Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2020

O pisarzu, który wiedział, gdzie są konfitury

Przeglądając anglojęzyczne strony z wiadomościami, wszedłem też na angielską wersję portalu Polskiego Radia. A tam informacja o polskich książkach polecanych przez „New York Times”. Okazuje się, że niegdyś recenzowany na tym blogu Szczepan Twardoch doczekał się swojej pierwszej książki przełożonej na język angielski.

Nie byłoby w tym wszystkim może nic sensacyjnego ani godnego uwagi, gdyby nie fakt, o czym jest ta książka. Otóż opisuje losy... żydowskiego boksera. Przedwojennego – dodam. Mowa oczywiście o powieści „Król”.

Widzą, już Państwo, o co chodzi? Jeśli ta książka jest faktycznie taka, jak jej opisy, które przejrzałem w Internecie, to można stwierdzić, że Twardoch wie, gdzie są konfitury. Nim sprawdziłem, co w sieci piszczy, pomyślałem sobie, że strategia jest mniej więcej taka, by z tego powstał film. Obojętnie, czy zrobiony przez Hollywood, czy np. przez polskiego reżysera, który jak autor Zimnej wojny będzie windowany do Oscara. Sprawdziłem i proszę! Miałem rację – dowiedziałem się, że powstaje, a w zasadzie już powstał serial na podstawie „Króla”!

Twardoch szybko odrobił lekcje. Zabrało mu to parę lat, ale w końcu „zmądrzał”. Gdyby taki Gabriel Maciejewski (przytaczam go przy takich okazjach nie bez kozery), również „zmądrzał”, to jego książki widniałby na wszystkich wystawach księgarskich, dostawałby propozycje napisania wywiadu z jakimś bokserem, żużlowcem albo innym asem sportu, a o prawa do ekranizacji jego powieści o przedwojennym żydowskim piłkarzu biłyby się główne stacje telewizyjne. No cóż... Maciejewski nie „zmądrzał”. Twardoch tak. Kogo zatem czytam?


czwartek, 25 kwietnia 2019

Żydzi, Żydzi, Żydzi!

Żarty żartami, ale wygląda na to, że sami Żydzi podkręcają atmosferę w Polsce i dążą do tego, by rozpętać w naszej ojczyźnie falę antysemityzmu. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że Światowy Kongres Żydów wybrał sobie akurat Polskę, by zwrócić uwagę na wielkanocny zwyczaj, który nie jest jedynie polską tradycją? Nie trzeba długo szukać po Internecie, by dowiedzieć się, że podobne tradycje występują np. w Hiszpanii czy w Czechach. Ba! Czeski zwyczaj topienia kukły Judasza znalazł się na liście dziedzictwa kulturowegoUNESCO! Trzeba zatem mieć naprawdę masę złej woli, by wytypować sobie Polskę dla potępienia czegoś, co nie jest jedynie specjalnością jakiejś małej polskiej wspólnoty. Można odnieść wrażenie, że jest Polska, a odpowiedni kij się znajdzie.

Pytanie, w jakim celu Żydzi podsycają taką atmosferę w Polsce? Chodzi o roszczenia żydowskie do majątku i osłabienie pozycji Polski na arenie międzynarodowej choćby najbardziej absurdalnymi oszczerstwami i zarzutami? Co ciekawe swoimi głupimi wypowiedziami do podkręcania tej atmosfery przyczyniają się nie tylko politycy opozycji, ale nawet niektórzy politycy rządzącej partii. Stwierdzenie, że spalenie kukły Judasza jest przejawem antysemityzmu jest bowiem równie głupie, jak dawniejsze zarzuty, że Pasja Mela Gibsona to film antysemicki, który wywoła pogromy Żydów na całym świecie. Notabene nikt z tamtejszych krytyków do tej pory nie wszedł pod stół i nie odszczekał swoich zarzutów, dotyczy to także pewnej znanej pani reżyser.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do idiotyzmu całej sytuacji, to niech się po prostu chwilę zastanowi! Przejawem antysemityzmu jest spalenie kukły wyobrażającej Żyda, który zdradził innego Żyda! No chyba, że sami Żydzi uważają Judasza za bohatera narodowego, który słusznie wydał na śmierć bluźniercę!

Jeśli więc nie wiadomo o co chodzi, to z pewnością chodzi o te pieniądze, które Żydzi amerykańscy chętnie by sobie zgarnęli, choć im się nie należą. A jeśli im się należą, to poproszę o zwrot majątku moich dziadków, który Stalin zagarnął po II wojnie światowej i który obecnie jest w granicach Ukrainy!


środa, 24 kwietnia 2019

Wybitny profesor podważa znaną wersję „Jasia i Małgosi”!

Nie słabną echa i komentarze związane z niedawnymwystawieniem skandalicznego przedstawienia na podstawie baśni Jaś i Małgosia. Znany i ceniony profesor literatury porównawczej Stephen Faketeacher z amerykańskiego Uniwersytetu Harbarda skrytykował w rozmowie z portalem „Odd and Unbelievable News” tę znaną na świecie baśń.

„Znamy jedynie oficjalną wersję dzieci – powiedział w rozmowie z tym renomowanym portalem. – Ale jak naprawdę rozegrała się ta historia? Wygląda na to, że popełniono straszliwą i niewyobrażalną w swym okrucieństwie zbrodnię na emerytce Babci Jadze, która dorabiała sobie do lichej emerytury wypiekiem pierników i sprzedażą leczniczych ziół”.

