak pisze bowiem Jan Pospieszalski, spadkobierczynie praw autorskich do kompozycji „Polskie drogi”, która znalazła się na tym krążku, najpierw przez kancelarię prawną zaczęły domagać się honorarium (co jeszcze nie dziwi), ale zaraz potem również wycofania płyty ze sprzedaży ze względu na interpretację Płużka, która im się nie spodobała. Bardziej szczegółowy opis całej sprawy, oprócz tego w artykule Jana Pospieszalskiego, można przeczytać m.in. tutaj.

Udało mi się znaleźć właśnie „Polskie drogi” w wykonaniu Płużka. Udało i... muszę powiedzieć, że szczęka mi opadła. Ta interpretacja po prostu jest... piękna! Pianista nadał jej swój charakter, wyraźny i odrębny, inny choćby od „klasycznej” interpretacji Leszka Możdżera czy Pata Metheny’ego i Anny Marii Jopek, które niewiele zdają się odbiegać od pierwowzoru. Ale nie przedobrzył, nie udziwnił jej tak, że słuchacz ma ochotę cisnąć czymś ciężkim w głośnik, bo interpretator postanowił pokazać na siłę, że jest lepszy od autora pierwowzoru. Dlaczego więc komuś zależy na tym, by zaszkodzić młodemu jazzmanowi i narazić producenta na straty? W jaki sposób zła interpretacja znanego utworu (a ta zła nie jest) może narazić na szwank kompozytora albo jego spadkobierców? Chyba tylko pomnożyć jego sławę, bo przecież wszyscy będą tym bardziej dostrzegać zalety oryginału. Zresztą posłuchajcie sami (póki jeszcze można):

sobota, 23 lipca 2011

Goodbye, Amy!

Już niestety nie będzie jej nowych piosenek. Jej cudny, charakterystyczny wokal mógł się równać tylko z największymi gwiazdami: Billie Holiday, Niną Simon, Ellą Fitzgerald...

wtorek, 21 grudnia 2010

A potem już tylko cisza?

Należę chyba do niewielkiej grupy uprzywilejowanych, którzy dostali na własność płytę przedwcześnie zmarłego niedawno polskiego muzyka, skrzypka i pianisty jazzowego Irka Grabowskiego. Płyta to, jak na moje drewniane ucho, pod każdym względem znakomita: dopracowana, spójna,  bez zarzutu. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych płyt jazzowych, jakie posiadam w swojej kolekcji. Słuchając jej myślałem z żalem, że Grabowski nie będzie mógł już nagrać kolejnej: ani w duecie z gitarzystą Jérôme Nahonem, ani w jakimkolwiek innym składzie. To po prostu potworna strata. I nie tylko dla polskiej muzyki, ale muzyki światowej w ogóle.

Na płytę Grabowskiego i Nahona składa się 11 znanych standardów, które każdy miłośnik jazzu bez trudu rozpozna. Jest też własna, inspirowana twórczością J.S. Bacha kompozycja polskiego muzyka, zatytułowana po prostu „J.S. Bach”.

Już pierwszy utwór autorstwa Sonny Rollinsa pt. „Pent up house” to istny popis, w dobrym słowa tego znaczeniu, wirtuozerii polskiego skrzypka. Jakby Grabowski nie chciał od samego początku pozostawić wątpliwości słuchaczom, że mają do czynienia z mistrzem. I tak jest w kolejnych, krótkich, ale jakże pięknych i pięknie zagranych kompozycjach w aranżacji obu muzyków.

Dla mnie prawdziwym odkryciem natomiast była nowa wersja „My Favourite Things”. Zawsze uwielbiałem to, co z tym motywem ze słynnego musicalu zrobił John Coltrane. I zawsze wydawało mi się, że nikt nie będzie potrafił już wymyślić nic lepszego, a przynajmniej porównywalnego. Tymczasem, w swojej króciutkiej, bo trwającej zaledwie 2 minuty 17 sekund aranżacji, Grabowski pokazał, że można tego dokonać. Mój zachwyt był tak ogromny, że bez żadnej żenady przyznam się, iż zakręciły mi się w oczach łzy. Bo jeśli ktoś dokonuje rzeczy tak rewelacyjnej, to dlaczego Pan Bóg powołuje go już teraz do nieba?

