Jest taki film z Michaelem Douglasem „Upadek” (Falling
Down). Tak mi się jakoś przypomniał, gdy oglądałem zdjęcia przedstawiające
tzw. „strajk przedsiębiorców”, na którym znalazła się mieszanina różnych
Szczurków, wśród których nikt szanujący uczciwość nie chciałby przebywać.
Jeszcze smutniej zrobiło mi się wówczas, kiedy czytałem potem komentarze
mieszające z błotem, mówiące o „nowym Palikocie”, „ruskiej onucy” i „rosyjskim
agencie” oraz wypowiedzi ludzi życzliwych, którzy przestali rozumieć z tego
cokolwiek.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdarzenia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 9 maja 2020
poniedziałek, 20 kwietnia 2020
Dziennik kwarantanny 09: Matka Kurka albo rozhisteryzowana baba z zaburzeniami
Od jakiegoś czasu udzielam się na Twitterze. Robię to
bardziej w celach reklamowych niż z chęci brylowania na jakimś forum
społecznościowym – zarówno Facebook, jak i Twitter to w dużej mierze strata
czasu, chyba że ktoś ma zdolność celnej i szybkiej riposty, a przy tym potrafi
to ubrać w zwięzłą formę – wówczas może wykorzystać te fora nawet do
ewangelizacji.
Tymczasem jednak Twitter to różne obozy, który wzajemnie się
atakują i nie biorą jeńców. Są dość mocno okopane i po krótkim czasie bez trudu
można rozpoznać, kto jest nieprzejednanym PiS-owcem, kto Konfederatą, a kto
lewakiem. W zasadzie próba poruszania się pomiędzy np. PiS-owcami a
Konfederatami jest skazana na niepowodzenie. Jakaś krytyczna wypowiedź np. o
Andrzeju Dudzie i traci się śledzących nasze wpisy PiS-owców. Jakaś krytyczna
uwaga na temat Konfederatów i można zapomnieć o tym, że ktoś przygarnie cię do
grona czytanych autorów. Takie jest przynajmniej moje wrażenie po kilku czy już
kilkunastu tygodniach. Zostałem zablokowany nie tylko przez Olgę Tokarczuk, ale
także przez „prawicowego” autora, którego sobie niegdyś ceniłem, choć nie we
wszystkim się z nim zgadzałem – więc wiem, co mówię.
Od jakiegoś czasu kontrowersje na Twitterze i chyba też w
innych mediach i na innych forach budzi kolejna wolta słynnego (a może:
słynnej?) Matki Kurki. Muszę przyznać, że ceniłem sobie jego walkę z Owsiakiem,
bo to praktycznie starcie Dawida z Goliatem, jeśli weźmie się pod uwagę
medialne i biznesowe wsparcie twórcy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy
oraz bezkrytyczną sektę jego wyznawców, którzy nie przyjmują żadnej krytyki. Z
drugiej strony z ciekawością obserwowałem wpisy Matki Kurki w których kibicował
(a może: kibicowała?) PiS-owi i entuzjastycznie wypowiadał się o kolejnych
posunięciach Prezesa. Pamiętałem mgliście inne jego wcielenie, chyba jeszcze z
czasów forum „Frondy”. Nigdy jednak nie śledziłem każdego jego tekstu.
Jak już wspomniałem, Kurka budzi od jakiegoś czasu mocne
kontrowersje na Twitterze. Tym razem atakuje rząd Mateusza Morawieckiego za
restrykcje wprowadzone w związku z koronawirusem. Robi to w iście histerycznym
tonie (podobnie zresztą jak i inni „prawicowi” komentatorzy i dziennikarze,
którym nie podobają się działania rządu). Wulgaryzmy, bluzgi i „dzielne”
zdjęcia, na których Matka Kurka łamie przepisy i zalecenia rządowe – to w
zasadzie standard – przynajmniej z tego, co dane mi było zobaczyć.
Jedni się od wypowiedzi Matki Kurki odcinają, inni przyjmują
je z aprobatą. Nie wiadomo jeszcze, w którą stronę pójdzie ewolucja znanego
blogera – czy nagle okaże się Konfederatą i zacznie pisywać na łamach
„Najwyższego Czasu!”, czy będzie „niezależnym” autsajderem. Szaleństwa Matki
Kurki traktuję z dużym dystansem. I wcale nie dlatego, bym uważał każde
posunięcie rządowe za słuszne, choć wierzę (jako były PiS-owiec być może
naiwnie) w dobrą wolę rządu Morawieckiego, czy dlatego, bym odmawiał komuś
prawa do zmiany poglądów (sam przestałem wspierać w wyborach PiS, choć
jednocześnie mam dużo wątpliwości co do Konfederacji). Z dystansem traktuję też
komentarze, które sugerują, że Matka Kurka prowadzi działalność agenturalną i
że właśnie przełożono wajchę, a jego mocodawcy wydali mu nowe polecenia.
Problem, jaki mam z Matką Kurką, to widoczny brak równowagi,
zgoła niemęski. Dla mnie Matka Kurka to taka rozhisteryzowana baba z ostrymi
zaburzeniami hormonalnymi. Wielgucki po prostu przechodzi od jednej skrajności
w drugą. Może mi coś umknęło (bo jak mówiłem: nie śledzę każdej wypowiedzi tego
blogera), ale przejście „od uwielbienia do wzgardy” jest u tego autora
niebezpiecznie gwałtowne. To samo można powiedzieć o paru innych dziennikarzach
i komentatorach. Niektórzy sobie wyobrażają, że używanie bluzgów, wulgaryzmów,
inwektyw to cecha mocno męska. Te pohukiwania, wrzaski i bluzgi są w
rzeczywistości symptomem braku równowagi i siły, reakcji uczuciowej, babskiej,
a nie męskiej, za którą powinna kryć się chłodna kalkulacja i racjonalna analiza.
Czytając wpisy i popisy Matki Kurki wiem jedno: nie powierzyłbym mu prowadzenia
nawet małej firmy, a co dopiero stanowiska, na którym miałby jakikolwiek wpływ
na rzeczywistość i losy wielu osób. W sytuacji kryzysowej doprowadziłby po
prostu swoimi emocjonalnymi reakcjami do katastrofy.
Photo by Cristian Newman on Unsplash
piątek, 10 kwietnia 2020
piątek, 3 kwietnia 2020
Z dziennika kwarantanny 08: Sójki, wróble i nie tylko
Jak już pisałem, ponieważ z reguły w ostatnich miesiącach
pracuję w większości w domu, więc nie narzekam na nudę. Szczerze powiedziawszy
to nawet mam wrażenie, że brakuje mi czasu na wszystkie rzeczy i projekty,
które chciałbym zrealizować. Nawet mnie dziwi, że wiele osób nie potrafi sobie
poradzić z faktem spędzania większości czasu w domu z powodu epidemii. Może
nadawałbym się na astronautę? A może jestem nienormalny?
