Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2020

Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa

Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć. Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa”.

Chyba wbrew intencjom organizatorów natomiast znakomicie odzwierciedlił istotę islamu plakat, który propaguje to wydarzenie. Spójrzcie tylko, Państwo: wokół minarety z charakterystycznym półksiężycem – wręcz natłok tych minaretów, a za nimi – jakby oblężone – pozbawione krzyży wieże kościołów. Dodatkowo plakat ten świetnie oddaje sytuację współczesnej Europy. Tak właśnie może wkrótce wyglądać.

A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów? Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?

Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.

No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego. Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.



sobota, 11 maja 2019

Co mogą biskupi i księża?

Czyli budzący optymizm film z małej Łotwy, który pokazuje, że jeśli tylko duchowni chcą wykazać się inicjatywą, mogą wiele zdziałać w obronie cywilizacji europejskiej i wpłynąć na polityków. U nas niestety często w kluczowych sprawach hierarchia zdaje się milczeć, zamiast dać do zrozumienia „konserwatywnym” politykom, że narażają się na ekskomunikę. W moim rodzinnym Wrocławiu w dalszym ciągu nie widać zdecydowanej reakcji arcybiskupa na dofinansowywanie in vitro z kieszeni podatnika.

Materiał jest również budujący pod tym względem, że daje świadectwo silnej wiary. Aż chciałoby się prosić o więcej. Wideo „Siła biskupów, siła Kościoła. Jak na Łotwie gender zatrzymano” można obejrzeć na stronie PChTV.


sobota, 16 marca 2019

Dlaczego Trzaskowski jest lepszy od Jakiego?

Patrząc na poczynania Rafała Trzaskowskiego w Warszawie mam pewną satysfakcję. Jeszcze w trakcie wyborów samorządowych pisałem:

pan Trzaskowski nie ukrywa, że chce z Warszawy zrobić Sodomę. Mówi to wystarczająco jasnym językiem, by dotarło to nawet do najbardziej tępego człowieka. Patryk Jaki natomiast stwierdza, że nie chce „Warszawy ideologicznej” i w taki sposób szykuje nam ów koszmar – ów korowód, o którym pisze Chesterton w powieści Człowiek, który był czwartkiem.

(...)

Otwieranie szeroko drzwi Sodomie jest rzecz jasna złe. Ale czy wpuszczanie jej bocznymi drzwiami jest lepsze? W tym pierwszym przypadku przynajmniej ludzie mogą się od razu przekonać, co się szykuje i zareagować. W tym drugim – kiedy się zorientują, co się stało, może być już za późno – ich dom otoczą sodomici, by poobcować z aniołami.

Dlatego zdecydowanie wolę Trzaskowskiego. Choć nie znaczy, bym na niego głosował. W końcu zło jest złem. Również i to przebrane w skórę „nieidologicznej” owcy.

Moja satysfakcja wynika oczywiście nie ze skandalicznych poczynań pana Trzaskowskiego i jego świty, ale z tego, że ludzie zareagowali. A więc miałem rację, że wprowadzanie Sodomy wprost spotka się z oporem. Zareagowali rodzice, zareagowały organizacje pro-rodzinne, zareagował PiS, zareagowali nawet biskupi, choć wcześniej milczeli, kiedy Patryk Jaki głosił poglądy, za jakie powinna spotkać go ekskomunika. Zaprotestowali liderzy protestanckich zborów.

Gdyby Patryk Jaki został prezydentem, pomysły, jakie otwarcie zaczął realizować Trzaskowski, byłyby wprowadzane stopniowo – kropla drążyłaby skałę. On „tylko” pozwalałby na sodomickie parady, „tylko” podpisałby się pod dofinansowywaniem in vitro, może nawet „tylko” wyasygnowałby jakieś pieniądze na hotelik dla homoseksualistów, gdyby jego wiceprezydent go o to poprosił. A to wszystko przy milczeniu duchowieństwa, bo to przecież „nasz” prezydent. Kto wie, może nawet po zakończeniu kadencji odprawiono by Mszę dziękczynną za te wszystkie „zbożne” dzieła.

Na szczęście mamy jednak otwartą wojnę.


poniedziałek, 4 lutego 2019

Milczenie pasterzy

Media skupiają się głównie na ataku na dziennikarkę TVP. Ten atak to pewnie taka nowa forma walki z nienawiścią ze strony opozycji. Ciekawe, czy mieści się to „w granicach przewidzianych prawem”, jakie zakłada Donald Tusk?

Oczywiście takie burdy należy potępić. Tym bardziej potępić pasywność policji, jeśli nie wywiązała się ze swoich obowiązków. Aczkolwiek nie ma wątpliwości, że komuś bardzo zależy na tym, by stworzyć nowych męczenników i doprowadzić do konfrontacji siłowej.

Tymczasem jest problem, który jakoś nie zaprząta zbytnio, z pewnymi wyjątkami, mediów prawicowych i katolickich. Tym problemem jest uchwalenie 14 stycznia przez radę miejską we Wrocławiu dofinansowania z kieszeni podatnika procedury in vitro. Informacja o tym, wprawdzie ukazała się w różnych mediach, ale chyba porzuciły już temat zaabsorbowane takimi chwytliwymi tematami, jak na przykład nagłaśnianie nowej inicjatywy politycznej homoseksualnego aktywisty.

A tymczasem sprawa jest jak najbardziej aktualna. Po pierwsze dlatego, że przecież będzie miała konkretne katastrofalne konsekwencje moralne i społeczne. Po drugie dlatego, że wrocławska hierarchia wydaje się w ogóle problemu nie dostrzegać. Jako katolik spodziewałem się natychmiastowej i zdecydowanej reakcji arcybiskupa wrocławskiego, tymczasem mija kolejny tydzień i nie słyszę nic. W kościołach nie odczytano żadnego oświadczenia potępiającego tę decyzję, żadnego listu, żadnego protestu, żadnego przypomnienia nauczania Kościoła katolickiego w sprawie in vitro. Tak jakby sprawy w ogóle nie było.

