Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobkowski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 listopada 2016

„Między skrzydłem a sterem” – listy Andrzeja Bobkowskiego do Jerzego Turowicza


Jeśli czytelnik zabierze się za lekturę „Listów do JerzegoTurowicza 1947-1960” Andrzeja Bobkowskiego po jego korespondencji ze stryjem, z pewnością będzie czytał fragmenty niektórych z nich z pewnym zaskoczeniem. Jak bowiem pogodzić jego pochwałę protestantyzmu, jaką przedstawił Aleksandrowi Bobkowskiemu, i uwagi o tym, że w krajach, gdzie zwyciężyła herezja, nie było skłonności do „ideologii pałki” (co jest oczywistą nieprawdą) z jego otwarcie wyrażaną niechęcią do Lutra? Jak choćby w tym fragmencie:

(...) ale kto mi zaręczy, że taki Cortez, Pizarro i inni – zewnętrznie straszliwie katoliccy – nie byli podgryzieni, choćby podświadomie, nowinkami Lutra? A jeśli nie Lutra, to w każdym razie atmosferką, która stworzyła Lutra? Tu czuję, że się może zagalopowałem, ale trudno – ja Lutra do tego stopnia nie znoszę (cała moja luterańska rodzina ze strony ojca niemało się do tego przyczyniła), że o tym typie nie umiem spokojnie mówić.

Można oczywiście przypuszczać, że autor „Szkiców piórkiem” nie do końca był w swoich deklaracjach szczery, że co nieco pozował, że troszkę zmyślał w zależności od tego, do kogo pisał. W tym przypadku korespondował przecież z redaktorem katolickiego tygodnika (choć traktował ten tygodnik bardziej jako pismo literackie), stąd jego ogólne uwagi o religii i wyrażanie niechęci do protestantyzmu nie byłyby niczym dziwnym.

Z drugiej strony nonkonformizm Bobkowskiego, niedbanie o to, by wkraść się w czyjeś łaski dla pozyskania konkretnych korzyści materialnych, wyjazd z Europy i odrzucanie ofert wsparcia finansowego i stypendiów, każe powątpiewać w tak koniunkturalną postawę pisarza. Cóż miałby bowiem po niej zyskać? Pomoc dla swojej matki, która pozostała w Krakowie? Być może, ale czy na pewno?

Tym niemniej sprzeczność pozostaje: w liście do stryja sugestia, że totalitaryzm znajduje podatny grunt w krajach katolickich, w liście do Turowicza zaś dywagacje (nawet jeśli się „zagalopował”), że postawa konkwistadorów jest być może podszyta luteranizmem. Przy tym staje w tej ostatniej korespondencji w obronie samego Kościoła katolickiego i przeciwstawia się łączeniu tegoż Kościoła z okrucieństwami zdobywców Ameryki.

Religia generalnie jest w tych listach pisanych do redaktora „Tygodnika Powszechnego” jednym z tematów głównych. Są to zarówno wzmianki o własnej religijności, dywagacje o katolicyzmie w Ameryce Łacińskiej, jak i opisy świąt (głównie Bożego Narodzenia, ale też na przykład procesji z relikwiami Krzyża Świętego) w Gwatemali. Te ostatnie to żywe obrazki z życia Gwatemali, równie ciekawe, jak opisy politycznych niepokojów i buntów, które zresztą Bobkowski podaje ze swoistym dystansem i poczuciem humoru.

Chyba najbardziej przejmujący aspekt tych zapisków religijnych odnajdzie czytelnik w bardzo osobistych uwagach pisarza, dotyczących jego własnych doświadczeń, zwłaszcza wówczas, kiedy pisze ze świadomością stania być może już u progu śmierci:

Od przeszło dwóch lat żyję w cieniu śmierci. (...) Śmierć powinno się brać zupełnie na serio przede wszystkim jako koniec życia w tym sensie, w jakim my to życie pojmujemy, to znaczy naprawdę i bez głupich dowcipów jako koniec świata i koniec w s z y s t k i e g o w naszym ludzkim rozumieniu. Poza tym pozostaje tylko ufność i wiara w nadprzyrodzone miłosierdzie Boskie, które można załatwić tylko wiarą i ufnością, bo tego tu naszym umysłem nie można zrozumieć. To kwintesencja mojej filozofii i mojego spokoju.
(...)
Właściwie to nawet żyję z poczuciem jakiegoś szczęścia, bardzo wielkiego, jak nigdy dawniej. I śmiać mi się chce z ludzi, którzy kwestionują sens życia. Dziś wiem, że ono ma sens, BO JEST.

Dla znających tę twórczość i tych, którzy trochę coś wiedzą o życiu Bobkowskiego, nawet przy uwzględnieniu religijnego wymiaru jego twórczości, może pewnym zaskoczeniem być także takie wyznanie o modlitwie:

Na Łasce się nie znam, bo nigdy w życiu nie miałem najmniejszych wątpliwości i modlitwa była dla mnie wielką rzeczą i pokrzepieniem.

Zaskoczeniem natomiast nie będą choćby takie uwagi, jak ta chwilę po zacytowanym wyżej passusie:

W myśleniu staram się zawsze eliminować modę. Mody myślenia zarzynają ten świat. Szczególniej to, co już dawno jest démodé, a co podaje się za ostatni gwóźdź sezonu.

Tutaj jest znany nam Bobkowski indywidualista. Bobkowski Sarmata, który chodzi własnymi ścieżkami. Te własne ścieżki zawiodły autora „Szkiców piórkiem” do Gwatemalii, która stała się jego drugą ojczyzną i którą pokochał. Jak sam wyznawał: „chcę tutaj umrzeć”. Nie miał przez to poczucie zdrady własnej ojczyzny, gdyż zauważał:

Dziś rozumiem, że można jakiś obcy kraj pokochać i bez uszczerbku na duszy mieć jakby dwie ojczyzny.

