Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdarzenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2020

Dziennik kwarantanny 10: Upadek

Jest taki film z Michaelem Douglasem „Upadek” (Falling Down). Tak mi się jakoś przypomniał, gdy oglądałem zdjęcia przedstawiające tzw. „strajk przedsiębiorców”, na którym znalazła się mieszanina różnych Szczurków, wśród których nikt szanujący uczciwość nie chciałby przebywać. Jeszcze smutniej zrobiło mi się wówczas, kiedy czytałem potem komentarze mieszające z błotem, mówiące o „nowym Palikocie”, „ruskiej onucy” i „rosyjskim agencie” oraz wypowiedzi ludzi życzliwych, którzy przestali rozumieć z tego cokolwiek.





poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dziennik kwarantanny 09: Matka Kurka albo rozhisteryzowana baba z zaburzeniami

Od jakiegoś czasu udzielam się na Twitterze. Robię to bardziej w celach reklamowych niż z chęci brylowania na jakimś forum społecznościowym – zarówno Facebook, jak i Twitter to w dużej mierze strata czasu, chyba że ktoś ma zdolność celnej i szybkiej riposty, a przy tym potrafi to ubrać w zwięzłą formę – wówczas może wykorzystać te fora nawet do ewangelizacji.

Tymczasem jednak Twitter to różne obozy, który wzajemnie się atakują i nie biorą jeńców. Są dość mocno okopane i po krótkim czasie bez trudu można rozpoznać, kto jest nieprzejednanym PiS-owcem, kto Konfederatą, a kto lewakiem. W zasadzie próba poruszania się pomiędzy np. PiS-owcami a Konfederatami jest skazana na niepowodzenie. Jakaś krytyczna wypowiedź np. o Andrzeju Dudzie i traci się śledzących nasze wpisy PiS-owców. Jakaś krytyczna uwaga na temat Konfederatów i można zapomnieć o tym, że ktoś przygarnie cię do grona czytanych autorów. Takie jest przynajmniej moje wrażenie po kilku czy już kilkunastu tygodniach. Zostałem zablokowany nie tylko przez Olgę Tokarczuk, ale także przez „prawicowego” autora, którego sobie niegdyś ceniłem, choć nie we wszystkim się z nim zgadzałem – więc wiem, co mówię.

Od jakiegoś czasu kontrowersje na Twitterze i chyba też w innych mediach i na innych forach budzi kolejna wolta słynnego (a może: słynnej?) Matki Kurki. Muszę przyznać, że ceniłem sobie jego walkę z Owsiakiem, bo to praktycznie starcie Dawida z Goliatem, jeśli weźmie się pod uwagę medialne i biznesowe wsparcie twórcy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy oraz bezkrytyczną sektę jego wyznawców, którzy nie przyjmują żadnej krytyki. Z drugiej strony z ciekawością obserwowałem wpisy Matki Kurki w których kibicował (a może: kibicowała?) PiS-owi i entuzjastycznie wypowiadał się o kolejnych posunięciach Prezesa. Pamiętałem mgliście inne jego wcielenie, chyba jeszcze z czasów forum „Frondy”. Nigdy jednak nie śledziłem każdego jego tekstu.

Jak już wspomniałem, Kurka budzi od jakiegoś czasu mocne kontrowersje na Twitterze. Tym razem atakuje rząd Mateusza Morawieckiego za restrykcje wprowadzone w związku z koronawirusem. Robi to w iście histerycznym tonie (podobnie zresztą jak i inni „prawicowi” komentatorzy i dziennikarze, którym nie podobają się działania rządu). Wulgaryzmy, bluzgi i „dzielne” zdjęcia, na których Matka Kurka łamie przepisy i zalecenia rządowe – to w zasadzie standard – przynajmniej z tego, co dane mi było zobaczyć.

Jedni się od wypowiedzi Matki Kurki odcinają, inni przyjmują je z aprobatą. Nie wiadomo jeszcze, w którą stronę pójdzie ewolucja znanego blogera – czy nagle okaże się Konfederatą i zacznie pisywać na łamach „Najwyższego Czasu!”, czy będzie „niezależnym” autsajderem. Szaleństwa Matki Kurki traktuję z dużym dystansem. I wcale nie dlatego, bym uważał każde posunięcie rządowe za słuszne, choć wierzę (jako były PiS-owiec być może naiwnie) w dobrą wolę rządu Morawieckiego, czy dlatego, bym odmawiał komuś prawa do zmiany poglądów (sam przestałem wspierać w wyborach PiS, choć jednocześnie mam dużo wątpliwości co do Konfederacji). Z dystansem traktuję też komentarze, które sugerują, że Matka Kurka prowadzi działalność agenturalną i że właśnie przełożono wajchę, a jego mocodawcy wydali mu nowe polecenia.

Problem, jaki mam z Matką Kurką, to widoczny brak równowagi, zgoła niemęski. Dla mnie Matka Kurka to taka rozhisteryzowana baba z ostrymi zaburzeniami hormonalnymi. Wielgucki po prostu przechodzi od jednej skrajności w drugą. Może mi coś umknęło (bo jak mówiłem: nie śledzę każdej wypowiedzi tego blogera), ale przejście „od uwielbienia do wzgardy” jest u tego autora niebezpiecznie gwałtowne. To samo można powiedzieć o paru innych dziennikarzach i komentatorach. Niektórzy sobie wyobrażają, że używanie bluzgów, wulgaryzmów, inwektyw to cecha mocno męska. Te pohukiwania, wrzaski i bluzgi są w rzeczywistości symptomem braku równowagi i siły, reakcji uczuciowej, babskiej, a nie męskiej, za którą powinna kryć się chłodna kalkulacja i racjonalna analiza. Czytając wpisy i popisy Matki Kurki wiem jedno: nie powierzyłbym mu prowadzenia nawet małej firmy, a co dopiero stanowiska, na którym miałby jakikolwiek wpływ na rzeczywistość i losy wielu osób. W sytuacji kryzysowej doprowadziłby po prostu swoimi emocjonalnymi reakcjami do katastrofy.


piątek, 3 kwietnia 2020

Z dziennika kwarantanny 08: Sójki, wróble i nie tylko

Jak już pisałem, ponieważ z reguły w ostatnich miesiącach pracuję w większości w domu, więc nie narzekam na nudę. Szczerze powiedziawszy to nawet mam wrażenie, że brakuje mi czasu na wszystkie rzeczy i projekty, które chciałbym zrealizować. Nawet mnie dziwi, że wiele osób nie potrafi sobie poradzić z faktem spędzania większości czasu w domu z powodu epidemii. Może nadawałbym się na astronautę? A może jestem nienormalny?