Nie mamy telewizora. I nigdy nie odczuwam jego potrzeby.
Jeśli zdarzy mi się być u kogoś i w tle włączony jest telewizor, to z reguły
okazuje się to być jakąś sieczką, której nie da się na dłuższą metę oglądać.
Naszym „telewizorem” jest natomiast okno. Już co roku dokarmiamy ptaki. Zimą balkon
to ich terytorium. Tak samo było tej zimy, choć tak naprawdę to chyba
dokarmianie nie było ptakom potrzebne.
Z roku na rok poznajemy też coraz więcej ptasich gatunków.
Już w listopadzie albo pod koniec października na nasz balkon zaczynają
zaglądać sikorki. Do tej pory poznaliśmy dwa ich rodzaje: dużą bogatkę i
malusieńką, ale często zadziorną sikorkę modrą. Modraszka jest tak mała, że nas
to często rozczula. Myślę, że zmieściłaby się w rączce dziecka.
Gdzieś jesienią zeszłego roku rozpoznaliśmy sikorkę ubogą.
To zabawne, bo dla żartów nazywałem podobnie modraszkę w odróżnieniu od
bogatki. Mówiłem o niej: ubożuszka. A tymczasem okazuje się, że istnieje
sikorka uboga. Wygląda mniej więcej tak, jakby ktoś bogatce zrobił czarno-białe
zdjęcie.
Liczyliśmy trochę, że w takim razie tej zimy będą już trzy
rodzaje sikorek. Jednak uboga pojawiła się tylko na chwilę i ani razu jej nie
zauważyliśmy. Zniknął też nieśmiały rudzik, który od czasu do czasu zawitał na
nasz balkon i bardzo szybko uciekał, gdy tylko zauważył jakiś ruch. Być może
zima była zbyt lekka i nie miał potrzeby zaglądania do karmnika w poszukiwaniu
ziarna.
Po sikorkach w pewnym momencie zdecydowanie balkon zajmują
wróble i mazurki. Tak, nauczyliśmy się je rozróżniać. Kiedyś to były dla nas po
prostu wszystko wróble. W tym roku w pewnym momencie wróbli było dużo więcej
niż w zeszłym roku. Znakomicie to widać, o upodobały sobie okoliczne krzaki i
siedzą na nich od rana do wieczora. Co jakiś czas podrywają się, by napchać
sobie brzuszki i z powrotem usiąść, sprzeczając się ze sobą, kłócąc lub coś tam
sobie opowiadając. Niestety nie pojawił się kulawy Tomcio, który przylatywał
regularnie zeszłej zimy. Może dokonał żywota. Jedna nóżka wyginała się mu
odwrotnie. Być może już z taką wadą się wykluł.
W zeszłym roku zobaczyliśmy ku naszemu zdumieniu ptaka,
który był nam zupełnie nieznany. Początkowo myślałem, że to gołąb, ale był od
gołębia bardziej kolorowy i śmiesznie podskakiwał. Moja sprytna żona dość
szybko znalazła w Internecie, że to po prostu sójka. Któregoś dnia okazało się,
że to tak naprawdę dwie sójki. Co jakiś czas przylatują i zaglądają do karmnika
powieszonego na płocie, z którego wyciągają chyba orzeszki ziemne, którymi
raczą się też wrony szare. Sójki dobierają się również do powieszonych na płocie
kuleczek w siateczkach.
Lubimy wrony. Wrony są zabawne. Zarówno te olbrzymie czarne,
jak i szare.
Na wiosnę albo pod koniec zimy pojawiają się też szpaki.
Szpaki wydziobują ziarenka, które chyba dojrzewają na krzakach przez zimę.
Pierwszy raz zobaczyliśmy je albo zeszłej zimy, albo dwa lata temu. Zabawne
jest to, że siedzą sobie razem z wróblami. Wróble jakby zupełnie się szpakami
nie przejmują. Czasami mam wrażenie, że lądując na gałązkach któryś wpadnie na
głowę takiemu szpakowi. Wygląda to też tak, jakby wróble z tymi szpakami się
przekomarzały albo o czymś sobie tam opowiadały.
Są też i sroki. Sroki to w ogóle osobna historia... Tak samo zresztą, jak i wrony.
Photo by Jonnelle Yankovich on Unsplash
czwartek, 26 marca 2020
Z dziennika kwarantanny 06: Koronawirus jako kara Boża?
Jak już napisałem wcześniej, nie mam w zasadzie wątpliwości,
że epidemia koronawirusa jest karą Bożą. Nawet jeśli okazałoby się, że rację
mają ci, którzy twierdzą, że ta plaga nie tyle wymknęła się Chinom spod
kontroli, gdyż nie chcieli ujawnić prawdy wystarczająco wcześnie i skorzystać z
międzynarodowej pomocy, ale że jest ich celowym działaniem, testowaniem nowej
broni, to w dalszym ciągu nie podważa to interpretacji mówiącej o dopuście
Bożym. W końcu to On jest Panem historii i całego stworzenia.
Świetny „rozbiór” całej tej pandemii jako kary Bożej
przeprowadził red. Krystian Kratiuk w wywiadzie dla wRealu24. Warto obejrzeć i
posłuchać, bo cała ta rozmowa jest naprawdę wyważona, a spostrzeżenia są
błyskotliwe i dobrze umotywowane. Trzeba pamiętać, że katolicyzm to nie tylko
wiara, ale także rozum. A ten wywiad jest tego przykładem. Zachęcam do
obejrzenia: Kościół zamyka Kościół! Szatan zaciera ręce? Co z naszą wiarą?
Photo by Martin Sanchez on Unsplash
środa, 25 marca 2020
Z dziennika kwarantanny 05: Czy kościoły roznoszą zarazę?
Nowe przepisy odnośnie poruszania się po mieście w zasadzie
niewiele zmieniają w moim życiu. W ostatnim czasie zwłaszcza pracuję głównie w
domu, więc to niewiele mnie dotyka. Cenię sobie taką niezależność, choć czasami
może to wymagać umiejętności samodyscypliny. Nowe restrykcje zresztą w
przypadku codziennego życia nie są tak restrykcyjne, bo okazuje się, że tak
naprawdę to z domu można wyjść pod byle pretekstem. Nawet jeśli nie ma się psa
(na ten temat było trochę żartów w sieci).
