Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 czerwca 2020

Homobolszewicka cenzura na YouTube powraca!

YouTube ponownie dopuścił się cenzury. Tym razem ocenzurował film wyprodukowany przez portal PCh24.pl pt. „Ich prawdziwe cele”. To nawet do pewnego stopnia zabawne, bo w ten sposób popularny portal potwierdził, jakie są prawdziwe cele homolobby. „Tolerancja”, „prawa człowieka”, „miłość” to w rzeczywistości w ustach wyznawców tej ideologii puste słowa. Im nie chodzi o żadną tolerancję, ale o zwykły zamordyzm i psucie kolejnych pokoleń. Działając na uczucia, chcą wzbudzić współczucie, by w ten sposób przekonać nas do siebie i wpuścić tę zarazę (inaczej się tego nie da nazwać) do naszych domów. Nie można już kupić ubrania w sklepie, nie można się napić kawy w kawiarni, nie można już obejrzeć filmu na jakiejś platformie w Internecie, by nie sponsorować wrogiej nam ideologii. Ich „tolerancja” polega na tym, że musimy zaakceptować ich zachowanie, inaczej zamkną nam usta, wyrzucą z pracy albo wsadzą do więzienia pod pretekstem szerzenia „mowy nienawiści”.

Więcej o sprawie można dowiedzieć się na portalu PCh24.pl. Sam film zaś można obejrzeć bezpośrednio na stronie PCh24.pl tutaj.


poniedziałek, 20 stycznia 2020

Instytucje kultury czy antykultury?

Dzielny arcybiskup Marek Jędraszewski nie przestaje budzić wściekłości środowisk lewicowych i liberalnych. Jego wypowiedź o tęczowej zarazie bardzo je zabolała. Choć krakowski hierarcha nie zaatakował wprost żadnej konkretnej osoby, a jedynie potępił ideologię LGBT, nie przestają się sypać na jego głowę gromy i zwykłe chamskie wulgaryzmy. To wszystko ma znamiona wprowadzania knebla, którym chce się zamknąć usta wszystkim tym, którzy nie idą „z czasem, postępem, osiągnięciami techniki”. Jest też to forma zastraszania, grożenia palcem innym, którzy chcieliby swobodnie podzielić się refleksjami na temat współczesnych totalitarnych ideologii.

Innym przykładem jest przypadek prof. Ewy Budzyńskiej z Uniwersytetu Śląskiego, która stała się obiektem nagonki wyznawców „tęczowej zarazy”. Pani profesor odeszła w proteście z uczelni po 28 latach pracy. Zamiast ukarać studentów, którzy złożyli na nią skargę, rzecznik dyscyplinarny uczelni przychylił się do ich stanowiska. Pani profesor popełniła myślo-zbrodnię, bo nazwała nienarodzone dziecko człowiekiem i podała zdroworozsądkową definicję rodziny. Tak oto uczelnie wyższe w Polsce – po krótkim okresie trzech dekad wolności – stają się ponownie instytucjami propagującymi totalniacką ideologię. Jakby nikt niczego się nie nauczył z niedawnej historii komunistycznego zniewolenia. Jakby nie było PRL-u i tłumienia wolności słowa. Oto skutki „grubej kreski”!

Teraz do tego wszystkiego czytam, że dwie „instytucje kultury” w Krakowie – MOCAK i Bunkier Sztuki – zrezygnowały z patronatów w Radiu Kraków. Powodem jest obecność na falach tej rozgłośni abp. Marka Jędraszewskiego. Nasuwa się jednak pytanie, czy są to jeszcze faktycznie instytucje „kultury”, czy też może raczej antykultury, które dążą do zniszczenia podstaw wiekowej cywilizacji europejskiej, jaka przetrwała w Polsce mimo dwóch totalitarnych i zbrodniczych reżymów? Może MOCAK powinien zmienić nazwę na „MOCARZ” (choć na glinianych nogach), a Bunkier Sztuki zakupić zapas amunicji i karabinów maszynowych dla swoich tęczowych jaczejek, które pewnie niedługo z niego wylegną na ulice, by wprowadzać rządy „miłości i tolerancji”?


poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Tęczowy PRL-bis

Pewien znany publicysta zamieścił na Twitterze grafikę, która sugerowała powiązanie pomiędzy koloratką a hitlerowskim wąsikiem. Niektórzy wyrażali swoje rozczarowanie tym chamskim „memem”, uważając widać wcześniej owego pana za człowieka większej kultury (szczerze powiedziawszy nie wiem, dlaczego). Jednak w pamięci utkwiła mi przede wszystkim jego odpowiedź na pytanie jednej z osób komentujących: „co to wnosi dobrego?” Otóż ów pan stwierdził, że to „osłabia agresora”!

