Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fulton J. Sheen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fulton J. Sheen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2019

O zawiązanych oczach i życiu w fikcji, które krzywdzi nas samych i bliźnich

Arcybiskup Fulton J. Sheen napisał:

Pary małżeńskie często mówią: „Nie możemy sobie pozwolić na więcej dzieci”.
Ci, którzy wyrażają takie zdanie, prawdopodobnie nigdy nie pomyśleli o straszliwej zasadzie, jaką zwiastują, a mianowicie: prymacie tego, co ekonomiczne nad tym, co ludzkie. Wprowadźcie to w życie we wszystkich innych dziedzinach. Przypuśćmy, że mąż mówi, iż nie będzie już wspierał swojej żony. Czy powinien mieć prawo ją zastrzelić?

(...)

Ci, którzy przyznają prymat temu, co ekonomiczne, nie są tak naprawdę zainteresowani oszczędzaniem czy zarabianiem; są zainteresowani wydawaniem, które dyktuje udaremnianie życia. Próżniackie namiętności i pragnienie więcej kredytu, ubrań, oraz egoizm określają ich filozofię. Wierzą, że wolno im manipulować życiem poza prawami Bożymi, ponieważ prawa płodnego małżeństwa wiążą jedynie katolików.

Powiadają oni, że katolicy są przeciwni wszelkiemu udaremnianiu ludzkiego życia w małżeństwie, ale należy pamiętać, że ci, którzy nie są katolikami, nie mają więcej wolności naruszania naturalnych praw Bożych niż ktokolwiek inny. Tak się składa, że Kościół katolicki broni prawa naturalnego. Są tacy, którzy wierzą, że sprzeciw wobec udaremniania miłości, zasada, że przeznaczeniem małżeństwa jest być płodnym, to jedynie i wyłącznie nauka katolicka. Przypuśćmy, że spora większość ludzi chodziłaby wokół z zawiązanymi oczami i zatkanymi uszami. Wkrótce mielibyśmy encyklikę papieską sprzeciwiającą się temu, a Kościół mówiłby: „Nie jest rzeczą właściwą, by zawiązywać oczy i zatykać uszy. Rozum mówi, że oczy zostały stworzone do widzenia, a uszy do słuchania. Musicie pozwolić tym organom pełnić funkcję, do której stworzył je Bóg”.

Wielu powiedziałoby: „Och, Kościół katolicki sprzeciwia się kontroli oczu”.
„Kościół katolicki sprzeciwia się kontroli uszu”.

Współczesnemu człowiekowi wydaje się, że jest mądrzejszy od Boga, wyrządza krzywdę sobie i bliźnim. Zamiast przemyśleć prawa Boże, dostrzec ich sens, zauważyć, że nie wszystko to, co dobre, jest łatwe, a te prawa stoją na straży miłości, buntuje się przeciwko nim. Bardzo często wspomniany wyżej przez arcybiskupa Sheena prymat ekonomiczny odgrywa tutaj ogromną rolę, tak ogromną rolę, że przestaje się liczyć człowiek, osoba, brat, mąż, żona czy siostra. Zwłaszcza ten cierpiący, który wydaje się być bezużyteczny.

Vincent Lambert był pod względem ekonomicznym bezużyteczny, wymagał stałej opieki lekarskiej, był więc nikomu niepotrzebny. I nie mówię tutaj o jego bliskich, którzy do końca walczyli o to, by utrzymać go przy życiu (niestety nie wszyscy, jego żona na przykład chciała jego śmierci). Prymat ekonomiczny zwyciężył nad człowiekiem. Ludzki bunt przeciwko planom Bożym zwyciężył nad miłością bliźniego. Wygoda na brakiem egoizmu.

Niedawno pewna polska celebrytka powiedziała: „Dziwi mnie ten podział świata na płcie. Oczywiście jest to kluczowe, ale nie zawszy wyznacza wszystko. Zakochujemy się w człowieku, a nie w płci”. Z pozoru jest to wszystko sensowne, ale tylko z pozoru. Jest w tym niechęć do akceptacji rzeczywistości. Nie chodzi tutaj tak naprawdę o miłość bliźniego, ale wspomniany przez Sheena egoizm, o nieakceptację naturalnych praw Bożych. Miłość zostaje tutaj sprowadzona do seksu tak naprawdę, bo przecież nie do czego innego. Ta celebrytka woli chodzić w opasce na oczach i z zatyczkami w uszach, nie widzieć dwóch płci, które ją „ograniczają”, a jeśli Kościół powie jej, że to jest złe, będzie mówić, że to Kościół ją ogranicza...


sobota, 6 lipca 2019

Już wkrótce beatyfikacja arcybiskupa Fultona J. Sheena!

Kiedy wczoraj zamieszczałem kolejny odcinek z cyklu „Corner Shop”, nie przypuszczałem, że następnego dnia dotrze do nas dobra nowina: O uznaniu przez papieża cudu za wstawiennictwem arcybiskupa Fultona J. Sheena. Oznacza to, że wreszcie arcybiskup zostanie ogłoszony błogosławionym.

Proces beatyfikacyjny był wstrzymany trwającym trzy lata procesem z archidiecezją Nowego Jorku o wydanie doczesnych szczątków arcybiskupa Fultona J. Sheena. Mimo, że według wcześniejszych ustaleń trumna z arcybiskupem miała być przewieziona do Peorii, gdzie Sheen miał spocząć w grobowcu, kardynał Dolan nie chciał jej wydać. Bratanica Sheena, starsza już pani, musiała chcąc nie chcąc wdać się w proces sądowy, który archidiecezja Nowego Jorku przegrywała kilka razy i ponownie się odwoływała. Wreszcie ciało arcybiskupa zostało decyzją sądu wydane i przewiezione do diecezji w Peorii. Tym samym został wznowiony proces beatyfikacyjny i właśnie dzisiaj dotarła wspaniała wiadomość o uznaniu cudu, który jest podstawą do beatyfikacji arcybiskupa Sheena.

Zachęcam tym samym czytelników mojego bloga także do oglądania poprzedniego odcinka mojego wideobloga na temat książki Warto żyć. Miejmy nadzieję, że niewiele czasu upłynie, a Sheen zostanie również ogłoszony świętym, o co należy się modlić. Także prosząc go o wstawiennictwo w naszych potrzebach lub potrzebach bliskich nam osób.


wtorek, 25 czerwca 2019

W absurdalnych oparach piekła

Patrząc na obłęd, w jaki stacza się świat, nietrudno uwierzyć w diabła i aż dziw, że są tacy, którzy w jego istnienie nie wierzą. Jak to bowiem wytłumaczyć, że w wieku rozwoju nauki i techniki, w wieku, który zdaje się być nowym otwarciem w podboju kosmosu, ludzie wierzą w takie bzdury, jak ideologia gender, że kwestionują istnienie jedynie dwóch płci, że wyrzucają za to ze szkoły, jeśli uczeń upiera się przy faktach, że domagają się tzw. „małżeństw” homoseksualnych, że sądzą, iż mała istota ludzka w łonie matki nie jest człowiekiem, że można z pomocą operacji plastycznej i hormonów zrobić z dziewczynki chłopca, a z chłopca dziewczynkę, że islam jest równie dobrą religią, jak chrześcijaństwo, że pierwotne wspólnoty dysponują mądrością, która jest nie gorsza od tej, którą oferowała jeszcze do niedawna rozwinięta cywilizacja Zachodu itp., itd.? Przecież trudno uwierzyć w to, że człowiek rozumny może te wszystkie idiotyzmy przyjmować bez mrugnięcia okiem, że może w tę fikcję wierzyć bez zaczadzenia rozumu piekielnymi wyziewami!