Nie mamy telewizora. I nigdy nie odczuwam jego potrzeby. Jeśli zdarzy mi się być u kogoś i w tle włączony jest telewizor, to z reguły okazuje się to być jakąś sieczką, której nie da się na dłuższą metę oglądać. Naszym „telewizorem” jest natomiast okno. Już co roku dokarmiamy ptaki. Zimą balkon to ich terytorium. Tak samo było tej zimy, choć tak naprawdę to chyba dokarmianie nie było ptakom potrzebne.

Z roku na rok poznajemy też coraz więcej ptasich gatunków. Już w listopadzie albo pod koniec października na nasz balkon zaczynają zaglądać sikorki. Do tej pory poznaliśmy dwa ich rodzaje: dużą bogatkę i malusieńką, ale często zadziorną sikorkę modrą. Modraszka jest tak mała, że nas to często rozczula. Myślę, że zmieściłaby się w rączce dziecka.

Gdzieś jesienią zeszłego roku rozpoznaliśmy sikorkę ubogą. To zabawne, bo dla żartów nazywałem podobnie modraszkę w odróżnieniu od bogatki. Mówiłem o niej: ubożuszka. A tymczasem okazuje się, że istnieje sikorka uboga. Wygląda mniej więcej tak, jakby ktoś bogatce zrobił czarno-białe zdjęcie.

Liczyliśmy trochę, że w takim razie tej zimy będą już trzy rodzaje sikorek. Jednak uboga pojawiła się tylko na chwilę i ani razu jej nie zauważyliśmy. Zniknął też nieśmiały rudzik, który od czasu do czasu zawitał na nasz balkon i bardzo szybko uciekał, gdy tylko zauważył jakiś ruch. Być może zima była zbyt lekka i nie miał potrzeby zaglądania do karmnika w poszukiwaniu ziarna.

Po sikorkach w pewnym momencie zdecydowanie balkon zajmują wróble i mazurki. Tak, nauczyliśmy się je rozróżniać. Kiedyś to były dla nas po prostu wszystko wróble. W tym roku w pewnym momencie wróbli było dużo więcej niż w zeszłym roku. Znakomicie to widać, o upodobały sobie okoliczne krzaki i siedzą na nich od rana do wieczora. Co jakiś czas podrywają się, by napchać sobie brzuszki i z powrotem usiąść, sprzeczając się ze sobą, kłócąc lub coś tam sobie opowiadając. Niestety nie pojawił się kulawy Tomcio, który przylatywał regularnie zeszłej zimy. Może dokonał żywota. Jedna nóżka wyginała się mu odwrotnie. Być może już z taką wadą się wykluł.

W zeszłym roku zobaczyliśmy ku naszemu zdumieniu ptaka, który był nam zupełnie nieznany. Początkowo myślałem, że to gołąb, ale był od gołębia bardziej kolorowy i śmiesznie podskakiwał. Moja sprytna żona dość szybko znalazła w Internecie, że to po prostu sójka. Któregoś dnia okazało się, że to tak naprawdę dwie sójki. Co jakiś czas przylatują i zaglądają do karmnika powieszonego na płocie, z którego wyciągają chyba orzeszki ziemne, którymi raczą się też wrony szare. Sójki dobierają się również do powieszonych na płocie kuleczek w siateczkach.

Lubimy wrony. Wrony są zabawne. Zarówno te olbrzymie czarne, jak i szare.

Na wiosnę albo pod koniec zimy pojawiają się też szpaki. Szpaki wydziobują ziarenka, które chyba dojrzewają na krzakach przez zimę. Pierwszy raz zobaczyliśmy je albo zeszłej zimy, albo dwa lata temu. Zabawne jest to, że siedzą sobie razem z wróblami. Wróble jakby zupełnie się szpakami nie przejmują. Czasami mam wrażenie, że lądując na gałązkach któryś wpadnie na głowę takiemu szpakowi. Wygląda to też tak, jakby wróble z tymi szpakami się przekomarzały albo o czymś sobie tam opowiadały.

Są też i sroki. Sroki to w ogóle osobna historia... Tak samo zresztą, jak i wrony.


czwartek, 26 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 06: Koronawirus jako kara Boża?

Jak już napisałem wcześniej, nie mam w zasadzie wątpliwości, że epidemia koronawirusa jest karą Bożą. Nawet jeśli okazałoby się, że rację mają ci, którzy twierdzą, że ta plaga nie tyle wymknęła się Chinom spod kontroli, gdyż nie chcieli ujawnić prawdy wystarczająco wcześnie i skorzystać z międzynarodowej pomocy, ale że jest ich celowym działaniem, testowaniem nowej broni, to w dalszym ciągu nie podważa to interpretacji mówiącej o dopuście Bożym. W końcu to On jest Panem historii i całego stworzenia.

Świetny „rozbiór” całej tej pandemii jako kary Bożej przeprowadził red. Krystian Kratiuk w wywiadzie dla wRealu24. Warto obejrzeć i posłuchać, bo cała ta rozmowa jest naprawdę wyważona, a spostrzeżenia są błyskotliwe i dobrze umotywowane. Trzeba pamiętać, że katolicyzm to nie tylko wiara, ale także rozum. A ten wywiad jest tego przykładem. Zachęcam do obejrzenia: Kościół zamyka Kościół! Szatan zaciera ręce? Co z naszą wiarą?


środa, 25 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 05: Czy kościoły roznoszą zarazę?

Nowe przepisy odnośnie poruszania się po mieście w zasadzie niewiele zmieniają w moim życiu. W ostatnim czasie zwłaszcza pracuję głównie w domu, więc to niewiele mnie dotyka. Cenię sobie taką niezależność, choć czasami może to wymagać umiejętności samodyscypliny. Nowe restrykcje zresztą w przypadku codziennego życia nie są tak restrykcyjne, bo okazuje się, że tak naprawdę to z domu można wyjść pod byle pretekstem. Nawet jeśli nie ma się psa (na ten temat było trochę żartów w sieci).