Moje pierwsze wrażenie, to głównie prostota „My Favourite Things” w wykonaniu Grabowskiego i Nahona. Prostota, która jest oznaką prawdziwych mistrzów. Potem przyszły inne skojarzenia. Przede wszystkim z małą dziewczynką, która nuci sobie ten znany utwór. A jeszcze potem z małą dziewczynką na huśtawce. I to powolne zanikanie muzyki, dźwięku skrzypiec na końcu... Jak zamierające wspomnienie z dzieciństwa. Jak powolne odchodzenie: Jeszcze tu jest... Jeszcze przez chwilę słychać. A potem cisza...

PS
Tę krótką notkę napisałem jakiś czas temu. Pomyślałem sobie przed Bożym Narodzeniem, że może jakaś poważna wytwórnia płytowa zainteresuje się jednak tą płytą i może za rok będzie można ją kupić ładnie wydaną w prezencie świątecznym. Może z jakimś materiałem dodatkowym... Tak sobie marzę...

sobota, 18 września 2010

“For All We Know…”

to jeden z piękniejszych standardów jazzowych. Kojarzy mi się nieodparcie z jesienią. Być może dlatego, że przed dwudziestu laty właśnie jesienią często go słuchałem w wykonaniu Nat King Cole’a. Miłośnicy jazzu mogą posłuchać instrumentalnej, nie mniej pięknej, jego wersji w interpretacji Keitha Jarreta na jego najnowszej (i jakże znakomitej!) płycie „Jasmine”, na której gra z Charliem Hadenem i którą polecam uwadze czytelników.

sobota, 21 sierpnia 2010

Irek Grabowski

Ten rok jest jakiś przeklęty. Właśnie dzisiaj dowiedziałem się o tym, że odszedł do Pana Irek Grabowski, polski kompozytor, skrzypek i muzyk jazzowy mieszkający w Katarze. Niedawno odwiedził rodzinę w Polsce. Odszedł, jak się to mówi, w sile wieku, mając w głowie nowe pomysły i projekty, których już nigdy nie zrealizuje. Nie nagra też już więcej płyty, nie zagra koncertu, nie napisze tak przejmującego, pełnego nostalgii, niezwykle pięknego utworu jak „Song of The Blue Tree”.
Kiedyś już ten utwór zamieszczałem. Jak ktoś kiedyś mówił (może wciąż mówi), „rozwala on mnie w nadgarstkach”.


Pamiętajcie o Irku i o modlitwie za Niego i za Jego Rodzinę w tych ciężkich dla nich chwilach. „Wieczne odpoczywanie racz Mu dać Panie...”

środa, 21 lipca 2010

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Mr. Bojangles


To najpiękniejsza wersja tej ballady. Nie znam niestety tego utworu w wykonaniu Boba Dylana. W każdym razie ktoś, kto próbuje to zaśpiewać po Ninie Simone, musi albo być totalnym ignorantem, albo mieć ogromny tupet.


Dla porównania Tom Jones oraz William Robins. Ładne, prawda? Jednak dla mnie Nina Simone jest po prostu „the best”. Obaj panowie mogliby jej tylko buty wyczyścić.

A tutaj sam Mr. Bojangles:

czwartek, 24 grudnia 2009

„Bóg się rodzi, moc truchleje...”

Dużo prawdziwej radości w sercu oraz ciepłych, rodzinnych (lub spędzanych przynajmniej w gronie najbliższych przyjaciół) Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom blogów (nie tylko tego).



A oszołomom, którym strasznie przeszkadza krzyż i którzy być może w przyszłym roku będą usuwać również bożonarodzeniowe szopki oraz planować w swoich pozbawionych symboli religijnych pokojach ostateczne rozwiązanie kwestii chrześcijańskiej, polecam w ten wolny (podarowany im przez chrześcijan) czas felieton Żyda Bena Steina.


