Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horubała Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horubała Andrzej. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 stycznia 2013

O cepach ideologii i barierach nie do pokonania

Całkiem niedawno miałem okazję wymienić parę uwag z osobą podpisującą się jako Anielka. Anielka pod wpisem o Jerzym Pilchu usiłowała mnie przekonać, że powinienem się oddać lekturze felietonów tego pana, jakbym nie dość wyraźnie dał w swoim tekście do zrozumienia, że po zapoznaniu się z kilkoma felietonami tegoż oraz fragmentami jego prozy, uważam go za nudziarza pozującego na dowcipnisia i że nie zamierzam już sprawdzać, czy miałem pecha czy faktycznie całość jego twórczości jest taka. Powtórzę tylko to, co napisałem w swoim komentarzu do wypowiedzi Anielki: „czytanie Pilcha przypomina mi bolesną operację usuwania zęba i to zęba, który jest zdrowy (a więc operację całkowicie bezsensowną)”.

Mniejsza o Pilcha. Anielka jednak skrytykowała w swoim komentarzu teksty Andrzeja Horubały, pisząc, że stosuje on – jak to ładnie owa pani wyraziła – „kij od ideolo” czyli jak się domyślam „kij ideologiczny”, którym wali w swoich przeciwników. Ja bym tutaj posłużył się określeniem nawiązującym do znanego wiersza Herberta i powiedział o „cepach” („parę pojęć jak cepy”). Posłużyłbym się, gdyby ten zarzut był prawdziwy, ale prawdziwy nie jest. Otóż, Horubała nie ukrywa swoich poglądów. To prawda. Ba! Niejednokrotnie daje im silny wyraz i nawet gdyby ktoś miał wątpliwości, co do jego światopoglądu, jego wiary, jego preferencji politycznych, to po lekturze kilku jego artykułów mógłby sobie już jako taką opinię wyrobić. Sprawia to, że jego twórczość krytyczna (o powieściach się nie wypowiadam, bo nie znam) staje się wyrazista i nie pozostawia czytelnika w obojętności. Horubała bowiem postępuje jak ktoś, kto się najpierw przedstawia i mówi na przykład tak: „Jestem katolikiem, cenię sobie „Dzienniczek” siostry Faustyny, uważam, że pod Smoleńskiem stała się tragedia, z której żartować nie sposób, w samochodzie słucham takiej a takiej płyty…” itp., itd. A więc czytając jego teksty krytyczne wiemy, z kim mamy do czynienia, wiemy, czego może szukać w literaturze i dlaczego coś może mu się podobać bardziej niż inne rzeczy, a coś innego może go bulwersować.

Ale powyższe to jedna strona medalu. Jest bowiem i druga. Wiemy z jego działalności krytycznej jednak, że literaturę, że sztukę traktuje bardzo poważnie, że jest ona dla niego częścią życia, a osobiste wstawki w artykułach tym bardziej to podkreślają. Horubała więc nie ma litości dla „naszych”, jeśli według niego piszą rzeczy kiepskie, szuka też wartości u „tamtych” i je eksponuje, jeśli faktycznie takowe znajduje. Stara się zatem autor „Marzeń o chuliganie” być krytykiem rzetelnym, nie udającym obiektywizmu poprzez ukrywanie swoich poglądów, ale dążącym do obiektywizmu mimo zwykłych ludzkich ograniczeń. Więcej – śmiem twierdzić, że to te „ograniczenia” nakazują mu dążenie do obiektywizmu, szukanie okruchów prawdy i piękna tam, gdzie wydawałoby się znaleźć ich nie będzie łatwo.

Przykład? Mógłbym tych przykładów znaleźć sporo zarówno w „Marzeniach o chuliganie”, jak i w „Żeby Polska była sexy…”. Horubała jednak przyszedł mi z niespodziewaną odsieczą w pierwszym numerze tygodnika „Do Rzeczy”, w którym zamieścił recenzję „Włoskich szpilek” Magdaleny Tuli. Ów tekst jest niemal modelową ilustracją tego, co wyżej napisałem. Praktycznie już na samym początku autor nie ukrywa, co myśli o ideologicznych zaangażowaniach autorki, by potem… napisać wręcz pełen zachwytu, choć nie pozbawiony krytycznego zacięcia, pean na cześć jej najnowszej książki. O jego stosunku do zbioru opowiadań Magdaleny Tuli świadczy najlepiej podtytuł jego recenzji: „Wielka literatura zrodzona z rozpaczy”. W tym samym artykule Horubała nawiązuje zresztą do swojej innej recenzji, w której również potrafił docenić wartości literackie utworu pisanego przez drugą autorkę, z którą nie byłoby mu raczej po drodze pod względem światopoglądowym.