Dalej profesor Faketeacher powołując się na znane powiedzenie, że historię piszą zwycięzcy, stwierdza: „Wszelkie dostępne dowody, które dzieci starały się starannie zatrzeć – niewykluczone, że przy pomocy swoich rodziców – wskazują na to, że oficjalna wersja jest nie tylko niewiarygodna, ale sfabrykowana, by przykryć tę potworną zbrodnię. Najprawdopodobniej prawdziwa wersja wydarzeń wyglądała następująco: dzieci, które albo przez swoją nieodpowiedzialność, albo nieodpowiedzialność rodziców zgubiły się w lesie, dotarły do domku staruszki i podkradły pierniki, by zaspokoić głód. Bacia Jaga przygotowała te pierniki na sprzedaż i w ten sposób dzieci pozbawiły ją dodatkowych środków utrzymania. Babcia Jaga postanowiła mimo wszystko pomóc dzieciom, ale by nauczyć je szacunku do pracy i cudzej własności, prawdopodobnie zleciła im wykonanie drobnych prac domowych, jednocześnie szukając sposobu oddania dzieci rodzicom. Jako uboga emerytka nie miała stosownego transportu, a wędrówka przez las z dwójką dzieci byłaby dla niej zbyt uciążliwa. Postanowiła więc poczekać, aż nadarzy się okazja i będzie mogła odesłać dzieci pod odpowiednią opieką do domu”.

„Wersja o patyczku, który Jaś pokazywał Babci Jadze zamiast swojego paluszka – dodaje profesor – jest tak absurdalna, że dziwne, iż nikt do tej pory nie podważył jej wiarygodności. Uwierzono wersji dzieci jakoby Babcia Jaga była rzekomą kanibalką, która zamierzała upiec Jasia i zjeść go! Wygląda na to, że kiedy w nocy Babcia Jaga zasnęła znużona emocjami dnia, dzieci zamordowały staruszkę, a dla zatarcia śladów jej zwłoki wrzuciły do pieca. Zagarnąwszy nieliczne kosztowności emerytki, wróciły do domu”.

Profesor Faketeacher wskazuje na spore nieścisłości i niespójności w wersji dzieci, którym jednak uwierzono, nie próbując zweryfikować w żaden sposób ich opowieści. „To nie pierwsza taka historia, którą przyjęto bez zastrzeżeń – odpowiada dziennikarzowi portalu „Odd and Unbelievable News”. – Weźmy choćby legendę o Minotaurze! Uczyniono z niego bestię, a był najprawdopodobniej dzieckiem o specyficznej urodzie, które Tezeusz zamordował z zimną krwią ze wstrętu dla jego odmienności. Potem przy pomocy Ariadny, która była jego wspólniczką w zbrodni, upowszechnił zmyśloną historię o jego rzekomym okrucieństwie. Uwierzono pięknemu królewiczowi i księżniczce. Nikt nawet nie myślał, by dochodzić prawdy!”

Profesor Faketeacher stwierdził, że promocja przemocy w baśniach i legendach służy jedynie eskalacji brutalizacji życia publicznego i upowszechniania się skandalicznych stereotypów, „także dotyczących mniejszości seksualnych lub rasowych”. Zdaniem wybitnego znawcy literatury należałoby takie opowieści wyeliminować z bibliotek i czytelni i starannie weryfikować treści podawane dzieciom.

W sprawie skandalicznego przedstawienia zabrał głos członek rządzącej partii, Achim Rudziński, który stwierdził m.in.: „Nie da się obronić palenia czarownic! Ten zwyczaj jest barbarzyński. Trzeba takie baśnie wyrzucić na śmietnik historii w imię rozsądku. Emerytki też mają prawo do życia”.

Prokuratura już wszczęła śledztwo i przesłuchane zostały przedszkolanki, które wystawiły skandaliczne przedstawienie. Policja zabezpieczyła ślady w postaci kostiumów, scenariusza oraz zdjęć, które będą stanowić dowody w sprawie.

Tymczasem członkowie opozycji próbują w bezrozumny sposób bronić prawa dzieci do oglądania i czytania okrutnych baśni.


wtorek, 23 kwietnia 2019

Oświadczenie Światowego Kongresu Emerytów i Rencistów w sprawie „Jasia i Małgosi”

Światowy Kongres Emerytów i Rencistów wydał oświadczenie w sprawie oburzającego przedstawienia wystawionego w jednym z polskich przedszkoli na podstawie znanej baśni „Jaś i Małgosia”. Dodajmy, że w przedstawieniu czynny udział brały dzieci, które nie tylko siedziały na widowni, ale odtwarzały główne role. W oświadczeniu czytamy m.in.:

„Światowy Kongres Emerytów i Rencistów jest głęboko zaniepokojony upiornym odradzaniem się średniowiecznych stereotypów o czarownicach, czyli starszych paniach dorabiających sobie do emerytury ziołolecznictwem i produkcją leczniczych nalewek, które to stereotypy prowadziły do niewyobrażalnej przemocy i cierpień. Można się tylko zastanawiać, jaka byłaby reakcja Marii Konopnickiej, która uczyła dzieci w swej ojczystej Polsce i na całym świecie, że przesądy o starszych, schorowanych paniach, które zajmują się także domową produkcją pierników, są złe, a swoją główną bohaterką uczyniła małą sierotkę, gotową pomagać właśnie takim paniom i starą schorowaną szkapę, chętnie służącą potrzebującym i utrapionym.

Baba Jaga z przedstawienia wystawionego w jednym z polskich przedszkoli była ucharakteryzowana na typową emerytkę z wyraźnymi ubytkami uzębienia (co jest notabene wynikiem kiepskiej opieki dentystycznej w tym kraju), noszącą karykaturalną chustkę na głowie i mającą haczykowaty nos (co jest również wyraźnym nawiązaniem do nacjonalistycznych polskich tradycji antysemickich). Spalenie biednej Baby Jagi przez Jasia, jakie realistycznie przedstawiono w tej skandalicznej sztuce, może być zachętą dla dzieci i młodzieży w Polsce do podobnych przerażających czynów. Co więcej – narastająca niechęć do finansowania emerytur ludzi starszych i kurczący się budżet, który trwoniony jest na rodziny wielodzietne, może doprowadzić do tego, że w Polsce zacznie się wcielać w życie pomysły ustawowej regulacji losu ludzi starszych według modelu przedstawionego w tej ohydnej baśni.