Jeśli spojrzy się trzeźwym okiem dookoła, ma się wrażenie, iż znalazło się w jednym wielkim domu wariatów. Aż dziw, że ten świat jest jeszcze w stanie stworzyć coś takiego jak Falcon Heavy czy dokonać odkryć w dziedzinie medycyny! Dziw, że w ogóle jest w stanie funkcjonować, że po drogach jeżdżą jeszcze auta, że samoloty nie spadają jak grad z nieba, a w sklepach można jeszcze kupić w miarę normalne masło i chleb. Zapaść jest ogromna i jeśli cierpliwość Pana Boga się nie wyczerpie, to będzie to świadczyć, że kryje się za tym jakiś plan Opatrzności. Trudno bowiem uwierzyć w to, by Bóg pozwolił z siebie tak dłużej szydzić, jak stwierdził nas znajomy ksiądz.

Obłęd zresztą dotyka także Kościoła. Niepokojące są doniesienia na temat tzw. Instrumentum laboris, czyli dokumentu roboczego, synodu amazońskiego. Niepokojące są sygnały, że oto katoliccy księża domagają się święcenia kobiet. Niepokojące są informacje o tym, że katoliccy biskupi wycofują się ze zdrowej nauki Kościoła na temat płciowości człowieka. Niepokojące są wieści o tym, że szaleństwo zdaje się ogarniać także część duchownych w Kościele, który ceni przecież fides et ratio.

Arcybiskup Fulton J. Sheen napisał w jednej ze swoich książek, że Kościół kocha rozum. Podkreślał też, że posłaniec od Boga nie mógłby głosić nic, co byłoby sprzeczne z rozumem, nie poddawałoby się weryfikacji rozumowej. Tymczasem nawet niektórzy duchowni katoliccy, zarówno zwykli księża, jak i wysoko postawieni hierarchowie, wydają się dotknięci oparami absurdu, wierzą w to, co nielogiczne, nierozumne, magiczne, idiotyczne, kwestionując jednocześnie wieki nauczania Kościoła. Czyżby ich rozum zaczadziły trujące wyziewy piekła?


poniedziałek, 28 stycznia 2019

Trupi odór nad Ewą Kopacz

Szeroko komentowane słowa pani Kopacz o naftalinie i Europie mają tak naprawdę dwa podstawowe wymiary, jeśli w ogóle o jakichś wymiarach można przy takim pokazie buty i głupoty mówić.

Pierwszy, to stosowanie kryterium czasowego. Argument taki z miejsca panią Kopacz skreśla z listy poważnych oponentów i partnerów do dyskusji. Pani Kopacz wychodzi z założenia, że czas określa, co jest moralne i niemoralne, co postępowe, a co wsteczne. Pani Kopacz nie dostrzega, że już jest reakcjonistką, która nie tylko śmierdzi naftaliną, ale wręcz trumiennym odorem dla następnych pokoleń. Byłej pani premier wydaje się, że jest szalenie nowoczesna, a w rzeczywistości to, co głosi, to mówiąc słowami arcybiskupa Fultona J. Sheena jedynie „stare błędy i nowe etykiety”.

Drugi dotyczy dokładnie jej słów o tym, byśmy „nauczyli się żyć w Europie”. Gdyby pani Kopacz rozumiała, co oznacza słowo Europa, co się kryje za tym tak często używanym i nadużywanym wyrazem, to pojęłaby, że to ona jest w tej Europie barbarzyńcą i że musi nauczyć się żyć w Europie, jeśli chce być prawdziwą Europejką. Jak powiedział Hilaire Belloc: „Europa to Kościół, a Kościół to Europa”. Nic więcej dodawać tu nie trzeba.


środa, 23 stycznia 2019

Kościół katolicki wobec fundamentalizmu i modernizmu

Fundamentalizm przyjmuje, że Biblia jest czymś fundamentalnym. Katolicyzm odpowiada (...), że Biblia to nie księga, ale zbiór ksiąg i stąd pytaniem bardziej fundamentalnym niż fundamentalizm jest: Kto zebrał te księgi razem i ogłosił, że stanowią one Biblię i mają być traktowane jako objawione Słowo Boga? Odpowiedzieć na to pytanie to dotrzeć do ciała kryjącego się za księgą, a mianowicie: Kościoła obdarzonego duchem; bowiem Dzień Pięćdziesiątnicy to nie było zstąpienie książek na głowy apostołów, ale zstąpienie języków. Od tamtego dnia to język i głos miał stać się tym, co fundamentalne w religii, a nie książka

Kościół jest nie tylko bardziej fundamentalny niż fundamentalizm, ale także bardziej nowoczesny niż modernizm, gdyż ma pamięć dwudziestu minionych wieków, a zatem wie, że to, co świat nazywa nowoczesnym, tak naprawdę jest bardzo stare – to znaczy, że ta nowoczesność jest tylko nową etykietą dla starego błędu. Modernizm pociąga jedynie umysły, które nie wiedzą, co jest stare, a może przestarzałe.

Fulton J. Sheen, Teizm ateizmu (tłum. własne).


czwartek, 17 stycznia 2019

Dwie pokory

Współczesny człowiek jest pokorny nie tą pokorą, która sprawiała, że człowiek wątpił  w swoją moc, ale tą nową pokorą, która sprawia, że człowiek wątpi w swoje człowieczeństwo. Stara pokora opierała się na prawdzie: człowiek jest tym, czym naprawdę jest. Nowa pokora opiera się na braku większego znaczenia: człowiek jest jedynie pyłkiem w kosmosie.
To nowe nastawienie do pokory nie jest spowodowane postępem religii, ale postępem astronomii. Teleskopy i nauka wyjawiły przed nami bezmiar wszechświata. Ci, którzy mają wiedzę, informują nas, że ziemia jest jedynie drobniutkim szczegółem tego wszechświata.

(...)

Współczesny umysł przeciwstawia człowieka wszechświatowi i czyni z człowieka nicość; wieczny umysł przeciwstawia Boga wszechświatowi i czyni z wszechświata nicość. Ten pierwszy dochodzi do człowieczej błahości na podstawie wielkości kosmosu; ten drugi – do błahości kosmosu na podstawie majestatu Boga. Łatwiej jest pomniejszyć rzecz małą, taką jak człowiek, niż pomniejszyć rzecz dużą, taką jak wszechświat. Współczesne obrazowanie robi to pierwsze; nieprzemijające, objawione obrazowanie robi to drugie i z tego powodu jest dużo bardziej imponujące.

Fulton J. Sheen, Kosmiczne zastraszanie (tłum. własne).


sobota, 12 stycznia 2019

Wszechświat jako świątynia

Bóg zbudował wszechświat, który (...) ma swój przedsionek, swoje Miejsce Święte i swoje Miejsce Najświętsze.

Przedsionkiem stworzenia, czyli świata materialnego, jest świat słońca, księżyca, gwiazd, roślin, zwierząt i ludzi – jednym słowem rzeczy zmysłowych. Miejscem Świętym stworzenia jest świat przyczyn, nauki, filozofii i prawa naturalnego. Miejscem Najświętszym stworzenia jest świat tajemnicy i objawienia, takiego jak Trójca Święta i Wcielenie. Ten sam klucz, który otwiera przedsionek stworzenia, nie otwiera Miejsca Świętego stworzenia ani świat przyczyn nie otwiera Miejsca Najświętszego. Istnieją trzy klucze do świątyni. Pierwszym kluczem, otwierającym świat materii, jest pięć zmysłów, którymi smakujemy, widzimy, dotykamy, czujemy i słyszymy świat materialny i w ten sposób wchodzimy w komunię z nim. Drugim kluczem, otwierającym świat przyczyn i celów, jest klucz rozumu, który umożliwia nam przeniknięcie wewnętrznych znaczeń i celów rzeczy. Wreszcie, kluczem, otwierającym Miejsce Najświętsze stworzenia, jest delikatny klucz wiary.

(...)

Istnieją (...) trzy źródła wizji w tym wszechświecie, każde inne pod względem rodzaju, a jednak każde będąc udoskonaleniem pozostałych – oko, rozum i wiara. Pierwsze otwiera przedsionek stworzenia, czyli wszechświata materialnego; drugie otwiera Miejsce Święte stworzenia, czyli świata przyczynowo-skutkowego w porządku naturalnym; trzecie otwiera Miejsce Najświętsze, czyli świat Wcielenia i Łaski.