Wszystkim zaś, obojętnie od wyznania i przekonań, trochę śmiechu od kota Simona:

wtorek, 4 sierpnia 2009

Sympatyczny wróg publiczny z zasadami

Stwierdziłem, że nie można ciągle tylko oszczędzać i oszczędzać, więc szarpnąłem się ponownie na kino (ponownie, bo w zeszłym tygodniu zaliczyłem dla rozrywki film dla dzieci w kinie trójwymiarowym). Tym razem wybrałem się na „Wrogów publicznych” („Public Enemies”).

Przede wszystkim film mile mnie zaskoczył. Pod wpływem znajomych, którzy obejrzeli najnowszą produkcję Micheala Manna wcześniej, byłem nastawiony na dłużyzny i zastanawiałem się, czy to dobry pomysł iść do kina na późny seans. Nie wiem, co zazwyczaj oglądają moi znajomi, ale żadnych dłużyzn nie uświadczyłem. Film miał wartką akcję i nie pozwalał się nudzić. Zapewne nie jest to dzieło na miarę „Gorączki” („Heat”), ale zdecydowanie lepszy od, nie wiedzieć czemu hołubionego i nudnego jak flaki z olejem, a momentami żałośnie komicznego, „Informatora” („The Insider”).

„Wrogowie publiczni” mają jedną cechę wspólną z „Gorączką”: wysmakowane sceny strzelaniny. Każdy miłośnik kina pamięta słynną długą sekwencję ulicznej wymiany ognia między policją a rabusiami z tego drugiego filmu. W filmie z Johnnem Deppem w roli Johna Dillingera odnajdziemy coś podobnego. Na przykład strzelanina pod hotelem w lesie. Jest ona po prostu piękna.

Ciekawa w obrazie Manna jest kwestia zastosowania techniki wideo. Z jednej strony film pieczołowicie odtwarza realia lat 30-tych, barwa zdjęć i muzyka pozwalają wczuć się w atmosferę tamtych czasów (świetnie to widać zresztą na załączonym klipie).




Z drugiej strony kręcenie ujęć kamerą wideo wprowadziło nowy element, który na pozór rozwala konwencję, a w zasadzie dodaje do niej coś nowego. Widz bowiem spodziewa się przy takiej ekranizacji historii groźnego bandyty z pierwszej połowy XX wieku raczej tego pierwszego: stylizacji na tamtą epokę, ładnie, elegancko ubranych aktorów, zdjęć w sepii, ale nie czegoś, co bardziej kojarzy się z czasami nam współczesnymi, odzwierciedla ich pośpiech i chaotyczność. Tymczasem twórcom „Wrogów publicznych” udało się oba te, wydawałoby się nieprzystające do siebie, chwyty artystyczne znakomicie połączyć. Ujęcia wideo oddają chaotyczność pościgów, strzelaniny, nerwowość policjantów i bandytów, pozwalają się poczuć tak, jakby oglądający był świadkiem bezpośrednio rozgrywających się wydarzeń.

Jeśli chodzi o fabułę, to obraz Manna jest typową hollywoodzką baśnią o sympatycznym,
przystojnym, choć brutalnym, bandycie z zasadami, który nie skrzywdzi damy, potrafi być szarmancki i dowcipny, a rannego kolegi nie zostawi na pastwę losu. Johnny Depp pasuje do tej roli jak mało kto. Nie zabrakło rzecz jasna wątku miłosnego nadającego postaci Johna Dillingera cech romantycznych. Trudno się zresztą nie wzruszyć oglądając piękną Marion Cotillard w roli tej jednej jedynej, która podbija serce groźnego rabusia od pierwszego wejrzenia.

Nawet, gdybym był nieczuły na wdzięki ślicznej Marion, to film i tak skruszyłby lód mego serca głosem królowej jazzu, Billie Holiday.