Nurtuje mnie natomiast nieustannie pytanie: Skąd u rządzących takie zapędy, by ograniczać coraz bardziej liczbę wiernych w kościołach? Dlaczego np. autobusem, który jest dużo mniejszy od przeciętnego katolickiej świątyni, może jechać ok. 25 osób? Czy te autobusy są potem po każdym kursie dezynfekowane? Przecież nikt nie sprawdza, kto gdzie siedział. Nie ma praktycznie możliwości uniknięcia potencjalnego skażenia – poręcze, siedzenia, dotknięcie drzwi, oparcie się ręką o ścianę lub szybę autobusu... Na zdrowy rozum cała komunikacja miejska w tej sytuacji powinna być zawieszona!

Albo inny przykład. Byłem wczoraj w nocy w dużym sklepie z sieci obsługującej firmy i prywatne biznesy (nazwy nie będę podawał). Trzeba mieć kartę, więc spodziewałem się, że może wieczorem będzie mniej ludzi i będzie wygodniej zrobić zakupy z zachowaniem względów bezpieczeństwa. Spodziewałem się jakichś ograniczeń, pilnowania, by nie weszło za dużo ludzi. Nawet powiedziałem żonie, że nie gwarantuję, iż przyjadę z zakupami.

Nic z tych rzeczy. Do sklepu mogła wejść praktycznie każda ilość osób. Część klientów miała maseczki, a nawet rękawiczki. Inni chodzili nie mając jakiegokolwiek zabezpieczenia przed potencjalnym zarażeniem. Panie prze kasach miały specjalne ochraniacze i gumowe rękawiczki. W alejkach nie dawało się uniknąć przejścia obok kupujących. Wprawdzie informowano nieustannie przez megafony o zachowaniu odległości minimum 1 metra, ale też chyba nie wszyscy tego przestrzegali dość ściśle, choć większość starała się dostosować.

Jak to zatem jest, że w sklepie może przebywać dużo większa liczba osób, które nieustannie się przemieszczają, dotykają towarów, przebierają w nich, a więc być może ktoś z nich rozsiewa wszędzie koronawirusa i stwarza zagrożenie, a w kościele, w którym ludzie przemieszczają się tylko zajmując miejsce i przystępując do Komunii św. może obecnie we Mszy św. uczestniczyć tylko 5 osób?? Dlaczego akurat kościół traktuje się jako miejsce dużo groźniejsze? Moim zdaniem właśnie tam zagrożenie jest dużo, dużo mniejsze, jeśli nie w ogóle minimalne. Kiedy ostatnio uczestniczyłem we Mszy św. było bez wątpienia mniej niż 50 osób. Wszyscy trzymali się przepisów. Nikt nie stwarzał zagrożenia. Dużo mniej bezpiecznie natomiast czułem się wczoraj na zakupach.

Powtórzę więc ponownie, bo nie przestaje mnie to nurtować: dlaczego akurat kościoły traktuje się jako miejsce stwarzające dużo większe zagrożenie? Czyżby rządzący chronili księży i wstydzili się do tego przyznać? Pomijam już fakt, że to właśnie tam – w kościele – znajduje się Stwórca w sposób szczególny, bo w Najświętszym Sakramencie. A więc gdzie szukać lepszej ochrony?


piątek, 20 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 02: Co z naszymi duchownymi?

Epidemia koronawirusa jest testem. Nagle wychodzi na wierzch to, czego się nie spodziewaliśmy. Bywają to dobre rzeczy. Na przykład ludzie, którzy spieszą z pomocą lekarzom i pielęgniarkom, którzy robią zakupy samotnym osobom starszym. Bywają też złe, jak np. tych dwóch łobuzów, którzy sterroryzowali sprzedawczynię i ją opluli, mówiąc, że mają koronawirusa. Albo jak paniczne wykupywanie towarów ze sklepów bez troski o bliźnich (choć z drugiej strony trudno w tym nie dostrzec mimo wszystko troski o swoją własną rodzinę).

Jednak rzecz, którą ze zdziwieniem obserwuję od jakiegoś czasu, to zachowanie ludzi Kościoła. Jestem tutaj w kłopotliwej sytuacji. Z jednej strony trudno oczekiwać od innych ludzi bohaterstwa, można go oczekiwać z reguły od siebie i to bez wywyższania się nad innych. Z drugiej strony właśnie od Kościoła mamy prawo spodziewać się heroizmu i to zarówno w przypadku jego szeregowych członków, jak i duchownych i hierarchów.

W Polsce mamy przykłady dzielnych duszpasterzy, którzy mimo zagrożenia niestrudzenie świadczą posługę duszpasterską, odprawiają Msze św., dodają ludziom otuchy. Niektórzy czerpią wzory z zagranicy, jak na przykład ów dzielny ksiądz z Żórawiny, który pobłogosławił Wrocław Najświętszym Sakramentem z samolotu. Albo jak ksiądz Mirosław Matuszny, który postanowił samotnie iść po ulicach miasta i modlić się z relikwiami św. Antoniego o ustąpienie zarazy.

Mamy jednak zachowania także dziwne. Nie potrafię na przykład zrozumieć zachowania wrocławskich dominikanów, którzy zamknęli podwoje swojego kościoła dla wiernych i nie odprawili Mszy św. nawet w tak ograniczonym składzie, jaki dopuszczał ze względów bezpieczeństwa polski episkopat. Inne kościoły były w stanie dostosować się do wymogów nałożonych przez biskupów i Msze odprawić. Niektóre z tych Kościołów są tak na oko większe od kościoła dominikanów. Postarano się tam zachować środki bezpieczeństwa, o których pisze do wiernych przeor dominikanów.

Przypomnę, że w kościele dominikańskim znajdują się doczesne szczątki błogosławionego Czesława, a więc – może rozumuję naiwnie – kościół ten ma jakby dodatkową ochronę. Ale najważniejsza chyba jest ochrona, jaką daje Pan Jezus. Rozumiem troskę o bezpieczeństwo wiernych, nie rozumiem tego zamknięcia się na wiernych, nawet przy uwzględnieniu jakichś inicjatyw podejmowanych przez dominikanów, by zdalnie kontaktować się z parafianami. W kościele tym naprawdę nie trudno ograniczyć liczbę wiernych w czasie Mszy św. Wystarczy zamknąć jedne drzwi, a przy drugich ustawić dwóch zakonników lub panów. Niech będą nawet w maseczkach. A potem te drzwi zamknąć. Zostawiając ewentualnie jedną osobę, by informowała innych, że już nie ma wejścia.