To typowe. Prawdziwy agresor nazywa ofiarę agresorem, złodziej krzyczy: „Łapać złodzieja!” W końcu prowokacja gliwicka też była wymyślona po to, aby prawdziwy agresor mógł się przedstawiać jako ofiara, która nie miała innego wyjścia. Homobolszewicy nie wymyślili nic nowego, ale stosują tę technikę przy potężnym wsparciu mediów wypaczających rzeczywistość (właśnie miałem okazję przeczytać dzisiaj artykuł w pewnym irlandzkim medium, które obnosi się ze sloganem „Truth matters” – prawda może w tym artykule i była, ale potężnie zmaltretowana i wytarzana w błocie).

Homobolszewikom nie zależy wcale na żadnej tolerancji ani wolności, nie obchodzi ich też prawda. Chcą zamykać usta tym, którzy myślą inaczej niż oni. Zmuszanie ludzi do uczestnictwa w paradach homoseksualnych, tak jak kiedyś w pochodach 1-majowych, to już w niektórych miejscach Europy, np. w Holandii, rzecz normalna. Ta zaraza, „tęczowa zaraza”, jak ją słusznie nazwał abp. Jędraszewski, nawiązując do wiersza Józefa Szczepańskiego „Ziutka”, wkroczyła już do Polski i panoszy się coraz butniej.

Niektórzy może nawet jeszcze nie zdają sobie sprawy ze skali tego, co się dzieje. Ekscytując się wyczynami Kamila D. czy lotami marszałka Kuchcińskiego, być może nie zauważają, że oto znikają kolejne niezależne produkcje i kanały z sieci, bo właśnie do Polski wkroczyła homobolszewicka cenzura, za którą stoi kasa wielkich korporacji. Nie widzę też jakiejś zdecydowanej reakcji rządu, który powinien przecież bronić podstawowych praw i wolności obywatelskich. Czyżby dlatego, że cenzura ta dotyka media, które nie zawsze są tej władzy przychylne?

Homobolszewicy poczynają sobie coraz śmielej i jeśli nie będzie jakiejś zdecydowanej reakcji zarówno rządu, jak i zwykłych obywateli, już za chwilę obudzimy się w PRL-u bis. Jedyna różnica będzie może taka, że półki będą pełne (jak długo?), a zamiast czerwonej flagi, będzie powiewać flaga tęczowa.

Atak na arcybiskupa Jędraszewskiego jest doskonałym przykładem tego, jak działa homobolszewicka propaganda i jak wraca nowe. Mamy już nawet tęczowych księży-patriotów, którzy zgodnie z mądrością nowego etapu wzywają do dymisji krakowskiego hierarchy. Czy po objęciu rządów przez lewicę arcybiskup zostałby internowany? – takie pytanie jeszcze niedawno wydawałoby się absurdalne, dzisiaj okazuje się, że należy je potraktować jak najbardziej poważnie.


sobota, 3 sierpnia 2019

YouTube cenzuruje i usuwa konto niezależnej telewizji!

Kolejne działania cenzorskie medialnego giganta, który właśnie usunął kanał niezależnej telewizji wRealu24.pl. O sprawie można przeczytać tutaj. Natomiast tutaj można się przekonać, że kanał wRealu24.pl przestał istnieć. Wygląda na to, że po wzmożeniu aktywności ruchu homobolszewików przyszedł czas na cenzurowanie prze wyborami niezależnych mediów i portali.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Kolejne przykłady współczesnej cenzury - Apple usuwa katolicki kanał

Wiem, dzisiaj ważne święto – rocznica wybuchu jednego z najbardziej tragicznych powstań w dziejach Polski – Powstania Warszawskiego i warto o tym pamiętać, a także pomodlić się za tych, którzy wówczas zginęli walcząc o wolną Polskę, do czego zachęca portal PCh24.pl. Jednak nie sposób milczeć, kiedy pojawiają się kolejny przykłady cenzurowania prawicowych czy katolickich mediów, spychania ich do getta i eliminowania ze sfery publicznej. Ci, którzy głoszą rzekomo „tolerancję”, nie mają tolerancji dla wrogów „tolerancji”.