Nurtuje mnie natomiast nieustannie pytanie: Skąd u
rządzących takie zapędy, by ograniczać coraz bardziej liczbę wiernych w
kościołach? Dlaczego np. autobusem, który jest dużo mniejszy od przeciętnego
katolickiej świątyni, może jechać ok. 25 osób? Czy te autobusy są potem po
każdym kursie dezynfekowane? Przecież nikt nie sprawdza, kto gdzie siedział.
Nie ma praktycznie możliwości uniknięcia potencjalnego skażenia – poręcze,
siedzenia, dotknięcie drzwi, oparcie się ręką o ścianę lub szybę autobusu... Na
zdrowy rozum cała komunikacja miejska w tej sytuacji powinna być zawieszona!
Albo inny przykład. Byłem wczoraj w nocy w dużym sklepie z
sieci obsługującej firmy i prywatne biznesy (nazwy nie będę podawał). Trzeba
mieć kartę, więc spodziewałem się, że może wieczorem będzie mniej ludzi i
będzie wygodniej zrobić zakupy z zachowaniem względów bezpieczeństwa.
Spodziewałem się jakichś ograniczeń, pilnowania, by nie weszło za dużo ludzi.
Nawet powiedziałem żonie, że nie gwarantuję, iż przyjadę z zakupami.
Nic z tych rzeczy. Do sklepu mogła wejść praktycznie każda
ilość osób. Część klientów miała maseczki, a nawet rękawiczki. Inni chodzili
nie mając jakiegokolwiek zabezpieczenia przed potencjalnym zarażeniem. Panie
prze kasach miały specjalne ochraniacze i gumowe rękawiczki. W alejkach nie
dawało się uniknąć przejścia obok kupujących. Wprawdzie informowano nieustannie
przez megafony o zachowaniu odległości minimum 1 metra, ale też chyba nie
wszyscy tego przestrzegali dość ściśle, choć większość starała się dostosować.
Jak to zatem jest, że w sklepie może przebywać dużo większa
liczba osób, które nieustannie się przemieszczają, dotykają towarów, przebierają
w nich, a więc być może ktoś z nich rozsiewa wszędzie koronawirusa i stwarza
zagrożenie, a w kościele, w którym ludzie przemieszczają się tylko zajmując
miejsce i przystępując do Komunii św. może obecnie we Mszy św. uczestniczyć
tylko 5 osób?? Dlaczego akurat kościół traktuje się jako miejsce dużo
groźniejsze? Moim zdaniem właśnie tam zagrożenie jest dużo, dużo mniejsze,
jeśli nie w ogóle minimalne. Kiedy ostatnio uczestniczyłem we Mszy św. było bez
wątpienia mniej niż 50 osób. Wszyscy trzymali się przepisów. Nikt nie stwarzał
zagrożenia. Dużo mniej bezpiecznie natomiast czułem się wczoraj na zakupach.
Powtórzę więc ponownie, bo nie przestaje mnie to nurtować:
dlaczego akurat kościoły traktuje się jako miejsce stwarzające dużo większe
zagrożenie? Czyżby rządzący chronili księży i wstydzili się do tego przyznać? Pomijam
już fakt, że to właśnie tam – w kościele – znajduje się Stwórca w sposób
szczególny, bo w Najświętszym Sakramencie. A więc gdzie szukać lepszej ochrony?
Photo by Josh Applegate on Unsplash
piątek, 20 marca 2020
Z dziennika kwarantanny 02: Co z naszymi duchownymi?
Epidemia koronawirusa jest testem. Nagle wychodzi na wierzch
to, czego się nie spodziewaliśmy. Bywają to dobre rzeczy. Na przykład ludzie,
którzy spieszą z pomocą lekarzom i pielęgniarkom, którzy robią zakupy samotnym
osobom starszym. Bywają też złe, jak np. tych dwóch łobuzów, którzy
sterroryzowali sprzedawczynię i ją opluli, mówiąc, że mają koronawirusa. Albo
jak paniczne wykupywanie towarów ze sklepów bez troski o bliźnich (choć z
drugiej strony trudno w tym nie dostrzec mimo wszystko troski o swoją własną
rodzinę).
Jednak rzecz, którą ze zdziwieniem obserwuję od jakiegoś
czasu, to zachowanie ludzi Kościoła. Jestem tutaj w kłopotliwej sytuacji. Z
jednej strony trudno oczekiwać od innych ludzi bohaterstwa, można go oczekiwać
z reguły od siebie i to bez wywyższania się nad innych. Z drugiej strony
właśnie od Kościoła mamy prawo spodziewać się heroizmu i to zarówno w przypadku
jego szeregowych członków, jak i duchownych i hierarchów.
W Polsce mamy przykłady dzielnych duszpasterzy, którzy mimo
zagrożenia niestrudzenie świadczą posługę duszpasterską, odprawiają Msze św.,
dodają ludziom otuchy. Niektórzy czerpią wzory z zagranicy, jak na przykład ów
dzielny ksiądz z Żórawiny, który pobłogosławił Wrocław Najświętszym Sakramentem
z samolotu. Albo jak ksiądz Mirosław Matuszny, który postanowił samotnie iść po
ulicach miasta i modlić się z relikwiami św. Antoniego o ustąpienie zarazy.
Mamy jednak zachowania także dziwne. Nie potrafię na
przykład zrozumieć zachowania wrocławskich dominikanów, którzy zamknęli podwoje
swojego kościoła dla wiernych i nie odprawili Mszy św. nawet w tak ograniczonym
składzie, jaki dopuszczał ze względów bezpieczeństwa polski episkopat. Inne
kościoły były w stanie dostosować się do wymogów nałożonych przez biskupów i
Msze odprawić. Niektóre z tych Kościołów są tak na oko większe od kościoła
dominikanów. Postarano się tam zachować środki bezpieczeństwa, o których pisze
do wiernych przeor dominikanów.
Przypomnę, że w kościele dominikańskim znajdują się doczesne
szczątki błogosławionego Czesława, a więc – może rozumuję naiwnie – kościół ten
ma jakby dodatkową ochronę. Ale najważniejsza chyba jest ochrona, jaką daje Pan
Jezus. Rozumiem troskę o bezpieczeństwo wiernych, nie rozumiem tego zamknięcia
się na wiernych, nawet przy uwzględnieniu jakichś inicjatyw podejmowanych przez
dominikanów, by zdalnie kontaktować się z parafianami. W kościele tym naprawdę
nie trudno ograniczyć liczbę wiernych w czasie Mszy św. Wystarczy zamknąć jedne
drzwi, a przy drugich ustawić dwóch zakonników lub panów. Niech będą nawet w
maseczkach. A potem te drzwi zamknąć. Zostawiając ewentualnie jedną osobę, by
informowała innych, że już nie ma wejścia.