To rzecz głęboko smutna, bo jest to już kolejny przypadek po lokalnych wyborach w zeszłym roku, kiedy nasi biskupi milczą. Znam katolików, którzy mimo wykształcenia i inteligencji są akurat na bakier z nauką moralną Kościoła o „dzieciach z próbówki”, bo jej nie rozumieją. Głos duchownych jest w takiej sytuacji, z jaką mamy do czynienia we Wrocławiu, niezbędnie potrzebny. Milczenie hierarchii w tej sprawie jest jedynie utwierdzaniem w błędnej postawie katolików „letnich” i tych, którzy nie rozumieją zła sztucznego zapłodnienia, choć skądinąd są może gorliwymi wyznawcami Chrystusa. Pytanie: Co dalej z Kościołem w Polsce, jeśli pasterze nie dbają o owce, nie próbują zawrócić ze złej drogi tych, które schodzą na manowce? Co dalej z Kościołem w Polsce, jeśli pasterze milczą, gdy powinni reagować?


czwartek, 24 stycznia 2019

Przełom XX i XXI wieku – potworna głupota i barbarzyństwo

Jeśli nasz świat przetrwa, to w przyszłości nasza epoka będzie określana wiekiem głupoty i bezprzykładnego barbarzyństwa.

Mimo niesamowitego rozwoju technologii, zwłaszcza w dziedzinie elektroniki, rozwoju wiedzy naukowej i różnych specjalizacji, zdajemy się poziomem moralnym staczać coraz bardziej do poziomu bezprecedensowego barbarzyństwa. Temu ogromnemu rozwojowi nauk technicznych – choć już nie na przykład w eksploracji kosmosu, gdzie postęp jest dużo wolniejszy, niż wyobrażali to sobie pisarze science-fiction – towarzyszy regres w dziedzinie nauk humanistycznych, a w tym w szczególności w etyce. To chyba się ze sobą po prostu wiąże. Rzeczy na pozór tak trywialne, jak upadek nauki łaciny w szkołach; zerwanie z wiekową tradycją, odrzucenie klasyków literatury, wyrzucenie z uczelni wyższych teologii, zwrócenie się „humanistów” przeciwko człowiekowi poprzez popieranie różnych zbrodniczych projektów – takich jak eutanazja, aborcja, in vitro..., zastąpienie prawdziwej nauki o człowieku tzw. „gender studies” – to wszystko (i dużo więcej) się ze sobą wiąże.

Dołóżmy do tego znieczulicę na wprowadzanie coraz bardziej barbarzyńskiego prawa. A przy tym dochodzi zwykły brak reakcji Kościoła katolickiego, który zajmuje się ekologią, zamiast zwrócić uwagę na to, że niedługo nie będzie dla kogo tej ekologii bronić, bo dzieci morduje się łonach matek, a świat zaczynają zaludniać egoistyczne, zimne, zapatrzone w siebie zombi, które łzę uronią co najwyżej nad martwym szczeniakiem i żuczkiem gnojakiem, ale już nie nad martwym człowiekiem.

We Wrocławiu w ubiegłym tygodniu przegłosowano dofinansowywanie in vitro z kieszeni podatnika. Arcybiskup Kupny na razie milczy. Nie słyszałem żadnej reakcji. W Polsce obchodzi się natomiast w Kościele dni jedności chrześcijan, dni judaizmu, dni islamu...

W stanie Nowy Jork pogorszono prawo jeszcze bardziej, wprowadzając już coś, co trudno tak naprawdę nazwać w ogóle prawem (jeśli to poprzednie można takim było określić). Nowe bezprawie dopuszcza mordowanie dzieci nawet w końcowym etapie ciąży. To barbarzyństwo uczczono radosną iluminacją Mostu Kościuszki i budynku One World Trade Center (sic!).


wtorek, 22 stycznia 2019

Hop ze sceny, hop na scenę, czyli tragedii ostatecznie nie było

Strach w ostatnich dniach cokolwiek pisać. Parafrazując znaną niektórym z mojego pokolenia piosenkę zespołu Dezerter: Wszyscy walczą z nienawiścią, aż się leje krew. Zwłaszcza ci, którzy wcześniej na wszelkie możliwe sposoby walczyli z obecnie rządzącą partią (i nie tylko). Krew wprawdzie jeszcze (na szczęście) dosłownie się nie leje – jeśli nie liczyć polityka zabitego przez ewidentnego szaleńca, a od tego przecież wszystko się zaczęło – jednak jeśli tak dalej pójdzie, to może się poleje. Zgaduję, że wówczas będzie można znowu odprawić ekumeniczną Mszę, na której pojawią się zarówno zwolennicy państwa świeckiego i rozdziału Kościoła od państwa, jak i muzułmanie i bracia heretycy. A Komunię będzie można rozdać nowocześnie i demokratycznie – na rękę.

Tymczasem mamy jedynie rysunkowy nóż z profilem Prezesa, żeby nie było wątpliwości, w którą stronę należy skierować dłoń walczącą z nienawiścią.

W tym całym radosnym teatrzyku dla Polaków triumfuje wielki szołmen. Ten sam, który od dawna terroryzuje nas miłością i dobroczynnością, wrogom Wielkiego Elektryka groził, że da im z „baszki” czy też z „baśki”, swoim zwolennikom radził, by gonili „dziadygów” z telewizji Republika, a pani profesor zalecał, jak na dżentelmena przystało, seks.

Kiedy rozegrała się tragedia i umierał (albo już umarł) człowiek, twórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy skupiał umiejętnie uwagę wszystkich głównie na sobie. Nagle ten, który w niewybrednych słowach potrafił obrażać innych i sam używa wulgaryzmów, jak obrażona primadonna zaczął się żalić na jakiś filmik satyryczny (mniejsza teraz o jego wartość artystyczną), który go dotknął. Urażone ego nastolatka – w którego umiejętnie się wciela od lat – widocznie nie dało mu spać po nocach. Na dodatek obraził pamięć ofiar obozu koncentracyjnego Auschwitz, stawiając cierpienia swojej urażonej, wiecznie młodzieńczej duszy na równi z ich tragedią.

Ten popis niedojrzałości, zamiast zniechęcić wszelkich fanów szołmena, jeszcze podkręcił emocje na maksa. Podstarzały nastolatek albo nastoletni dziadyga (by użyć jego terminologii) w chwili tragedii gadał trzy po trzy o „plastusiach”, o swoim urażonym ego, a potem... liczył forsę. Muszę powiedzieć, że gdy zobaczyłem fragment tego filmu w sieci, szczęka opadła mi z wrażenia aż na podłogę, choć mogłem przecież się tego spodziewać. Gdybym kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości co do nikczemnych intencji tego pana (a nigdy ich nie miałem – pisałem zresztą o tym tutaj), to po takim „szoł” straciłbym wszelkie.