Pisałem już o cenzorskich zapędach YouTube’a i blokadzie filmów i produkcji naszych rodzimych niezależnych telewizji i redakcji. Tym razem przyszła wiadomość z Ameryki, gdzie Apple zablokował publikację wiadomości na swojej platformie katolickiemu portalowi LifeSite. Jak podaje LifeSiteNews, Apple najpierw zaaprobował publikację wiadomości, a potem nagle usunął ze swojej platformy, pod pretekstem „nietolerancji wobec określonej grupy”, kanał tej katolickiej redakcji. Oczywiście nie podał, kim ta „określona grupa” w ogóle jest.

O sprawie z polskich mediów pisze portal PCh24.pl.

To nie pierwszy przykład cenzurowania konserwatywnych i katolickich mediów. Przykładów manipulacji i blokowania treści „nielewomyślnych” jest już tak dużo, że można by na ten temat napisać sporą książkę albo nawet kilka książek. Myślę, że czas, aby media katolickie i konserwatywne zorganizowały się na skalę międzynarodową i podjęły działania w celu stworzenia własnej i niezależnej platformy medialnej, na której będzie można publikować filmy i wiadomości bez cenzury i ingerencji wielkich koncernów, które wspierają lewicę i homobolszewików.


poniedziałek, 29 lipca 2019

Homobolszewicka „wolność słowa” – blokada wRealu24 TV

Pisałem już parokrotnie na tym blogu, że homobolszewicy, którzy teraz określają się jako LGBT przyniosą nam mniej więcej taką „wolność” i „tolerancję”, jaką nieśli nam bolszewicy począwszy od roku 1917. Oni chcą po prostu wszelkich swobód dla siebie, łącznie ze swobodą szydzenia ze świętości zarówno religijnych, jak i narodowych, bluźnienia, profanowania i obrażania innych, którzy myślą inaczej od nich. Mieliśmy w ciągu ostatnich miesięcy dosyć takich przykładów, by stworzyć jakąś „Czarną Księgę LGBT”, która by dokumentowała, jak naprawdę wygląda ich pojmowanie „wolności” i „tolerancji”.

YouTube, jeden z monopolistów na rynku medialnym, zablokował właśnie kanał wRealu24 TV. Tak właśnie wygląda „wolność LGBT”. Gołym okiem widać, że tak jak tzw. „demokracja ludowa” nie miała nic wspólnego z demokracją, tak „wolność i tolerancja LGBT” nie mają nic wspólnego z prawdziwą wolnością i tolerancją.

Kiedy jakiś drukarz czy cukiernik, którzy nie są monopolistami na rynku, odmówią wykonania usługi dla homoseksualistów, podnosi się wrzask i skowyt lobby LGBT, padają porównania do hitlerowskich Niemiec, a rzekomo „uciśnionych” homoseksualistów do Żydów itp., itd.

Tymczasem nie zdziwmy się, jeśli w sklepikach i zakładach usługowych drobnych przedsiębiorców zacznie się wybijanie szyb, bo na przykład nalepili sobie naklejkę „Strafa wolna od ideologii LGBT” albo po prostu otwarcie głoszą przywiązanie do nauki Kościoła katolickiego.

To homobolszewicy są prawdziwymi agresorami, to im zależy na tłumieniu wolności słowa, to oni głoszą prawdziwe zabobony, to oni są rzeczywistym zagrożeniem dla podstawowych praw człowieka.


sobota, 27 kwietnia 2019

Komu wolno przywalić i kogo wolno obrazić, czyli tęczowy zamordyzm w akcji

To, że mamy do czynienia z narastającym zamordyzmem, chyba nie powinno być tajemnicą dla każdej myślącej osoby. Ledwo wyszliśmy z jednego totalitaryzmu, a już wkraczamy w kolejny system zniewolenia. Niestety Polska, zamiast stawiać temu zdecydowany opór (zwłaszcza, że ma tak bogate doświadczenie bycia zniewalaną, którym mogłaby się podzielić i o którym mogłaby uczyć innych), sama w tym procesie w różny sposób partycypuje. Głównie poprzez swoich przygłupich lub może po prostu cynicznych obywateli, którzy dorwali się do różnych stanowisk władzy.