Inny przykład to sprawa wspomnianego już wyżej dzielnego kapłana z Lublina – ks. Mirosława Matusznego. Z prawdziwym zdumieniem i szokiem dowiedziałem się, że biskup Stanisław Budzik zakazał samotnych procesji ks.Matusznemu. Jak powód podano samowolność działań. Kapłan podporządkował się poleceniu swojego biskupa (za co należy mu się ogromna pochwała, bo pokora jest oznaką świętości), ale decyzję biskupa bardzo trudno zrozumieć. Spotkała się ona zresztą z krytyką wiernych. Można by jeszcze ją pojąć, gdyby ks. Matuszny zrobił coś złego albo wprowadzał jakieś niezwykle niekonwencjonalne metody duszpasterskie czy naruszał np. zalecenie sprawowania Mszy dla nie większej ilości wiernych niż 50 osób, czy też gdyby narażał zdrowie innych ludzi.

Jednak ks. Matuszny robił to, co powinien robić kapłan: głosił Chrystusa, prosił Pana Boga o oddalenie epidemii, po katolicku odwoływał się do wstawiennictwa świętych – w tym przypadku św. Antoniego – zachęcał wiernych do modlitwy. Jego postawa spotkała się z gorącymi wyrazami poparcia ze strony katolików na świecie, gdyż o kapłanie informowały media zagraniczne. Dodawał w ten sposób otuchy nie tylko wiernym w Polsce, ale i na świecie. Skąd więc ten zakaz??? Smutne to ogromnie.

Ponoć ks. Matuszny prosił, by nie komentować decyzji biskupa, ale nie mogę się powstrzymać, gdyż bardzo mnie ona boli i uważam, że wyrządza się krzywdę zarówno katolikom oczekującym od Kościoła heroizmu, otuchy i wsparcia, jak i temu wiernemu kapłanowi. Jeśli kapłan demonstruje żywą wiarę w Bożą opiekę, dając przykład innym, jak można mu tego zabronić??? Módlmy się za naszych kapłanów, a zwłaszcza za biskupów Kościoła katolickiego.


wtorek, 17 marca 2020

Z dziennika kwarantanny

Koronawirus rąbnął w każdego jak grom z jasnego nieba. Nagle okazało się, że wszystkie plany wzięły w łeb: zaplanowane wakacje są pod znakiem zapytania. Klienci odwołują spotkania. W supermarkecie nagle nie można kupić głupiego koncentratu pomidorowego, którego używam do różnych sosów. Msza niedzielna była doświadczeniem przedziwnym, jakby doszło do katastrofy i w kościele zebrali się nieliczni ocaleni, którzy na dodatek trzymali się od siebie z daleka, by nie stać się kolejnymi ofiarami.

A przecież w gruncie rzeczy to niezła nauczka. Wiele rzeczy bowiem bierzmy za oczywiste. Planujemy następny dzień i jesteśmy przekonani, że jutro wstaniemy rano, że zrobimy kawę dla żony albo pojedziemy autem na spotkanie z klientem. Wydaje się nam, że zaplanowane wyjście do kina w niedzielę jest tak oczywiste, jak ekran komputera, na który teraz patrzę...

Tymczasem to tylko pozór. Nic nie jest pewne. To tylko się nam tak wydaje, że po poniedziałku będzie bez wątpienia wtorek. Wie to każdy, kto przeżył nagłą śmierć kogoś bliskiego. Wie to każdy, kto doświadczył wypadku, kiedy wydawało się, że oto jedzie na wymarzone wakacje albo spotkanie z przyjacielem i przecież za chwilę to stanie się faktem, a nie tylko wydarzeniem zaplanowanym w kalendarzu. Takie rzeczy dzieją się codziennie, tylko może akurat nie dotykają nas właśnie, ale kogoś innego. Oglądamy filmy katastroficzne, ale traktujemy je tylko jako fikcję, a nie coś, co mogłoby nas spotkać.

A tu proszę... Buch! Jakieś niewidoczne żyjątko, które atakuje niewiadomo nawet kiedy. Prowadzimy sobie rozmowę z przyjacielem lub przypadkowo poznanym człowiekiem na przystanku i nieświadomi wracamy do domu, a w naszym organizmie już dokonuje się inwazja i być może przynosimy tę inwazję do domu, do bliskich...

To wszystko może brzmieć przerażająco, kiedy uświadomimy sobie, że to rzeczywistość i że właśnie teraz może paść na mnie lub na osobę mi bliską. I nie uspokaja, że umierają osoby starsze, schorowane, jeśli jesteśmy akurat jeszcze w sile wieku. Z niepokojem obserwujemy symptomy, zastanawiamy się, czy nie mamy jakichś powikłań, które w połączeniu z wirusem wyekspediują nas nagle w ostatnią podróż naszego życia.

Ale raz jeszcze: nic nie jest pewne. To mogło spotkać nas każdego dnia: kiedy idziemy do parku, kiedy wokół bawią się dzieci, kiedy robimy zakupy lub czekamy na przystanku, a w telewizji nie ma nic o inwazji żadnego koronawirusa ani innych obcych. To może nas spotkać w najzwyklejszy ze zwykłych dni. I nawet inni tego nie zauważą. Telewizja nie odnotuje. Może przejmą się tylko bliscy.

Przyszłość tak naprawdę nie od nas zależy. A jeśli nad czymś panujemy, to tylko się nam tak wydaje. Zdawali sobie z tego sprawę w średniowieczu, pisali o tym poeci barokowi. Panem świata jest Bóg i to w Nim trzeba pokładać ufność. Pandemia czy epidemia odsłoniła tylko to, jak kruche są podstawy naszej ufności we własne siły, naszej pewności co do jutra.

Dlaczego więc tak wielu wpada w panikę? W każdej chwili, w najzwyklejszy z najzwyklejszych dni musimy być gotowi. Nie my jesteśmy panami historii, nie my jesteśmy panami jutra. Jest jeden Pan. Jemu oddajmy pokłon i Jemu ufajmy.


piątek, 14 lutego 2020

Środkowy palec Lichockiej

Nie mam sympatii do Lichockiej. Zwłaszcza odkąd poznałem jej poglądy na temat zabijania nienarodzonych. Gdybym w dalszym ciągu głosował na PiS, z pewnością nie byłaby to osoba, na którą oddałbym swój głos i odradzałbym też to innym. Gdy pojawiła się wzmianka, że będzie w sztabie wyborczym Andrzeja Dudy, uznałem to za jeszcze jeden przykład, iż głos konserwatywnego elektoratu widocznie się dla kandydata Zjednoczonej Prawicy nie liczy. Pomijam już to, że Duda pogrążył się w moich oczach wzmianką o możliwości akceptacji tzw. „związków partnerskich”, które Kościół w swojej nauce i mądrości potępia.