Oczywiście powracającym motywem, przebijającym się przez te listy, nawet jeśli sam autor nie ma zamiaru się użalać i biadolić nad swoim losem, który przecież wybrał z pełną świadomością, jest motyw ciężkiej pracy, która doprowadziła go pewnego dnia do załamania nerwowego:

(...) zapracowany, w końcu w jesieni 1953 r. upadłem raz wieczorem na ulicę, nie mogłem wstać, zdawało mi się, że jeżeli zrobię jeden ruch, natychmiast umrę.

Bobkowski, by pisać, musiał ten czas na twórczość, często zmęczony i wyczerpany, wręcz wyszarpywać. Stąd poczucie, że mamy do czynienia z czymś tym cenniejszym, bo okupionym ogromnym trudem, a jednocześnie żal, że autor nie mógł pracować w bardziej komfortowych warunkach, kiedy tyle miernot (ale też przecież autorów wybitnych, jak wspomniany tu Iwaszkiewicz) w jego czasach żyło w komforcie w zamian za służalczość. Pisał więc w liście do Turowicza, wspominając o swoim modelarskim biznesie:

Ja natomiast przeszlę Panu coś bardziej ciekawego – ot po prostu trochę notatek, takich pisanych po mojemu, obecnie raczej ukradkiem, między skrzydłem a sterem, bo na porządne pisanie nie mam czasu i tylko od namiętności notowania nie mogę się uwolnić.

Dobrze, że ta „namiętność notowania” w autorze nie wygasła. Dobrze, że ocalały te listy.

Andrzej Bobkowski, Listy do Jerzego Turowicza 1947-1960, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2013.

czwartek, 27 października 2016

Gdyby żył, skończyłby dziś 103 lata

Wyjazd i różne inne (też niespodziewane) zajęcia uniemożliwiły mi dokończenie i zamieszczenie tekstu o następnej przeczytanej książce Bobkowskiego (mam nadzieję, że pojawi się wkrótce). A więc uczczę kolejną rocznicę urodzin autora „Szkiców piórkiem” wiadomością, że właśnie nadarza się znakomita okazja, by uzupełnić sobie biblioteczkę o jego utwory, które są przez chwilę dostępne o 50% taniej (tak, to reklama, ale całkowicie bezinteresowna). Wydawnictwo Więź obniżyło ceny „bobkowianów”, by uczcić kolejne urodziny autora.

poniedziałek, 19 września 2016

„Strzępy słów na papierze” – listy Andrzeja Bobkowskiego do stryja


Czytanie kolejnych zbiorów listów Andrzeja Bobkowskiego jest trochę jak praca rekonstrukcyjna archeologa. Te listy to jakby dodatkowe elementy mozaiki, które umożliwiają odtworzenie całości, domyślenie się także brakujących fragmentów, które być może nigdy się nie pojawią. Zapewne również z tego powodu – nie tylko dzięki zaletom epistolografii samego pisarza – ta lektura jest tak fascynująca.

Korzystając z promocji w księgarni Więzi, jaka pojawiła się akurat w kolejną rocznicę śmierci autora „Szkiców piórkiem”, nabyłem jeszcze na początku lata wreszcie parę książek zarówno Bobkowskiego, jak i o Bobkowskim (mam nadzieję, że uda mi się jeszcze o nich napisać na tym blogu). Oczywiście nie mogłem się powstrzymać, by od razu nie zabrać się do czytania, choć miałem parę lektur już rozpoczętych.

Zacznę od tego, że pokusa cytowania obfitych fragmentów jest olbrzymia. I to nie tylko samych listów pisarza, ale również ze wstępu Joanny Podolskiej. Ten wstęp to jakby dzieje Polski przełomu XIX i XX wieku oraz pierwszej połowy XX wieku na przykładzie jednej rodziny, a może dokładniej – na przykładzie co najmniej dwóch rodzin. Przede wszystkim rzecz jasna rodziny Bobkowskich. Czego tu nie ma! I praca w carskiej kolei, i głupi kawał, który doprowadził do nieobliczalnych konsekwencji, i ucieczka, która również wywarła tragiczny wpływ na losy całej niemal rodziny, i Syberia, i walka o niepodległość Polski, i Meksyk, i interesy kończące się plajtą, i ciężka praca, i narciarstwo, i rozwój kolei (a w tym Luxtorpeda), i kolejka na Kasprowy Wierch, i ucieczka z Mościckim.... uffff!!! Doprawdy, na podstawie historii rodziny Bobkowskich można by stworzyć wieloodcinkowy serial telewizyjny, który co wieczór przyciągałby tłumy widzów, a przy tym wiele powiedział o polskich dziejach.

Te pasjonujące historie rodzinne pozwalają też lepiej zrozumieć mentalność samego autora, dają tło, które uświadamia nam źródło jego poglądów, sympatii, zachowań, preferencji... O czym zresztą jeszcze parę słów nieco dalej.