Potem wystarczyło odstawić mały teatrzyk dla naiwniaków z odchodzeniem ze sceny (rezygnuję, ale będę w pobliżu), by już tuż po pogrzebie szybciutko znowu na nią wskoczyć, bo naród błaga. Nabrać na to wszystko mogli się jedynie ci nieszczęśnicy, którzy uczynili sobie z niego świeckiego świętego bez skazy (są już nawet tacy, którzy porównują go do Chrystusa). Potem albo chwilę przedtem, w każdym razie już po pogrzebie, można było sobie strzelić wesołą fotkę z prezydentem, który „jest za życiem” i dlatego popiera mrożenie dzieci w ciekłym azocie. Było naprawdę wesolutko.

Zakulisowi macherzy naprawdę mają nasz naród za skończonych idiotów.


poniedziałek, 21 stycznia 2019

Wrocław będzie dofinansowywał handel żywym towarem

Ubiegły tydzień przyniósł jedną szczególnie smutną wiadomość, a jest nią przegłosowanie przez wrocławskich radnych dofinansowywania z kieszeni podatnika handlu żywym towarem, który nazywa się dla niepoznaki eufemistycznie „in vitro”. Wstyd mi, że mieszkam w tym mieście, którego zresztą nie darzę jakąś szczególną sympatią (to ostatnie ma tutaj najmniejsze znaczenie).

Spodziewałem się jakiejś ostrej reakcji arcybiskupa Józefa Kupnego, odczytania na Mszach w całej diecezji oświadczenia naszego hierarchy, stanowiska Kurii. Nic takiego w zeszłą niedzielę się niestety nie stało. Być może nasz arcybiskup był zajęty w tym czasie ekumenicznymi modłami z naszymi braćmi heretykami? Może uznał, że stanowisko Kościoła jest w tej sprawie jasne i nie trzeba zajmować żadnego konkretnego stanowiska? A może się mylę? Może po prostu „młyny Kościoła bardzo powoli mielą”, abp. Kupny nie miał czasu zapoznać się dokładnie z treścią uchwały i już wkrótce potępienie decyzji radnych Wrocławia padnie z ust naszego duszpasterza? Chciałbym, aby tak było. Obawiam się, że podobnie jak w przypadku nieodpowiedzialnych, sprzecznych z nauką Kościoła katolickiego wypowiedzi Patryka Jakiego na temat in vitro, reakcją będzie milczenie.

Zdumiewająca jest krótkowzroczność naszych polityków zarówno w skali krajowej, jak i lokalnej. Nie dostrzegają oni katastrofalnych implikacji w przyszłości swoich dzisiejszych decyzji. Implikacji zarówno moralnych, jak i społecznych. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że sam prezydent Wrocławia – Jacek Sutryk – miał powiedzieć: „Mówiłem zresztą o tym wielokrotnie w trakcie samorządowej kampanii wyborczej. Jestem za życiem. I tu stawiam kropkę”. Tak! I pan Sutryk postawił kropkę na dzieciach mrożonych w ciekłym azocie! Kapitalne i horrendalne! Gdyby pan Sutryk był faktycznie za życiem, to wprowadziłby program zachęty do adopcji dzieci z domów dziecka dla par, które nie mogą począć dziecka w naturalny sposób. Ale po co? Lepiej przecież użalić się spektakularnie nad bezpłodnymi parami i zaproponować im kupno dziecka. Pieniądze z kieszeni podatnika wydaje się bardzo łatwo. Zwłaszcza na coś, gdzie sentyment i pozór odgrywają większą rolę niż rozum i autentyczne dobro.


piątek, 28 grudnia 2018

Herod roku 2018

Przyznany Jarosławowi Gowinowi tytuł „Heroda roku 2018” jest moim zdaniem jak najbardziej zasłużony. Powinien zresztą był go dostać już wcześniej. Ale konkurencja jest spora.

Temat aborcji jest przez naszych „prawicowych” polityków lekceważony albo traktowany jako temat wręcz zastępczy. Tymczasem wydaje się, że jest to jedna z najistotniejszych kwestii, że walka o prawa nienarodzonych to jeden z tych szańców, na których ważą się losy cywilizacji europejskiej.

Polityk prawicowy, który sprawę tę lekceważy lub uważa, że można tutaj iść na kompromisy, jest tak naprawdę politykiem krótkowzrocznym, niegodnym mojego głosu. To samo zresztą dotyczy sprawy in vitro. „Konserwatywny” polityk, który w kwestii sztucznego zapłodnienia idzie na ustępstwa, już poddał szaniec. To po prostu pierwszy wyłom, za którym pójdą następne.

Wydaje się, że Jarosław Gowin niestety należy do tych polityków, którzy tylko hamują postępy barbarzyństwa. Niestety nie jest jedyny, są też inni, którzy na miano Heroda zasługują i którzy niewątpliwie tytuł ten dostaną w przyszłym roku. Smutne, że taką „prawicę” mamy w Polsce.


piątek, 14 grudnia 2018

Dziecko-towar

Nowy rzecznik praw dziecka powiedział parę słów prawdy o handlu żywym towarem, jakim jest in vitro, a część opozycji i jakichś gwiazdek pop dostała amoku.

No przecież! Nie można zabraniać w społeczeństwie konsumpcyjnym prawa do posiadania. Nie można zabraniać prawa do nabywania. Nawet jeśli tym „przedmiotem”, który chce się posiąść i nabyć, jest człowiek.


piątek, 19 października 2018

Czym jest in vitro?


Nic chyba lepiej nie pokazuje, czym tak naprawdę jest in vitro niż kampania na ulicach Rzymu, Mediolanu i Turynu, jaką zorganizowali włoscy obrońcy życia i rodziny. O samej kampanii można więcej poczytać tutaj. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na zamieszczone tam zdjęcie plakatu, jakim posłużyli się obrońcy tradycyjnej moralności i rodziny.


Plakat przedstawia dziecko w wózku... sklepowym. Na jego gołej piersi widnieje kod kreskowy. Wózek jest pchany przez dwóch „tatusiów”. Czasami jeden obraz ujmuje istotę rzeczy lepiej niż tysiące słów. Takie są właśnie konsekwencje in vitro. Człowiek staje się po prostu towarem. Wprawdzie jeszcze nie kupuje się ludzi w supermarketach, wybierając z półek „towar”, który nam najlepiej pasuje rozmiarem, kolorem oczu, płcią, barwą skóry i włosów i potencjalnymi predyspozycjami, ale taka wizja wydaje się być dość bliska realizacji. „Nowy wspaniały świat” na wyciągnięcie ręki!