Abp. Fulton J. Sheen, Agnostycyzm (tłum. własne)


piątek, 11 stycznia 2019

Różnica między średniowieczem a naszymi czasami

Całą różnicę pomiędzy średniowieczem, które szukało przyczyn pierwszych, a epoką nowożytną, która szuka przyczyn wtórnych, można zilustrować sztuką. W średniowieczu żaden rzeźbiarz nigdy nie wyrył dłutem swojego imienia na posągu. Powód był taki, że pracował dla Boga, a Bóg był tym, który dał mu zdolność rzeźbienia i który dał mu umysł umożliwiający bycie artystą, a kiedy pozostawiał swoje dzieło jako anonimowe, to Bogu – Pierwszej Przyczynie – przypadało uznanie. W naszych czasach rzeźbiarz ryje dłutem swoje imię w marmurze, gdyż pracuje dla człowieka i zapomniał o Pierwszej Przyczynie i Przyczynie wszystkich przyczyn, jaką jest Bóg.

Fulton J. Sheen, Woskowy nos autorytetu naukowego (tłum. własne)


środa, 19 grudnia 2018

Co kupić w prezencie na święta? Dziesięć rekomendacji

To już pewnie ostatni moment, by kupić coś w prezencie na Boże Narodzenie, choć nie ostatni, by kupić coś na prezent w ogóle (imieniny, urodziny itp.). Pomyślałem sobie, że podzielę się pomysłami na taki prezent (pod warunkiem, że uda się go zdobyć na czas).

Dla mnie zawsze najlepszym prezentem jest książka, zwłaszcza dobra książka, a nie jeden z tych „półproduktów”, które tworzy się w celach promocji jakiejś osoby. Dlatego uważam, że zamiast sięgać po tytuły reklamowane czy eksponowane na wystawach księgarń, może warto trochę poszperać i znaleźć coś, co jest naprawdę dobre, a po co będzie można sięgnąć nie tylko za miesiąc czy za rok, ale i za lat pięć, a nawet sto. Oto parę sugestii z mojej strony (podaję linki do swoich recenzji, w których można przeczytać więcej, albo księgarni internetowych).

1)      Książki Floriana Czarnyszewicza. To znakomita proza „kresowa”, którą warto czytać, bo jest nie tylko wybitna pod względem literackim i językowym, ale także dlatego, że mówi o dziejach Polaków, które niestety ciągle są jeszcze słabo znane ogółowi nawet wykształconych czytelników – są to bowiem te Kresy, które utraciliśmy jeszcze przed II wojną światową, w wyniku traktatu ryskiego. Oczywiście w pierwszej kolejności warto sięgnąć po Nadberezyńców, wielki, sienkiewiczowski z ducha epos o losach szlachty zaściankowej na terenach Mińszczyzny. A potem to już do kolejnych powieści tego autora, zbyt późno niestety wydanego w Polsce, nie trzeba będzie namawiać.

2)      Luter i rewolucja protestancka Grzegorza Brauna. Tym razem proponuję film dokumentalny, ale też i lekturę, bo można go kupić razem z ładnie wydaną graficznie książeczką. Ten zakup jest wart każdej wydanej złotówki, mimo że „mejnstrim” o dziele Brauna milczy.

3)      Gietrzwałd 1877. Nieznane konteksty geopolityczne tego samego autora. Zapierająca dech w piersi wizja historii pewnego narodu w sercu Europy, metafizyczny thriller!

4)      Łowcy księży o. Johna Gerarda SJ. To autentyczny pamiętnik z czasów Elżbiety I i prześladowań katolików w Anglii. Rzecz nietuzinkowa i po prostu znakomita, wciągająca literatura. Czyta się jak najlepszy thriller, a przecież to autentyk. Zadziwiające, że wydawca (któremu należy się nagroda za przypomnienie tej publikacji – jest to reprint wydania XIX-wiecznego) obniżył cenę w swojej księgarni do śmiesznych 7.50 zł. Brać po kilka sztuk, póki jest dostępna i rozdawać znajomym, przyjaciołom i rodzinie! Obdarować tą publikacją swojego księdza proboszcza!

5)      A skoro już jesteśmy przy wydawnictwie Gabriela Maciejewskiego, to gorąco polecam jego Socjalizm i śmierć. Lektura dla tych, którzy lubią historię i zaglądanie za kulisy wielkich wydarzeń. Autor nie przyjmuje nic za oczywistość, tylko mówi: „Sprawdzam!” I sprawdza. Nie czytałem części drugiej jeszcze, ale z pewnością jest warta lektury.

6)      Polska moja miłość Jana Polkowskiego. O tej książce tylko na swoim blogu wspominałem, ale ten zbiór szkiców autora Drzew to rzecz dla osób myślących i nie zadawalających się medialną papką serwowaną nam na co dzień. Rzecz o literaturze, filmie, polskiej historii dawnej i najnowszej, zakłamaniu intelektualistów, kulturze i języku... Pisana przez poetę, więc też językowo znakomita. Jeśli jej jeszcze nie czytaliście, to koniecznie przeczytajcie i polećcie innym. Jeśli czegoś mi w niej brakuje, to dwóch szkiców poświęconych Bolesławowi Prusowi, po których na głowę Polkowskiego posypały się gromy od lewa do prawa. Autor ośmielił się naruszyć narodową świętość. Nazwano go nawet wprost głupcem.

7)      Ćwiczenia duchowe. Poematy Przemysława Dakowicza. To kolejna książka, o której jeszcze na swoim blogu nie pisałem. Znakomity tomik poezji, wiwisekcja naszej współczesnej schizofrenicznej świadomości. Obraz świata opętanego, targanego wątpliwościami i poczuciem braku sensu, braku hierarchii, braku dna. „Centon” pozszywany ze słów i fragmentów zaśmiecających i wypełniających współczesny umysł, w którym mieszają się słowa reklam, piosenek, przysłów, cytatów literackich, fragmentów Biblii, filmów, powiedzonek, kolokwializmów...

8)      Dla znających język angielski: trzy książki Josepha Pearce’a poświęcone katolicyzmowi Szekspira i katolickiej wymowie jego sztuk: The Quest for Shakespeare, Through Shakespeare’s Eyes i Shakespeare on Love. Pasjonująca lektura dla tych, którzy próbują zrozumieć dramaturgię wielkiego poety angielskiego.

9)      I ponownie dla znających język angielski: autobiografia szkockiego poety, prozaika i dramaturga George’a Mackaya Browna For the Islands I Sing oraz zbiór jego opowiadań: A Time to Keep. Ten katolicki twórca z Orkad jest właściwie nieznany w Polsce, a szkoda, bo to literatura pierwszorzędna i to zarówno dla miłośników poezji, jak i prozy. Charakterystyczny i rozpoznawalny rys tej twórczości nadają krajobraz i ludzie jego rodzinnych stron, a to wszystko przeniknięte katolicką metafizyką.