Z tych rodzinnych historii dla zrozumienia tła tych listów oczywiście najważniejsze jest to, co autorka pisze o stryju Andrzeja Bobkowskiego – Aleksandrze. I tutaj pozwolę sobie na przytoczenie przynajmniej dwóch-trzech obszerniejszych fragmentów ze wstępu J. Podolskiej, bo naprawdę osiągnięcia stryja pisarza są przeogromne, ale odnajdujemy tutaj też coś z charakteru samego autora „Szkiców piórkiem”:

Na stopień pułkownika awansowany został 1 stycznia 1930 roku, potem odszedł do służby cywilnej. W tym samym roku objął funkcję dyrektora kolei w Krakowie. Tu zaczął się najaktywniejszy okres zawodowy Aleksandra Bobkowskiego. Zaczął reformę kolei. „Przerabiam ją z »urzędu« na »przedsiębiorstwo« w całym tego słowa znaczeniu. Wszystkich pracowników zamienić się staram na kupców sprzedających transport kolejowy, dbałych przy tym o piękność i czystość obiektów powierzonych ich opiece” – pisał w swoim życiorysie. To wtedy pojawiają się ukwiecone dworce kolejowe, a pasażerowie stają się ważnymi klientami, którym trzeba dogodzić jak tylko można. Bardzo współczesne myślenie jak na tamte czasy. Hasło, jakie mu przyświecało, to: „Dobra obsługa klienta i zadowolony pracownik kolejowy”. Wraz ze związkiem zawodowym kolejarzy Aleksander Bobkowski stworzył obejmującą wszystkich pracowników „Samopomoc Kolejarzy”, organizował kolonie dla dzieci, budował dla nich obiekty w Rabce, w tym sanatorium dziecięce, zainicjował kolejowy hufiec harcerski.
(...)
Dzięki Bobkowskiemu powstały nowe linie kolejowe, przede wszystkim na trasie Kraków-Zakopane. Góry zapełniały się turystami, a pociągi – pasażerami. Działania Bobkowskiego były imponujące: zbudował linię kolejową Kraków-Miechów, rozbudował przestarzałe dworce w Krakowie, Krynicy i w Zakopanem, zaprojektował budowę linii kolejowej Kraków-Myślenice-Mszana Dolna, wprowadził wagony motorowe, popularne luxtorpedy. To była prawdziwa rewolucja, pojawiła się nowe, szybsze połączenia, miejsca sypialne w trzeciej klasie, kolejki górskie: linowo-szynowa na Gubałówkę i linowa na Kasprowy Wierch.
(...)
Mówiono o Bobkowskim, że chce przybliżyć miasto do gór, morza i jezior przez szybkość, taniość i wygodę podróży koleją. Na zarzut, że to wszystko dla bogatych rodzin, odpowiadał bezpłatnymi przejazdami dla dzieci, pociągami z wagonami, w których można przenocować. (...) Dzięki jego wpływom Zakopane dwukrotnie otrzymało organizację mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym: w 1929 i w 1939 roku.

Już tych kilka obszerniejszych passusów pozwala wyobrazić sobie, w jakiej atmosferze wychowywał się młody Bobkowski, jakie wzorce kształtowały jego charakter. Trzeba też tutaj zaznaczyć, że rodzina Bobkowskiego ze strony ojca była protestancka, choć sam został wychowany jako katolik.
Z tym katolicyzmem jest zresztą pewien kłopot. Bliżej mu chyba do wzorców tzw. „katolików otwartych” z „Gazety Wyborczej” czy „Tygodnika Powszechnego” niż do katolickiej ortodoksji. Ale o tym za chwilkę.

Czytając pozostawione przez pisarzy zapiski, czytając to, co inni zebrali o nich, ryzykuje się, że dowie się trochę niemiłych rzeczy, które będą burzyć nam ustalony już w naszej wyobraźni wizerunek. Pamiętam jak wiele lat temu przerwałem lekturę książki o Milesie Davisie. I to nawet nie dlatego, że było tam trochę niemiłych faktów o samych twórcy „Sketches of Spain”, ale dlatego, że dotyczyły one mojego ulubionego Johna Coltrane’a. No cóż, ułomny Mel Gibson stworzył niesamowitą „Pasję”, grzeszny Adam Mickiewicz napisał „Pana Tadeusza” i „Dziady”...

Do tej pory, po lekturze korespondencji Bobkowskiego zebranej w tomie wydanym przez krakowskie Arcana zastanawiam się, czy „Basia” – żona Bobkowskiego – zdawała sobie w Paryżu sprawę z tego, co oznaczał jego obcięty krawat, a jeśli tak, to jak się wówczas czuła. Cóż, cynizm pewnego typu mężczyzn, zwłaszcza (choć nie tylko) żyjących na przełomie XIX i XX wieku oraz w pierwszej połowie tego ostatniego jest zdumiewający i... odrażający. I można go odnaleźć u sporej grupy wybitnych twórców XX-wiecznej literatury polskiej: Cz. Miłosza, M.K. Pawlikowskiego, G. Herlinga-Grudzińskiego...

Ale takie żenujące fragmenty zapisków Bobkowskiego, jego dzienników czy listów, nie dotyczą jedynie spraw obyczajowych czy osobistych. Zdarza się, że Bobkowski wypisuje nonsensy o sprawach światopoglądowych, których bym się u tego pisarza „osobnego” raczej nie spodziewał. Być może już tak jednak jest, że pisarze, którzy zdobywają się na niezależność myślenia, na płynięcie własnym kursem, nie potrafią się ustrzec mielizn.

Z lektur dzienników, listów i opowiadań Bobkowskiego odniosłem wrażenie, że zwłaszcza pod koniec swojego życia autor „Szkiców piórkiem” traktował wiarę katolicką niezwykle poważnie, że stanowiła ona dla niego istotną treść życia, że wchodził w nią coraz głębiej. Niestety można odnaleźć w jego korespondencji fragmenty świadczące o tym, że jednak pewnych rzeczy w ogóle nie rozumiał. Dotyczy to zarówno nauczania Kościoła, ale także interpretacji pewnych zjawisk ideologicznych.
Czytamy na przykład:

Weź pod uwagę, że bat, nahajka, knut, ideologie pałki nie zrodziły się w żadnym protestanckim kraju i żaden protestant nie był ich ideologiem. Marks był Żydem. Hitleryzm nie był niczym innym, jak modyfikacją marksizmu. Komunizm przyjmuje się najłatwiej w krajach katolickich. Jestem katolikiem, ale mam sporo porachunków z katolicyzmem.