Możemy tylko mieć nadzieję, że Ministerstwo Edukacji oraz inne instytucje uczynią wszystko, co w ich mocy, by pokonać te przerażające przesądy, które są plamą na dobrym imieniu Polski”

Ministerstwo Edukacji Narodowej już zapowiedziało przedstawienie własnego stanowiska w sprawie skandalicznego przedstawienia w polskim przedszkolu. Stanowisko zostanie zaprezentowane przez rzecznika ministerstwa na specjalnie zwołanej konferencji. Z przecieków, które dotarły do redakcji, wiemy, że rozważany jest również projekt specjalnej ustawy rozpatrzonej przez Sejm w trybie pilnym, która będzie zawierać m.in. listę baśni i wierszy szczególnie szkodliwych w wychowaniu dzieci i młodzieży i wykluczonych z programu lektur szkolnych. Wiadomo już, że na tej liście znalazł się znany rasistowski wiersz Murzynek Bambo polskiego poety antysemity, którego imię i nazwisko litościwie tu pominiemy, oraz upowszechniający szkodliwe wyobrażenia o ludziach wsi utwór tegoż samego autora Idzie Grześ.

Konferencja Biskupów pracuje nad projektem oświadczenia, jakie ma być podane do publicznej wiadomości w godzinach wieczornych. Księża Puchacz i Mański, nie czekając na oświadczenie hierarchów, już wyrazili swoje stanowcze „oburzenie z powodu upowszechniania wśród dzieci baśni, która lansuje skrajnie wypaczony wizerunek starszych kobiet zajmujących się ziołolecznictwem, godzący w dobre imię naszych babć i matek” – jak czytamy w przekazanym do prasy wspólnym komunikacie obu duchownych.

Także Polski Związek Feministek i Tenisistek zwołał konferencję prasową na wczesne godziny popołudniowe.

Dyrektorka przedszkola została zwolniona ze stanowiska, a obie przedszkolanki, które uczestniczyły w inscenizacji kontrowersyjnej sztuki, wezwano do stawienia się przed sądem dyscyplinarnym, który odbędzie się jeszcze w tym tygodniu. Dzieci z tego przedszkola i ich rodziny zostały otoczone pomocą psychologów i psychiatrów. Jak powiedziała jedna z matek: „Nigdy w życiu bym się nie spodziewała, że moje dziecko zostanie wystawione na taką traumę. Nie wiem, jak teraz sobie z tym wszystkim poradzimy. Kolejne dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata z pewnością będą naznaczone tym wstrząsającym doświadczeniem. Moja maleńka Kasia budzi się po nocach z krzykiem i zakrywa rączkami oczka, gdy widzi komin. Kiedy mijamy na ulicy starszą panią, woła: Mamusiu, mamusiu! Nie pozwól! Jaś zrobi jej krzywdę!”.

O dalszym rozwoju wypadków będziemy informować na bieżąco.


czwartek, 10 stycznia 2019

„Kupiec wenecki”, czyli którą szkatułkę otworzyć?

Czytając teksty poświęcone interpretacji Kupca weneckiego, natrafiłem na niezwykle interesujący artykuł Crystal Downing „Text as a Test: Reading The Merchant of Venice”. O samej książce, w której ów tekst się znajduje, mam nadzieję jeszcze na tym blogu napisać parę słów. Tymczasem chciałbym się podzielić krótką refleksją związaną z lekturą tego szkicu.

W wielkim skrócie pani Downing stwierdza, że lekturę i interpretację Kupca weneckiego można porównać do wyboru jednej z trzech szkatułek, który to wybór w samym dramacie miał zdecydować o tym, kto zostanie mężem Porcji. W zależności od tego, którą szkatułkę czytelnik wskaże, takie będzie jego odczytanie tej komedii. Albo ujrzy trupią czaszkę, albo portret błazna, albo jego nagrodą będzie wizerunek Porcji – i brama otwierające czytelnicze niebo (w oryginale: „Portia”, por. łac. „porta” – brama).

Wydaje się, że nieszczęściem Szekspira jest to, że większość, zwiedziona pozorami, otwiera złe szkatułki, a nie potrafiąc dostrzec swojej porażki (lub może nie chcąc tego zauważyć), zadowala się tym, co odkryła, spłycając wymowę tej wspaniałej sztuki, robiąc z niej zwykłą polit-poprawną agitkę, antyrasistowski manifest. Wybierając pozór błyskotki, zarówno reżyserzy, jak czytelnicy wczytują w tekst wielkiego angielskiego dramaturga swoje własne, współczesne obsesje. Brak czytelniczej pokory, niechęć do czytelniczego wysiłku i poświęcenia, poniesienia ryzyka odkrycia myśli dla siebie nowej, pogoń za ułudą skutkują brakiem pogłębionego sensu tego, co widzą lub czytają.

Pisałem już w swoich poprzednich tekstach o okładce współczesnego tłumaczenia Kupca weneckiego, na której widnieje mężczyzna z tęczową brodą. Przeglądając materiały związane z inscenizacją tego dramatu w Polsce, trafiłem na plakat, a może też i zdjęcie programu teatralnego, który promował tę sztukę we Wrocławiu. Tęczowe kolory, napisy typu „Jude raus!” i tym podobne. Znakomity przykład tego, o czym pisze amerykańska autorka w swoim szkicu. Zdziwiło mnie jedynie, że sam nie zapamiętałem tego plakatu z ulic Wrocławia. Widocznie również wybierałem wówczas to, co pierwsze rzucało się w oczy – złotą albo srebrną szkatułkę, bo przecież musiałem oglądać tę inscenizację – zapamiętałem przyjaciół Bassania jako takich oprychów, „twardych” facetów spod ciemnej gwiazdy, rzucających pustymi butelkami.