Inny przykład to sprawa wspomnianego już wyżej dzielnego
kapłana z Lublina – ks. Mirosława Matusznego. Z prawdziwym zdumieniem i szokiem
dowiedziałem się, że biskup Stanisław Budzik zakazał samotnych procesji ks.Matusznemu. Jak powód podano samowolność działań. Kapłan podporządkował się
poleceniu swojego biskupa (za co należy mu się ogromna pochwała, bo pokora jest
oznaką świętości), ale decyzję biskupa bardzo trudno zrozumieć. Spotkała się
ona zresztą z krytyką wiernych. Można by jeszcze ją pojąć, gdyby ks. Matuszny
zrobił coś złego albo wprowadzał jakieś niezwykle niekonwencjonalne metody
duszpasterskie czy naruszał np. zalecenie sprawowania Mszy dla nie większej
ilości wiernych niż 50 osób, czy też gdyby narażał zdrowie innych ludzi.
Jednak ks. Matuszny robił to, co powinien robić kapłan:
głosił Chrystusa, prosił Pana Boga o oddalenie epidemii, po katolicku odwoływał
się do wstawiennictwa świętych – w tym przypadku św. Antoniego – zachęcał
wiernych do modlitwy. Jego postawa spotkała się z gorącymi wyrazami poparcia ze
strony katolików na świecie, gdyż o kapłanie informowały media zagraniczne.
Dodawał w ten sposób otuchy nie tylko wiernym w Polsce, ale i na świecie. Skąd
więc ten zakaz??? Smutne to ogromnie.
Ponoć ks. Matuszny prosił, by nie komentować decyzji
biskupa, ale nie mogę się powstrzymać, gdyż bardzo mnie ona boli i uważam, że
wyrządza się krzywdę zarówno katolikom oczekującym od Kościoła heroizmu, otuchy
i wsparcia, jak i temu wiernemu kapłanowi. Jeśli kapłan demonstruje żywą wiarę
w Bożą opiekę, dając przykład innym, jak można mu tego zabronić??? Módlmy się za naszych kapłanów, a zwłaszcza za biskupów Kościoła katolickiego.
Photo by Martin Sanchez on Unsplash
wtorek, 17 marca 2020
Z dziennika kwarantanny
Koronawirus rąbnął w każdego jak grom z jasnego nieba. Nagle
okazało się, że wszystkie plany wzięły w łeb: zaplanowane wakacje są pod
znakiem zapytania. Klienci odwołują spotkania. W supermarkecie nagle nie można
kupić głupiego koncentratu pomidorowego, którego używam do różnych sosów. Msza
niedzielna była doświadczeniem przedziwnym, jakby doszło do katastrofy i w
kościele zebrali się nieliczni ocaleni, którzy na dodatek trzymali się od
siebie z daleka, by nie stać się kolejnymi ofiarami.
A przecież w gruncie rzeczy to niezła nauczka. Wiele rzeczy
bowiem bierzmy za oczywiste. Planujemy następny dzień i jesteśmy przekonani, że
jutro wstaniemy rano, że zrobimy kawę dla żony albo pojedziemy autem na
spotkanie z klientem. Wydaje się nam, że zaplanowane wyjście do kina w
niedzielę jest tak oczywiste, jak ekran komputera, na który teraz patrzę...
Tymczasem to tylko pozór. Nic nie jest pewne. To tylko się
nam tak wydaje, że po poniedziałku będzie bez wątpienia wtorek. Wie to każdy,
kto przeżył nagłą śmierć kogoś bliskiego. Wie to każdy, kto doświadczył
wypadku, kiedy wydawało się, że oto jedzie na wymarzone wakacje albo spotkanie
z przyjacielem i przecież za chwilę to stanie się faktem, a nie tylko
wydarzeniem zaplanowanym w kalendarzu. Takie rzeczy dzieją się codziennie,
tylko może akurat nie dotykają nas właśnie, ale kogoś innego. Oglądamy filmy
katastroficzne, ale traktujemy je tylko jako fikcję, a nie coś, co mogłoby nas
spotkać.
A tu proszę... Buch! Jakieś niewidoczne żyjątko, które atakuje
niewiadomo nawet kiedy. Prowadzimy sobie rozmowę z przyjacielem lub przypadkowo
poznanym człowiekiem na przystanku i nieświadomi wracamy do domu, a w naszym
organizmie już dokonuje się inwazja i być może przynosimy tę inwazję do domu,
do bliskich...
To wszystko może brzmieć przerażająco, kiedy uświadomimy
sobie, że to rzeczywistość i że właśnie teraz może paść na mnie lub na osobę mi
bliską. I nie uspokaja, że umierają osoby starsze, schorowane, jeśli jesteśmy
akurat jeszcze w sile wieku. Z niepokojem obserwujemy symptomy, zastanawiamy
się, czy nie mamy jakichś powikłań, które w połączeniu z wirusem wyekspediują
nas nagle w ostatnią podróż naszego życia.
Ale raz jeszcze: nic nie jest pewne. To mogło spotkać nas
każdego dnia: kiedy idziemy do parku, kiedy wokół bawią się dzieci, kiedy
robimy zakupy lub czekamy na przystanku, a w telewizji nie ma nic o inwazji
żadnego koronawirusa ani innych obcych. To może nas spotkać w najzwyklejszy ze
zwykłych dni. I nawet inni tego nie zauważą. Telewizja nie odnotuje. Może
przejmą się tylko bliscy.
Przyszłość tak naprawdę nie od nas zależy. A jeśli nad czymś
panujemy, to tylko się nam tak wydaje. Zdawali sobie z tego sprawę w
średniowieczu, pisali o tym poeci barokowi. Panem świata jest Bóg i to w Nim
trzeba pokładać ufność. Pandemia czy epidemia odsłoniła tylko to, jak kruche są
podstawy naszej ufności we własne siły, naszej pewności co do jutra.
Dlaczego więc tak wielu wpada w panikę? W każdej chwili, w
najzwyklejszy z najzwyklejszych dni musimy być gotowi. Nie my jesteśmy panami
historii, nie my jesteśmy panami jutra. Jest jeden Pan. Jemu oddajmy pokłon i
Jemu ufajmy.