No i cóż z tym passusem zrobić? Najlepiej byłoby chyba zapomnieć. Czy Bobkowski na przykład nie wiedział, kiedy to pisał, że naziści najmniejsze poparcie mieli w wyborach w landach katolickich w Niemczech, a największe w protestanckich właśnie? A cóż takiego wyprawiali protestanccy panowie w katolickiej Irlandii, jak nie stosowali wobec swoich katolickich poddanych knut i pałkę? A czy Bobkowski nie słyszał nic o brytyjskich obozach koncentracyjnych w Afryce? Z pewnością też autor „Coco de Oro” zweryfikowałby swój pogląd na rolę Kościoła katolickiego, gdyby dożył czasów „Solidarności” i zauważył z perspektywy czasu, że to Kościół stanowił oazę wolności, a budynki kościelne służyły za schronienie dla niezależnych twórców. I czy faktycznie komunizm przyjął się tak łatwo w katolickiej Polsce? A co mówić np. o wschodnich Niemczech? O Czechosłowacji? Chyba wystarczy.

Dalej w tym samym liście autor wypisuje głupoty o antykoncepcji, ale w sumie jestem gotów mu to wybaczyć, bo większość katolików ma z tym kłopot i nie potrafi zrozumieć nauczania Kościoła katolickiego, pomijając już fakt, że wielu katolików – w tym zamęcie kreowanym przez media masowego rażenia – popiera takie horrenda jak aborcja czy in-vitro. Stwierdzenie przez Bobkowskiego – „A tu Kościół jest tępy, nieustępliwy. Ale ustąpi – jestem pewny” – świadczy niestety o tępocie samego autora. Kościół nie ustąpił i nie ustąpi, nawet jeśli pisarz tej rangi, co nasz szukający wolności uciekinier do Gwatemali, uważa to za głupotę.

Ale takie fragmenty, jak ten cytowany wyżej, nie psują przyjemności czytania tej korespondencji. Zawsze zresztą kolejne epistolograficzne zbiory Bobkowskiego czytam z tym samym narastającym ściskiem w gardle, bo przecież wiem już, jak się to skończy, choć autor będzie „do ostatka »trzymać fason« (...) i nie poddawać się do ostatniego wyciętego kawałka siebie samego, czyli do ostatniego naboju”. Zawsze też mój podziw będzie budzić to pragnienie zachowania własnej niezależności, nie ulegania pokusie, by dać się chwycić na wędkę grantów, zapomóg, stypendiów dla tzw. „twórców”, pragnienie własnoręcznego wykuwania swojego losu, choćby oznaczało to wyprawę na koniec świata i zaczynania wszystkiego od nowa, bo przecież „Europa Zachodnia zamienia się powoli w Pacanów”.
Jakże przejmujące są słowa tego dzielnego w końcu pisarza dotyczące emigracji, rozłąki i samotności:

Dla mnie w tych śmierciach z daleka jest cały tragizm dzisiejszych czasów. Z tą śmiercią Ojca, który nie miał prawa uścisnąć ręki jedynego syna, do dziś nie mogę się pogodzić. (...)
Ale masz. Rozłąka, podła rozłąka, strzępy słów na papierze, kontrolowane najpierw przez siebie samego, a potem przez obcych. I potem śmierć. I co na to poradzisz? Jakiś kamień w tym naszym przechodzeniu przez potok życia znowu się nam usunął spod nóg. Tak to czuję.

Andrzej Bobkowski, Listy do Aleksandra Bobkowskiego 1940-1961, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2013.

sobota, 23 maja 2015

Śmieci „wSieci” czyli czy polski konserwatysta jest kulturalnym debilem?


„Z reguły lekturę tygodników i dzienników rozpoczynam od stron kulturalnych i zazwyczaj przeżywam to samo rozczarowanie: zamiast pasjonujących dyskusji, ideowych sporów, twórczego fermentu, odnajduję krótkie notki, w większości poświęcone popkulturze i nieco dłuższe artykuły o tym, co w danym momencie jest modne, »na topie«”.

Tak jakiś czas temu pisałem w swojej recenzji z książki Andrzeja Horubały. Kiedy jakieś półtora roku temu dowiedziałem się, że w tygodniku „wSieci” ma być osobny dział kulturalny, w pierwszym momencie ucieszyłem się. Zapowiedź ta zdawała się sugerować nową jakość, coś, czego do tej pory w tym piśmie nie było. Przez mgnienie oka wyobraziłem sobie coś na kształt „Tygodnika Literackiego” tyle tylko, że stanowiącego część większego „projektu” (jak to się teraz modnie mówi). Szykowałem się więc na bezlitosne recenzje tomików poetyckich, na podważanie uznanych autorytetów, na niebanalne spojrzenie na klasykę polskiej literatury, na wywracanie do góry nogami zastanych hierarchii i przywracanie pamięci o pisarzach oraz artystach usuniętych w cień przez lata PRL-owskiej cenzury i „polityki kulturalnej”.