10)  Wszelkie możliwe książki wielkiej postaci Kościoła katolickiego, arcybiskupa Fultona J. Sheena. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia ukazały się kolejne nowe polskie wersje jego twórczości i z roku na rok przybywa tłumaczeń dzieł tego wybitnego kapłana i autora zarówno książek, jak i audycji radiowych i telewizyjnych. To znakomita lektura nie tylko dla katolików. Podsuńcie jego zbiór Warto żyć jakiemuś myślącemu i naprawdę otwartemu ateuszowi, a może zrobicie jedną z najlepszych rzeczy w swoim życiu.


poniedziałek, 10 grudnia 2018

Dlaczego Kościół uwielbia kontrowersję albo o zaniku myślenia

Ostatnio zamieściłem fragment z polskiego tłumaczenia książki arcybiskupa Fultona J. Sheena, a dzisiaj drobny fragment z jego nietłumaczonej dotąd książki Old Errors and New Labels, o której wcześniej lub później postaram się parę słów na tym blogu napisać, gdyż dopiero ją czytam. Esej o zaniku kontrowersji wydaje się znakomicie opisywać mizerię naszych czasów, więc pokusiło mnie, by kilka wybranych fragmentów spolszczyć na chybcika i podać polskiemu czytelnikowi jako zachętę do kupowania książek tego wybitnego duchownego i jednego z najważniejszych apologetów katolickich języka angielskiego:

Być może nigdy przedtem w całej historii chrześcijaństwa nie był Kościół tak zubożały intelektualnie z braku dobrej, solidnej intelektualnej opozycji, jak dzieje się to w dzisiejszych czasach.
(...)
Kościół uwielbia kontrowersję i uwielbia ją z dwóch powodów: ponieważ konflikt intelektualny jest czymś, co daje wiedzę i ponieważ Kościół jest szaleńczo zakochany w racjonalizmie. Wielka struktura Kościoła katolickiego została zbudowana dzięki kontrowersji.
(...)
A jeśli dzisiaj nie ma niemal równie wielu zdefiniowanych dogmatów, jak we wczesnych wiekach Kościoła, to dzieje się tak, ponieważ jest mniej kontrowersji – i mniej myślenia. Trzeba myśleć, by zostać heretykiem, nawet jeśli jest to błędne myślenie.
(...)
O czym świat chrześcijański myślał we wczesnych wiekach? Jakie doktryny należało wyjaśnić, kiedy kontrowersja była żywa? We wczesnych wiekach kontrowersja skupiała się na takich wzniosłych i delikatnych problemach jak: Trójca Święta, Wcielenie i jedność natur w Osobie Syna Bożego. Jaka była ostatnia doktryna, którą zdefiniowano w roku 1870? Była to zdolność człowieka do używania swojego mózgu i dochodzenia do poznania Boga. Otóż, jeśli świat robi postępy pod względem intelektualnym, to czy istnienie Boga nie powinno było być zdefiniowane w wieku I, a natura Trójcy Świętej w wieku XIX?
W porządku matematycznym to tak, jakby zdefiniować złożoności logarytmów w roku 30, a uprościć tabliczkę dodawania w roku 1930. Faktem jest, że dzisiaj jest mniej intelektualnego sprzeciwu wobec Kościoła, a więcej uprzedzenia, co – jeśli to zinterpretujemy – oznacza mniej myślenia, nawet mniej złego myślenia.
Nie tylko Kościół uwielbia kontrowersję, ponieważ pomaga mu wyostrzać zdolność rozumowania; uwielbia ją także dla niej samej. Kościół oskarża się o bycie wrogiem rozumu; w rzeczywistości jest jedynym, który weń wierzy.

Abp. Fulton J. Sheen, Zanik kontrowersji (The Decline of Controversy, [w:] Old Errors and New Labels).


sobota, 8 grudnia 2018

Abp. Fulton J. Sheen o miłości małżeńskiej i powstającym wciąż na nowo Kościele

Gdyby ktoś szukał dobrego, a nie banalnego prezentu na Święta Bożego Narodzenia, polecam książkę abp. Fultona Sheena Troje do pary. To lektura dla wymagających, dla tych, którzy chcą pogłębić swoje rozumienie miłości małżeńskiej i którzy rozumieją, że miłość to nie ulotne uczucie, które pojawia się i przemija. Jeśli ktoś ma jednak mylne wyobrażenie, że miłość to przede wszystkim gwałtowne uczucia, niczym niepohamowana namiętność, ten koniecznie powinien przeczytać tę książkę. Zwłaszcza, jeśli jest katolikiem. Na zachętę przytaczam znamienny fragment:

„Jednym z największych błędów, jaki popełniają pary, jest myślenie, że ich uczucie przetrwa z powodu swej siły. Miłość nie trwa z powodu siły, lecz dzięki mocy ciągłego odradzania się. Miłość małżeńska jest nie tyle sprawą ciągłości, co raczej, będąc w tym podobna do Męki i Zmartwychwstania, odnajdywania nowego życia w momencie, gdy zdawało się, że wszelką nadzieję należy pogrzebać. Kościół nie jest zjawiskiem cechującym się niezmienną ciągłością. Po tysiącu ukrzyżowań Kościół tysiąc razy zmartwychwstawał. Zawsze bije dzwon wieszczący śmierć Kościoła. Zawsze, mocą Boga, śmierć dostępuje. Świat już gotów jest do odśpiewania pieśni pogrzebowej nad grobem Kościoła, gdy to Kościół powstaje, aby odśpiewać żałobne pieśni nad przemijającą postacią tego świata. Podobnie w życiu rodzinnym: nie jest tak, że dwa serca suną po autostradzie wiodącej do coraz to szczęśliwszej miłości – przeciwnie, co chwila znajdują się u kresu wyczerpania, by potem spostrzec, że oto ich miłość weszła na wyższy poziom”.

Fulton J. Sheen, Troje do pary, tłum. Agnieszka Sztajer, Kraków 2016.


sobota, 17 listopada 2018

„Najpiękniejsze wydarzenie, jakie można sobie wyobrazić...”

Pozwolę sobie w ramach rekomendacji i jako uzupełnienie mojej wideo-recenzji przytoczyć jeszcze dwa króciutkie fragmenty z For the Islands I Sing, autobiografii George’a Mackaya Browna.

Jego rozważania na temat Mszy przypominają mi refleksje innej nawróconej na katolicyzm pisarki z Wysp Brytyjskich – Caryll Houselander, o której również już wspominałem na tym blogu. To właśnie piękno Mszy św., rzeczywista obecność Chrystusa w Eucharystii, tęsknota za Eucharystią sprawiły, że po wielu perypetiach została katoliczką. Także rozważania Mackaya Browna o pracy rolników i rybaków z poprzedniego wpisu na moim blogu byłyby jej bardzo bliskie, o czym można się przekonać czytając choćby The Passion of the Infant Christ (która to książka stanowiła z kolei inspirację dla abp. Fultona J. Shena), ale także jej autobiografię A Rocking Horse Catholic.

Mam jedynie nadzieję, że może moje siermiężne tłumaczenie zachęci kogoś do sięgnięcia po książki autora, a może jakiegoś dobrego tłumacza do udostępnienia nam dorobku autora po polsku. Te cytaty są rzecz jasna wyrwane z kontekstu i ich pełen sens otwiera się w czasie lektury całej książki:

Chrystus otworzył się na najgorsze odrzucenie, ból i najgorszą samotność. W ofierze Mszy ofiara zostaje powtórzona, ciągle na nowo, każdej sekundy każdego dnia, na całym świecie; ale Golgota staje się piękna i sensowna dzięki „tańcowi ołtarza”, ofierze owoców pracy ludzi, gdy oni sami podróżują ku śmierci, cierpieniu i radości: chleba i wina.

Oto przydrożny zajazd, w którym się zatrzymujemy na chwilę, by się posilić i odpocząć. „Miłość poprosiła, bym wszedł...”

Najprostsza Msza jest najpiękniejszym wydarzeniem, jakie można sobie wyobrazić.

I na koniec jeszcze te dwa zdania:

Zatracenie własnej woli w woli Boga powinno być prawdziwym zajęciem każdego człowieka w czasie pobytu na ziemi. Jedynie kilku z nas – święci – jest zdolnych do takiej prostoty.


piątek, 10 sierpnia 2018

Przeciw życiu – przeciw Bogu


„Pierwszym ograniczeniem dzietności w historii chrześcijaństwa było to, co stało się w Betlejem – planistą rodzicielstwa był wówczas Herod. Zamach na życie niemowląt był jednocześnie zamachem na boskość w osobie wcielonego Boga, naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Nie sposób wystąpić przeciwko życiu, nie występując jednocześnie przeciwko Bogu, gdyż życie poczęte jest odbiciem wiekuistego poczęcia Syna w Ojcu”.