O co mi chodzi? Komentując wypowiedź Anielki zasugerowałem, że albo zna twórczość krytyczną Horubały z drugiej ręki, czyli jego tekstów w ogóle nie czytała, albo po prostu czytała te teksty pobieżnie i nieuważnie, będąc uprzedzona do autora z obcych jej światopoglądowo rejonów. Trudno mi bowiem inaczej wytłumaczyć tak niesprawiedliwą ocenę skierowaną pod adresem tego krytyka, jeśli faktycznie się jego recenzje czytało. Jest to dla mnie przypadek ilustrujący doskonale niepokojące zjawisko, jakim jest ocenianie autorów poprzez ich wybory polityczne bądź światopoglądowe albo nawet wybór czasopisma, w którym zamieszczają swoje teksty, bez jednoczesnej próby zapoznania się z tym, co owi autorzy faktycznie piszą, lub poprzestawanie na omówieniach serwowanych nam przez innych. W ten sposób należałoby odrzucić na przykład twórczość Ezry Pounda z powodu jego związków z włoskim faszyzmem albo poezję Gottfrieda Benna za jego zaangażowanie w nazizm, albo Izaaka Babla ze względu na bolszewizm – by przytoczyć parę skrajnych przypadków. Oczywiście nie ma możliwości abstrahowania od wyborów politycznych pisarza, bo ich konsekwencje mogą się odbić dość wyraźnie w jego twórczości i przemycanej w niej wizji człowieczeństwa i wyborów moralnych. Nie powinno to jednak być kryterium jedyne i decydujące.

Albo – żeby pociągnąć ten wątek dalej – czy fakt, że twórca drogi krzyżowej w angielskiej katedrze okazał się być pedofilem, podważa walory artystyczne jego dzieła? Czy to, że Szczepan Twardoch zamieszcza swoje teksty na łamach postkomunistycznej „Polityki” przekreśla już zupełnie jego twórczość literacką i jej rangę (przyznam się, że samego mnie to razi)? Czy miłość Tadeusza Konwickiego do Adama Michnika eliminuje jego twórczość z panteonu literatury polskiej? Przynajmniej tego, tworzonego przez prawicowych krytyków?

Przykładów można by mnożyć: Oto dziennikarz o wybujałym ego nazywa wybitnego poetę Rymkiewicza grafomanem oraz „idolem zidiociałej, katostalinowskiej Polski” (zaiste „interesujący” neologizm, żeby nie powiedzieć przemyślny oksymoron w stylu poetów baroku!). A to wszystko dlatego, że ten krytycznie odnosi się do idola „nowoczesnej” inteligencji. Oto z kolei pewien polityk – by przytoczyć przykład z innej niż literatura dziedziny – określa świetnego aktora, jakim bez wątpienia jest Marian Opania, „słabym kabareciarzem”, bo ten ośmielił się odmówić gry w filmie o katastrofie smoleńskiej (cóż z tego, jeśli nawet ów aktor wypowiedział przy tym parę niemądrych rzeczy?).

O jakich barierach nie do pokonania więc mówię? Chyba nie muszę już tłumaczyć. Nie zamierzam też twierdzić, że sam ich sobie nie stawiam. Choć nie widzę w tym powodu do dumy. Co nie oznacza, że łomot cepem przyjmę z jakąkolwiek pokorą.

czwartek, 20 września 2012

Autorzy, których nigdy nie przeczytam. Przypadek I – Jerzy Pilch

Są tacy autorzy, których książek nigdy pewnie nie przeczytam. Nie, nie dlatego, że nie mam na to czasu. Z drugiej strony, gdybym wygrał w totolotka (raczej marne szanse, bo nie kupuję losu, choć przekupić los byłoby niezłą sprawą), to może, może – ale nie na pewno – poświęciłbym im parę chwil z nudów, by się przekonać, czy mam rację. A więc są tacy autorzy, którzy marne szanse mają na to, że wcisną mi swój produkt, choć ich nazwiska bywają głośne, budzą „kontrowersje”, są uznawane za wybitne zjawiska lub znajdują się na pierwszych miejscach list bestsellerów. Dlaczego? Ano dlatego.