Trwało to „mgnienie oka”, bo bardzo szybko sobie uświadomiłem, że przecież „wSieci” to portal „wPolityce”, a portal „wPolityce” to jednocześnie strona internetowa „wNas” (przynajmniej powiązanie to było widoczne wówczas). Portal „wNas”, opatrzony nie wiedzieć dlaczego mottem z Prousta (choć bardziej pasowałoby tutaj „It’s only rock’n’roll, but I like it” Rolling Stonesów), to serwis, który niby zajmuje się kulturą, a tak naprawdę większość miejsca poświęca popkulturze i entuzjastycznym informacjom, że jakaś gwiazdka pop nawróciła się na chrześcijaństwo (a potem załamywaniem rąk, że jednak chyba nie). W sumie niewiele różni się od działów plotkarskich serwowanych nam na znanych portalach internetowych. Jedyną różnicę stanowi może tylko to katolickie „skrzywienie”. Można by wręcz powiedzieć, że to taki konserwatywny Pudelek. I niestety tzw. „dział kulturalny” tygodnika „wSieci” niewiele od tego pierwowzoru odbiega.

Trzeba się sprzedać

Z jednej strony rozumiem – tygodnik musi się sprzedać, trzeba więc schlebiać też niskim gustom, zamieścić krzyżówkę lub przepis na kotleciki, dać fragment książki jakiejś celebrytki. Z drugiej strony jednak zadziwia fakt, że tygodnik, na którego łamach pisuje czterech wybitnych poetów różnych pokoleń (Jan Polkowski, Krzysztof Koehler, Wojciech Wencel, Leszek Długosz) ma tak kiepski dział kulturalny. W zasadzie, by przeczytać jakiś intrygujący tekst o kulturze, literaturze czy sztuce, należy w kolejnym numerze poszukać artykułu, felietonu lub eseju jednego z wymienionych autorów. I nic dziwnego, że znajdują się one poza tzw. „działem kulturalnym”, zazwyczaj w dziale „Opinie” – w końcu znacząco odbiegają od serwowanej tam lekkostrawnej i mdłej papki zarówno poziomem, jak i stylem. Jeden tekst Polkowskiego czy Koehlera jest więcej wart niż setki stron „wSieci kultury”.
To, co dominuje w „dziale kulturalnym” tygodnika „wSieci”, to sztuki wizualne. Głównie film, chociaż jest co nieco o teatrze (w mało interesującej lub żenująco pretensjonalnej formie – do tej pory krzywię się na wspomnienie wywiadu z Bogusławem Lindą). Są oczywiście wywiady z gwiazdkami ekranu i sceny pop, zarówno w stałej i głupawej rubryce, jak i w postaci dłuższych wywiadów. Nie brak też recenzji z płyt z muzyką popularną i sążnistych artykułów o jakichś kultowych serialach telewizyjnych (po których przeczytaniu utwierdzam się tylko w przekonaniu, że słusznie zrobiłem porzucając przed laty oglądanie telewizji). 

Z początku jeszcze łudziłem się, że coś się zmieni, że ktoś rozpędzi w redakcji to całe towarzystwo na zbity pysk i powierzy redakcję działu kulturalnego osobie z wizją i pomysłem. Jednak szybko straciłem nadzieję, a jednym z takich sygnałów było dla mnie swego czasu kompletne zignorowanie setnej rocznicy urodzin Andrzeja Bobkowskiego – pisarza, bez którego trudno mówić o polskiej literaturze (i w ogóle kulturze) XX wieku. Ten brak choćby krótkiej wzmianki, choćby jakiegoś krótkiego przeglądu wydanych wówczas książek zarówno pisarza, jak i o samym pisarzu, był dla mnie symboliczny – co mam bowiem sądzić o „dziale kulturalnym”, który ignoruje istotne zjawiska w polskiej kulturze?

Reakcja, nie kreacja

Jeden z polskich pisarzy (któremu w ostatnich latach chyba znudziła się rola prawicowego oszołoma) gdzieś napisał, że działalność polskiej inteligencji prawicowej sprowadza się zazwyczaj – by wyrazić to swoimi słowami – do reakcji, a nie do kreacji. Najlepszym przykładem tej konstatacji było wyrażane na łamach „wSieci” oburzenie na próby rugowania Mickiewicza ze szkoły. Oburzenie słuszne i święte, ale co z tego? Cóż bowiem sama redakcja tego „konserwatywnego” pisma robi – poza oburzaniem się – by pokazać, że słowa wieszczów wciąż są dla nas ważne, wciąż mają sens? Jakie próby odczytania na nowo „Dziadów”, „Kordiana”, „Nieboskiej komedii” panowie redaktorzy nam zaproponowali lub proponują? Czy zaprosili na łamy swojego czasopisma krytyków, pisarzy, poetów, by np. wypowiedzieli się w ankiecie „Cóż nam po Mickiewiczu?” albo „Cóż nam po wieszczach w czasach popkultury?” Albo czy redakcja wpadła w ogóle na pomysł, że zamiast wywiadów z jakimiś Norbim czy innym celebrytą, warto być może włożyć kij w mrowisko i trochę pojątrzyć, próbując zaproponować nowy spis lektur szkolnych, spis – który uwzględniałby zjawiska wybitne, ale zapomniane?
  