Nie wiem, czy Lichocka faktycznie pokazała środkowy palec, czy też tak się złożyło, że przypadkowo uchwycono moment, na którym to tak wygląda. Miałem okazję obejrzeć krótki filmik w zwolnionym tempie, pokazujący, że ona rzeczywiście sobie coś tam poprawia czy drapie pod okiem tymże palcem. Jednak filmik musiał być z innego dnia, choć w towarzystwie tych samych posłów, co pokazywało porównanie ze zdjęciem. Na zdjęciu wygląda to tak, jakby nie tylko ona jedna patrzyła w określonym kierunku i szyderczo się śmiała. Nie jestem tego w stanie rozstrzygnąć, trzeba by było pewnie powołać jakąś komisję i zbadać obraz z monitoringu.

Jeśli jest to manipulacja, to tak po ludzku jej współczuję, chociaż wolałbym, aby nie zasiadała w ławach poselskich. Natomiast ostatnimi, którzy powinni wykorzystywać te „fejkowe” lub autentyczne zdjęcia, są z pewnością członkowie opozycji. Myślę oczywiście o lewej stronie sali. Oni już dawno stracili wszelkie moralne prawo do krytykowania takich gestów i w ogóle oburzania się. Sam widok tych ludzi, którzy nie mają poczucia elementarnego wstydu, wywołuje u mnie obrzydzenie.

Jeśli zaś chodzi o Konfederację, to oczywiście rozumiem ich argumentację dotyczącą głosowania nad forsą, którą przydzielono telewizji publicznej, ale powinni przeprosić za wykorzystanie wizerunku Lichockiej w swoim memie, gdyby się okazało, że zdjęcie tak naprawdę fałszuje rzeczywistość. Rozumiem, że bliskie są im takie wartości, jak prawda, uczciwość, rzetelność i szacunek dla kobiet. Nawet jeśli tą kobietą jest feministka pozbawiona litości dla dzieci nienarodzonych. Fairplay, panowie! Inaczej stracicie z kolei mój szacunek, a i być może innych wyborców, którzy choć trochę myślą.


czwartek, 30 stycznia 2020

Goodbye EU!

Cokolwiek by myśleć o poglądach Nigela Farage’a, to jego pożegnalna mowa w parlamencie europejskim wywarła na mnie duże wrażenie. Czy faktycznie ocali to Wielką Brytanię? Zobaczymy. Wydaje mi się, że Anglia jest przeżarta tą samą chorobą, która toczy UE.

Chciałbym, aby Polska mogła tak samo pożegnać się z tym biurokratycznym i coraz bardziej niszczycielskim i tłumiącym wolność tworem. Mogę powtórzyć za Farage’m: „Kocham Europę, nienawidzę Unii Europejskiej”.


sobota, 25 stycznia 2020

Prezydent Trump broni życia nienarodzonych

Prezydent Trump wziął udział w Marszu dla Życia w Waszyngtonie w ten piątek. Jak widać, słupki sondażowe i protesty ubranych na czarno feministek nie martwią go tak bardzo, by tonować swoje wypowiedzi i ograniczyć swoją aktywność na polu obrony życia nienarodzonych. U nas natomiast króluje jak najbardziej dosłowny zabójczy „kompromis aborcyjny” i obawa niepokojów społecznych.

Fragment przemówienia prezydenta Trumpa z Marszu dla Życia:

„Wszyscy z nas tutaj rozumieją odwieczną prawdę: Każde dziecko jest cennym i świętym darem od Boga. Razem musimy chronić, pielęgnować godność i świętość każdego ludzkiego życia i bronić ich .

Kiedy widzimy obraz dziecka w łonie, dostrzegamy przebłysk majestatu Bożego stworzenia. Kiedy trzymamy nowonarodzone dziecko w naszych rękach, znamy nieskończoną miłość, jaką każde dziecko przynosi rodzinie. Kiedy oglądamy, jak dziecko rośnie, widzimy blask, jaki promieniuje z każdej ludzkiej duszy. Jedno życie zmienia świat (...)”.


Źródło: LifeSiteNews, tłum. własne.


Photo by Irina Murza on Unsplash

środa, 22 stycznia 2020

Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa

Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć. Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa”.

Chyba wbrew intencjom organizatorów natomiast znakomicie odzwierciedlił istotę islamu plakat, który propaguje to wydarzenie. Spójrzcie tylko, Państwo: wokół minarety z charakterystycznym półksiężycem – wręcz natłok tych minaretów, a za nimi – jakby oblężone – pozbawione krzyży wieże kościołów. Dodatkowo plakat ten świetnie oddaje sytuację współczesnej Europy. Tak właśnie może wkrótce wyglądać.

A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów? Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?

Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.

No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego. Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.



środa, 15 stycznia 2020

Braun przyjmuje zaproszenie od „Towarzyszki Panienki"

Muszę przyznać, że z dużą przykrością dowiedziałem się o tym, że Grzegorz Braun przyjął zaproszenie do udziału w programie od „Towarzyszki Panienki”, czyli córki Wojciecha Jaruzelskiego. Z jednej strony rozumiem jego motywy, z drugiej strony jednak w tym przypadku kompletnie się z nimi nie zgadzam.

Zacznijmy od tego, że nie ruszają mnie kompletnie oskarżenia o to, że Grzegorz Braun jest „ruskim agentem”, bo udzielił wywiadu jakiemuś „Sputnikowi” czy innym rosyjskim mediom. Braun udziela wywiadów różnym mediom i wprost mówi, co o nich myśli. Bez żenady nazywa „gadzinową” telewizję, w której akurat występuje. Gdybyśmy mieli tak rozumować, to kapłani, którzy udzielają wywiadów „Gazecie Wyborczej” czy „Newsweekowi” powinni z miejsca być objęci ekskomuniką, nie mówiąc już o fakcie zamieszczania na łamach tych mediów jakichś artykułów czy felietonów (co samo w sobie jest skandaliczne).