Traktując serio interpretację Downing, musimy dojść do wniosku, że Szekspir w gruncie rzeczy podał klucz do swojej sztuki w samym jej tekście. Zawarł też w niej ostrzeżenie, by nie ulegać pozorom. Tymczasem różni interpretatorzy teatralni i filmowi kierują reflektory na Shylocka, kiedy powinni w zasadzie eksponować te trzy szkatułki. W jednej z nich przecież tkwi prawdziwy klucz do interpretacji Kupca weneckiego. I to wcale nie w tej, po którą od razu wyciąga się ręka.


wtorek, 8 stycznia 2019

„Kupiec wenecki” albo smutny homoseksualista pluje na Żyda

Pisząc o posłowiu Juliusza Kydryńskiego do tłumaczenia Kupca weneckiego autorstwa Macieja Słomczyńskiego zwróciłem uwagę na sugestię o rzekomo homoseksualnej relacji Antonia i Bassania, jaka miała łączyć tych bohaterów. Oczywiście Kydryński pisał w czasach, kiedy mógł swobodnie dać wyraz swojemu obrzydzeniu, a samą taką sugestię potraktować jako jeszcze jeden przykład nikczemności głównych bohaterów tej sztuki: będących nie tylko wrednymi antysemitami i rasistami, ale także zboczeńcami.

Badając po amatorsku temat katolicyzmu Szekspira, zorientowałem się, że sugerowanie homoseksualnego związku Antonia i Bassania, a przynajmniej homoseksualnej „miłości” jednego z bohaterów, nie jest czymś wyjątkowym. Oto w omawianej już na tym blogu książce Małgorzaty Grzegorzewskiej Teologie Szekspira pojawia się taka interpretacja smutku Antonia (podkreślenie moje):

Kiedy pokusimy się o zestawienie kondycji Antonia z sytuacją Hamleta, wówczas jasnym stanie się, że o ile w wypadku tego pierwszego możemy mówić o nieznajomości samego siebie wynikającej z przymusu smooszukiwania (obserwując bieg zdarzeń domyślamy się, że Antonio ukrywa miłość do młodego Bassania), o tyle kondycja księcia wydaje się całkowicie uzależniona od zewnętrznych okoliczności.

Oto w jednym zdaniu pani Grzegorzewska rozwiązała problem smutku Antonia. Biedaczek „ukrywa miłość do młodego Bassania”! Domyślam, że chodzi oczywiście o „miłość” homoseksualną, bo jakże interpretować to inaczej, skoro Antonio daje wyraz swojego poświęcenia i męskiej przyjaźni (miłości) dla swojego przyjaciela niemal od samego początku i niczego nie trzeba się tu „domyślać”.

Joseph Pearce zwraca uwagę na to, że sugestie o homoseksualnych relacjach niektórych szekspirowskich bohaterów są po prostu jeszcze jednym znakiem aberacji naszych czasów. Chciałoby się dodać – upadku naszych czasów. Miłość została bowiem sprowadzona w świecie, w którym triumfuje idiotyczna ideologia gender, do relacji seksualnej, a wyrazy miłości między męskimi bohaterami szekspirowskich sztuk są traktowane jako ekspresja relacji homoseksualnej.

Nic dziwnego, że w takiej atmosferze powszechnej seksualizacji głębsze sensy wybitnego i mylnie odczytywanego dzieła, jakim jest Kupiec wenecki, umykają tak subtelnej badaczce teologicznych głębi szekspirowskiej dramaturgii. U Kydryńskiego Antonio był po prostu wrednym antysemitą i homoseksualistą łożącym kasę na swojego utrzymanka. U Grzegorzewskiej Antonio jest homoseksualistą, który nie ma odwagi zrobić „coming-outu”

czwartek, 27 grudnia 2018

Wieprzowina na czas Chanuki

Współczesna cywilizacja dba bardzo o to, aby nikogo nie obrazić. Wszystkie religie są sobie równe (w końcu jak demokracja, to demokracja), stąd nawet sataniści zaczęli się domagać oficjalnego uznania i prawa do wznoszenia monumentów ku czci Szatana. Powszechna „urawniłowka” obejmuje wszelkie, nawet najgłupsze, poglądy.

Są jednak pewne wyjątki. Do nich należy katolicyzm. Katolików można, a nawet należy obrażać. Wydaje się być to w dobrym tonie. Popis dają różnej maści celebryci.

Oto „wybitna” pisarka, która słynie głównie ze swojego feminizmu i blond włosów, zionie miłością do bliźnich na Boże Narodzenie (słowo „Boże” zresztą przez usta jej nie przejdzie ani się nie ułoży pod palcami, kiedy używa klawiatury komputera), wulgarnie pozdrawia i eliminuje z obrazka samego Pana Jezusa, jak i pastuszków. Subtelność tej „wielkiej” pisarki jest po prostu porażająca.

Inny szoł z kolei odstawił pewien trybun ludowy, który na co dzień walczy o wolność, demokrację i konstytucję. Oto postanowił on uraczyć nas na Boże Narodzenie zdjęciem swojego smutnego dziecka i... sushi, które temuż dziecku, jak i sobie zaserwował na Wigilię (taka nowa świecka tradycja). Pewnie też tradycyjnie przełamał się z rodziną jajeczkiem, ale nas o tym już nie poinformował, bo to rzecz oczywista. On także zionął prawdziwą miłością do „prawdziwych katolików”.

Notabene ci trybuni ludowi to mają klawe życie. Jeden poczęstował nas kiedyś życzeniami wideo sprzed swojego „ubogiego” ciepłego kominka, ten zaś zdjęciami potrawy ubogich – sushi (a w tle stoi sobie instrument biednych – pianino). Tylko dziecka żal.