Rację miała Anna Golędzinowska, nawrócona była modelka, która określiła in vitro handlem żywym towarem. Tak właśnie jest. A jeśli ktoś tego nie dostrzega i mydli nam oczy sentymentalnymi opowiastkami o rodzicach, którzy tak bardzo chcieliby mieć dziecko, to jest po prostu krótkowzroczny albo jest na wskroś złym człowiekiem.


Czy zatem polityk, który nie potrafi przewidzieć konsekwencji tak oczywistych dla byłej modelki, powinien w ogóle być traktowany poważnie? Najpiękniejsze wizje i wizualizacje polskich miast, które pławią się w zieleni i mają wszelkie możliwe udogodnienia dla swoich mieszkańców, są niczym, jeśli polityk je prezentujący gotuje piekło przyszłym pokoleniom. Cóż z tego, że jest to piekło, w którym na pozór żyje się dobrze i bezproblemowo, bo wszystko w nim idzie gładko za naciśnięciem kolorowego guzika na panelu elektronicznego gadżetu! Krótkowzroczny polityk, który widzi jedynie pozorne dobro żyjących pokoleń, a nie dostrzega prawdziwej katastrofy, jaką szykują jego działania pokoleniom przyszłym, powinien zniknąć ze sceny politycznej na zawsze i jak najszybciej. Obojętnie, czy jest to „nasz” polityk, czy „ich”.


poniedziałek, 10 września 2018

Jak Jarosław Kaczyński mnie przeraził


Niestety znowu będzie o moim ulubieńcu, czyli Patryku Jakim. A to za sprawą Prezesa, którego słowa przytoczył ostatnio onet. Mianowicie Jarosław Kaczyński tak się wypowiedział o kandydacie na prezydenta Warszawy: to „ktoś, kto może w polskiej historii następnych dziesięcioleci (...) wiele znaczyć, wiele zrobić, wiele zrobić dobrego”. Ponoć Kaczyński uświadomił to sobie jeszcze dawno temu na jakimś „młodzieżowym spotkaniu”.

Cóż ja mogę na to powiedzieć? „Raczej nieszczęście” – by zacytować klasykę polskiego kabaretu.

Z mojego punktu widzenia właśnie te zalety Jakiego, których w żaden sposób nie podważam, bo wydaje się, że jest to młodzieniec pełen energii i dość pracowity, jak najgorzej wróżą polskiej przyszłości. Jeśli mamy do czynienia z takim politykami, jak Biedroń czy Trzaskowski, od razu wiadomo, że są to politycy na bakier z nauką moralną Kościoła i że będą wprowadzać konsekwentnie rozwiązania, które staną się w Polsce kolejnymi przyczółkami cywilizacji śmierci. Natomiast w przypadku Jakiego dla przeciętnego wyborcy oczywiste to takie nie jest.

Pisałem już na tym blogu, że Jaki jest bardziej niebezpieczny od Trzaskowskiego (co – jeszcze raz podkreślę – nie oznacza, bym głosował na kandydata PO, gdybym mieszkał w Warszawie). Dlaczego? Bo w moim przekonaniu Jaki – przy milczeniu hierarchii Kościoła katolickiego w sprawie jego wypowiedzi o in vitro oraz przy bezkrytycznym chwaleniu go przez „nasze” media (z paroma wyjątkami) – będzie przyczyniał się do niezauważalnego demontażu cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce. Jeśli wypowiedzi polityków lewicowych czy liberalnych od razu budzą opór w przeciętnym katoliku, bo wprost mówią oni o tym, co dla przeciętnego człowieka jest horrorem, to w przypadku „naszego” polityka to takie oczywiste nie jest.

Jaki wypowiada się przeciwko aborcji eugenicznej (nie wiem, czy generalnie przeciwko aborcji jako takiej), ale jest już na bakier z nauką Kościoła, gdy chodzi o in vitro. Hierarchia milczy i nie prostuje jego wypowiedzi, gdy polityk ów stwierdza, że jego podejście nie różni się od Episkopatu. Jeśli to nie jest tylko gra wyborcza (co samo w sobie jest oburzające, bo nie wyobrażam sobie, by polityk katolicki w taki sposób zdobywał sobie elektorat), to oznacza, że katolicki wyborca głosując na Jakiego jednocześnie głosuje na cywilizację śmierci wprowadzaną do Polski stopniowo. Albo inaczej: głosuje za tym, by ludzi w Polsce stopniowo do tej cywilizacji przyzwyczajać. Po Jakim przyjdą inni politycy „prawicowi” (jeśli jego poglądy za parę lat nie ewoluują), którzy będą przeciw aborcji, a nawet za oraz przeciw „małżeństwom homoseksualnym”, a nawet za – podobnie jak Jaki jest przeciw in vitro, a nawet za.

To wszystko odbywa się przy medialnej nagonce na krytyków takiego postępowania, jakie uosabia sobą Jaki. Tak jak dzieje się to w przypadku sprzeciwu przedłużania kwestii zakazu aborcji eugenicznej. Znani obrońcy życia są określani jako rozbijający prawicę, kiedy w rzeczywistości prawicę rozbijają politycy, którzy są w prawicowym rzekomo PiS-ie, a powinni znaleźć się w PO, SLD czy jakiejś organizacji feministycznej. Przeciętny wyborca prawicy, który nie ma czasu zaprzątać sobie głowy śledzeniem politycznych debat, bo zaabsorbowany jest wiązaniem końca z końcem, pójdzie i zagłosuje na Jakiego czy Lichocką, nieuświadamiając sobie, że w imię jedności prawicy przyczynia się być może do demontażu cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce.

Jeśli zatem za kilka lat doczekamy się upadku katolicyzmu w Polsce i podobnej sytuacji, z jaką obecnie mamy do czynienia w Irlandii, to wielkie „zasługi” położą w tej dziedzinie ci politycy, którzy – słowami Jarosława Kaczyńskiego – mogą „wiele zrobić dobrego”. Niestety spory udział będzie w tym miało duchowieństwo, które milczy i takich polityków nie przywołuje do porządku po imieniu.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Czerwone światła Andy Rottenberg, czyli potańcówka na grobie bezpiecznie zamordowanych

Anda Rottenberg widzi wyraźniej. Wyraźniej niż reszta polskich analfabetów, którzy nie czytają książek. Biedna ta Anda. Ona czyta, a wokół ciemnogród, ludzie tylko filmy oglądają i głosują na PiS, bo PiS obiecuje im „wszystko”.