Przypadek I – Jerzy Pilch. Z autorem tym zetknąłem się – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – na łamach nieświętej pamięci „brulionu”. Był to fragment jakiejś prozy. Chyba jednej z głośnych książek tego autora. Czytałem to i ziewałem czekając z niecierpliwością końca, a w zasadzie to wcale mnie nie interesowało, jaki ten koniec będzie i czy w ogóle. Było to jakieś silenie się na dowcip przez kogoś, kto nie ma poczucia humoru, jakieś próby baletu podejmowane przez hipopotama. Toteż dziwiło mnie, że nazwisko Pilcha stawało się coraz głośniejsze. Powodu zrozumieć nie byłem w stanie. A potem wyjechałem na parę lat na obczyznę. Kiedy wróciłem, Pilch był już uznanym autorem. O Pilchu się mówiło. Pilcha się czytało. Na podstawie Pilcha nawet się zrobiło film. Jednak ja pamiętałem tamten nieszczęsny fragment i po Pilcha sięgnąć jakoś nie czułem potrzeby. A utwierdzały mnie w tej niechęci czytane omówienia i recenzje.

Później jakoś się tak złożyło, że w swojej naiwności uwierzyłem (choć szybko się przekonałem, że to nieprawda), że gazeta „Dziennik” może się stać prawicową alternatywą (o słodka naiwności!) dla pewnego arcyliberalnego brukowca dla intelektualistów i siłą rozpędu ją kupowałem. Kupując więc dziennik „Dziennik” ze zdziwieniem dowiedziałem się, że na jego łamach felietony będzie zamieszczać Jerzy Pilch. Ze zdziwieniem, bo jakoś wciąż nie wierzyłem w wybitność autora. Stwierdziłem, że wobec tego będzie to okazja przekonać się, czy ów pisarz jest czegoś wart. Próby czytania tych tekstów utwierdziły mnie tylko ponownie w moim mniemaniu. Z felietonem miały one niewiele wspólnego. Bo zamiast lekkości listka miały ciężar szkolnego wypracowania z trudem i na siłę napisanego. A przy tym sprawiały wrażenie, że oto stary nudziarz pozuje na śmiesznego trefnisia. Zapamiętałem z nich tylko jakże „subtelne” słowo „Kaczor” oraz mgliste wyobrażenie jakichś nudnych dywagacji na temat footballu (w tym drugim przypadku mogę być niesprawiedliwy, bowiem piłkę kopaną generalnie uważam za nudziarstwo).

I znów upłynęło nieco czasu. Jadąc samochodem i słuchając Dwójki usłyszałem fragment „Dziennika” Pilcha. Znakomicie czytany przez jednego ze znanych aktorów. Cóż z tego, że znakomicie, skoro to wszystko zajeżdżało popłuczynami po Gombrowiczu. Gombrowiczem Pilch mówił nie mówiąc przy tym nic oryginalnego. I znów to silenie się na dowcip, ten balet hipopotama. Jakieś pitolenie o butach czy innych skarpetkach. Moje rozdrażnienie narastało i już wiedziałem, że choćby mi za czytanie Pilcha dodawali ekskluzywne wydanie „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego, to na takie męki i udręki dobrowolnie nie pójdę i już!

A przed paroma dniami przeczytałem na łamach „Uważam Rze” recenzję wspomnianego dziennika. Recenzję napisał Andrzej Horubała. I okazało się, że Horubała mówi to, co sam już wcześniej sądziłem – że Pilch nie ma mi nic, ale to nic sensownego do powiedzenia. I że szkoda na niego mojego czasu i pieniędzy. A następująca uwaga przyjaciela Horubały, utwierdziła mnie tylko raz jeszcze i chyba ostateczny w moim przekonaniu:

Mój przyjaciel ze śmiechem mówi, że Pilch to fenomen pisarza, który pisze, pisze i pisze, i im więcej pisze, tym bardziej widać, że nie ma kompletnie nic do powiedzenia.

Wprawdzie Horubała mnie zaskoczył wspominając o Pilchowym „dowcipie”, „łatwości” czy „felietonowości jego talentu”, których ja akurat u autora „Spisu cudzołożnic” nie dostrzegałem ani krztyny. Skąd ta opinia Horubały? Nie mam pojęcia. W końcu nic poza krótkimi fragmentami pana Pilcha nie czytałem. A może jako papista nie łapię luterańskiego poczucia humoru? Ale w końcu de gustibus est non disputandum.