Zastanawia jednak jedna rzecz – po co ci celebryci epatują nas tymi zdjęciami, wulgarnymi życzeniami, kpinami i szyderstwami? Nie chcą obchodzić Świąt Bożego Narodzenia, niech ich nie obchodzą. Ich sprawa. Muszą to obwieszczać całemu światu? Czują się w ten szczególny dzień samotni? Brak im miłości? A może chcą się popisać „odwagą”? Jeśli tak, to proponuję uczcić Chanukę wieprzowiną albo ramadan całodziennymi hulankami i pijaństwem, a z pomocą tłitera i fejsbuka poinformować o tym cały świat. Sława murowana.


piątek, 23 listopada 2018

Kijem w księdza profesora, zamiast argumentem i faktami

Jestem chyba ostatnią osobą, którą można by posądzić o antysemityzm. O antysemityzmie zresztą pisałem też na swoim blogu. Oczywiście, jak każdy typowy inteligent, wychowany jeszcze w czasach schyłkowego PRL-u, reaguję alergicznie na wszelkiego typu wypowiedzi, które wydają mi się pachnieć antysemityzmem.

Zdaję sobie jednak sprawę z niezdrowej atmosfery panującej w Polsce. Zwrócenie uwagi na fakt, że na przykład jakiś polityk czy dziennikarz jest Żydem od razu wiąże się z możliwym posądzeniem o antysemityzm. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiając ze swoją znajomą, która jest Żydówką, powiedziałem, poruszając jakiś temat, że jest ona „pochodzenia żydowskiego”. Reakcja mojej znajomej była natychmiastowa: „Słuchaj, ja nie jestem pochodzenia żydowskiego, ja jestem po prostu Żydówką! Stuprocentową Żydówką! Oboje moi rodzice byli Żydami”. Oczywiście użyłem nie bez przyczyny zwrotu „pochodzenia żydowskiego” – przecież jako Polak mam zakodowane, że stwierdzenie: „Pani taka a taka to Żydówka” to niemal jak nawoływanie do pogromów.

Próba poruszenia jakichś niezbyt przyjemnych faktów związanych z postępowaniem przedstawicieli społeczności żydowskiej w Polsce w czasach przedwojennych, w trakcie wojny lub po wojnie to jak napraszanie się o śmierć cywilną, zwłaszcza jeśli jest się naukowcem. Można pisać o kolaboracji Polaków z okupantem, można posądzać ich o większy antysemityzm od hitlerowców, można najgorsze kalumnie wypisywać o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale napisać o kolaboracji obywateli żydowskich czy o ich udziale w systemie represji wymierzonym w Polaków po II wojnie światowej to już stawianie się poza marginesem oficjalnego świata akademickiego czy dziennikarskiego. Nie mówię już o takich faktach, jak próby weryfikacji liczby Żydów pomordowanych w obozach koncentracyjnych czy choćby w Jedwabnem. To jak podważanie niepodważalnej prawdy objawionej.

Ba! Jak pokazywałem na przykładzie „Kupca weneckiego”, nawet literatura piękna jest interpretowana na nowo tak, by dostosować się do tego terroru poprawności politycznej w kwestii żydowskiej.

Jednak rzecz nie dotyczy jedynie minionych dziejów czy polityki. Całkiem niedawno dowiedziałem się od pewnego profesora rzeczy zdumiewającej, otóż powiedział mi, że w Polsce, w kraju, w którym mówi się o długiej historii stosunków polsko-żydowskich, w którym podkreśla się wzajemne relacje polsko-żydowskie, w którym zwraca się uwagę na koegzystencję tych dwóch kultur i narodów obok siebie przez wieki, w którym istnieją muzea żydowskie, w tymże kraju nie można prowadzić na przykład badań nad... Talmudem! Wszelkie próby naukowych dociekań na temat tej ważnej przecież księgi mogą się zakończyć złamaniem kariery naukowej! Nie mogłem w to uwierzyć. Pan profesor podał mi pewne przykłady, ale uświadomił mi jeszcze jedną rzecz: nie istnieje polski przekład Talmudu! Tak po prostu! Wieki wspólnej egzystencji, przenikania się kultury żydowskiej i polskiej, piękne przemówienia i uroczystości, jarmułki na głowach dostojników państwowych..., a tymczasem okazuje się, że nie ma ani badań nad Talmudem, ani polskiego tłumaczenia tej księgi! I jak tu nie wierzyć w spiski?