Anda Rottenberg ma też „doświadczenie życia w komunizmie”, ale ponieważ czytała również książki, które „opowiadają o rodzeniu się systemu autorytarnego”, to zapala się jej czerwone światło. Ona ma „to dosyć dobrze przerobione”, więc to światło zapala się jej często. Jeśli się wam nie zapala, to po prostu nic nie wiecie i nie jesteście „wybitną polską kuratorką i krytyczką sztuki”.

Nie wiem natomiast, czy Andzie Rottenberg zapala się czerwone światło, kiedy czyta takie wiadomości, jak ta o polskich feministkach, które postanowiły sobie uczcić marszem i potańcówką Światowy Dzień Bezpiecznego Mordowania Nienarodzonych.

W oryginale one sobie to określają inaczej, ale po prostu nazywajmy rzeczy po imieniu: Aborcja to mordowanie niewinnych istot ludzkich. In vitro (które „konserwatywny” kandydat (byle)Jaki jest gotowy finansować z kieszeni podatnika) to handel żywym towarem.

Nie wiem więc, czy w tym przypadku Andzie Rottenberg zapalają się jakieś światełka, czy może widzi po prostu światełko w tunelu. Mi się nawet nie tyle zapala jakieś światło, co po prostu nie mogę uwierzyć ze zgrozy, że takie bestialstwo, jak potańcówka na rzecz bezpiecznego mordowania, komuś w ogóle przyszło do głowy.

Podejrzewam wręcz, że Andzie Rottenberg zapalają się różne światła zupełnie kiedy indziej i w zupełnie innych kolorach niż mnie. Anda Rottenberg pewnie powiedziałaby, że nic nie wiem i nie przeczytałem tylu książek, co ona. Ja powiem, że widocznie czytaliśmy zupełnie inne książki, a ilość przeczytanych książek przed głupotą i tak nie uchroni. Pani Rottenberg może to ostatnie stwierdzenie odnieść do siebie, może przypisać je mnie. Nie bardzo mnie to obchodzi. Anda Rottenberg nie jest bowiem dla mnie żadnym autorytetem w dziedzinie literatury.


poniedziałek, 23 lipca 2018

Lichocka i Jaki rozbijają prawicę, czyli kto krzyczy: „Łapać złodzieja!”


Może wyglądać na to, że się uwziąłem na tych polityków, ale są oni dla mnie symbolem pewnych postaw, które źle wróżą zarówno przyszłości PiS-u, jak i przede wszystkim przyszłości Polski. A więc tak naprawdę nie chodzi jedynie o Patryka Jakiego i Joannę Lichocką – są oni pewnego rodzaju pars pro toto, egzemplifikacją postaw, jakie są dla mnie nie do przyjęcia w partii stricte prawicowej.


Joanna Lichocka oskarża m.in. Kaję Godek, Jerzego Kwaśniewskiego z Ordo Iuris, Marka Jurka czy Krzysztofa Bosaka o rozbijanie prawicy i realizację jakiegoś programu politycznego przeciwnego PiS-owi. Wygląda na to, że chyba szczególnie uwzięła się na Kaję Godek, bo całkiem niedawno znowu ją zaatakowała, ale jednocześnie nie chce konsekwentnie podjąć wyzwania i powtórzyć swych zarzutów na antenie radia w bezpośrednim starciu z przedstawicielką projektu „Zatrzymaj aborcję”.


Joanna Lichocka tak naprawdę zachowuje się jak złodziej, który dla odwrócenia uwagi krzyczy: „Łapać złodzieja” i wskazuje na jakiegoś kompletnie niewinnego człowieka w nadziei, że wszyscy za nim pobiegną. Któż bowiem tak naprawdę rozbija ową „jedność prawicy”? Ordo Iuris? Kaja Godek? Ludzie, którzy popierają projekt „Zatrzymaj aborcję” i w większości podpisali go rzekomo niezapoznawszy się z jego treścią? Wolne żarty! Tacy politycy, jak np. Marek Jurek, wykazują się po prostu konsekwencją i podkreślają, że aborcja to nie jest kwestia, w której można iść na jakieś kompromisy, bo chodzi tu o sprawy fundamentalne, dotyczące życia ludzkiego.


Tymczasem Joanna Lichocka jest na bakier z nauką moralną Kościoła, nienarodzone dziecko z wrodzonymi wadami nazywa „uszkodzonym płodem”, a projekt, który zakłada ochronę takich dzieci określa „nieludzkim” (!). Czy zatem prawicowy wyborca może z czystym sumieniem oddać na panią Lichocką swój głos? Jako taki wyborca mogę odpowiedzieć jednoznacznie i bez wahania – NIE! Obrona życia ludzkiego od poczęcia do chwili naturalnej śmierci jest kwestią fundamentalną i nie mogę głosować na polityka, który te kwestie lekceważy, a nawet głosi poglądy, które sytuują go bardziej w gronie feministek w rodzaju Manueli Gretkowskiej czy Kazimiery Szczuki. Jeśli Lichocka faktycznie nie chce rozbijania prawicy, niech odda swój mandat poselski i ustąpi miejsca komuś, kto naprawdę głosi poglądy prawicowe!


Przypadek Jakiego jest również symptomatyczny. W gruncie rzeczy nieco przypomina drogę niejakiego Misia, który w młodości wypowiadał się o homoseksualistach per „pedały”, a gdy już dostał się dzięki prawicowym wyborcom do Brukseli, okazało się, że byłby „more than happy” uczestniczyć w imprezie o wyraźnie homoseksualnym charakterze. Jaki wprawdzie nie deklarował (jeszcze?) chęci uczestnictwa w paradzie homoseksualnej, choć jest gotów zezwolić na jej przemarsz przez Warszawę, jeśli spełni wymogi formalne, a także nie będzie walczyć z bluźnierczą tęczą, jeśli ponownie zostanie zainstalowana na placu (nomen omen) Zbawiciela. Uzasadnia to tym, że nie chce stolicy „ideologicznej”. Można by jeszcze od biedy spróbować przymknąć na to oko i stwierdzić, że wszak każdy powinien mieć prawo do demonstrowania swoich poglądów, choć nasuwają się wątpliwości, czy akurat w tak wyuzdany sposób, jak robią to homoseksualiści i transwestyci, i czy przymykanie oka na ewidentne zło w miejscu publicznym jest faktycznie dobrą prawicową polityką (pisałem o tym tutaj).