Muzyka – a ścieżkę dźwiękową stanowią nie tylko piosenki Holiday – to jeszcze jeden element, na który chciałbym zwrócić uwagę. Bardzo ładnie wpleciono w filmową opowieść i wykorzystano w zakończeniu motyw znanego standardu „Bye, Bye Blackbird”. Nie będę zdradzał szczegółów. Co tu dużo mówić: po prostu się wzruszyłem.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Deszczowe impresje



Deszczyk i jazz dobrze ze sobą współgrają. Zwłaszcza taki klasyczny jazz z lat pięćdziesiątych lub sześćdziesiątych. Nie wiem, na czym to polega, ale tak jest w moim przypadku. Spróbujcie sami. Może polubicie.
Posted by Picasa

wtorek, 21 kwietnia 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Co robi polski muzyk w Katarze?

Jak to co? Gra! I to jak!

Jedno odkrycie pociąga za sobą kolejne. Prezentowałem już w swoim blogu kompozycję Irka Grabowskiego „Song of The Blue Tree”. Teraz ten sam muzyk w duecie gitarowo-skrzypcowym grającym znany standard „A Child Is Born”. Wprawdzie do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze daleko, ale Wielki Post się skończył i warto sprawić sobie radość wysłuchawszy czegoś pięknego.





(że też chciało mu się w takie upały przenieść! Toż tam z pewnością nie ma normalnych pór roku!)

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Drewnianym uchem: Po okręgach sfer niebieskich


Muzyka i kompozycje Jacaszka są całe z ziemskich westchnień, frasunków, wzdychań, szeptów i poczucia ciężaru ziemskiej egzystencji, która wyrywa się ku wyższym, szczęśliwszym rejonom ducha. Muzyka i kompozycje Leszka Możdżera często nasuwają mi skojarzenie z wysokimi stopniami abstrakcji, z chłodem matematycznej wręcz precyzji. Dlatego może też nie do końca się w tej muzyce odnajduję, choć podziwiam jej doskonałe, wyrafinowane piękno.

Tymczasem najnowsza płyta Możdżera, „Missa Gratiatoria”, skomponowana z okazji 35-lecia Akademickiego Chóru Uniwersytetu Gdańskiego, urzekła mnie niemal od pierwszych taktów. Jest to w zasadzie jeden utwór, którego poszczególne części zostały wyodrębnione trzema krótkimi interludiami. Instrumenty klawiszowe, perkusja, chór i wspaniale wykorzystane brzmienie wibrafonu (krystalicznie czyste kropelki dźwięku!) tworzą misterną całość.

Jest w tej muzyce radość Niedzieli Zmartwychwstania. Słuchając jej miałem wrażenie lekkości, unoszenia się duszy pozbawionej ziemskiego ciężaru, wznoszenia się po okręgach sfer niebieskich. Kolejne interludia to jakby przechodzenie na coraz wyższe etapy tej wędrówki, której zwieńczeniem jest przepiękne Agnus Dei, będące też najlepszym fragmentem całej płyty.

Msza Leszka Możdżera łączy w sobie nowoczesność z tradycją. Łacińskie śpiewy chóralne przypominają o średniowiecznym uniwersalizmie, o chrześcijańskim przesłaniu adresowanym do całego świata. Nasuwają też skojarzenia z ówczesną wizją wszechświata, którego centrum, najwyższym punktem był Bóg. To jakby gotycka katedra zbudowana z dźwięków, ale przy użyciu nowoczesnych środków, nowego języka muzycznego twórczo rozwijającego znane motywy.

Leszek Możdżer, Missa Gratiatoria, Akademickie Centrum Kultury UG „Alternator”, 2009.

piątek, 13 marca 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

„Free Tibet” czyli czasem warto posłuchać, o czym się pisze

Słyszałem o różnych przypadkach fikcyjnych recenzji, kiedy to dajmy na to spektakl czy zapowiedziany koncert się nie odbył, a następnego dnia w lokalnej gazecie ukazała się obszerna relacja z wydarzenia, nierzadko z przytoczeniem charakterystycznych słów, motywów czy pochwałami lub krytyką pod adresem tego lub innego wykonawcy. Swego czasu bodaj Rafał A. Ziemkiewicz pisał o krytykach W. Łysiaka, którzy nie przeczytali książek przez siebie recenzowanych. Przykładów pewnie można by podać więcej.