Oczywiście, jednym z winowajców wyżej opisanego stanu rzeczy (ale rzecz jasna nie tego, że brakuje polskiego przekładu Talmudu, nie mówiąc już o naukowych badaniach!) jest sam Adolf Hitler i okrucieństwa, jakie popełniono w czasie II wojny światowej. Żyjemy w sytuacji szantażowania Holokaustem. Jakakolwiek krytyka Żydów, kultury żydowskiej, mentalności żydowskiej, żydowskiej etyki to po prostu mowa nienawiści i niemal nawoływanie do budowania nowych obozów koncentracyjnych. Do licha! Tak dłużej być nie może! Należy odróżnić zwykłą nienawiść do jakiegoś narodu, rasy czy konkretnego człowieka od dociekań naukowych opartych na faktach. To pierwsze należy potępiać. W tym drugim przypadku należy się ścierać na gruncie faktów, na gruncie dociekań naukowych, na gruncie logiki.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? A to dlatego, że żyjemy w czasach pogłębiającego się zamordyzmu. I to zamordyzmu, który wprowadzają nie brutalni żołdacy, ale panowie w eleganckich garniturach czy nawet noszący na szyi koloratki. Kiedy przyjeżdża jakiś kontrowersyjny naukowiec, kontrowersyjny dlatego, że głosi prawdy niepopularne w mediach głównego ścieku czy poglądy nieprzystające do powszechnie uznawanej wizji świata, to okazuje się, że spotkania z jego udziałem na terenie uniwersytetu nagle są odwoływane! Uniwersytet, który powinien być miejscem wolności badań naukowych i wymiany myśli, okazuje się miejscem dla wybranych i głoszących jedynie słuszne poglądy. Prof. Zygmunt Bauman – tak. Prof. Paul Cameron – nie. Prof. Magdalena Środa – tak. Ks. prof. Tadeusz Guz – nie. Reżyser Wojciech Smarzowski – tak. Reżyser Grzegorz Braun – nie. Jeśli któryś z prelegentów głosi bzdury, to przecież cóż łatwiejszego? Należy wysłać kilku łebskich gości, którzy rozbiją jego argumentację w drobny mak. Oczywiście nie kijem baseballowym, ale siłą logicznego rozumowania i udokumentowanymi faktami. Tymczasem coraz powszechniejszą praktyką – zresztą nie tylko w Polsce – jest zastosowanie tego pierwszego – nawet jeśli nie jest to dosłownie kij baseballowy (a i użycie przemocy się zdarza), a na przykład odmowa wynajęcia sali czy nagonka medialna i utrącenie kariery naukowej.

Coś podobnego ostatnio zdaje się spotykać ks. prof. Tadeusza Guza. Sam ksiądz profesor zareagował tak, jak zareagować powinien każdy naukowiec, którego poglądy się kwestionuje – zaproponował debatę naukową iwspólne poszukiwanie prawdy. Jeśli poglądy głoszone przez ks. prof. Guza to niczym nie poparte bzdury, to cóż prostszego, niż udowodnić to publicznie, nawet w transmitowanej przez media dyskusji naukowej? Internet umożliwia w dzisiejszych czasach udostępnienie takiej debaty na cały świat w czasie rzeczywistym. Jeśli argumenty ks. prof. Guza zostałyby podważone logiczną argumentacją, popartą naukowymi dowodami i niezbitymi faktami, to jemu samemu pozostałoby już tylko wycofać się w niesławie z życia naukowego. Jeśli natomiast okazałoby się, że jego poglądy mają solidne podstawy, to wówczas nasuwałoby się pytanie: Dlaczego Polska Rada Chrześcijan i Żydów domaga się od jego zwierzchników działań dyscyplinarnych i dąży do tłumienia wolności badań naukowych?

Ci, którzy nie znają szczegółów sprawy, znajdą zarówno list ks. prof. Tadeusza Guza, jak i Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów w linkach zamieszczonych w powyższym akapicie. Natomiast ci, którzy uważają, że w tej sprawie nie można milczeć i popierają propozycję ks. prof. Tadeusza Guza, nawet jeśli sami nie zgadzają się z jego poglądami, ale cenią wolność dociekań naukowych, mogą podpisać petycję w obronie duchownego tutaj.


wtorek, 3 lipca 2018

O PiS-ie, co Pana Boga się nie bał


Posłowie rządzącej partii po raz kolejny pokazali wczoraj, że bardziej boją się ludzi niż Boga.

Pod wpływem Izraela w żenującym spektaklu zmienili w zeszłym tygodniu błyskawicznie ustawę o IPN. Choć Izrael zamieszkują potomkowie narodu wybranego, to jednak współcześni Żydzi nie są głosem Boga.

Wczoraj po raz kolejny decyzję o pracy nad projektem poprawki do ustawy, która miałaby chronić życie nienarodzonych obywateli Polski, odłożono ad Kalendas Graecas. „Nie zabijaj” to przykazanie Boże. Posłowie rządzącej partii jednak bardziej drżą przed wulgarnymi feministkami i naciskami międzynarodowego lobby aborcyjnego niż przed Panem Bogiem.

Ciekawe przed kim będą drżeć na Sądzie Ostatecznym?

sobota, 30 czerwca 2018

Wielkie zwycięstwo, czyli przegrana bitwa


Ostatnia hucpa ze zmianą ustawy o IPN w dalszym ciągu napawa mnie niesmakiem. Jeszcze przed tym pamiętnym dniem słyszałem, jak tak zwani „prości ludzie” mówią: „Dawniej jeździli po instrukcje do Moskwy. Teraz jeżdżą do Tel Awiwu”.

W zasadzie mamy tutaj kilka spraw. Jedną z nich jest przykra świadomość, że Polska to państwo słabe, które w końcu musiało (a musiało?) ugiąć się pod naciskiem i zmasowanym atakiem.

Niektórym ciężko przełknąć porażkę polskiej drużyny piłkarskiej, a to przecież tylko zabawa – wprawdzie zaangażowane są w nią olbrzymie pieniądze, ale w dalszym ciągu jest to zabawa. W przypadku przegranej po prostu paru piłkarzy nie zarobi kasy, jaką by zyskali, gdyby rozegrali jeszcze parę meczy. No i najwyżej paru kibiców wyrzuci telewizor przez okno.

W przypadku Polski jednak chodzi o życie. O to, czy będą nas szanować, czy my będziemy szanować samych siebie i czy następne pokolenia będą żyć w wolnym państwie. I czy Polska jeszcze w ogóle będzie istnieć na mapie. Świadomość, że Izrael może nam narzucać, jak ma wyglądać nasze ustawodawstwo, jest głęboko przygnębiająca i niepokojąca.

Ot, na przykład mieszkający z dziada pradziada na Litwie Polacy domagają się respektowania swoich praw i protestują przeciwko regulacjom je łamiącym. Wyobrażacie sobie, że oto Polska, która przecież graniczy z Litwą, tupnie nogą i Litwini zmieniają niekorzystne dla naszych rodaków prawo albo że otwierają i dofinansowują z państwowych pieniędzy jakieś muzeum dokumentujące historię Polaków na Litwie? Pomijam już śmielsze posunięcia, jak na przykład przyznanie prawa wyborczego Polakom (nie mówiąc już o obywatelach II RP) mieszkającym na zagrabionych Kresach. A przecież nie znaleźli się poza granicą swojego państwa z własnej woli!