Wraca cenzura. Działa ona na platformach, które usuwają treści konserwatywne lub religijne. Są wprowadzane prawa (na przykład we Francji, ale nie tylko), które zamykają usta np. walczącym z zabijaniem nienarodzonych. Cenzurę próbuje się przywrócić poprzez zabranianie tzw. „mowy nienawiści”, co tak naprawdę jest eufemizmem, mającym zamaskować prawdziwy cel takich przepisów, jakim jest po prostu blokowanie treści „nieprawomyślnych”, czy raczej powinniśmy powiedzieć chyba: „nielewomyślnych”.

Coraz częściej niszczy się wolność sumienia i prawo do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami i wierzeniami. Do szkół wprowadza się idiotyczną ideologię gender. Za krytykę tej ideologii można wylecieć ze szkoły, jeśli jest się nauczycielem, albo trafić do sądu, jeśli jest się rodzicem, który chce uwolnić swoją pociechę od prania mózgu. Lekarzy i pielęgniarki zmusza się do uczestnictwa w tzw. „zabiegach aborcji”, które tak naprawdę są zwykłym zabójstwem bezbronnej istoty i to zabójstwem w majestacie prawa, jak było dawniej w hitlerowskich Niemczech. Katolickie szpitale usiłuje się zmusić do partycypowania zarówno w zabójstwie nienarodzonych, jak i zabójstwie osób starszych i niedołężnych.

Narusza się coraz powszechniej prawo do wolności zgromadzeń, czego przykładem jest zarówno uniemożliwianie konserwatywnych spotkań i wykładów na wyższych uczelniach, które powinny być w szczególności miejscem wolnej wymiany myśli, ale także zabranianie demonstracji ulicznych. Ostatnim takim przykładem jest zakaz Marszu Suwerenności wydany przez Trzaskowskiego, który tutaj idzie niechlubnym śladem swojej poprzedniczki. Jednocześnie promuje się prawo do propagowania zboczeń i ruchów sodomickich, których celem stają się już najmłodsi.

Wielki krzyk podniósł się, kiedy spalono parę ezoterycznych książek przy kościele, by pokazać w ten sposób, że także książki mogą szerzyć zło. Tymczasem coś, z czego sobie żartowałem niedawno, staje się faktem: oto wycofuje się znane baśni dla dzieci ze szkolnego katalogu. Kto nie wierzy, niech sobie przeczyta tutaj (normalnie akurat tej strony bym nie polecał).

To wszystko oczywiście wprowadza się w imię tolerancji i szacunku dla „inności”. Wielki krzyk podnosi się rzecz jasna wówczas, kiedy „obraża się” homoseksualistów, transwestytów i różne inne „inności”. Wtedy krzyczy się o „mowie nienawiści” i braku tolerancji oraz o obrażaniu czyichś uczuć. Są jednak tacy, których uczucia można obrażać w dowolny sposób i dowolną ilość razy. Kiedy wystąpi się z ich obroną, podnosi się wrzask o łamaniu wolności słowa, wolności twórczej i wolności czegoś tam jeszcze. Tą grupą są tzw. „czciciele Wielkanocy”, czyli po prostu chrześcijanie albo po prostu katolicy – jak widać, opętanym już nawet słowo „chrześcijanin” nie chce przejść przez usta. Najnowszym przykładem jest bluźniercza akcja w Płocku. Tęczowi po prostu mają prawo to robić. Tęczowi wprowadzą nam taką „wolność” i „tolerancję”, że piekło będzie się rumienić ze wstydu.


piątek, 23 listopada 2018

Kijem w księdza profesora, zamiast argumentem i faktami

Jestem chyba ostatnią osobą, którą można by posądzić o antysemityzm. O antysemityzmie zresztą pisałem też na swoim blogu. Oczywiście, jak każdy typowy inteligent, wychowany jeszcze w czasach schyłkowego PRL-u, reaguję alergicznie na wszelkiego typu wypowiedzi, które wydają mi się pachnieć antysemityzmem.