W tym przypadku nie mamy aż tak rażącego naruszanie norm dobrego dziennikarstwa, ale jednak nie odmówię sobie tej przyjemności, by wytknąć tę, nazwijmy to, „nieścisłość, bo recenzja jest bardzo krótka, a autor chyba powinien choć raz posłuchać płyty, którą omawia. Otóż, Rafał Zieliński z „Gazety Wyborczej” w notce „
Tymański o Tybecie” pisze o krążku „Free Tibet” (o którym mam nadzieję w końcu sam coś tutaj skrobnę):

„Nawiązanie do polityki pojawia się jedynie w rozbudowanym «Chinese-Time-To-Go-Home», gdzie muzycy skandują hasło: «Free Tibet»”.

Owszem, skandują, ale nie „Free Tibet”, a tytułowe „Chinese time to go home”. By to usłyszeć, naprawdę nie trzeba znajomości angielskiego. Wystarczy tylko jeden jedyny raz... posłuchać utworu.

piątek, 30 stycznia 2009

Drewnianym uchem: Jazzowa suita czyli łatwe wzruszenia

„Jazz suite Tykocin” Włodka Pawlika to płyta, którą odbieram z mieszanymi uczuciami. Moim zdaniem jest ona kompozycyjnie nierówna. Są na niej partie, których słucha się z dużą przyjemnością, rozbrzmiewające ciekawymi pomysłami muzycznym lub łatwo wpadającym w ucho rytmem, są takie, których słucha się z pewnym zniecierpliwieniem lub irytacją, a może po prostu przechodzące gdzieś obok nas, bo nie zaskakujące, nie intrygujące niebanalnym dźwiękiem.

Ponoć całość jest inspirowana m.in. Psalmami Dawida. Proszę mi wybaczyć ignorancję, ale ja tej inspiracji nie dostrzegam czy raczej nie wyławiam swoim drewnianym uchem. Owszem, są na tym krążku, zwłaszcza na początku, fragmenty patetyczne (te dzwony!). Ale cała reszta to przypomina nieco muzykę filmową, to znowu świetnie pasowałaby do Orkiestry Rozrywkowej PRiTV pod dyrekcją Jerzego Miliana, by chwilami przechodzić w niezłe jazzowe kawałki (znakomity fortepian, wspaniała trąbka). Ale jak popsuć ciekawy pomysł pokazuje już drugi utwór zaprezentowany słuchaczom. Kompozycja „Nostalgic Journey”, oddająca rytm pędzącego pociągu, rozwija się całkiem dobrze, by ostatecznie gdzieś pod koniec wpaść w muzyczny banał, jakby kompozytorowi nagle zabrakło koncepcji, co dalej z tym zrobić. Zaraz potem mamy „Let’s All Go To Heaven” tylko tytułem nasuwające skojarzenia biblijne, bo właściwie bardziej pasujące do płyty z muzyką taneczną w stylu wspomnianej już orkiestry pod dyrekcją Miliana. Nawet mogę sobie wyobrazić skaczące po scenie i wywijające nóżkami „girlsy”. No tak! Król Dawid też przecież tańczył z radości przed Arką Pana! Kolejne „No Words” zaś znakomicie nadawałoby się na podkład muzyczny do filmu w stylu lat sześćdziesiątych lub jako tło rozmowy przy stoliku w kawiarni. Bardzo przyjemne tło, to pewne. I świetnie zagrane.

Gdybym miał wskazać na najlepszy utwór na tym krążku, to wybrałbym chyba „Magic Seven”. Kompozycja zaczyna się nostalgicznie, melancholijnie, by diametralnie zmienić nastrój, podkreślany skocznym, kojarzącym się z folklorem, rytmem. Tylko to trywialne zakończenie!

Być może wybrzydzam, być może nie jest to po prostu muzyka w moim stylu. Jeśli ktoś więc lubi łatwe wzruszenia, ładną muzykę w dobrym wykonaniu, to proszę bardzo!