Druga sprawa, to wspomniany na początku niesmak. Niesmak związany z całą tą otoczką propagandową. Moją uwagę zwrócił zwłaszcza portal, który w swojej nazwie eksponuje niezależność, a tak naprawdę powinien nosić nazwę „Tuba Propagandowa”. To, co wyprawiano w tym medium, po prostu biło na głowę najgorsze ekscesy „Gazety Wyborczej”. To nawet nie było słynne „wycofanie się na z góry upatrzone pozycje”, to było przedstawianie klęski jako wielkiego zwycięstwa! Ba! Zrobiono z tego nawet zwycięstwo nad Rosją (sic!)! Jednym słowem – traktowanie czytelników i zwykłych obywateli jako upośledzonych umysłowo debili!

Czy naprawdę nie lepiej było po prostu powiedzieć: „Tak, przegraliśmy bitwę! Ale to nie jest przegrana wojna! Walka wciąż toczy się na różnych frontach i trwa dalej”? Po prostu – „siła złego na jednego, musieliśmy ustąpić”. Przeciętny obywatel czułby może przygnębienie, ale przynajmniej wiedziałby, że traktuje się go poważnie (pomijam już, czy to w ogóle jest prawdziwy obraz sytuacji, czy może jest gorzej, niż to sobie wyobrażamy).

Niestety, media w Polsce zajmują się głównie propagandową nawalanką. Te, które wspierają rząd, nawet nie pomyślą, że dobra krytyka, a nie czołobitne kadzenie, może uchronić popierany przez nich obóz przed przyszłą klęską wyborczą, a przede wszystkim przed posunięciami, które są niekorzystne dla nas wszystkich.

środa, 27 czerwca 2018

Żydzi mogą wiele


Naprawdę wiele! Nic dziwnego, że niektóre palanty widzą ich wszędzie: w rządzie, w Kościele, w episkopacie, w PiS-ie, w PO, w SLD, w partiach lewicy, w partiach prawicy, w prezydencie Dudzie, w Komorowskim, w Kwaśniewskim, w Kiszczaku i Kaczyńskim, w Tusku i Jaruzelskim, w Szydło i Kopacz, w papieżu Janie Pawle II i w papieżu Franciszku, w prezydencie Trumpie i w kanclerz Merkel... (wpiszcie to, co i kogo tylko chcecie).

Ta cała heca z nowelizacją ustawy o IPN to najlepsza droga do budzenia nastrojów antysemickich. To także pokaz słabości państwa polskiego. To naprawdę żałosne! Gdybyż Polska miała taki wpływ na ustawy w Izraelu czy w Stanach Zjednoczonych, czy choćby Ukrainy dotyczące dawnych ziem Rzeczpospolitej! Albo choćby małej Litwy (co z polskimi nazwiskami i nazwami miejscowości?)!

Tymczasem, by coś z tego zrozumieć, polecam wywiad z dr Ewą Kurek na stronie PCh24.pl.

czwartek, 22 lutego 2018

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Kawa z antysemitą


Tak się składa, że w ostatnim czasie ze względów towarzyskich mam okazję spotykać się z pewnym antysemitą. Nazwijmy go dla wygody „Andrzejkiem”. Akurat klimat jakoś sprzyja ostatnio tego typu tematyce, więc może warto dla odmiany nią się zająć.

Jest to tak naprawdę drugi prawdziwy antysemita, jakiego w swoim życiu spotkałem. Pierwszego miałem okazję poznać dawno temu, bo aż w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nazwijmy go dla ułatwienia wywodu „panem Władkiem”, bo człowiek był już z tej starszej nieco generacji.
Pana Władka również spotykałem wówczas w miarę często. Kiedy porównuję go do Andrzejka, mam wrażenie, że antysemityzm pana Władka był... jeśli to tak można określić... hm... nieco subtelniejszy. Czy to z racji lepszego wykształcenia, czy może tradycji rodzinnych – bo ojciec pana Władka, pilot w czasach II wojny światowej, był endekiem. A wiadomo: niedaleko jabłko pada od jabłoni.

Otóż pan Władek nie lubił Żydów i od czasu do czasu dawał temu wyraz. Jednak można było z nim normalnie porozmawiać o polityce, o gospodarce, o zmianach w Polsce. Jak z każdym innym. Pan Władek nie dostawał po prostu nagle szału, nie ogarniał go amok i nie bluzgał z pianą na ustach na tych „Żydów” w rządzie, w bankach, w szkole, w mediach itp. Jeśli by wspomnieć pewne nazwiska, np. Berman, Słonimski, Michnik, to oczywiście pan Władek nie omieszkał zwrócić uwagi na ich pochodzenie. Gdy była mowa np. o Polsce w pierwszych latach instalowania się nowej władzy, podkreślał duży udział Żydów w aparacie komunistycznej przemocy. Ale np. Kwaśniewski to był po prostu komuch, a nie „Żyd”.

Antysemityzm pana Władka bardziej przypominał niechęć do Niemców większości Polaków niż jakąś obłędną teorię spiskową, gdzie wszystkim władają Żydzi. Dla pana Władka Żydzi głównie mieszkali w Izraelu, było ich sporo w Stanach. Nie tropił jednak przedstawicieli tej nacji w poszczególnych członkach tego lub owego polskiego rządu, nie dopatrywał się ich w takim lub innym aktorze czy aktorce. W Polsce byli tylko ci, którzy ocaleli z Holokaustu i po roku 1968. Bliżej mu więc było do jakiegoś antygermanizmu niż nienawiści rasowej.