Photo by Daniele Levis Pelusi on Unsplash
piątek, 14 lutego 2020
Środkowy palec Lichockiej
Nie mam sympatii do Lichockiej. Zwłaszcza odkąd poznałem jej
poglądy na temat zabijania nienarodzonych. Gdybym w dalszym ciągu głosował na
PiS, z pewnością nie byłaby to osoba, na którą oddałbym swój głos i odradzałbym
też to innym. Gdy pojawiła się wzmianka, że będzie w sztabie wyborczym Andrzeja
Dudy, uznałem to za jeszcze jeden przykład, iż głos konserwatywnego elektoratu
widocznie się dla kandydata Zjednoczonej Prawicy nie liczy. Pomijam już to, że
Duda pogrążył się w moich oczach wzmianką o możliwości akceptacji tzw.
„związków partnerskich”, które Kościół w swojej nauce i mądrości potępia.
Nie wiem, czy Lichocka faktycznie pokazała środkowy palec,
czy też tak się złożyło, że przypadkowo uchwycono moment, na którym to tak
wygląda. Miałem okazję obejrzeć krótki filmik w zwolnionym tempie, pokazujący,
że ona rzeczywiście sobie coś tam poprawia czy drapie pod okiem tymże palcem.
Jednak filmik musiał być z innego dnia, choć w towarzystwie tych samych posłów,
co pokazywało porównanie ze zdjęciem. Na zdjęciu wygląda to tak, jakby nie
tylko ona jedna patrzyła w określonym kierunku i szyderczo się śmiała. Nie jestem
tego w stanie rozstrzygnąć, trzeba by było pewnie powołać jakąś komisję i
zbadać obraz z monitoringu.
Jeśli jest to manipulacja, to tak po ludzku jej współczuję,
chociaż wolałbym, aby nie zasiadała w ławach poselskich. Natomiast ostatnimi,
którzy powinni wykorzystywać te „fejkowe” lub autentyczne zdjęcia, są z
pewnością członkowie opozycji. Myślę oczywiście o lewej stronie sali. Oni już
dawno stracili wszelkie moralne prawo do krytykowania takich gestów i w ogóle
oburzania się. Sam widok tych ludzi, którzy nie mają poczucia elementarnego wstydu,
wywołuje u mnie obrzydzenie.
Jeśli zaś chodzi o Konfederację, to oczywiście rozumiem ich
argumentację dotyczącą głosowania nad forsą, którą przydzielono telewizji
publicznej, ale powinni przeprosić za wykorzystanie wizerunku Lichockiej w
swoim memie, gdyby się okazało, że zdjęcie tak naprawdę fałszuje rzeczywistość.
Rozumiem, że bliskie są im takie wartości, jak prawda, uczciwość, rzetelność i
szacunek dla kobiet. Nawet jeśli tą kobietą jest feministka pozbawiona litości dla
dzieci nienarodzonych. Fairplay, panowie! Inaczej stracicie z kolei mój
szacunek, a i być może innych wyborców, którzy choć trochę myślą.
Photo by Simone Pellegrini on Unsplash
czwartek, 30 stycznia 2020
Goodbye EU!
Cokolwiek by myśleć o poglądach Nigela Farage’a, to jego
pożegnalna mowa w parlamencie europejskim wywarła na mnie duże wrażenie. Czy
faktycznie ocali to Wielką Brytanię? Zobaczymy. Wydaje mi się, że Anglia jest
przeżarta tą samą chorobą, która toczy UE.
Chciałbym, aby Polska mogła tak samo pożegnać się z tym
biurokratycznym i coraz bardziej niszczycielskim i tłumiącym wolność tworem. Mogę powtórzyć za
Farage’m: „Kocham Europę, nienawidzę Unii Europejskiej”.
sobota, 25 stycznia 2020
Prezydent Trump broni życia nienarodzonych
Prezydent Trump wziął udział w Marszu dla Życia w
Waszyngtonie w ten piątek. Jak widać, słupki sondażowe i protesty ubranych na
czarno feministek nie martwią go tak bardzo, by tonować swoje wypowiedzi i
ograniczyć swoją aktywność na polu obrony życia nienarodzonych. U nas natomiast
króluje jak najbardziej dosłowny zabójczy „kompromis aborcyjny” i obawa niepokojów społecznych.
„Wszyscy z nas tutaj rozumieją odwieczną prawdę: Każde
dziecko jest cennym i świętym darem od Boga. Razem musimy chronić, pielęgnować godność i świętość każdego ludzkiego życia i bronić ich .
Kiedy widzimy obraz dziecka w łonie, dostrzegamy przebłysk
majestatu Bożego stworzenia. Kiedy trzymamy nowonarodzone dziecko w naszych
rękach, znamy nieskończoną miłość, jaką każde dziecko przynosi rodzinie. Kiedy
oglądamy, jak dziecko rośnie, widzimy blask, jaki promieniuje z każdej ludzkiej
duszy. Jedno życie zmienia świat (...)”.
Źródło: LifeSiteNews, tłum. własne.
Photo by Irina Murza on Unsplash
środa, 22 stycznia 2020
Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa
Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć.
Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych
obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie
bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele
katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie
powszechnego braterstwa”.
A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów?
Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?
Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla
arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik
Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się
od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem
Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie
można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.
No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno
abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego.
Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie
energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na
milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na
przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z
kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza
na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich
podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest
miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.
środa, 15 stycznia 2020
Braun przyjmuje zaproszenie od „Towarzyszki Panienki"
Muszę przyznać, że z dużą przykrością dowiedziałem się o
tym, że Grzegorz Braun przyjął zaproszenie do udziału w programie od
„Towarzyszki Panienki”, czyli córki Wojciecha Jaruzelskiego. Z jednej strony
rozumiem jego motywy, z drugiej strony jednak w tym przypadku kompletnie się z
nimi nie zgadzam.
Zacznijmy od tego, że nie ruszają mnie kompletnie oskarżenia
o to, że Grzegorz Braun jest „ruskim agentem”, bo udzielił wywiadu jakiemuś
„Sputnikowi” czy innym rosyjskim mediom. Braun udziela wywiadów różnym mediom i
wprost mówi, co o nich myśli. Bez żenady nazywa „gadzinową” telewizję, w której
akurat występuje. Gdybyśmy mieli tak rozumować, to kapłani, którzy udzielają
wywiadów „Gazecie Wyborczej” czy „Newsweekowi” powinni z miejsca być objęci
ekskomuniką, nie mówiąc już o fakcie zamieszczania na łamach tych mediów
jakichś artykułów czy felietonów (co samo w sobie jest skandaliczne).