Włodzimierz Pawlik, Jazz Suite Tykocin, Warner Music Poland, 2008. Posted by Picasa

piątek, 16 stycznia 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

The Weary Blues

Bardzo podoba mi się określenie „myszkować po Internecie” i ubawiłem się, gdy się spostrzegłem, że użyłem go nieświadomie w tym dzienniku już dwa razy. Podoba mi się ono z dwóch powodów. Po pierwsze nawiązuje do polskiej tradycji językowej. Po drugie łączy w sobie tradycję z nowoczesnością. To trochę tak, jak polscy konserwatyści piszący literaturę fantastyczną. Do myszkowania używamy przecież... myszki. A sam proces przeszukiwania stron internetowych bardziej niż z internetowym surfingiem kojarzy mi się właśnie z wędrówkami małej myszki po różnych zakamarkach i korytarzykach, czasem ciasnych, czasem dość obszernych, która niekiedy znienacka wychynie z dziury w ogromnym salonie lub mrocznej piwnicy.

A zatem myszkując po Internecie, a idąc tropem Madeleine Pyeroux, przez przypadek (bo jakże by inaczej) natknąłem się na wiersz autorstwa nieznanego mi wcześniej amerykańskiego poety o nazwisku Langston Hughes. Ktoś dorobił do niego teledysk, a całość ma tak specyficzny melancholijny klimat podkreślony pięknym głosem recytującego, muzyką i użyciem starych filmów, że ogromnie mi się to spodobało, by nie powiedzieć – chwyciło za serce. Polecam więc wszelkim miłośnikom poezji:


środa, 14 stycznia 2009

Drewnianym uchem: Nigdzie się nie ruszam, czyli jazzowe niebo

Jako wierny miłośnik Billie Holiday, mógłbym na tę płytę powybrzydzać, krzywiąc się, że jest to „nędzna podróbka”, „marna imitacja” czarnoskórej piosenkarki. Owszem, kiedy słyszymy „Careless Love” Madeleine Peyroux po raz pierwszy, mamy wrażenie, że ktoś spłatał nam psikusa i do pudełka włożył „podrasowany” kompakt z piosenkami legendy jazzu. Dopiero po chwili orientujemy się, że przecież Holiday nie śpiewała znanego utworu Leonarda Cohena, choć jego repertuar można znaleźć wśród utworów wykonywanych przez inną damę jazzowej sceny – Ninę Simone. Podobieństwo głosu i sposobu śpiewania jest wszelako uderzające. Ale nawet jeśliby potraktować to jako „podróbkę”, to z pewnością nie jest ona „nędzna”. Wystarczy zresztą porównać dwie wersje „I Look Around” w wykonaniu Holiday i Peyroux, by usłyszeć też charakterystyczne różnice. Niby głosy podobne, ale jakby nie te same, a obu słucha się z ogromną przyjemnością.

Nie będę się zatem krzywić i wybrzydzać. W zimowy wieczór, kiedy piszę ten tekst, chętnie znalazłbym się w knajpce, gdzie koncert dawałaby właśnie Madeleine Peyroux, by przy ciepłym kominku posłuchać jej głosu popijając grzane wino lub coś mocniejszego, gdy za oknem sypie śnieg. Płytę otwiera naprawdę ładnie zaaranżowana i zaśpiewana interpretacja szlagieru Cohena „Dance Me To the End of Love”, której niezapomniany klimat nadaje specyficzny głos piosenkarki. Bezdyskusyjnym hitem atoli na tym krążku i moją ulubioną piosenką jest „Between the Bars”. Wersja Peyroux jest o niebo lepsza od znanego mi wykonania Elliott Smith, a jej melancholijny, „barowy” klimat znakomicie pasuje do wyobrażonej sobie przeze mnie scenerii. W tę scenerię i jej atmosferę nostalgicznej zadumy wspaniale wkomponowują się też m.in. „Weary Blues” i wspomniana wcześniej „I Look Around”.

Miły, melancholijny i ciepły tembr głosu piosenkarki sprawia, że słuchając go mam ochotę zaszyć się gdzieś w cieple i powtórzyć za nią:

“So when I hear them say
There's better living
Let them go their way
To that new living
I won't ever stray
'Cause this is heaven to me”

(“This Is Heaven to Me”)

Madeleine Peyroux, Careless Love, Universal Music Group , 2004.