W ogóle nazywanie Brauna „ruskim agentem” jest idiotyczne. Chyba nikt w polskiej kulturze tak jak Braun nie obnażył zarówno systemu komunistycznego, jak i tego, co dzieje się we współczesnej Rosji. Tymczasem spotkałem się z opinią, że jego filmy to „legendowanie agenta”. Takie rzeczy wypisują ludzie skądinąd inteligentni. Sugerowanie, że twórczość Grzegorza Brauna to uwiarygodnianie ruskiego agenta, jest mniej więcej taką samą bzdurą, jak stwierdzenie, że jego pobyt w Stanach Zjednoczonych czyni go agentem CIA.

Braun z pewnością wykorzystuje te różne media jako platformę, z której może dotrzeć do ludzi, którzy normalnie nie mieliby możliwości poznania jego poglądów bezpośrednio. Tak robią z reguły normalni politycy. Nie ma więc w tym nic dziwnego. Jeśli więc udziela wywiadu ruskiej czy niemieckiej gazecie, nie rusza mnie to – powtórzę.

Jednak w przypadku Jaruzelskiej mam poczucie niesmaku. Takie samo, jakie miałem, gdy do jej domu pospieszył Kukiz, czy wówczas, gdy z dumą obwieszczał swój wywiad z nią Ziemkiewicz. Tutaj nie zgadzam się Braunem kompletnie. Udzielanie wywiadu ludziom pokroju Jaruzelskiej to w rzeczywistości utrzymywanie „na topie” i uwiarygodnianie ludzi z postkomunistycznego establishmentu. Jest ich w mediach sporo. Oni tak naprawdę nie doszli do swoich stanowisk w wyniku ciężkiej pracy, ale dzięki temu, że znaleźli się od początku w korzystniejszej sytuacji od ich rówieśników, którzy nie mieli tatusiów w PZPR czy w milicji. To naprawdę smutne, że prawicowi publicyści i politycy tak ochoczo spieszą, by udzielić wywiadu dzieciom byłych komunistów.

Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, o co mi chodzi, to powiem tak: wiele razy z dużą przykrością myślałem o ostatnich latach moich Rodziców. Ciężko harowali w czasach komuny. W normalnym kraju pewnie mieszkaliby w domku z ogródkiem, a mój Tato jeździłby to pracy własnym autem. Transformacja nie przyniosła im żadnego wynagrodzenia za zmarnowane lata młodości, żadnej rekompensaty. Tymczasem w telewizji mogłem oglądać „brazylijską” parę prezydencką, która na tej transformacji się dorobiła, bo uprzywilejowały ją związki z komunistami. Całkiem niedawno do parlamentu UE wybrano paru byłych komuchów, którzy za swoją lojalność partii powinni być nagrodzeni, jeśli nie celą więzienną, to gorzkimi latami w jakimś obskurnym M-2 bez perspektywy na jakąkolwiek karierę polityczną. Z mediów pouczają mnie, a także obecny rząd, bezwstydni byli członkowie PZPR. Ich dzieci brylują w mediach i jeżdżą na egzotyczne wakacje, gardząc „Januszami”, którzy smażą się na bałtyckiej plaży i jedzą smażonego dorsza... Wystarczy?

Photo by Nikolay Vorobyev on Unsplash


wtorek, 14 stycznia 2020

O pisarzu, który wiedział, gdzie są konfitury

Przeglądając anglojęzyczne strony z wiadomościami, wszedłem też na angielską wersję portalu Polskiego Radia. A tam informacja o polskich książkach polecanych przez „New York Times”. Okazuje się, że niegdyś recenzowany na tym blogu Szczepan Twardoch doczekał się swojej pierwszej książki przełożonej na język angielski.

Nie byłoby w tym wszystkim może nic sensacyjnego ani godnego uwagi, gdyby nie fakt, o czym jest ta książka. Otóż opisuje losy... żydowskiego boksera. Przedwojennego – dodam. Mowa oczywiście o powieści „Król”.

Widzą, już Państwo, o co chodzi? Jeśli ta książka jest faktycznie taka, jak jej opisy, które przejrzałem w Internecie, to można stwierdzić, że Twardoch wie, gdzie są konfitury. Nim sprawdziłem, co w sieci piszczy, pomyślałem sobie, że strategia jest mniej więcej taka, by z tego powstał film. Obojętnie, czy zrobiony przez Hollywood, czy np. przez polskiego reżysera, który jak autor Zimnej wojny będzie windowany do Oscara. Sprawdziłem i proszę! Miałem rację – dowiedziałem się, że powstaje, a w zasadzie już powstał serial na podstawie „Króla”!

Twardoch szybko odrobił lekcje. Zabrało mu to parę lat, ale w końcu „zmądrzał”. Gdyby taki Gabriel Maciejewski (przytaczam go przy takich okazjach nie bez kozery), również „zmądrzał”, to jego książki widniałby na wszystkich wystawach księgarskich, dostawałby propozycje napisania wywiadu z jakimś bokserem, żużlowcem albo innym asem sportu, a o prawa do ekranizacji jego powieści o przedwojennym żydowskim piłkarzu biłyby się główne stacje telewizyjne. No cóż... Maciejewski nie „zmądrzał”. Twardoch tak. Kogo zatem czytam?


czwartek, 9 stycznia 2020

Aktorka złożyła ofiarę złotemu cielcowi

Tegoroczna uroczystość wręczenia Złotych Globów zasłynęła z występu komika Ricky’ego Gervaisa, który zadał parę celnych ciosów hipokrytom z Hollywood. Jego występem ekscytują się prawicowe i katolickie media oraz tacy sami komentatorzy, choć należy pamiętać, że nie należy on raczej do miłośników prawicy, a jeśli chodzi o jego poglądy, to jest ateistą, co łatwo sprawdzić w Internecie. W dalszym ciągu nie zmienia to faktu, że uderzył środowisko Hollywood boleśnie.

Zauważył on m.in., że wręczenie nagród nie powinno stać się dla aktorów i aktorek platformą do wygłaszania przemówień politycznych, gdyż po prostu nie są w takiej sytuacji, by móc kogokolwiek pouczać. Jak na ironię, aktorka Michelle Williams wygłosiła właśnie taką mowę polityczną. Można by machnąć na to ręką, w końcu nasze polskie aktorki też wygłaszają różne polityczne opinie, częściej głupie albo bardzo głupie niż mądre. Jednak Williams zachęciła kobiety do popierania aborcji i przyznała, że skorzystała ze swojego „prawa do wyboru”. A to wydaje się sugerować dość jednoznacznie, że dla kariery poświęciła swoje nienarodzone dziecko.