Tych obszarów istotnych dla polskiej kultury, pomijanych przez tygodnik na rzecz zjawisk marginalnych, nieistotnych (choć paradoksalnie płynących głównym nurtem) jest sporo. Gdybym miał się kierować tym, co znajdę wśród recenzji, nie wiedziałbym, że (poza Polkowskim i Długoszem, którego wiersze regularnie się tam pojawiają) powstaje w Polsce w ogóle jakakolwiek poezja, że odbywają się festiwale poetyckie, że ukazują się nowe tłumaczenie klasyki literatury (Cervantesa, Gogola, Celana, Kawafisa, Bunina), że ktoś podejmuje poważne próby prozatorskie. A co ze współczesną sztuką, malarstwem? Co z muzyką poważną? Co z udostępnianiem w formie elektronicznej arcydzieł polskiej literatury? Czy w redakcji poważnego tygodnika naprawdę nie ma nikogo, kto w przystępnej i ciekawej formie mógłby napisać serię artykułów przybliżających laikowi (do których się zaliczam) współczesną muzykę polską (nie tę pop – tę sieczkę mam na co dzień, gdy tylko włączę radio, ale tzw. „muzykę poważną”)? A może warto byłoby na łamach pisma powalczyć o przywrócenie nauczania języków klasycznych – łaciny i greki do szkół średnich? Jak bowiem czytać klasykę polskiej literatury bez choćby pobieżnej znajomości języka łacińskiego? Spraw, którymi mógłby się zająć robiony na poważnie dział kulturalny jest sporo, pewnie dużo więcej niż przychodzi mi w tej chwili do głowy (jak choćby to, że świętuje się kolejne rocznice niepodległości, a jakoś do tej pory nie wydano choćby opracowanych naukowo „pism wybranych” – nie wspominając już o „zebranych” – Piłsudskiego i Dmowskiego).

Konserwatywny debil

Ogólnie wydaje się, że dla twórców tzw. „działu kulturalnego” tygodnika „wSieci” ich czytelnik to debil, który nie jest w stanie swoim umysłem ogarnąć czegoś więcej niż wywiady z gwiazdkami i gwiazdami kina lub muzyki pop oraz durnowate ankiety z pytaniami typu: „Gdybym nie był tym, kim jestem, chciałbym być…” lub „Gdybym przez jeden dzień mógł być zwierzęciem, chciałbym zostać…”

Jeśli tak, to po co temu czytelnikowi zaprzątać głowę sprawami poważnymi? W numerze bożonarodzeniowym redakcja działu kulturalnego zamieści zatem tekst o Moulin Rouge i o kochankach Bonda, Jamesa Bonda. Ot, znakomite wyczucie, co jest stosowne w danej chwili! Nie choćby np. przegląd najciekawszych książek o tajemnicy Bożego Narodzenia, nie recenzje najlepszych płyt z polskimi kolędami, nie wizje Bożego Narodzenia w malarstwie europejskim, tylko Moulin Rouge i kochanki Bonda! Dobrze, że w wielkanocnym nie znalazł się reportaż z burdeli Amsterdamu.
Przykre to i smutne, kiedy konserwatywne czasopismo oddaje pole kultury walkowerem, kiedy zamiast ją kształtować, próbować wyznaczać jej nowe kierunki, sugerować intrygujące zagadnienia, przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza to, co oferują współczesne media, wyławiając z tego ścieku co najwyżej kawałki jako tako zgodne z ogólnie rozumianym duchem chrześcijaństwa.

Wydaje się, że czasopismo przegapia nawet możliwości, jakie stwarza regularnie tam publikujący Jan Polkowski. Jego tekst o jednej z moich ulubionych lektur – o „Lalce” Prusa – wywołał kontrowersje nie tylko na łamach „wSieci” (dwa teksty polemiczne). Wystarczy zajrzeć do Internetu (jego polemiści wręcz posunęli się do zarzucania autorowi głupoty!). Czy nie jest to znakomity pretekst do rozpętania dyskusji nie tylko o Prusie, ale w ogóle o polskiej literaturze np. ostatnich dwóch wieków? Dlaczego redakcja działu kulturalnego nie wykorzystała okazji i nie zaprosiła do debaty pisarzy i badaczy literatury, także takich, dla których profil ideowy „wSieci” jest obcy? Zapewne nie wszyscy przyjęliby to zaproszenie, ale może nie byłoby tak źle? Może mielibyśmy serię głosów z lewa i prawa, głosów mądrych i durnych, stanowiących intelektualne wyzwanie i porażających miałkością myśli, może nawet wszyscy byliby przeciwko Polkowskiemu. A może byłaby to regularna jatka, twórczy ferment, polaryzacja poglądów? Któż to wie?

A przecież Polkowski nie tylko tym tekstem mąci i jątrzy, wbija szpile i przekłuwa nadęte do niespotykanych rozmiarów balony (albo przynajmniej usiłuje je przekłuć)… I co? I nic? Zupełnie nic???

niedziela, 26 stycznia 2014

Podsumowania na koniec i początek roku: Literatura polska i obca


W minionym roku było mniej wpisów, bo i z powodu pracy mniej było czasu na siedzenie przed komputerem i pisanie. A święta Bożego Narodzenia tak dobre, że też nie było jak i kiedy pisać. Może warto jednak zrobić na początek nowego roku małe podsumowanie starego i pokusić się o parę słów refleksji.

W roku 2012 odkryciem była dla mnie proza Józefa Rotha, o którym słyszałem, czytałem, ale którego książek nie znałem. W minionym 2013 roku olbrzymim przeżyciem było dla mnie odkrycie poezji Przemysława Dakowicza z tomiku „Teoria wiersza polskiego”. Kilka razy przymierzałem się do napisania kilku słów na temat tych niesamowitych wierszy. Nawet miałem tytuł, nawiązujący do jednego z utworów autora, a który moim zdaniem w jakiś sposób charakteryzuje tę poezję – „Centon Dakowicza”. Już dawno nowoodkryte wiersze nie wywołały u mnie takich doznań, takiego wzruszenia i poczucia, że obcuję z twórczością naprawdę wybitną i mówiącą mi coś niezmiernie ważnego nie tylko o poszczególnym losie, ale również o wspólnocie, do której należę, której częścią się czuję. Jest poezja Dakowicza zakorzeniona nie tylko w tradycji polskiej poezji, ale też w polskiej historii. Zresztą to kontekst nie jedyny, ale szczególnie istotny. Ta poezja ma głębię, jakiej nie odnajduję w wielu produkcjach poetyckich współczesnych młodych poetów. To jak zajrzenie w głąb otchłani, z której słychać echa głosów minionych pokoleń, w której widać kłębiące się obrazy dawnych zdarzeń. To poczucie, że bez tych głosów, bez świadomości tamtych minionych wydarzeń nie da się zrozumieć teraźniejszości i że ta teraźniejszość jest nie tylko bez nich uboższa, ale też skłamana, skundlona. To poezja bolesna, przejmująca, ważna.