Patryk Jaki okazuje się natomiast być kompletnie na bakier z nauką moralną Kościoła w sprawie in vitro i sugeruje możliwość finansowania in vitro z budżetu miasta, co jest o tyle zadziwiające, że deklaruje się jako przeciwnik aborcji i chyba jeszcze tej deklaracji nie zmienił. Jak to jest, że jedno z drugim mu się nie kłóci, nie wiem. Widać jednak w sprawie in vitro „zmądrzał”, tak jak Misio „zmądrzał” w sprawie homoseksualizmu. Okazuje się bowiem, że wcześniej wydał nawet specjalne oświadczenie, w którym odcinał się od popierania in vitro. No cóż, Misio „zmądrzał” w Brukseli, Jaki „zmądrzał”, kiedy został kandydatem na prezydenta Warszawy. Pytanie tylko: w imię jakich racji ma prawicowy wyborca głosować na takiego kandydata? I nie mówcie mi, że krytycy tej kandydatury rozbijają prawicę! To Jaki ją rozbija, bo głosi poglądy pasujące bardziej do SLD czy innego PO.


Powtórzę to, co napisałem na wstępie: Jaki i Lichocka to egzemplifikacje problemu stojącego przed PiS: politycy, którzy nie są tak naprawdę prawicowi, a tym samym rozbijają jedność prawicy, bo prawicowy wyborca nie może z czystym sumieniem na nich zagłosować. Albo PiS pozbędzie się ich z partii, albo wyborcy poszukają sobie własnych kandydatów gdzie indziej. I z pewnością nie będzie to PO czy Nowoczesna. 

sobota, 28 kwietnia 2018

Kandydat byle-Jaki


Niedawno pisałem na tym blogu o pani posłance PiS-u, która obwiniała zwolenników ochrony życia (Ordo Iuris, Marka Jurka i licho wie kogo jeszcze) o rozbijanie prawicy, a przy tym zasugerowała niedwuznacznie, że sygnatariusze projektu „Zatrzymaj aborcję” to debile!. Sama ta pani jest natomiast... hm... jakby to powiedzieć?... raczej na bakier z prawicową wizją świata. Ja przynajmniej nie oddałbym na nią głosu.


Teraz kolejny członek PiS-u dał poPiS. Okazuje się, że Patryk Jaki, kandydat PiS-u na prezydenta Warszawy, wyraził poparcie dla finansowania programu in vitro z budżetu miejskiego! No proszę! Kolejny „prawicowy” kandydat! Taki Jaki(ś) na bakier z nauką Kościoła katolickiego. Muszę powiedzieć, że cieszę się, że nie mieszkam w Warszawie, bo wybór miałbym pomiędzy grypą a cholerą. Naprawdę nie wiem już, co lepsze, a co gorsze! Chociaż... zaraz... jaką mam gwarancję, że pani Stachowiak-Różecka nie wypali z podobnym pomysłem?


Nie śledziłem specjalnie kariery Jakiego. Wydawał mi się sympatycznym, młodym człowiekiem, który dość dzielnie radzi sobie, jeśli chodzi o przewodniczenie Komisji Weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji, choć miewa również głupie pomysły, które z moją prawicową wizją świata się nie pokrywają.


Wydawało mi się też, że jako człowiek, który sprzeciwia się aborcji eugenicznej, powinien doskonale zdawać sobie sprawę z tego, czym jest in vitro. Pomyliłem się. Dziwne to, ale nie zdaje sobie. Przy tym jest chętny finansować ten proceder handlu żywym towarem jeszcze na dodatek z kieszeni podatnika!


Jeśli PiS będzie wystawiał więcej takich „prawicowych” kandydatów, to niech się nie zdziwi, że prawicowi wyborcy nie będą chcieli na nich głosować. Tylko proszę mi nie sugerować, że ktoś rozbija prawicę, bo krytykuje Jakiego! Może za chwilę wyskoczy kolejny taki „prawicowy” kandydat PiS-u, który powie, że np. związki partnerskie to jedynie kwestia czasu i że on jak najbardziej się pod tym pomysłem podpisuje, bo przecież trzeba iść „z czasem, po(d)stępem i osiągnięciami techniki”.


Notabene swego czasu – dość dawno już – pisałem na tym blogu o pewnym takim euro(p)ośle. Był on „prawicowy” aż do szpiku kości, a homoseksualistów nazywał w czasach swojej młodości po chrześcijańsku „pedałami”. Tyle tylko, że jakoś chyba europosłowanie (a zwłaszcza perspektywa atrakcyjnego stanowiska) poprzestawiało mu klepki w głowie, bo nagle jakby pojął, że jego wizja świata jest już przestarzała, i zaczął opowiadać, że byłby „more than happy”, gdyby mógł pójść na imprezę homoseksualną. Teraz jest członkiem jakiejś kanapowej partyjki, co ma w nazwie „demokrację” czy jakoś tak. Przeszedł do tej kanapy długą drogę. A zgadnijcie, Drogie Misie: z ramienia jakiej partii był euro(p)osłem?


sobota, 13 stycznia 2018

Czy katolik może głosować na PO?


Może. Ale czy będzie to robił z czystym sumieniem? Z pewnością nie.

Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do tego, czy PO jest faktycznie partią chrześcijańską (a już bardzo dawno temu powinien się był ich wyzbyć), to po ostatnim głosowaniu nad dwoma obywatelskimi projektami ustaw złożonymi w sejmie, chyba nie może mieć już żadnych złudzeń. Odpowiedź jest prosta: nie jest.

Wykluczenie trzech posłów PO z partii po tym, jak nie zagłosowali za pro-aborcyjnym projektem feministek, mówi wyraźnie, że PO to ani Kościół łagiewnicki, ani toruński (pomijając już absurdalność takich określeń, wszak Kościół jest jeden). Politycy tej partii od dawna byli na bakier z nauką moralną Kościoła w swoich oficjalnych deklaracjach i postępowaniu publicznym. Niestety nie spotykało się to z wyraźnym potępieniem Kościoła, nie było żadnej groźby ekskomuniki np. dla polityków, którzy publicznie wspierają projekty pro-aborcyjne, in vitro czy tzw. „małżeństwa” homoseksualne. Ba! Nawet znaleźli się duchowni, którzy popierali tzw. „kompromis aborcyjny”.
Czy po ostatnich głosowaniach w sejmie duchowni wspierający w swoich oficjalnych wypowiedziach PO nie powinni wyraźnie potępić postępowania polityków tej partii?