Wśród komentarzy, które pojawiły się potem w mediach, ktoś trafnie skojarzył Złoty Glob z biblijnym złotym cielcem. Można by też wspomnieć o Molochu, któremu w ofierze składano właśnie dzieci. Ktoś inny stwierdził również, że o Złotym Globie dla Williams niedługo nikt nie będzie pamiętać, ale ona będzie pamiętać o swoim nienarodzonym maleństwie do końca życia.

Naprawdę warto było?


środa, 8 stycznia 2020

Jak zostać „ruską onucą”?

Bardzo prosto. Wystarczy zanegować ogólnie podzielaną opinię np. na temat obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Albo sprzeciwić się udziałowi polskich żołnierzy w wojnie, która może wybuchnąć (już wybuchła?) między Stanami Zjednoczonymi a Iranem.

To zadziwiające, jak bardzo zero-jedynkowe jest myślenie skądinąd inteligentnych ludzi, których poglądy w innych sprawach gotów byłbym poprzeć. Wystarczy wejść na fora internetowe, by się o tym dobitnie przekonać. Ogólne wrażenie jest generalnej nawalanki, a nie wymiany myśli. Jakby zarówno zwykli „internauci”, jak i wytrawni komentatorzy polityczni tłukli się maczugami. Tu nie bierze się jeńców. Na dodatek nie chce się dostrzec, że nawet jeśli taki sam pogląd wyrażają np. posłowie Konfederacji i jakiejś lewicowej partyjki, to niekoniecznie robią to z tych samych pobudek ideowych i niekoniecznie ich cele są takie same.

Czy sprzeciw wobec obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski lub zwykła jej krytyka faktycznie dyskwalifikuje kogoś, kto taki pogląd wyraża? Czy rzeczywiście mamy powody do radości w związku z obecnością armii amerykańskiej w Polsce? Kiedy w naszej historii obecność obcej armii na naszej ziemi świadczyła o potędze i sile Polski? Nie mówiąc już o jej niepodległości. Jeśli nawet faktycznie ta armia jest gwarantem istnienia Polski, broni ją przed agresją Rosji, to czy nie jest to smutne?

Radość będziemy mogli wyrazić dopiero wówczas, kiedy ostatni żołnierz amerykański nasz kraj opuści, a Polska ponownie będzie na tyle silna, by stawić opór nawet najlepiej uzbrojonemu przeciwnikowi. Może zatem, zamiast dopatrywać się „ruskich agentów” wśród krytyków stacjonowania obcych wojsk na naszym terytorium, lepiej zastanowić się, czy nie mają oni racji i spytać, jaką mają propozycję alternatywną?

Podobnie jest teraz, kiedy wydaje się nam grozić wojna na dużą skalę. Niektórzy nawet wieszczą, że może się to przekształcić w III wojnę światową. Czy obecność naszych wojsk na terenie Iraku jest faktycznie wskazana? Czy powinniśmy w jakikolwiek sposób uczestniczyć w tym konflikcie? Czy może raczej powinniśmy się zastanowić (i to szybko) nad wycofaniem naszych żołnierzy? Czy nasz ewentualny udział w tej wojnie byłby udziałem w wojnie sprawiedliwej? Stawiam tylko pytania. Jednak nawet postawienie takich pytań może doprowadzić do kolejnej ogólnopolskiej nawalanki maczugami.


wtorek, 7 stycznia 2020

Pożary w Australii niejednemu przygrzały

Pożary w Australii są znakomitym przykładem tego, w jaki sposób można sterować opinią publiczną we współczesnym świecie i jak funkcjonują współczesne media.

Wydawałoby się przede wszystkim, że łatwość i szybkość komunikacji pozwala na przekazywanie prawdziwego obrazu wydarzeń, a tym samym szybkie obalanie zwykłych kłamstw czy półprawd. Nic bardziej mylnego. Oto np. po Internecie i w mediach społecznościowych krążą mapy Australii, które rzekomo pokazują rzeczywisty zasięg pożarów. Stan wydaje się być katastrofalny. Skala tych pożarów budzi skojarzenia apokaliptyczne. Ktoś zwrócił nawet uwagę, że niektóre z tych map opatrzono podpisem sugerującym, że są one zrobione na podstawie zdjęć NASA. Jednak, jak zauważył jeden z amerykańskich komentatorów, gdyby brać te wizualizacje czy rzekome zdjęcia satelitarne na poważnie, to w Australii doszło faktycznie do apokaliptycznej katastrofy. Ów komentator zestawił je bowiem z mapą przedstawiającą gęstość zaludnienia. Gdyby obie mapy na siebie nałożyć, to pożar powinien był pochłonąć niemal całą populację Australii!

Coś nie zgadza się z tą rzekomą apokalipsą również wówczas, jeśli spojrzeć na poprzednie dziesięciolecia. Otóż dane pokazują, że na przełomie 1974 i 1975 roku spłonęło ponad 100 milionów hektarów buszu, a obecnie jest to 6 milionów. Tak przynajmniej twierdzi jeden z użytkowników Internetu, który publikuje stosowną tabelkę z danymi liczbowymi. Można też znaleźć zdjęcia przedwojennej polskiej gazety z artykułem o trwających pożarach w Australii. Według tego artykułu w Australii spłonął tak wielki obszar lasu, jak terytorium Anglii. Nikt nie mówił wówczas o tym, że ów pożar był wywołany zmianami klimatycznymi, których sprawcą jest człowiek. Może ludzie byli wówczas głupsi albo mieli mniej danych? Artykuł jest prawdopodobnie z roku 1939.