Fulton J. Sheen, Troje do pary, tłum. Agnieszka Sztajer

Wczoraj wielka radość. Zbrodnicza ustawa, która dopuszczała mordowanie nienarodzonych na życzenie, nie została przyjęta przez Senat Argentyny. Wprawdzie większość, która odrzuciła ten projekt, nie jest przytłaczająca (co martwi), ale jednak to zwycięstwo dające jakąś nadzieję.

W wielu krajach dopuszcza się teraz praktyki, którym przyklasnęliby naziści. To zadziwiające, jak bardzo zmieniła się mentalność ludzi ponad 70 lat od zakończenia II wojny światowej. Chciałoby się, aby Polska wyłamała się z tego trendu. Marne jednak szanse, by stulecie odzyskania niepodległości ukoronowała ustawą szanującą życie ludzkie, dając tym samym przykład światu.

wtorek, 17 lipca 2018

Corner Shop: Car jak Chrystus i dwie inne wizje Caryll Houselander, cz. I


Dzisiejszej nocy minęła dokładnie setna rocznica zamordowania ostatniego cara Rosji i jego rodziny przez bolszewików. Dla nas, Polaków, słowo „car” nie ma najlepszych konotacji. Toteż z pewnością z jednej strony odczuwamy zgrozę z powodu tamtego brutalnego mordu, a z drugiej strony nie budzi to wydarzenie prawdopodobnie większego współczucia. Być może nawet jest to uczucie, jakie wielu żywiło oglądając zdjęcia z egzekucji Ceausescu i jego żony – świadomość, że dokonano tak naprawdę mordu przy pozorach praworządności, ale że i tak mu (im) się to „należało”, a proces z prawdziwego zdarzenia jedynie by przeciągał nieuniknione.


Tymczasem mamy w literaturze zapis, który przedstawia całą rzecz w zupełnie innym świetle. Jest to dość kontrowersyjne przedstawienie mordu dokonanego na carze Mikołaju II. Być może niektórzy nawet powiedzieliby, że bluźniercze. A już z pewnością trudne do przełknięcia dla przeciętnego Polaka.

Caryll Houselander prawdopodobnie jest autorką raczej słabo znaną polskiemu czytelnikowi. Z jej dorobku, jeśli dobrze się orientuję, wydano po polsku jedynie „Trzcinę Boga” i chyba ze dwie książki dla dzieci. Tymczasem ta XX-wieczna angielska mistyczka była inspiracją np. dla tak ważnego XX-wiecznego autora i duchownego, jak Fulton J. Sheen. Ślady tej inspiracji można odnaleźć w „Life of Christ”.

Caryll Houselander miała w swoim życiu trzy odmienne wizje Chrystusa. W tych trzech osobnych przypadkach zobaczyła Chrystusa w różnych ludziach, których napotkała na swojej drodze. Pierwszy taka wizja dotyczyła niemieckiej zakonnicy z Bawarii. Działo się to podczas I wojny światowej, kiedy Niemcy raczej nie cieszyli się, mówiąc delikatnie, najlepszą reputacją, a młode dziewczyny wychowywane przez zakonnice, wśród nich i sama autorka, były, jak to określiła Houselander, indoktrynowane „w zapiekłej nienawiści do Niemców”.


Wśród tych zakonnic znajdowała się właśnie ta jedna z Bawarii, która w tej atmosferze wojennych złych emocji czuła się dość samotna, co pogłębiała dodatkowo słaba znajomość zarówno francuskiego, jak i angielskiego i brak atutów zjednujących sympatię młodych dziewcząt. Któregoś dnia młoda Caryll, idąc korytarzem, zauważyła, że owa zakonnica czyściły buty uczennic. Tak to relacjonuje dalej w swojej autobiografii „A Rocking Horse Catholic”:


Zatrzymałam się i weszłam do środka, zamierzając pomóc jej w czyszczeniu. Dopiero gdy się wystarczająco zbliżyłam, zauważyłam, że szlocha; łzy ściekały jej po różanych policzkach i kapały na błękitny fartuch i dziecięce buciki. Zmieszana spuściłam oczy i stałam przed nią, niema z zażenowania, nie mogąc zupełnie wykrztusić słowa. Widziałam, jak jej duże, spracowane dłonie opuszczają się na podołek i obejmują te buciki. I nawet owe dłonie, czerwone i spękane, o stępionych paznokciach, były złożone w sposób, który wyrażał nieukojoną żałość.
Obie byłyśmy pogrążone w całkowitym milczeniu: ja – patrząc na jej piękne dłonie, bojąc się podnieść wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć, ona – bezdźwięcznie szlochając.
W końcu z wysiłkiem uniosłam głowę i wtem – ujrzałam to – zakonnica miała na głowie cierniową koronę.
Nie będę próbować tego wyjaśniać. Po prostu mówię, jak to wyglądało.
Ta pochylona głowa była przytłoczona koroną cierniową.
Stałam tak – jak przypuszczam – kilka sekund, wprawiona w osłupienie i wtedy, odnajdując język, powiedziałam do niej:
Ja bym nie płakała, gdybym nosiła koronę cierniową jak ty.
Spojrzała na mnie, jakby przestraszona i spytała:
– Co masz na myśli?
– Nie wiem – odparłam. I wówczas nie wiedziałam.
Usiadłam obok niej i razem polerowałyśmy buty.

Nim przejdziemy do drugiej wizji, tej, która dzisiaj jest najważniejsza, zmieńmy kolejność i krótko powiedzmy jeszcze o wizji trzeciej i ostatniej – Caryll Houselander jadąc metrem któregoś dnia zobaczyła nagle Chrystusa w pasażerach. Jak pisze: „Dość nagle ujrzałam swoim umysłem, ale tak żywo, jak cudowny obraz, Chrystusa w nich wszystkich [pasażerach metra]. Ale ujrzałam więcej niż to; nie tylko Chrystus był w każdym z nich, żyjąc w nich, umierając w nich, radując się w nich, smucąc się w nich – ale ponieważ On był w nich i ponieważ oni byli tutaj, cały świat był tutaj także, tutaj, w tym podziemnym pociągu; nie tylko świat taki, jaki był w tej chwili, nie tylko wszyscy ludzie we wszystkich krajach świata, ale wszyscy ci ludzie, którzy żyli w przeszłości i ci wszyscy, którzy mieli dopiero nadejść”.



CDN


piątek, 27 kwietnia 2018

Corner Shop: Skarb nie tylko w glinie – o autobiografii Fultona J. Sheena


Z całą pewnością wśród książek Fultona J. Sheena Treasure in Clay należy do jednych z ważniejszych i szkoda, że do tej pory nie została ona przetłumaczona i wydana po polsku. Bardzo często zdarza się, że autobiografie katolickie, zwłaszcza jeśli opisują zmagania z własną wiarą lub niewiarą oraz dramatyczne wydarzenia w życiu autora, porównywane są do Wyznań św. Augustyna. Często na wyrost, bo choć taka autobiografia bywa ciekawa, a nawet ważna, to jednak z reguły daleko jej do wielkiego dzieła tego wybitnego teologa i filozofa oraz ojca Kościoła w jednym.

Treasure in Clay można natomiast śmiało postawić na półce obok dzieła autora Państwa Bożego. I wcale nie dlatego, by okrzyknąć ją drugimi Wyznaniami. Nie zawiera bowiem jakichś niezwykłych zmagań z własną wiarą i niewiarą, a mimo to w moim przekonaniu należy do jednych z ważniejszych dzieł tego typu. Jest jakby przeciwwagą do burzliwych dziejów św. Augustyna. Gdyby chcieć oddać w przybliżeniu, o co chodzi, można by się odwołać do podobnego przypadku w literaturze mistycznej. Z jednej strony na przykład św. Jan od Krzyża ze swoją ciemną nocą duszy, a z drugiej pogodny mistyk angielski Richard Rolle.