Jednak, żeby nie było zbyt różowo, wyborcy głosujący na PiS również nie mają łatwo, choć prawicowe media (z pewnymi wyjątkami) się o tym nie rozpisują. W końcu pięćdziesięciu paru posłów tej partii głosowało za skierowaniem projektu feministek do dalszych prac nad nim w sejmowej komisji. W tym niestety prezes tej partii, Jarosław Kaczyński. Ci sami posłowie (jeśli dobrze sprawdziłem) głosowali również za projektem broniącym życia nienarodzonych dzieci.
Co to oznacza? Przeczytałem gdzieś, że politycy PiS zadeklarowali się nie odrzucać projektów obywatelskich w pierwszym czytaniu. Nie pamiętam tego postulatu. Być może. W każdym razie stąd pojawiła się sugestia, że to taka strategia obliczona na zamknięcie ust tym, którzy twierdzą, że rządząca partia wprowadza w Polsce zamordyzm i ogranicza inicjatywy obywatelskie. Czyżby? Projekt feministek jednak był taki, że należało go z góry odrzucić. Nie można serio rozpatrywać projektów dopuszczających mordowanie najsłabszych i najbardziej bezbronnych.

Wydaje mi się natomiast, że niestety strategia PiS obliczona była na to, że skierowanie obu projektów do komisji wydłuży czas pracy nad tymi projektami, przedłużając całą procedurą ad calendas Graecas. 

Choć jestem gotów bronić Prezesa w różnych kwestiach, to niestety w przypadku aborcji jest mi z nim zdecydowanie nie po drodze. Myśli jak polityk, a nie jak wierny syn Kościoła. Dla mnie w tej kwestii sprawa jest prosta: tak – tak, nie – nie. Zaleciłbym na ferie zimowe lekturę I i II Księgi Królewskiej, I i II Księgi Kronik albo obu Ksiąg Machabejskich – one pokazują wyraźnie do czego prowadzi paktowanie z władcą tego świata. Czas na prawdziwą kontrrewolucję. Z diabłem się nie paktuje.

środa, 30 listopada 2016

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Głos z piekła rodem, czyli kto tak naprawdę stoi za aborcją i tzw. „kontrolą urodzin”?

Michael Voris w kolejnym kontrowersyjnym i bezkompromisowym klipie z polskimi napisami na portalu „Polonia Christiana”.


wtorek, 27 września 2016

Artyści jak naziści

Przez przypadek weszliśmy w minioną niedzielę na Rynek akurat w chwili tzw. „czarnego protestu”. Później moja żona zwróciła mi uwagę na udział w niej pewnej znanej wrocławskiej aktorki. Zdaje się, że nie tylko we Wrocławiu uczestniczyli w tej zbieraninie czarnych zombi (bo jak inaczej określić tych neokomunistów, którzy się tam pojawili?) aktorzy i artyści. Pech chciał, że moja żona nieświadomie ubrała się na czarno, bo tak po prostu lubi się ubierać.

Cóż, szatan jest przewrotny, to co złe, nazywa dobrem, a dobro złem, a więc nie zdziwiło mnie specjalnie, że protest przeciwko prawu nienarodzonych do życia nazwano „czarnym protestem”. W końcu mieliśmy w przeszłości już tzw. „demokrację ludową”, która z demokracją niewiele miała wspólnego, a praca w obozie koncentracyjnym „wyzwalała” prowadząc na wolność przez komin.

Zastanowił mnie jednak udział w tym ich diabelskim proteście artystów. Człowiek myśli sobie naiwnie, że artyści, aktorzy, pisarze itp. to ludzie obdarzeni szczególną wrażliwością, tacy, którzy są zwłaszcza wyczuleni na niedostrzegane cierpienie, których wyobraźnia podsuwa im obrazy bólu, jaki jest udziałem innych, a więc poziom ich empatii powinien być dużo większy niż przeciętna. Nic z tych rzeczy!

Jak bowiem wytłumaczyć sobie, że artyści wspierający takie akcje, jak ta w ostatnią niedzielę, nie potrafią sobie uświadomić niesłychanej niesprawiedliwości, kiedy w imię prawa dopuszcza się mordowanie niewinnych istnień ludzkich – bo zostały poczęte w wyniku gwałtu, bo mają Downa, bo kobiety ich po prostu nie chcą? Jak zrozumieć, że wyobraźnia nie podpowiada im, że ta maleńka istota to też człowiek? Jak pojąć, że ktoś, kto pewnie z czułością pochyla się nad bezdomnym pieskiem lub kotkiem, jest obojętny na los istot, które nawet nie mogą się bronić krzykiem, choć czują już ból? Defekt mózgu? Jakaś ułomność imaginacji akurat w tej dziedzinie?

No, cóż. W końcu naziści urządzali sobie koncerty muzyki klasycznej w tych samych obozach, w których znęcali się w bestialski sposób nad więźniami. Umiłowanie sztuki i dobrej literatury nie przeszkadzało im w popełnianiu najokrutniejszych zbrodni. Poeci, malarze i subtelni myśliciele popierali takie zbrodnicze ideologie, jak komunizm. Nagan w ręku wywoływał dreszcz emocji. Stos trupów stawał się podnietą do dalszej walki.

Dzisiaj artyści – wrażliwe dusze domagają się oddania Molochowi na pożarcie ciał niewinnych dzieci. I znów budują nam wspaniałą, świetlaną przyszłość. Jak ona będzie wyglądać? Nie trudno chyba przewidzieć. Jeśli ma się wyobraźnię, rzecz jasna.

sobota, 24 września 2016

Bruzda Longchampsa i pancerna brzoza Macierewicza


Od czasu do czasu zdarza mi się natknąć w Internecie lub w czasopismach na taki żart rysunkowy, w którym występuje Macierewicz i brzoza. Różne są to konfiguracje. A to Macierewicz tę brzozę przesłuchuje, a to znowuż pokazuje ją na jakimś slajdzie, a to wyjaśnia, że jakiś statek zatonął po zderzeniu z tą brzozą itp. Zdarza się też, że ktoś coś wspomni o pieleniu ogródka i zaraz ktoś inny dorzuci: „Tylko przez przypadek nie wytnij brzozy” i od razu ubaw po pachy.

Powiem szczerze, że chyba jestem głupi, bo zawsze mnie te żarty niepomiernie dziwią, nie wspominając już o fakcie, że zastanawiam się, czy katastrofa smoleńska to faktycznie temat do żartów. A zdziwienie moje wywołują one dlatego, że przecież to nie Macierewicz wymyślił tę pancerną brzozę i nie on sugerował, że samolot po zderzeniu z takim drzewkiem może stracić skrzyło i roztrzaskać się w drobny mak na podmokłym terenie. Tak naprawdę to przecież temat do kpin z tych, którzy wierzą, że taka wersja pamiętnej katastrofy to prawda. To nie „sekta smoleńska” jest śmieszna, ale „sekta pancernej brzozy”.