Notabene Dakowicz to autor nie tylko świetnego tomiku wierszy, ale również chyba najwnikliwszy komentator ekshumacji na Łączce, uświadamiający głębokie znaczenie tego wydarzenia. Nowy rok zresztą otwieram kolejnym – i jak mi się wydaje równie znakomitym – tomikiem „Łączka” tegoż samego autora.

Z prozy wskazałbym na omawiane na tym blogu „Ślady krwi”Jana Polkowskiego, które uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń literackich minionego roku.

Powieść „Obok Julii” Eustachego Rylskiego, tak chwalona przez np. Krzysztofa Masłonia, wywołała u mnie mieszane uczucia. Zgodzić się muszę, że jest ona znakomita literacko, ale – podobnie jak parę innych utworów tego autora – budzi u mnie jakiś niesmak, uczucie, że prezentowana przez autora wersja rzeczywistości jest skłamana, sfałszowana, że coś tu nie gra. Z jednej strony więc zachwyt, a z drugiej - niechęć. Powieść jak najbardziej z gatunku tzw. "prozy męskiej".

O Pilchu pisać nie będę. Już napisałem.

Jeśli zaś o odkrycia w prozie chodzi, to bez wątpienia jest nim dla mnie pisarstwo Michała K. Pawlikowskiego. Jego „Dzieciństwo i młodośćTadeusza Irteńskiego” to powieść, którą powinno się podawać jak odtrutkę na mizerię współczesności i przypomnienie czasów, kiedy Polska, choć pod zaborami, nie była ledwo kadłubkiem swojej dawnej świetności. To kapitalna gawęda o czasach, które „poszły z dymem” – by nawiązać do innego gawędziarza z mniej więcej tego samego okresu. Pawlikowski maluje panoramę świata ziemiańskiego obejmującego tereny dawnego Księstwa Litewskiego, a obecnej Białorusi. Jest to świat barwny, ciekawy, atrakcyjny, nie istniejący w świadomości większości współczesnych Polaków, dla których słowo „Kresy” kojarzy się głównie z zagrabionymi ziemiami II Rzeczypospolitej, jakby zapominali, że I Rzeczpospolita obejmowała znacznie większy obszar. Nieżyjący już pisarz upomina się o ten zapomniany kawałek polskiej ziemi i polskiej historii i wciąga nas w snutą opowieść tak bardzo, że z żalem ją opuszczamy.

Proza Pawlikowskiego nawiązująca do gawędy szlacheckiej, a także do „Pana Tadeusza”, odtwarza realia ówczesnego życia pieczołowicie, przypominając różne jego aspekty od tych najmniejszych, trywialnych, po te najważniejsze. Opisuje więc szczegóły ziemiańskiego życia, edukację, lektury, którymi się wówczas pasjonowano, przedstawienia teatralne, które oglądano, młodzieńcze próby konspiracji… A oprócz tego jest tutaj barwna galeria postaci ziemian polskich, ich stylu życia, ich dziwactw, ich pasji, ich historie, często zabarwione humorem…

Ważnym wydarzeniem w minionym roku była również setna rocznica urodzin Andrzeja Bobkowskiego, przez niektóre „niepokorne” media przeoczona zupełnie, ale na szczęście zauważona przez kilka wydawnictw i publiczne radio. Nie wszystko jeszcze udało mi się ogarnąć i zdobyć. Jednak każdy miłośnik bobkowianów powita z radością tych kilka publikacji książkowych. Moją uwagę zwróciły dwie książki wydane przez oficynę LTW, zasłużoną dla przypomnienia wybitnej prozy i autorów polskich, która opublikowała również wzmiankowaną wyżej powieść Pawlikowskiego. Pierwsza z tych książek to „Notatnik1947-1960” – publikacja zapisków Bobkowskiego na podstawie rękopisu, który w takiej postaci nie był przeznaczony do druku. Wartość tej publikacji jest w tym, że czytelnik może zobaczyć, przeczytać takie „nieobrobione” notatki, bo sporą część ich już zna w właśnie obrobionej postaci skądinąd. Atutem tej skromnej książki, okładką nawiązującej do notatnika pisarza, są nie tylko liczne zdjęcia, ale przede wszystkim ciekawy wstęp autorstwa Macieja Nowaka analizującego różne kwestie związane z diarystyką Bobkowskiego.