W autobiografii wielkiego amerykańskiego duchownego jest tej pogody dość sporo, bo i nie brak tu sporej dawki humoru. Fulton J. Sheen zresztą podkreśla w swojej książce, że ten humor jest nieodłączną cechą katolika, bo ma on stosowny dystans do tego świata, wiedząc, że czeka nas wieczność. I jest to humoru różnoraki. Ci, którzy mieli okazję zobaczyć któryś z programów telewizyjnych Sheena, wiedzą, o co chodzi. Sheen bardzo często żartuje z siebie samego, wykazując tym samym zdrowy dystans nie tylko do świata doczesnego, ale także do własnej osoby. Zabawne anegdotki opowiadane przez Sheena nadają tej książce lekkości, co nie oznacza, że sama książka jest jedynie lekturą łatwą, zabawną i przyjemną.

Zawiodą się jednak niewątpliwie wszyscy ci, którzy szukają jakichś zakulisowych konfliktów, opisów kościelnych gier i starć ambitnych hierarchów. Autor takich konfliktów w swoim życiu nie uniknął, ale dowiadujemy się o nich jedynie co nieco ze wstępu, którego autor wspomina o atakach na Sheena ze strony kardynała Spellmana. Sam Sheen pisze o tych problemach ogólnikowo, bez wdawania się w szczegóły i obarczania winą kogokolwiek konkretnego.

Zawiedzeni będą także ci, którzy chcieliby się dowiedzieć jakichś niezwykłych tajemnic rodzinnych Sheena. Autor rzecz jasna wspomina swoją rodzinę, pisze o swojej matce i ojcu (i tu nie brak zabawnych momentów), ale jest oszczędny w serwowaniu nam rodzinnych tajemnic czy historii. Mówi tylko tyle, ile trzeba. Nie pisze nawet o tym, jak przeżył śmierć swoich rodziców, nie wtajemnicza nas za bardzo w kariery i historie rodzinne swoich braci, choć niewątpliwie sporo o rodzinie Sheena, atmosferze, w jakiej się wychowywał, środowisku, które go kształtowało, dowiadujemy.

Ot, choćby taka anegdotka. Sheen należał do pilnych i wyróżniających się w szkole uczniów. Jednak jego rodzice nie bardzo okazywali entuzjazm z powodu jego znakomitych wyników. Któregoś dnia młody Fulton J. Sheen nie wytrzymał i spytał swoją matkę, dlaczego jego ojciec go nigdy nie chwali, nie powie jakiegoś dobrego słowa. Matka popatrzyła na syna i powiedziała: „Nie chce cię popsuć, ale mówi wszystkim sąsiadom dookoła”.

W samej książce jest sporo materiału, który można by poddać refleksji, a któremu nie sposób poświęcić należytej uwagi w tak krótkiej recenzji. Fulton J. Sheen porusza w niej bowiem zadziwiająco szeroki wachlarz tematów, a o każdym z nich mówi sporo mądrych rzeczy. Pisze np. o swojej pracy wykładowcy i poświęca temu zagadnieniu wiele cennych uwag, które mogą być wskazówką zarówno dla każdego nauczyciela w szkole średniej czy podstawowej, jak i wykładowcy akademickiego. Sądzę, że także bezcenne są jego refleksje o kapłaństwie i celibacie. Zwłaszcza w dzisiejszym świecie, w którym panuje taki zamęt. Kapitalne są strony o misjach (w jednym z wypisów przytoczyłem jedną z opisanych w książce historii). Nie brak też wydarzeń w życiu Sheena niezwykłych, wskazujących na działanie Opatrzności.

Dla Polaków z pewnością cenne będą wątki polskie. Sheen, który nie miał złudzeń co do komunizmu, a sporo wiedzy o nim jako wykładowca (przeczytał sumiennie pisma Marksa, Lenina i Stalina, nim zaczął wykładać), nie miał też złudzeń co do losu Polski w czasie II wojny światowej. Kiedy nawet duchowni wyobrażali sobie nawinie, że Rosja walcząca po stronie aliantów jest „demokracją” (sic!), Sheen pozbawiony był tych naiwnych złudzeń. Choć wielu uważało go za szaleńca, wieszczył zajęcie Polski i Europy Środkowej przez Związek Sowiecki. Z wielkim szacunkiem i świadomością, że ma do czynienia z wybitną osobistością, Sheen wypowiadał się o Janie Pawle II. Autor Treasure in Clay wyraźnie zdawał sobie sprawę z roli, jaką Karol Wojtyła odegra w historii Kościoła i świata.

W zasadzie, gdybym chciał o tej książce napisać bez poczucia, że tylko dotknąłem tematu, musiałbym bez dużej przesady poświęcić jej codziennie przynajmniej jeden wpis na tym blogu – tak bogaty ładunek intelektualny, nie tylko faktograficzny ona zawiera. Napiszę więc o jednej rzeczy, która mi imponuje: abp. Fulton J. Sheen nawrócił wielką liczbę ludzi na katolicyzm. I to jest rzecz, która najbardziej mnie w nim ujęła. Wszystkie jego książki, programy telewizyjne i radiowe (był przecież w swoich czasach swego rodzaju celebrytą!), jego humor i talent głoszenia słowa Bożego nie miałyby dla mnie aż takiego znaczenia, gdyby nie fakt, że służyło to nawracaniu ludzi na prawdziwą wiarę. Pod tym względem Sheen imponuje mi na równi z innym wybitnym katolikiem, jakim był bez wątpienia Hilaire Belloc. Kiedy czytałem biografię tego ostatniego, to był również fakt, który mi zaimponował najbardziej. Zresztą Belloc, obok Chestertona i C.S. Lewisa należał do autorów, których sam Sheen podaje jako tych, którzy wywarli na niego największy wpływ.

Sheen pisze o swojej roli, jako duchownego nawracającego na katolicyzm, skromnie. Stwierdza, że był jedynie narzędziem w rękach Boga i że sam sobie nie może niczego przypisywać. Nawet kiedyś zwrócił uwagę pewnemu młodemu księdzu, który się pochwalił, że nawrócił już sześćdziesiąt dwie osoby w ciągu sześciu lat: „Radziłbym ci przestać ich liczyć, inaczej możesz pomyśleć, że to ty ich nawróciłeś, nie Bóg”. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli Sheen był jedynie narzędziem w rękach Boga, to było to narzędzie doskonałe. A choć sam Sheen nie przechwalał się tym, ile osób nawrócił, to w książce podaje parę ciekawych przykładów. Nie pomija również uczciwie i tych, gdzie jego próby zakończyły się niepowodzeniem.

Miejmy nadzieję, że wcześniej lub później doczekamy się w końcu polskiego przekładu i wydania tej znakomitej autobiografii, gdyż jest to zaiste prawdziwy „skarb”, może nie w glinie, ale na papierze. Skarb, który warto odkryć dla siebie, ale i też dla innych.

Fulton J. Sheen, Treasure in Clay, Image Books/Doubleday, New York, London, Toronto, Sydney, Auckland 2008.

środa, 11 kwietnia 2018

Fulton J. Sheen: Nie można zapobiegać złu złem


Arcybiskup Fulton J. Sheen opisuje w swoich książkach różne anegdoty, jedne zabawne, inne nieco mniej, ale każda z nich daje nieco do myślenia.

To, co mi w szczególności imponuje w życiu i twórczości amerykańskiego duchownego, to fakt, że przyczynił się do nawrócenia wielu osób. To samo zresztą zaimponowało mi w przypadku H. Belloca, do którego wpływu na swoją własną twórczość i działalność Sheen zresztą się przyznawał. Obaj autorzy napisali sporo książek (Belloc ponad setkę, Sheen około siedemdziesięciu) i artykułów, wdawali się w dysputy, byli znanymi osobistościami, obok których nie sposób było przejść obojętnie. Jednak to, co dla mnie jest oznaką ich wybitności, to fakt, że nawracali innych. Cóż bowiem znaczyłyby te wszystkie książki i publikacje, gdyby nie nawrócili choć jednej duszy? Czy nie byłaby to jedynie słoma, jak określił swoje wielkie dzieło św. Tomasz z Akwinu?