Dlaczego więc przypięto tę nieszczęsną brzozę do ministra Macierewicza? Ano chyba właśnie po to, by odwrócić uwagę od faktu, że sama teoria z brzozą to bzdura i bujda na resorach i że teoria o zamachu może mieć sens. Podejrzewam zresztą, że wielu z tych, którzy te żarty i rysuneczki czy tzw. „memy” upowszechniają, nie wie lub nie pamięta, o co tak naprawdę z tą brzozą chodzi. Ale jest śmiesznie, ha, ha, ha...

Notabene określenie „sekta pancernej brzozy” wymyślił nieżyjący już bloger Seawolf, czyli Tomasz Mierzwiński.

Nieco podobny przypadek jest z tzw. „bruzdą dotykową”, którą teraz często określa się jako „bruzdę Longchampsa. I znowu: żarty, kpiny, a nawet inwektywy. Ksiądz profesor wypowiedział się o możliwych wadach genetycznych u dzieci poczętych metodą in vitro, miał wprawdzie nieszczęście wspomnieć coś o tej bruździe i już mu ją przypięto na wieki wieków, choć nie stanowiła ona meritum sprawy. Oczywiście rysunki z ową bruzdą i memy znowu można znaleźć w Internecie. Każdy głupiec, który nie wie nic o zastrzeżeniach i badaniach genetyków, może je powielać i jest zabawnie, ha, ha, ha...

Tymczasem prawda jest taka, że te wady genetyczne i ta bruzda (o której nie zamierzam się wypowiadać, bo się na tym po prostu nie znam) to rzecz drugorzędna, a nawet może i czwartorzędna. I odwraca ona uwagę od tego, co istotne. Być może za kilka dziesiątków lat nauka upora się i z tym problemem i owe dzieci będą rodzić się tak zdrowe i doskonałe jak aryjska rasa panów. Ale to nie zmienia faktu, że metoda in vitro jest najzwyczajniej w świecie niegodziwa. I przytoczę raz jeszcze na tym blogu stwierdzenie Anny Golędzinowskiej: to handel żywym towarem. Po prostu. Z samego faktu, że ktoś chce mieć dziecko, nie oznacza, że ono mu się należy i że ktoś może je dla niego „wyprodukować”. 

środa, 21 września 2016

„Nie” dla aborcji, książka dla posła

Jednym z najbardziej przejmująco smutnych obrazków, jakie jest nam dane od czasu do czasu oglądać, to wizja kobiet domagających się prawa do aborcji, czyli po prostu prawa do zamordowania własnego dziecka. Można sobie drwić z tych różnych Szczuk, Śród i Nowickich trzymających w ręku metalowy wieszak albo wkładających sobie papierowe worki na głowy, ale nie zmienia to faktu, że naprawdę godna pożałowania jest kobieta, która domaga się czegoś takiego. Jeśli kiedyś odniosą swój wymarzony sukces, wówczas będzie można powiedzieć: „To kobiety kobietom zgotowały to piekło”.

Ostatnie wydarzenia z Francji, która stacza się już w szybkim tempie prostą drogą do piekła właśnie, nie pozostawiają też żadnych złudzeń (którymi żyją jednak zwolennicy tzw. „kompromisu aborcyjnego”). Otóż wysunięto tam pomysł, by w majestacie prawa blokować katolickie portale „pro-life” jako podające nieprawdziwe informacje (sic!). Czy ktoś może się jeszcze łudzić, o co w tej wojnie chodzi? Oni przecież nie spoczną, dopóki nie dopną swego, tzn. nie tylko ustanowią prawo do mordowania nienarodzonych dzieci wtedy, kiedy im tylko na to przyjdzie ochota, ale również zmuszą innych do jego stosowania, choćby siłą. Żaden tzw. „kompromis aborcyjny” temu nie zdoła zapobiec. Tutaj sprawa powinna być dla przeciętnego katolika jasna: „Tak-tak, nie-nie”. I żadnego kompromisu, tylko bezwzględna obrona nienarodzonych.

Niestety, wygląda na to, że nie jest to wcale takie jasne. Ani dla przeciętnych katolików, którzy są na bakier z nauczaniem Kościoła, ani dla szanownych panów posłów i pań posłanek, którzy przyznają się do katolicyzmu, ale próbują jednocześnie palić diabłu ogarek, tzn. nie podpadać za bardzo współczesnemu światu.

Kiedy czytam na przykład, że pigułka wczesnoporonna ma być wycofana z handlu, ale dostępna na receptę, to jest to takie palenie diabłu ogarka. Bo cóż to zmienia? Jedynie tyle, że dzieci nie będą miały do niej dostępu. Ale i nawet to wątpliwe, bo czy postępowy ginekolog nie wystawi takiej recepty nastolatce? Ale przecież nie chodzi o to, by ograniczać jedynie dostęp do środków typu „zabaw się w domowym zaciszu w doktora Mengele”, ale by w ogóle zlikwidować możliwość mordowania nienarodzonych. Cóż to? Likwidujemy obozy koncentracyjne, ale jeśli ktoś otrzyma zgodę urzędnika, to może sobie zrobić mały obozik z małą komórką gazową w swoim ogródku?

Notabene to samo dotyczy in vitro. Tutaj również pali się diabłu ogarki. Państwo nie będzie tego procederu dotować, ale prywatnie będzie można sobie dalej handlować żywym towarem (jak trafnie określiła tzw. „zabieg sztucznego zapłodnienia” nawrócona modelka, Anna Golędzinowska). Może zresztą, zamiast pisać o paleniu diabłu ogarków, należałoby mówić o składaniu ofiar Molochowi?

Jednym z popularniejszych wpisów na moim blogu jest ten, w którym przytaczam dłuższy fragment z książki „Aborcja? Trzy punkty widzenia” amerykańskiego apologety katolickiego Petera Kreefta. Jest to passus, w którym podaje on argumenty logiczne przeciwko aborcji. Nie ideologiczne, nie chrześcijańskie, ale czysto logiczne. Tych argumentów nie da się po prostu obalić, jeśli nie chce się być na bakier z logiką. Wszelkiemu gadaniu o prawie do własnego brzucha, o „piekle kobiet” i tym podobnych bzdurach wystarczy przeciwstawić tylko te argumenty. Nic więcej. Może więc każdy poseł powinien dostać po egzemplarzu tej książki? A może choć ten fragment? A nuż któregoś ruszy sumienie?