W ogóle nazywanie Brauna „ruskim agentem” jest idiotyczne.
Chyba nikt w polskiej kulturze tak jak Braun nie obnażył zarówno systemu
komunistycznego, jak i tego, co dzieje się we współczesnej Rosji. Tymczasem
spotkałem się z opinią, że jego filmy to „legendowanie agenta”. Takie rzeczy
wypisują ludzie skądinąd inteligentni. Sugerowanie, że twórczość Grzegorza
Brauna to uwiarygodnianie ruskiego agenta, jest mniej więcej taką samą bzdurą,
jak stwierdzenie, że jego pobyt w Stanach Zjednoczonych czyni go agentem CIA.
Braun z pewnością wykorzystuje te różne media jako
platformę, z której może dotrzeć do ludzi, którzy normalnie nie mieliby
możliwości poznania jego poglądów bezpośrednio. Tak robią z reguły normalni
politycy. Nie ma więc w tym nic dziwnego. Jeśli więc udziela wywiadu ruskiej
czy niemieckiej gazecie, nie rusza mnie to – powtórzę.
Jednak w przypadku Jaruzelskiej mam poczucie niesmaku. Takie
samo, jakie miałem, gdy do jej domu pospieszył Kukiz, czy wówczas, gdy z dumą
obwieszczał swój wywiad z nią Ziemkiewicz. Tutaj nie zgadzam się Braunem
kompletnie. Udzielanie wywiadu ludziom pokroju Jaruzelskiej to w rzeczywistości
utrzymywanie „na topie” i uwiarygodnianie ludzi z postkomunistycznego
establishmentu. Jest ich w mediach sporo. Oni tak naprawdę nie doszli do swoich
stanowisk w wyniku ciężkiej pracy, ale dzięki temu, że znaleźli się od początku
w korzystniejszej sytuacji od ich rówieśników, którzy nie mieli tatusiów w PZPR
czy w milicji. To naprawdę smutne, że prawicowi publicyści i politycy tak
ochoczo spieszą, by udzielić wywiadu dzieciom byłych komunistów.
Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, o co mi chodzi, to powiem
tak: wiele razy z dużą przykrością myślałem o ostatnich latach moich Rodziców.
Ciężko harowali w czasach komuny. W normalnym kraju pewnie mieszkaliby w domku
z ogródkiem, a mój Tato jeździłby to pracy własnym autem. Transformacja nie przyniosła
im żadnego wynagrodzenia za zmarnowane lata młodości, żadnej rekompensaty.
Tymczasem w telewizji mogłem oglądać „brazylijską” parę prezydencką, która na
tej transformacji się dorobiła, bo uprzywilejowały ją związki z komunistami.
Całkiem niedawno do parlamentu UE wybrano paru byłych komuchów, którzy za swoją
lojalność partii powinni być nagrodzeni, jeśli nie celą więzienną, to gorzkimi
latami w jakimś obskurnym M-2 bez perspektywy na jakąkolwiek karierę
polityczną. Z mediów pouczają mnie, a także obecny rząd, bezwstydni byli
członkowie PZPR. Ich dzieci brylują w mediach i jeżdżą na egzotyczne wakacje,
gardząc „Januszami”, którzy smażą się na bałtyckiej plaży i jedzą smażonego
dorsza... Wystarczy?
Photo by Nikolay Vorobyev on Unsplash
Photo by Nikolay Vorobyev on Unsplash
wtorek, 14 stycznia 2020
O pisarzu, który wiedział, gdzie są konfitury
Przeglądając anglojęzyczne strony z wiadomościami, wszedłem
też na angielską wersję portalu Polskiego Radia. A tam informacja o polskich książkach polecanych przez „New York Times”. Okazuje się, że niegdyś recenzowany
na tym blogu Szczepan Twardoch doczekał się swojej pierwszej książki
przełożonej na język angielski.
Nie byłoby w tym wszystkim może nic sensacyjnego ani godnego
uwagi, gdyby nie fakt, o czym jest ta książka. Otóż opisuje losy... żydowskiego
boksera. Przedwojennego – dodam. Mowa oczywiście o powieści „Król”.
Widzą, już Państwo, o co chodzi? Jeśli ta książka jest
faktycznie taka, jak jej opisy, które przejrzałem w Internecie, to można
stwierdzić, że Twardoch wie, gdzie są konfitury. Nim sprawdziłem, co w sieci
piszczy, pomyślałem sobie, że strategia jest mniej więcej taka, by z tego
powstał film. Obojętnie, czy zrobiony przez Hollywood, czy np. przez polskiego
reżysera, który jak autor Zimnej wojny będzie windowany do Oscara.
Sprawdziłem i proszę! Miałem rację – dowiedziałem się, że powstaje, a w
zasadzie już powstał serial na podstawie „Króla”!
Twardoch szybko odrobił lekcje. Zabrało mu to parę lat, ale
w końcu „zmądrzał”. Gdyby taki Gabriel Maciejewski (przytaczam go przy takich
okazjach nie bez kozery), również „zmądrzał”, to jego książki widniałby na
wszystkich wystawach księgarskich, dostawałby propozycje napisania wywiadu z
jakimś bokserem, żużlowcem albo innym asem sportu, a o prawa do ekranizacji
jego powieści o przedwojennym żydowskim piłkarzu biłyby się główne stacje
telewizyjne. No cóż... Maciejewski nie „zmądrzał”. Twardoch tak. Kogo zatem
czytam?
czwartek, 9 stycznia 2020
Aktorka złożyła ofiarę złotemu cielcowi
Tegoroczna uroczystość wręczenia Złotych Globów zasłynęła z
występu komika Ricky’ego Gervaisa, który zadał parę celnych ciosów hipokrytom z
Hollywood. Jego występem ekscytują się prawicowe i katolickie media oraz tacy
sami komentatorzy, choć należy pamiętać, że nie należy on raczej do miłośników
prawicy, a jeśli chodzi o jego poglądy, to jest ateistą, co łatwo sprawdzić w
Internecie. W dalszym ciągu nie zmienia to faktu, że uderzył środowisko
Hollywood boleśnie.
Zauważył on m.in., że wręczenie nagród nie powinno stać się
dla aktorów i aktorek platformą do wygłaszania przemówień politycznych, gdyż po
prostu nie są w takiej sytuacji, by móc kogokolwiek pouczać. Jak na ironię,
aktorka Michelle Williams wygłosiła właśnie taką mowę polityczną. Można by
machnąć na to ręką, w końcu nasze polskie aktorki też wygłaszają różne
polityczne opinie, częściej głupie albo bardzo głupie niż mądre. Jednak
Williams zachęciła kobiety do popierania aborcji i przyznała, że skorzystała ze
swojego „prawa do wyboru”. A to wydaje się sugerować dość jednoznacznie, że dla
kariery poświęciła swoje nienarodzone dziecko.