Zdaję sobie jednak sprawę z niezdrowej atmosfery panującej w Polsce. Zwrócenie uwagi na fakt, że na przykład jakiś polityk czy dziennikarz jest Żydem od razu wiąże się z możliwym posądzeniem o antysemityzm. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiając ze swoją znajomą, która jest Żydówką, powiedziałem, poruszając jakiś temat, że jest ona „pochodzenia żydowskiego”. Reakcja mojej znajomej była natychmiastowa: „Słuchaj, ja nie jestem pochodzenia żydowskiego, ja jestem po prostu Żydówką! Stuprocentową Żydówką! Oboje moi rodzice byli Żydami”. Oczywiście użyłem nie bez przyczyny zwrotu „pochodzenia żydowskiego” – przecież jako Polak mam zakodowane, że stwierdzenie: „Pani taka a taka to Żydówka” to niemal jak nawoływanie do pogromów.

Próba poruszenia jakichś niezbyt przyjemnych faktów związanych z postępowaniem przedstawicieli społeczności żydowskiej w Polsce w czasach przedwojennych, w trakcie wojny lub po wojnie to jak napraszanie się o śmierć cywilną, zwłaszcza jeśli jest się naukowcem. Można pisać o kolaboracji Polaków z okupantem, można posądzać ich o większy antysemityzm od hitlerowców, można najgorsze kalumnie wypisywać o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale napisać o kolaboracji obywateli żydowskich czy o ich udziale w systemie represji wymierzonym w Polaków po II wojnie światowej to już stawianie się poza marginesem oficjalnego świata akademickiego czy dziennikarskiego. Nie mówię już o takich faktach, jak próby weryfikacji liczby Żydów pomordowanych w obozach koncentracyjnych czy choćby w Jedwabnem. To jak podważanie niepodważalnej prawdy objawionej.

Ba! Jak pokazywałem na przykładzie „Kupca weneckiego”, nawet literatura piękna jest interpretowana na nowo tak, by dostosować się do tego terroru poprawności politycznej w kwestii żydowskiej.

Jednak rzecz nie dotyczy jedynie minionych dziejów czy polityki. Całkiem niedawno dowiedziałem się od pewnego profesora rzeczy zdumiewającej, otóż powiedział mi, że w Polsce, w kraju, w którym mówi się o długiej historii stosunków polsko-żydowskich, w którym podkreśla się wzajemne relacje polsko-żydowskie, w którym zwraca się uwagę na koegzystencję tych dwóch kultur i narodów obok siebie przez wieki, w którym istnieją muzea żydowskie, w tymże kraju nie można prowadzić na przykład badań nad... Talmudem! Wszelkie próby naukowych dociekań na temat tej ważnej przecież księgi mogą się zakończyć złamaniem kariery naukowej! Nie mogłem w to uwierzyć. Pan profesor podał mi pewne przykłady, ale uświadomił mi jeszcze jedną rzecz: nie istnieje polski przekład Talmudu! Tak po prostu! Wieki wspólnej egzystencji, przenikania się kultury żydowskiej i polskiej, piękne przemówienia i uroczystości, jarmułki na głowach dostojników państwowych..., a tymczasem okazuje się, że nie ma ani badań nad Talmudem, ani polskiego tłumaczenia tej księgi! I jak tu nie wierzyć w spiski?