Fulton J. Sheen zresztą skromnie twierdził, że nawrócenie tej imponującej rzeszy ludzi, to nie jego zasługa, że Pan Bóg posłużył się nim jedynie jako narzędziem. Jakkolwiek potraktowalibyśmy te słowa, trzeba przyznać, że arcybiskup miał podejście do ludzi, co najlepiej ilustrują przykłady, jakie sam podaje. Ta umiejętność nawiązywania kontaktu, a nawet dar rozeznania, z kim ma do czynienia i co gnębi jego rozmówcę, były niewątpliwie bezcenne i czyniły z duchownego „narzędzie” doskonałe.
Sheen jednak przyznaje, że nie zawsze jego trud był nagrodzony sukcesem, choć miał nadzieję, że zasiane ziarno może kiedyś wyda swój plon.

Gdy obserwuję to, co dzieje się wokół aborcji i gry polskich posłów, by opóźnić głosowanie nad ustawą (tak, nie mogę uciec od tego tematu), przypomniała mi się historia jednej z takich nieudanych prób nawrócenia. Na pozór nie ma ona nic wspólnego z działaniami naszych polityków.

Otóż w Paryżu Sheen spotkał pewnego bogatego człowieka. Jak się okazało, związał się on z mężatką. Jednak kobieta ta mu się najwidoczniej znudziła, gdyż postanowił się z nią rozstać. Spakował jej rzeczy i poprosił o opuszczenie jego mieszkania. Owa pani jednak nie chciała go opuścić, a przynajmniej prosiła go, aby pozwolił jej jeszcze z nim być do pewnego czasu i podała nawet datę. Zagroziła mu, że jeśli nie posłucha jej błagania, popełni samobójstwo. Człowiek ów spytał więc Sheena, czy powinien pozwolić jej zostać, aby zapobiec samobójstwu. Duchowny wysłuchawszy całej tej historii, odparł, że po pierwsze kobieta ta nie zabije się. Po drugie, że nie wolno popełniać jednego zła, aby zapobiec drugiemu. Mężczyzna zrobił tak, jak poradził mu Sheen. Nie zmienił jednak swojego postępowania, lecz wkrótce, dość szybko, związał się z kolejną kobietą. Duchowny spotkał go jakiś czas później w innym mieście, z jeszcze inną kobietą... Ale to już inna historia.

Pisałem tu już o tłumaczeniach ministra Gowina, który zasłaniał się „wahadłem”, które rzekomo ma wychylić się w drugą stronę i spowodować tzw. „zliberalizowanie” prawa chroniącego nienarodzone dzieci. By chronić część tych dzieci, jeśli dobrze rozumiem słowa pana ministra, uznaje on tzw. „kompromis aborcyjny”, który de facto jest po prostu złem, dopuszczającym mordowanie nienarodzonych, ale nie wszystkich.

Bardzo przypomina mi to rozumowanie tego pana z Paryża. Zastanawiał się on nad tym, czy nie powinien pozwolić na trwanie cudzołożnego związku, choćby na pewien czas, aby zapobiec „gorszemu” złu, jakim jest samobójstwo. Arcybiskup Sheen odpowiedział mu stanowczo. Czy podobnie stanowczo nie powinni zareagować polscy biskupi i zdecydowanie potępić postępowanie polskich polityków? Tak, wiem, polscy duchowni – którzy niestety przyczynili się do utrącenia poprzedniego projektu zakazującego aborcji – zdają się tym razem wyraźnie podkreślać potrzebę ochrony życia, ale czy na pewno robią wszystko?

Najwyższy czas obnażyć obłudę myślenia polityków, którzy sądzą, że tzw. „kompromis aborcyjny” jest „mniejszym” złem. Nie można zapobiegać jednemu złu, czyniąc inne. Katolicki polityk powinien chyba promować cywilizację życia i robić wszystko, by się ona urzeczywistniła, nawet gdyby ludzie w przyszłych wyborach wybrali kogo innego.

Wśród różnych inicjatyw, mających na celu przyspieszenie pełnej ochrony życia ludzkiego, moją uwagę zwrócił apel dziennikarzy skierowany do polskich posłów. Miejmy nadzieję, że te wszystkie wołania w końcu odniosą skutek. Jeśli tak się stanie, nie będzie to jeszcze oznaczać zwycięstwa. Pełne zwycięstwo będzie wówczas, kiedy nikt nie będzie traktował poważnie argumentów za aborcją i nawoływania do zalegalizowania prawa do mordowania własnego dziecka. Ale do tego trzeba budować cywilizację życia, a nie cywilizację kompromisów ze złem (i złym).

środa, 4 kwietnia 2018

Diabelska parodia słów Chrystusa: „To jest Ciało moje!”


Pisałem wczoraj o tej zadziwiającej analogii między aborcją a Męką Pana Jezusa i zauważyłem, że czarne marsze nasuwają skojarzenie z satanistyczną „czarną mszą”. Dzisiaj na portalu PCh24.pl pojawił się krótki tekst o procesji eucharystycznej i drodze krzyżowej odprawionej przed kliniką aborcyjną w Stanach. Przy tej okazji przytoczono wypowiedź prof. Petera Kreefta, który zwrócił uwagę na dość zaskakującą zbieżność.


Otóż kobiety domagające się prawa do aborcji, czyli mówiąc bez ogródek: prawa do mordowania swojego nienarodzonego dziecka, podkreślają, że chodzi o ich ciało: „To jest moje ciało” (This is my body). Amerykański profesor, wykładowca i autor tłumaczonych również na polski książek z dziedziny apologetyki katolickiej, widzi w tym diabelską parodię Chrystusowego: „To jest Ciało moje” (This is my Body).


Mamy więc ponownie de facto czarną mszę. Czy tego chcemy, czy też nie, nie możemy uciec przed diabelskimi skojarzeniami.


Co więcej w artykule zacytowane są słowa ks. Franka Pavone, który rozwija ten wątek i mówi m.in.: „Oddając swoje Ciało Chrystus uczy sensu miłości: ofiaruję siebie dla dobra innych osób. Aborcja uczy przeciwieństwa miłości: ofiaruję drugą osobę dla własnego dobra!”.


Innymi słowy: zwolennicy aborcji chcą złożyć w ofierze niewinne dziecko, tak jak starożytni Żydzi postanowili złożyć w ofierze niewinnego Chrystusa. Intencją i jednych, i drugich (przynajmniej na pozór) jest ocalenie własnego życia, a nawet lepsza jakość tego życia.


Wiemy, jaki los spotkał Jerozolimę. Chrystus zapowiedział jej fatum w Niedzielę Palmową, ale także idąc na swoją śmierć na Kalwarii. Jaki los spotka współczesną „Jerozolimę”, która wydaje na śmierć niewinne ludzkie życie?


Może dorzućmy do tego jeszcze jedno skojarzenie. Tym razem dotyczy ono spostrzeżenia arcybiskupa Fultona J. Sheena. Otóż w jednej ze swoich książek amerykański duchowny zwrócił uwagę na intrygujący fakt: różne negatywne role odgrywają w Męce i śmierci Pana Jezusa mężczyźni. Nie ma natomiast ani jednej wzmianki choćby o jednej kobiecie, która by w jakiś sposób przyczyniła się do cierpień i śmierci naszego Pana. Kobiety odgrywają role raczej pozytywne. Kiedy wszyscy uczniowie, z wyjątkiem Jana, opuszczają Chrystusa, to one stoją pod krzyżem. To kobiety płaczą, kiedy podąża na swoją śmierć. To kobieta ostrzega swojego męża, Piłata, by nie miał nic wspólnego ze śmiercią Pana Jezusa. To kobiety wreszcie spieszą skoro świt, by namaścić wonnościami Ciało zmarłego Chrystusa.