Wśród komentarzy, które pojawiły się potem w mediach, ktoś
trafnie skojarzył Złoty Glob z biblijnym złotym cielcem. Można by też wspomnieć
o Molochu, któremu w ofierze składano właśnie dzieci. Ktoś inny stwierdził
również, że o Złotym Globie dla Williams niedługo nikt nie będzie pamiętać, ale
ona będzie pamiętać o swoim nienarodzonym maleństwie do końca życia.
Naprawdę warto było?
środa, 8 stycznia 2020
Jak zostać „ruską onucą”?
Bardzo prosto. Wystarczy zanegować ogólnie podzielaną opinię
np. na temat obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Albo sprzeciwić się
udziałowi polskich żołnierzy w wojnie, która może wybuchnąć (już wybuchła?)
między Stanami Zjednoczonymi a Iranem.
To zadziwiające, jak bardzo zero-jedynkowe jest myślenie
skądinąd inteligentnych ludzi, których poglądy w innych sprawach gotów byłbym
poprzeć. Wystarczy wejść na fora internetowe, by się o tym dobitnie przekonać.
Ogólne wrażenie jest generalnej nawalanki, a nie wymiany myśli. Jakby zarówno
zwykli „internauci”, jak i wytrawni komentatorzy polityczni tłukli się
maczugami. Tu nie bierze się jeńców. Na dodatek nie chce się dostrzec, że nawet
jeśli taki sam pogląd wyrażają np. posłowie Konfederacji i jakiejś lewicowej
partyjki, to niekoniecznie robią to z tych samych pobudek ideowych i
niekoniecznie ich cele są takie same.
Czy sprzeciw wobec obecności wojsk amerykańskich na
terytorium Polski lub zwykła jej krytyka faktycznie dyskwalifikuje kogoś, kto
taki pogląd wyraża? Czy rzeczywiście mamy powody do radości w związku z
obecnością armii amerykańskiej w Polsce? Kiedy w naszej historii obecność obcej
armii na naszej ziemi świadczyła o potędze i sile Polski? Nie mówiąc już o jej
niepodległości. Jeśli nawet faktycznie ta armia jest gwarantem istnienia
Polski, broni ją przed agresją Rosji, to czy nie jest to smutne?
Radość będziemy mogli wyrazić dopiero wówczas, kiedy ostatni
żołnierz amerykański nasz kraj opuści, a Polska ponownie będzie na tyle silna,
by stawić opór nawet najlepiej uzbrojonemu przeciwnikowi. Może zatem, zamiast
dopatrywać się „ruskich agentów” wśród krytyków stacjonowania obcych wojsk na
naszym terytorium, lepiej zastanowić się, czy nie mają oni racji i spytać, jaką
mają propozycję alternatywną?
Podobnie jest teraz, kiedy wydaje się nam grozić wojna na
dużą skalę. Niektórzy nawet wieszczą, że może się to przekształcić w III wojnę
światową. Czy obecność naszych wojsk na terenie Iraku jest faktycznie wskazana?
Czy powinniśmy w jakikolwiek sposób uczestniczyć w tym konflikcie? Czy może
raczej powinniśmy się zastanowić (i to szybko) nad wycofaniem naszych
żołnierzy? Czy nasz ewentualny udział w tej wojnie byłby udziałem w wojnie
sprawiedliwej? Stawiam tylko pytania. Jednak nawet postawienie takich pytań
może doprowadzić do kolejnej ogólnopolskiej nawalanki maczugami.
wtorek, 7 stycznia 2020
Pożary w Australii niejednemu przygrzały
Pożary w Australii są znakomitym przykładem tego, w jaki
sposób można sterować opinią publiczną we współczesnym świecie i jak
funkcjonują współczesne media.
Wydawałoby się przede wszystkim, że łatwość i szybkość komunikacji
pozwala na przekazywanie prawdziwego obrazu wydarzeń, a tym samym szybkie
obalanie zwykłych kłamstw czy półprawd. Nic bardziej mylnego. Oto np. po
Internecie i w mediach społecznościowych krążą mapy Australii, które rzekomo
pokazują rzeczywisty zasięg pożarów. Stan wydaje się być katastrofalny. Skala
tych pożarów budzi skojarzenia apokaliptyczne. Ktoś zwrócił nawet uwagę, że
niektóre z tych map opatrzono podpisem sugerującym, że są one zrobione na
podstawie zdjęć NASA. Jednak, jak zauważył jeden z amerykańskich komentatorów,
gdyby brać te wizualizacje czy rzekome zdjęcia satelitarne na poważnie, to w
Australii doszło faktycznie do apokaliptycznej katastrofy. Ów komentator
zestawił je bowiem z mapą przedstawiającą gęstość zaludnienia. Gdyby obie mapy
na siebie nałożyć, to pożar powinien był pochłonąć niemal całą populację
Australii!
Coś nie zgadza się z tą rzekomą apokalipsą również wówczas,
jeśli spojrzeć na poprzednie dziesięciolecia. Otóż dane pokazują, że na
przełomie 1974 i 1975 roku spłonęło ponad 100 milionów hektarów buszu, a
obecnie jest to 6 milionów. Tak przynajmniej twierdzi jeden z użytkowników
Internetu, który publikuje stosowną tabelkę z danymi liczbowymi. Można też
znaleźć zdjęcia przedwojennej polskiej gazety z artykułem o trwających pożarach
w Australii. Według tego artykułu w Australii spłonął tak wielki obszar lasu,
jak terytorium Anglii. Nikt nie mówił wówczas o tym, że ów pożar był wywołany
zmianami klimatycznymi, których sprawcą jest człowiek. Może ludzie byli wówczas
głupsi albo mieli mniej danych? Artykuł jest prawdopodobnie z roku 1939.
Jeszcze niedawno podobną histerię rozpętano w związku z
pożarami lasu amazońskiego. Dzisiaj już jakby nikt o tamtym pożarze nie pamięta
ani o apokaliptycznych wizjach. Z pomocą obrazów, zdjęć zrobionych i
udostępnionych niemal w tym samym czasie na całym świecie łatwo wykreować
wrażenie rozgrywającej się na naszych oczach katastrofy. A internauci
przerzucają się zdjęciami, tabelkami, wizualizacjami, artykułami... Które z
nich są prawdziwe, które zostały sprytnie zrobione w domowym zaciszu przy
użyciu współczesnej technologii komputerowej? Trudno powiedzieć. Łatwo wrzucić
coś gdzieś w odmętach Internetu, kopiowane i wklejane na nowo szybko dotrze do
najdalszych zakątków globu – przynajmniej tam, gdzie jest zasięg sieci
komórkowej czy łączy internetowych. Nikt nie dotrze już do źródła. Nikt nie
sprawdzi, czy zdjęcia są autentyczne albo czy dotyczą faktycznie tego obszaru
świata...