Jedyne co w tej całej sprawie cieszy, to powrót tekstów krytycznych Horubały na łamy tygodnika. Znów w dziale kultury „Uważam Rze” zrobiło się ciekawie, kontrowersyjnie i ostro.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

niedziela, 15 kwietnia 2012

„Kolejne zaćmienie”, czyli chuligan potrzebny od zaraz

Nie przeczytałem do tej pory żadnej powieści Andrzeja Horubały, ale gdy dowiedziałem się, że Fronda wydała zbiór jego tekstów krytycznych, z których większość znałem z „Uważam Rze” i z „Rzeczpospolitej”, bez wahania pospieszyłem do księgarni. Dlaczego każdą prozatorską książkę Horubały odkładałem na półkę po przejrzeniu lub przeczytaniu paru stron, a szkice polemiczne byłem gotów kupić bez pytania o cenę?

Cóż, bo Horubała to autor znakomitego „Marzenia o chuliganie” gromadzącego jego publicystykę i eseistykę właśnie. Oto krytyk, który nie pisał o Gombrowiczu na klęczkach i określał go prowokacyjnie „największym pisarzem PRL-u”, który miał odwagę spojrzeć na literaturę polską z innego punktu widzenia niż ten, do którego byłem przyzwyczajony. Czytane przed laty „Marzenie o chuliganie” było dla mnie odkryciem, było jednocześnie częścią tego fermentu w literaturze polskiej, w polskiej krytyce literackiej, który zdawał się zapowiadać nową jakość, nowe przemiany na literackiej scenie. Co z tamtego fermentu pozostało, czy powstały dzieła wybitne i czy doszło do jakiegoś przewartościowania, to już inna historia. Z pewnością pozostał Horubała. Choć jego szkice nie ukazują się w prasie zbyt często, to niemal każdy artykuł autora „Marzenia o chuliganie” zdaje się być kijem wsadzonym w mrowisko. W każdym razie nie sposób przejść obok niego obojętnie. Stąd „Żeby Polska była sexy i inne szkice polemiczne” ucieszyła mnie jak rzadko która z ostatnich publikacji.

A że nie przeczytałem żadnej z powieści Horubały? Hmm… Jakoś nie mam zaufania, że niezły krytyk jest w stanie napisać dobrą powieść. Ale może się mylę… Są przecież wyjątki. A „Pałuba” Irzykowskiego przychodzi na myśl chyba jako pierwsza z rzędu.

Myślę, że najlepszą charakterystykę swojego pisarstwa krytycznego, jego założeń i tego, czego autor stara się wystrzegać, podaje sam Horubała na początku szkicu poświęconego Janowi Walcowi. Określając go „pieniaczem bezpartyjnym” autor „Marzenia o chuliganie” w pewnym sensie daje trafną i skondensowaną charakterystykę swojej własnej działalności publicystycznej. Gdyż z pewnością nie jest tym, który za wszelką cenę wolałby trzymać z jedną stroną sporu, który dla komfortu wolałby przystać do jednej z koterii zdając sobie sprawę z tego, że „Pieniactwo nie jest zgodne z zasadami BHP. Bo bezpieczeństwo i higiena pracy wymagają, by atakować grupą, by afiliować się przy jakimś środowisku. By teksty, będące wyrazem grupowych interesów i kompromisów, tylko przybierać w dowcipne formy prowokacji”. Z tego negatywnego wizerunku typowego krytyka, wybierającego „ciepełko redakcji i środowiska” można odtworzyć ideał krytyka niepokornego, który chce „otwierać oczy czytelnikom, wskazywać obszary wyklęte, obszary niepewności”, mylącego się może, ale będącego przy tym „pieniaczem bezpartyjnym” właśnie, nie uzależnionym od środowiskowych sympatii i nie podporządkowującym się środowiskowym naciskom i modom.

A że jest to jakby ideał publicystyki, do jakiego dąży sam autor (po oddzieleniu tego, co w postawie Walca było negatywne, rzecz jasna), znajduję w trakcie lektury poszczególnych tekstów pomieszczonych w zbiorze.