W porównaniu do pana Władka antysemityzm Andrzejka jest... no cóż... bardziej siermiężny, bardziej taki „rough”. Mam wrażenie, że myśli Andrzejka krążą niezmiennie już od wielu, wielu lat po tych samych, dobrze utartych koleinach i że od lat niewiele się zmienia. Przypomina mi pod tym względem pewną moją krewną, która ma jednego konika, ujeżdżanego niezmiennie od co najmniej pół wieku, a może dłużej – opowieści o księżach, którzy mają kochanki, piją i rozbijają się drogimi autami. Gdyby przeżyła kolejne 300 lat, podejrzewam, że jej ulubiona tematyka nie uległaby zbyt wielkiej zmianie.

Dla Andrzejka więc „Żydzi” są w każdym rządzie. Czy będzie to rząd PO, PiS, czy SLD, nie ma to znaczenia, to tylko zmiana dekoracji. Tak naprawdę to „Żyd” Mateusz Morawiecki zastąpił „Żydówkę” Beatę Szydło, a ta „Żyda” Tuska. Zaś „Żyd” Andrzej Duda zawetował ustawy reformujące sądownictwo. „Żydzi” są w szkolnictwie, w bankach, w handlu, w Kościele (tak, tak! Nie wiecie o tym, a dajecie „Żydom” na tacę, by paśli swoje grube brzuchy, a „Żyd” Jan Paweł II sprzedał Kościół Żydom), w przemyśle filmowym (wiecie na przykład, ile taki żydowski statysta dostaje dniówki? 3000 zł! I to wszystko „prawda”, a tylko oni dostają role) i w ogóle w przemyśle rozrywkowym. Oni są naprawdę wszędzie! Wszędzie!

Jeśli nie wierzycie, że dany celebryta, polityk, naukowiec, biznesmen, aktor, pisarz, poeta to Żyd, możecie to sprawdzić w Internecie. Tam są listy tych „Żydów” i możecie to zweryfikować. Zresztą Internet, tak jak telefonia komórkowa (oczywiście opanowana przez „Żydów”!) służy temu, by wami manipulować i prać wam mózgi (nie spytałem tylko, czy te listy „Żydów” też są przez nich układane, czy dzielni Polacy jakoś obchodzą ich internetową cenzurę).

Wizja Andrzejka jest tak naprawdę prosta jak drut. Czarno-biała i w pewnym sensie bezpieczna (gdyby nie ci „Żydzi” oczywiście). Łatwo się w takim świecie poruszać. Jeśli coś idzie źle – wiadomo, przecież to „Żydzi” znowu namieszali! Aż dziw, że ci biedni Polacy jeszcze w ogóle istnieją nad Wisłą! Tacy głupi, naiwni, łagodni, tak się dają wrobić w konia. Zupełnie jak Andrzejek, ale on przynajmniej wie, o co w tym wszystkim chodzi!

Antysemityzm Andrzejka i pana Władka niewiele więc mają ze sobą wspólnego, poza nienawiścią do Żydów realnych lub wyimaginowanych rzecz jasna.

Może łączy ich bardziej jeden fakt: obaj są (jeśli pan Władek jeszcze żyje) na bakier z nauką moralną Kościoła.

W przypadku pana Władka oczywiste to było może bardziej dla jego znajomych. Pan Władek bowiem chodził do kościoła na Mszę (może wciąż chodzi) i na pozór był przykładnym ojcem i mężem (może wciąż jest). Tyle tylko, że straszny był kobieciarz, a może lepsze byłoby określenie: „pies na baby”. To, czego bowiem kiedyś miałem okazję być mimowolnym świadkiem, bardziej przypominało ślinienie się psa na widok suczki. Tyle tylko, że pies nie ubiera tego w słowa, a pan Władek tak (rozbierając jednocześnie w myślach potencjalną zdobycz).

Andrzejek ponownie wypada tutaj na tle pana Władka bardziej prymitywnie. Bo to zadeklarowany ateusz, a przynajmniej antyklerykał. Kościół mu do niczego nie jest potrzebny, a poza tym przecież Kościół to „Żydzi”! Lubi sobie zażartować, że w piekle czeka już na niego miejsce w kotle i że będzie mu tam dobrze, bo ciepło. Chrystus ze swoją postawą nadstawiania drugiego policzka jest dla niego niepoważny. Ani chodzenie do kościoła, ani spowiedź czy sakramenty nie są mu do niczego potrzebne. Bo przecież „niczego złego nie robi”, jedynie chwali to, co zrobił Hitler.

Andrzejek w gruncie rzeczy jest niegroźny, mimo swoich wypowiedzi na temat wodza III Rzeszy. Wątpię, by kiedyś przyszło mu do głowy choćby uderzyć prawdziwego Żyda. Jednak jego monotonna wizja świata jest mocno nużąca. Kawa z nim smakuje jakoś gorzko. Dużo lepiej było ją popijać przy różnych okazjach z panem Władkiem.

Andrzejek ma jeszcze jedno hobby (jeśli nie liczyć majsterkowania, w czym jest prawdziwym mistrzem) – tzw. chemtrails. Robi nawet temu zdjęcia.

Jeśli dobrze zdołałem się zorientować, te „chemtrails” to smugi powstające za lecącym samolotem, a „w rzeczywistości” chemikalia rozpylane nad Polską. Po co? Po to, jak wyjaśnia Andrzejek, aby nie było w naszym ukochanym kraju urodzaju, aby obsiane pola nie obrastały zbożem, a krowy się nie cieliły. Zdaje się, że dotyczy to także dzietności.

A któż miałby zadawać sobie tyle trudu, aby to świństwo rozpylać nad Polską? – możecie spytać. No jak to kto? Jeszcze nie wiecie? To przecież jasne i proste jak drut!