Jeszcze niedawno podobną histerię rozpętano w związku z pożarami lasu amazońskiego. Dzisiaj już jakby nikt o tamtym pożarze nie pamięta ani o apokaliptycznych wizjach. Z pomocą obrazów, zdjęć zrobionych i udostępnionych niemal w tym samym czasie na całym świecie łatwo wykreować wrażenie rozgrywającej się na naszych oczach katastrofy. A internauci przerzucają się zdjęciami, tabelkami, wizualizacjami, artykułami... Które z nich są prawdziwe, które zostały sprytnie zrobione w domowym zaciszu przy użyciu współczesnej technologii komputerowej? Trudno powiedzieć. Łatwo wrzucić coś gdzieś w odmętach Internetu, kopiowane i wklejane na nowo szybko dotrze do najdalszych zakątków globu – przynajmniej tam, gdzie jest zasięg sieci komórkowej czy łączy internetowych. Nikt nie dotrze już do źródła. Nikt nie sprawdzi, czy zdjęcia są autentyczne albo czy dotyczą faktycznie tego obszaru świata...

W oparciu o te apokaliptyczne wizje w internetowym morzu ogólnego zamętu wysnuwa się także różne interpretacje, które mogą prowadzić do ośmieszenia religii. Osobiście nie wątpię, że Pan Bóg może się posługiwać czynnikami naturalnymi, by opamiętać pogrążoną w grzechu ludzkość. Ale czy obecne pożary, które ponoć występują w Australii cyklicznie, są faktycznie karą za grzechy? Czy naprawdę za przegłosowanie antycywilizacyjnych ustaw, które umożliwiają eutanazję, tzw. „małżeństwa homoseksualne”, zabijanie nienarodzonych Pan Bóg pokarał Australię katastrofą? Jeśli prawdą są doniesienia o cykliczności tych pożarów, a także o tym, że ich skala nie jest tak nadzwyczajna, jak sugerują media, to można w to wątpić. Wspaniale by było, gdyby to zjawisko doprowadziło do opamiętania się Australijczyków, ale chyba się na to nie zapowiada. Opamiętanie pewnie przyjdzie po tym, jak do prawdziwej katastrofy doprowadzą właśnie skutki wprowadzania w życie tych bezbożnych ustaw. Niektórzy potrafią tę zbliżającą się katastrofę dostrzec, większość ludzkości – w tym liderzy poszczególnych państw – wydaje się być ślepa. Ta katastrofa będzie dużo gorsza niż płonący australijski busz. Pochłonie i pokaleczy wiele istnień ludzkich.

I jeszcze jedno: Wszyscy ekscytują się pożarami w Australii. W nocy z niedzieli na poniedziałek spłonęło hospicjum w Chojnicach na północy Polski. To dużo bliżej niż kraina kangurów. W wyniku tego tragicznego wydarzenia zmarły 4 osoby. 24 trafiły do szpitala. Ile osób to zauważyło? Ile pomyślało o jakiejś pomocy lub choćby modlitwie?


czwartek, 2 stycznia 2020

Nowy rok z papieżem

Wiadomość z przełomu roku, która w dalszym ciągu rozgrzewa media społecznościowe (u nas chyba mniej niż na Zachodzie), to wideo z papieżem, który uderzył dłonie kobiety, gdy ta chwyciła go za ręce. Kobieta pewnie nie zdała sobie sprawy z faktu, że sprawiła ojcu świętemu ból szarpiąc go za ręce. Może chciała mu coś powiedzieć (słychać jak coś do niego woła), a może po prostu chciała choć przez chwilę być blisko kogoś, kogo katolicy traktują jak ojca. Może tylko chciała, by ktoś uwiecznił ją na zdjęciu. Można domniemywać, co nią kierowało, ale chyba nie jest to tutaj istotne. Nie wiem nawet, czy ktoś próbował ją odnaleźć i dowiedzieć się, co czuje i co nią kierowało. Kiedy z żoną w sylwestrowy wieczór zobaczyliśmy ujęcia wykrzywionej twarzy papieża Franciszka z placu św. Piotra, oglądaliśmy to z dużą przykrością.

Przeglądając reakcje komentatorów, spotkałem się z opiniami tych, którzy uważają – często nie bez pewnej satysfakcji – że to prawdziwe oblicze ojca świętego. Z drugiej strony są tacy, którzy bronią papieża, sugerując, że przecież każdy z nas może się zdenerwować, każdemu mogą puścić nerwy. A poza tym papież Franciszek następnego dnia przeprosił za swoje zachowanie, a w zasadzie za zły przykład, jaki podał. Spotkałem się nawet z opinią pewnego krytyka obecnego biskupa Rzymu, który powiedział, że w tym przypadku wyjątkowo pochwala zachowanie ojca świętego.


No cóż... nie będę pisał, że czuję satysfakcję, że wyszło szydło z worka. Bo nie czuję żadnej. Choć mam przeświadczenie, że trudno sobie wyobrazić taki incydent w przypadku Jana Pawła II czy Benedykta XVI, a przecież też uczestniczyli w różnych spotkaniach z ludźmi (chyba żaden do tej pory tak często, jak św. Jan Paweł II). Zgoda też, że każdemu z nas mogą puścić nerwy. A jednak niesmak pozostaje...

Wyobraźmy sobie taką sytuację: dziecko szarpie nas boleśnie za ręce. Pewnie wiele osób zareagowałoby w tej sytuacji tak, jak papież Franciszek. Sądzę jednak, że chwilę potem uświadomiłoby sobie swój błąd. Zwłaszcza, gdyby dziecko się rozpłakało. Normalny rodzic z pewnością szybko by je przytulił, wytłumaczył, że nieświadomie sprawiło mu ból.

Przyznam się, że takiej reakcji oczekiwałem, kiedy oglądałem te zdjęcia z placu św. Piotra. Tymczasem ojciec święty odszedł z wykrzywioną twarzą. Kobieta stała tam zażenowana.

Nie bronię jej, bo w końcu też powinna pomyśleć. Żal, że do takiego incydentu doszło. Nie pierwszy to zresztą przypadek dziwnego zachowania papieża Franciszka. Nie chcę go osądzać. Jednak smutek i żal pozostaje. To prawda: nie jest nadczłowiekiem. Ale chciałoby się, by był wzorem kochającego ojca.


poniedziałek, 30 grudnia 2019

„Ukryte życie” już wkrótce w kinach

Wydaje się, że szykuje się bardzo dobra premiera. „Trailer” filmu Terrence’a Malicka w każdym razie zapowiada dzieło na miarę Cienkiej czerwonej linii czy Drzewa życia. Jak zwykle muzyka i obraz tworzą niezapominalną atmosferę. Jeśli taki będzie cały film, to w lutym warto będzie się wybrać na Ukryte życie. Recenzje z niektórych anglojęzycznych mediów katolickich są entuzjastyczne.