Oczywiście, jednym z winowajców wyżej opisanego stanu rzeczy (ale rzecz jasna nie tego, że brakuje polskiego przekładu Talmudu, nie mówiąc już o naukowych badaniach!) jest sam Adolf Hitler i okrucieństwa, jakie popełniono w czasie II wojny światowej. Żyjemy w sytuacji szantażowania Holokaustem. Jakakolwiek krytyka Żydów, kultury żydowskiej, mentalności żydowskiej, żydowskiej etyki to po prostu mowa nienawiści i niemal nawoływanie do budowania nowych obozów koncentracyjnych. Do licha! Tak dłużej być nie może! Należy odróżnić zwykłą nienawiść do jakiegoś narodu, rasy czy konkretnego człowieka od dociekań naukowych opartych na faktach. To pierwsze należy potępiać. W tym drugim przypadku należy się ścierać na gruncie faktów, na gruncie dociekań naukowych, na gruncie logiki.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? A to dlatego, że żyjemy w czasach pogłębiającego się zamordyzmu. I to zamordyzmu, który wprowadzają nie brutalni żołdacy, ale panowie w eleganckich garniturach czy nawet noszący na szyi koloratki. Kiedy przyjeżdża jakiś kontrowersyjny naukowiec, kontrowersyjny dlatego, że głosi prawdy niepopularne w mediach głównego ścieku czy poglądy nieprzystające do powszechnie uznawanej wizji świata, to okazuje się, że spotkania z jego udziałem na terenie uniwersytetu nagle są odwoływane! Uniwersytet, który powinien być miejscem wolności badań naukowych i wymiany myśli, okazuje się miejscem dla wybranych i głoszących jedynie słuszne poglądy. Prof. Zygmunt Bauman – tak. Prof. Paul Cameron – nie. Prof. Magdalena Środa – tak. Ks. prof. Tadeusz Guz – nie. Reżyser Wojciech Smarzowski – tak. Reżyser Grzegorz Braun – nie. Jeśli któryś z prelegentów głosi bzdury, to przecież cóż łatwiejszego? Należy wysłać kilku łebskich gości, którzy rozbiją jego argumentację w drobny mak. Oczywiście nie kijem baseballowym, ale siłą logicznego rozumowania i udokumentowanymi faktami. Tymczasem coraz powszechniejszą praktyką – zresztą nie tylko w Polsce – jest zastosowanie tego pierwszego – nawet jeśli nie jest to dosłownie kij baseballowy (a i użycie przemocy się zdarza), a na przykład odmowa wynajęcia sali czy nagonka medialna i utrącenie kariery naukowej.

Coś podobnego ostatnio zdaje się spotykać ks. prof. Tadeusza Guza. Sam ksiądz profesor zareagował tak, jak zareagować powinien każdy naukowiec, którego poglądy się kwestionuje – zaproponował debatę naukową iwspólne poszukiwanie prawdy. Jeśli poglądy głoszone przez ks. prof. Guza to niczym nie poparte bzdury, to cóż prostszego, niż udowodnić to publicznie, nawet w transmitowanej przez media dyskusji naukowej? Internet umożliwia w dzisiejszych czasach udostępnienie takiej debaty na cały świat w czasie rzeczywistym. Jeśli argumenty ks. prof. Guza zostałyby podważone logiczną argumentacją, popartą naukowymi dowodami i niezbitymi faktami, to jemu samemu pozostałoby już tylko wycofać się w niesławie z życia naukowego. Jeśli natomiast okazałoby się, że jego poglądy mają solidne podstawy, to wówczas nasuwałoby się pytanie: Dlaczego Polska Rada Chrześcijan i Żydów domaga się od jego zwierzchników działań dyscyplinarnych i dąży do tłumienia wolności badań naukowych?

Ci, którzy nie znają szczegółów sprawy, znajdą zarówno list ks. prof. Tadeusza Guza, jak i Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów w linkach zamieszczonych w powyższym akapicie. Natomiast ci, którzy uważają, że w tej sprawie nie można milczeć i popierają propozycję ks. prof. Tadeusza Guza, nawet jeśli sami nie zgadzają się z jego poglądami, ale cenią wolność dociekań naukowych, mogą podpisać petycję w obronie duchownego tutaj.


środa, 12 września 2018

Kto naprawdę jest za wolnością, czyli Acta 2

Jeśli będziecie kiedyś się zastanawiać, dlaczego nie ma już takiej wolności słowa w Internecie jak dawniej, to przypomnijcie sobie nazwiska europosłów PO, którzy głosowali za Acta 2. Oni są nie tylko przeciw Polsce, oni są generalnie przeciw prawdziwej wolności. A jeśli coś obiecują, to po to, aby tego nie zrealizować. PiS-owi wiele można zarzucić, ale w większości realizuje swój program wyborczy (z wyjątkiem zakpienia sobie z frankowiczów).