Dzisiaj to kobiety zdają się krzyczeć najgłośniej: „Ukrzyżuj!”


piątek, 30 marca 2018

Corner Shop: „Life of Christ”, czyli jedyny taki Człowiek na świecie


Do znanych książek arcybiskupa Fultona J. Sheena, które jeszcze nie zostały udostępnione czytelnikowi w polskim przekładzie, należy Life of Christ. Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później doczekamy się przekładu na nasz język. W międzyczasie jedynie czytelnicy władający językiem Szekspira mogą cieszyć się zarówno wydaniem papierowym, jak i elektronicznym.


Jeśli ktoś się zastanawia, czy warto po tę publikację sięgnąć, może zachęci go fakt, że była to książka, którą – jak dowiadujemy się z przedmowy – zawsze miała przy sobie Matka Teresa z Kalkuty. Czy trzeba lepszej rekomendacji niż rekomendacja świętej?!


To jedna z tych książek Sheena, które warto przeczytać więcej niż jeden raz. Z pewnością każdy znajdzie tu sporo przemyśleń i rzeczy wartych refleksji. Sądzę też, że wielu dowie się przynajmniej paru rzeczy nowych, na które może nie zwrócili nigdy wcześniej uwagi.


Dzieło Sheena nie jest powieściową wersją życia Chrystusa, choć niewątpliwie czyta się jak powieść. Nie jest też pracą wyczerpującą wszystkie zagadnienia związane z życiem naszego Pana. Musiałaby wówczas liczyć przynajmniej kilka tomów, a już i tak obecne wydanie ma ponad 650 stron druku.

Z pewnością też Life of Christ nie jest książką w ścisłym rozumieniu tego słowa naukową, która wymagałaby od czytelnika znajomości teologii czy biblistyki. To rzecz w zasadzie dla każdego. I to zarówno katolika, jak i tego, kto chciałby dowiedzieć się o życiu Chrystusa czegoś, nie mając o naszej wierze żadnego pojęcia.


Arcybiskup Sheen niejako porządkuje dla laika materiał ewangeliczny, cytując obficie z Pisma Świętego, aczkolwiek w żaden sposób nie zanudzając, prowadzi nas przez życie Chrystusa, uświadamiając nam jednocześnie jego wyjątkowość. A na czym ta wyjątkowość polega?


Autor wymienia kilka istotnych elementów, które czynią z Chrystusa postać jedyną w dziejach ludzkości. A jak twierdzi, opiera się na dwóch dostępnych człowiekowi probierzach: historii i rozumie.


Po pierwsze Sheen stwierdza, że nasz Pan jest jedynym Człowiekiem na ziemi, którego przyjście zostało zapowiedziane. Żaden z mędrców, filozofów, założycieli religii czy wybitnych osobistości w dziejach świata nie był wcześniej zapowiedziany przez proroctwa. Nie można tego powiedzieć ani o Buddzie, ani o Konfucjuszu, ani o Sokratesie czy Mahomecie. Co więcej proroctwa dotyczące Chrystusa, które pojawiły się na wieki przed Jego przyjściem na ten świat, zawierają zdumiewające szczegóły, takie jak: dokładne miejsce Jego narodzin, narodziny z Dziewicy, sposób Jego śmierci, detale dotyczące Jego Męki, zdradę ze strony bliskiej Mu osoby itp., itd. Tego nie można powiedzieć o żadnej ze znanych nam postaci historycznych. 


Z tym faktem łączy się również to, że Chrystus był Mesjaszem powszechnie oczekiwanym. Gdyż, jak twierdzi Sheen, spodziewali się Go nie tylko Żydzi, ale nawet narody pogańskie, na co możemy znaleźć dowody w ich piśmiennictwie i to nie tylko rzymskim czy greckim, ale nawet w literaturze rejonu tak odległego geograficznie jak Chiny. Świat po prostu oczekiwał Zbawiciela, który wybawi go od grzechu.


Drugim elementem wyróżniającym Chrystusa jest to, że wpłynął On na historię z taką mocą, że wręcz podzielił ją na dwa okresy. Pierwszy – do Jego przyjścia i drugi – po Jego przyjściu. Chcąc nie chcąc nawet ateiści muszą datować różne wydarzenia według tego schematu. Można tutaj dodać, że nie zmienia tego faktu podział na lata przed naszą erą i lata naszej ery.


Trzecią rzeczą, która wyróżnia Chrystusa od wszystkich możliwych postaci historycznych, jest fakt, że nasz Pan narodził się po to, aby umrzeć, podczas gdy wszyscy ludzie rodzą się po to, aby żyć. Krzyż padał na życie Chrystusa już niemal od pierwszej Jego chwili na ziemi. Pojawia się tutaj znana analogia z malarstwa i teologii, która kojarzy małego Jezusa, obwiązanego w pieluszki z Chrystusem złożonym do grobu, obwiązanego śmiertelnym całunem. Także podczas ofiarowania w świątyni padają słowa starca Symeona, które zapowiadają cierpienie.


Dla każdego innego człowieka, nauczyciela, filozofa, mędrca śmierć była klęską, uniemożliwiała im głoszenie swojej nauki, przerywała ich pracę. Nawet jeśli Sokrates zażył cykutę z godnością, to nie zmienia to faktu, że była to katastrofa. W przypadku Chrystusa śmierć była triumfem nad złem, mimo pozorów, że to właśnie zło zwyciężyło. Śmieć była już na samym początku tym, po co na ten świat przyszedł.


Wreszcie czwartym ważnym wyróżnikiem dotyczącym Chrystusa było to, że naszego Pana nie można po prostu zakwalifikować jako jeszcze jednego mędrca czy nauczyciela – dobrego człowieka, który głosił naukę, jak np. wieść godne życie. Sheen przypomina tu argument używany przez apologetów, że albo Chrystus był Bogiem, albo złym człowiekiem. Nie można bowiem uznać za dobrego człowieka kogoś, kto oszukuje swoich uczniów. A przecież Pan Jezus mówił, że jest Synem Bożym, że jest Prawdą, Drogą, Życiem, a wreszcie, że jest jedno z Ojcem i Duchem Świętym. Jeśli tak, to nie mógł być po prostu dobrym człowiekiem, jednym z wielu mędrców, bo ktoś, kto jest dobrym człowiekiem nie może mówić swoim uczniom rzeczy, które są po prostu nieprawdziwe. Albo zatem był nikczemnikiem, podłym kłamcą, albo Bogiem. Tertium non datur!


Sheen używa argumentów rozumowych, by dowieść prawdziwości i wyjątkowości postaci Chrystusa. Sądzę, że są to argumenty, które mogą przekonać nawet osobę niewierzącą, a przynajmniej zachęcić ją do głębszego poznania postaci naszego Pana. Rzecz jasna książka Fultona J. Sheena nie koncentruje się jedynie na podanych wyżej argumentach, ale są one istotne dla zrozumienia żywota naszego Pana.


Jak już napisałem wyżej, książka Sheena daje bogaty materiał do refleksji, pozwala lepiej zrozumieć Ewangelię Chrystusa, a także wnikliwiej czytać Pismo Święte. Przede mną Sheen odkrył sensy, których wcześniej nie dostrzegałem, a które są istotne dla zrozumienia, w co tak naprawdę wierzymy, czego naucza Kościół.


Książka Sheena zadaje też kłam stwierdzeniom, że rzekomo katolicy szukają w wierze łatwego pocieszenia. Autor podkreśla, że Chrystus nie obiecywał swoim uczniom prostych rozwiązań – że na przykład nie doświadczą na tym świecie cierpień, jeśli tylko będą w Niego wierzyć. Wprost przeciwnie – nasz Pan jasno dał do zrozumienia, że skoro On cierpiał, to również Jego uczniów spotka podobny los. Świat bowiem zwróci się przeciwko Jego uczniom, tak jak zwrócił się przeciwko odwiecznej Prawdzie.


Fulton J. Sheen, Life of Christ, Image Books/Doubleday, New York, London, Toronto, Sydnej, Auckland, 2008.