Drugą publikacją jest „Szczęście pod wulkanem” Macieja Urbanowskiego, zbiór szkiców tego autora – jak głosi podtytuł – „O Andrzeju Bobkowskim”. W pewnym sensie jest to taka „próba całości” – by nawiązać do tytułu jednego z tekstów w niej pomieszczonych. Szkoda, że nie pełna monografia – bo już chyba najwyższy czas, by taka powstała. Jednak jakiś jej zarys w tej książce się znajduje. Pisze bowiem Urbanowski nie tylko o „Szkicach piórkiem”, ale o listach i nowelach Bobkowskiego, kontrastuje jego twórczość z Miłoszem i diarystycznymi dokonaniami takich autorów jak Ernst Junger oraz Pierrre Dreiu la Rochelle, analizuje Bobkowskiego jako kolorystę, patriotę i przygląda się humorowi obecnemu w jego pisarstwie. Całość zamyka rozmowa o „chuliganie wolności” z Jackiem Stworą. Rzecz naprawdę godna polecenia zarówno tym wszystkim, którzy twórczość autora „Szkiców piórkiem” znają już od dawna, jak i tym, którzy dopiero teraz chcieliby się czegoś o niej dowiedzieć.

Jeśli chodzi o literaturę zagraniczną, pierwszą książką, która przychodzi natychmiast do głowy jest „Późna godzina” Iwana Bunina. Wydana wprawdzie w roku 2012, ale warta wzmianki.

Są takie chwile, kiedy ogromnie żałuję, że w swoim czasie, gdy była sposobność, nie nauczyłem się porządnie języka rosyjskiego, że mi, smarkaczowi, nikt nie wytłumaczył, nikt mnie nie przekonał, iż język rosyjski, to nie tylko Lenin i rewolucja październikowa, towarzysze i plenum partii komunistycznej, ale również wielka literatura rosyjska, zasób myśli i doznań, z którego warto korzystać w oryginale. Dzieje się tak zazwyczaj właśnie w trakcie lektury przekładów wybitnej prozy i poezji rosyjskiej. Tak było i tym razem, gdy sięgnąłem po „Późną godzinę” Iwana Bunina w tłumaczeniu i opracowaniu Renaty Lis. Z jednej strony oczarowanie, z drugiej niedosyt – pragnienie, by sięgnąć po więcej, by przeczytać to po rosyjsku i zobaczyć, czy ma taką samą magiczną siłę oddziaływania na wyobraźnię, uczucia, zmysły.

Tom, przygotowany przez Renatę Lis, zasługuje na uwagę koneserów dobrej literatury. Przede wszystkim jest starannie skomponowany i opracowany. Składa się z wyboru opowiadań z tomu „Ciemne aleje”, które otwierają książkę. Po nich następuje nowy przekład dziennika Bunina, znanego wcześniej polskim czytelnikom jako „Przeklęte dni”, a w obecnym przekładzie noszącego tytuł „Nieszczęsne dni”. Całość zamyka zaś jedno jedyne opowiadanie, nieprzypadkowo zatytułowane „Koniec”. Kompozycja niemal muzyczna albo filmowa: nostalgiczne obrazki z przedrewolucyjnej Rosji, jak fragmenty, okruchy rozbitego zwierciadła; spora dawka chaosu, brudu, wylewu obrzydliwości, jakim był bolszewicki przewrót, jak brudna fala, wśród huku wystrzałów, zalewająca tamten, wspomniany na początku, świat; i wreszcie finał, w którym bohater uświadamia sobie w mroku, na rozszalałym morzu, koniec tamtego świata. Aż się prosi o napisanie do tego muzyki. Na szczęście tłumaczka zrezygnowała ze swojego pomysłu zamieszczenia na końcu przemowy autora, co moim zdaniem mogłoby naruszyć tę doskonałą kompozycję. A jeszcze oprócz tego Renata Lis opatruje tom swoim wstępem, objaśnieniami do opowiadań i dziennika, posłowiem i kalendarium życia autora. Polski czytelnik otrzymuje więc przy okazji małe kompendium wiedzy o Iwanie Buninie i jego twórczości.

Ciekawych publikacji było bez wątpienia znacznie więcej, o niektórych pisałem na tym blogu. Wszystkiego nie da się niestety ogarnąć. Wspomnę jeszcze na zakończenie o obszernym zbiorze wierszy Paula Celana „Psalmi inne wiersze” w tłumaczeniu i opracowaniu Ryszarda Krynickiego. Na tom wierszy Paula Celana polowałem od jakiegoś już czasu. Poezja ta intrygowała mnie swoją mrocznością, a jednocześnie jakimś dziwnym pięknem. Na jej ślady, jej echa, na inspirację tą twórczością napotykałem m.in. w poezji Jana Polkowskiego. Nic więc dziwnego, że kiedy zobaczyłem ten tom w księgarni, bez wahania go kupiłem. Jedynie słynną „Fugę śmierci” Ryszard Krynicki przedstawił nam w tym wyborze w tłumaczeniu nie swoim, a Stanisława Jerzego Leca. Znający język niemiecki mają możliwość w tym dwujęzycznym wydaniu skonfrontowania tłumaczeń Krynickiego z oryginałem.

niedziela, 27 października 2013

Urodziny Andrzeja Bobkowskiego


Zupełnie przez przypadek na setne urodziny Andrzeja Bobkowskiego, które przypadają właśnie w tę niedzielę, kupiłem sobie „Notatnik 1947-1960”, zawierający niepublikowany do tej pory dziennik. Uświadomiłem sobie ten fakt dzisiaj.

Różne książki kuszą mnie w księgarniach, zazwyczaj odkładam je na półkę z westchnieniem, gdy spojrzę na cenę. Jednak w przypadku Bobkowskiego nie miałby siły się oprzeć pokusie. Z miejsca też zabrałem się do czytania, choć nie mam na to teraz zupełnie czasu kończąc pracę nad czymś, co jeszcze wymaga sporo poprawek i korekt. Poczytuję sobie więc fragmentami i rozkoszuję się, czując radość. Tę radość autor „Szkiców piórkiem” sprawił mi na swoje własne urodziny.