W oparciu o te apokaliptyczne wizje w internetowym morzu
ogólnego zamętu wysnuwa się także różne interpretacje, które mogą prowadzić do
ośmieszenia religii. Osobiście nie wątpię, że Pan Bóg może się posługiwać
czynnikami naturalnymi, by opamiętać pogrążoną w grzechu ludzkość. Ale czy
obecne pożary, które ponoć występują w Australii cyklicznie, są faktycznie karą
za grzechy? Czy naprawdę za przegłosowanie antycywilizacyjnych ustaw, które
umożliwiają eutanazję, tzw. „małżeństwa homoseksualne”, zabijanie
nienarodzonych Pan Bóg pokarał Australię katastrofą? Jeśli prawdą są doniesienia
o cykliczności tych pożarów, a także o tym, że ich skala nie jest tak
nadzwyczajna, jak sugerują media, to można w to wątpić. Wspaniale by było,
gdyby to zjawisko doprowadziło do opamiętania się Australijczyków, ale chyba
się na to nie zapowiada. Opamiętanie pewnie przyjdzie po tym, jak do prawdziwej
katastrofy doprowadzą właśnie skutki wprowadzania w życie tych bezbożnych
ustaw. Niektórzy potrafią tę zbliżającą się katastrofę dostrzec, większość
ludzkości – w tym liderzy poszczególnych państw – wydaje się być ślepa. Ta
katastrofa będzie dużo gorsza niż płonący australijski busz. Pochłonie i pokaleczy wiele istnień ludzkich.
I jeszcze jedno: Wszyscy ekscytują się pożarami w Australii.
W nocy z niedzieli na poniedziałek spłonęło hospicjum w Chojnicach na północy
Polski. To dużo bliżej niż kraina kangurów. W wyniku tego tragicznego
wydarzenia zmarły 4 osoby. 24 trafiły do szpitala. Ile osób to zauważyło? Ile
pomyślało o jakiejś pomocy lub choćby modlitwie?
czwartek, 2 stycznia 2020
Nowy rok z papieżem
Wiadomość z przełomu roku, która w dalszym ciągu rozgrzewa
media społecznościowe (u nas chyba mniej niż na Zachodzie), to wideo z
papieżem, który uderzył dłonie kobiety, gdy ta chwyciła go za ręce. Kobieta
pewnie nie zdała sobie sprawy z faktu, że sprawiła ojcu świętemu ból szarpiąc
go za ręce. Może chciała mu coś powiedzieć (słychać jak coś do niego woła), a
może po prostu chciała choć przez chwilę być blisko kogoś, kogo katolicy
traktują jak ojca. Może tylko chciała, by ktoś uwiecznił ją na zdjęciu. Można
domniemywać, co nią kierowało, ale chyba nie jest to tutaj istotne. Nie wiem
nawet, czy ktoś próbował ją odnaleźć i dowiedzieć się, co czuje i co nią
kierowało. Kiedy z żoną w sylwestrowy wieczór zobaczyliśmy ujęcia wykrzywionej
twarzy papieża Franciszka z placu św. Piotra, oglądaliśmy to z dużą
przykrością.
Przeglądając reakcje komentatorów, spotkałem się z opiniami
tych, którzy uważają – często nie bez pewnej satysfakcji – że to prawdziwe
oblicze ojca świętego. Z drugiej strony są tacy, którzy bronią papieża, sugerując,
że przecież każdy z nas może się zdenerwować, każdemu mogą puścić nerwy. A poza
tym papież Franciszek następnego dnia przeprosił za swoje zachowanie, a w
zasadzie za zły przykład, jaki podał. Spotkałem się nawet z opinią pewnego
krytyka obecnego biskupa Rzymu, który powiedział, że w tym przypadku wyjątkowo
pochwala zachowanie ojca świętego.
No cóż... nie będę pisał, że czuję satysfakcję, że wyszło
szydło z worka. Bo nie czuję żadnej. Choć mam przeświadczenie, że trudno sobie
wyobrazić taki incydent w przypadku Jana Pawła II czy Benedykta XVI, a przecież
też uczestniczyli w różnych spotkaniach z ludźmi (chyba żaden do tej pory tak
często, jak św. Jan Paweł II).
Zgoda też, że każdemu z nas mogą puścić nerwy. A jednak niesmak
pozostaje...
Wyobraźmy sobie taką sytuację: dziecko szarpie nas boleśnie
za ręce. Pewnie wiele osób zareagowałoby w tej sytuacji tak, jak papież
Franciszek. Sądzę jednak, że chwilę potem uświadomiłoby sobie swój błąd.
Zwłaszcza, gdyby dziecko się rozpłakało. Normalny rodzic z pewnością szybko by
je przytulił, wytłumaczył, że nieświadomie sprawiło mu ból.
Przyznam się, że takiej reakcji oczekiwałem, kiedy oglądałem
te zdjęcia z placu św. Piotra. Tymczasem ojciec święty odszedł z wykrzywioną
twarzą. Kobieta stała tam zażenowana.
Nie bronię jej, bo w końcu też powinna pomyśleć. Żal, że do
takiego incydentu doszło. Nie pierwszy to zresztą przypadek dziwnego zachowania
papieża Franciszka. Nie chcę go osądzać. Jednak smutek i żal pozostaje. To
prawda: nie jest nadczłowiekiem. Ale chciałoby się, by był wzorem kochającego
ojca.
poniedziałek, 30 grudnia 2019
„Ukryte życie” już wkrótce w kinach
Wydaje się, że szykuje się bardzo dobra premiera. „Trailer”
filmu Terrence’a Malicka w każdym razie zapowiada dzieło na miarę Cienkiej
czerwonej linii czy Drzewa życia. Jak zwykle muzyka i obraz tworzą
niezapominalną atmosferę. Jeśli taki będzie cały film, to w lutym warto będzie
się wybrać na Ukryte życie. Recenzje z niektórych anglojęzycznych mediów katolickich są
entuzjastyczne.
sobota, 28 grudnia 2019
Subskrybuj:
Posty (Atom)