Odnajduję w Horubale przede wszystkim krytyka rzetelnego w tym sensie, że stara się dobrze poznać opisywane zjawisko – czy będzie to powieść, czy widowisko teatralne, czy życie opisywanej postaci. Jednocześnie autor dąży do tego, by potraktować omawianego twórcę uczciwie, tzn. wychodząc poza swoje możliwe uprzedzenia, dostrzec to, co będzie świadczyć na korzyść poddanego krytycznemu osądowi. Stąd Horubała jest jednocześnie niczym obrońca i oskarżyciel w jednej osobie. I tak na przykład chlastając piórem utwór budzący zachwyty innych, próbuje znaleźć coś na usprawiedliwienie twórcy. Bywa, że to tym gorzej dla twórcy. A Horubała nie ma litości. Inna sprawa, czy zawsze jego werdykty są słuszne. Pamiętam, że jego krytyka twórczości Wojciecha Wencla wywoływała mój sprzeciw, kiedy tekst Horubały ukazał się na łamach „Rzeczpospolitej”. Wydawało mi się wówczas, że autor „Marzenia o chuliganie” ocenia tę poezję niesprawiedliwie, że pisząc o „patriotyzmie w trupim pyle” przesadza, nie dostrzega, że za tymi „trupimi” obrazami, za wizerunkami rozkładu czy rozczłonkowanych ciał kryje się nadzieja na nowe życie, że cierpienie to brama do nieba. Teraz, czytając jego szkic po raz kolejny, na spokojnie, jestem bardziej skłonny przyznać rację Horubale. Choć wciąż mam sporo wątpliwości, muszę uznać, że jego argumenty zdają się bezlitośnie obnażać to, co w nowej poezji Wencla słabe, miałkie. „Argumenty” – właśnie! Nie zawsze autor „Marzenia o chuliganie” potrafi zachować stoicki spokój, znaleźć złoty środek i ponosi go polemiczna werwa, a wówczas pieniąc się, z pianą na ustach woła wściekły: „brednie”, „bzdury”! – odwołując się już nie tyle do argumentów, co do epitetów człowieka wytrąconego z równowagi. Tak więc w tym samym tekście potrafi pochwalić to, co jego zdaniem zasługuje na uznanie, jak i niemiłosiernie zrugać autora za to, co jego zdaniem jest nonsensem.

Wkładając kij w mrowisko, jest zatem Horubała tym, który jątrzy, który woła: „Król jest nagi!”. Jest chuliganem psującym dobry nastrój salonu, obojętnie, czy jest to salon prawicowy, liberalny czy jaki tam jeszcze. Nie oszczędza więc ani pupilków „Gazety Wyborczej”, ani „Gazety Polskiej”. Sprawdza po latach swoje wrażenia z lektury Mrożka i poddaje bezlitosnej wiwisekcji Herberta. Chlasta swoim krytycznym skalpelem nagrodzoną sztukę Słobodzianka i obnaża miałkość intelektualną i niedojrzałość w najnowszej powieści Manueli Gretkowskiej. Pokazuje ignorancję Krzysztofa Vargi ironizującego na temat „Dzienniczka” siostry Faustyny Kowalskiej i obnaża „nonszalancję teologiczną” Jerzego Nowosielskiego. Wykazuje pozorność „rzetelnej analizy politycznej” we wrocławskim spektaklu głośnego duetu Demirski-Strzępka i z niesmakiem przygląda się, jak Piotr Jędrzejas masakruje tekst „Wyzwolenia” Wyspiańskiego, by przyciąć go do swoich poglądów i zaatakować obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Horubała nie kłania się uznanym autorytetom, tylko drapie pozłotkę, by sprawdzić, czy faktycznie to prawdziwe złoto. Bywa, że czyni to ze zjadliwą ironią, jak w słynnym tekście – od którego obecny zbiór wziął swój tytuł – będącym odpowiedzią na durnowatą ankietę „Dziennika”. Jednocześnie jest w tym dążenie do jakiejś dozy obiektywizmu, również nie stosowania taryfy ulgowej, bo to „nasi”. A jeśli to „nasi”, to może kryteria powinny być szczególnie ostre? Stąd zapewne tak bardzo obrywa się Wenclowi. Stąd tropienie słabości prozy Bronisława Wildsteina. Stąd „Zachód rozumu w Milanówku”. Stąd nieodświętne czytanie Herberta. Jak pisze sam Horubała:

„Narzekam, narzekam, a tak naprawdę chciałbym, by pewnego dnia, gdy tak popiskuję, że król jest nagi, czyjeś silne ramię odciągnęło mnie w głąb wiwatującego tłumu. By jakiś dorosły zawlókł mnie gdzieś w boczną uliczkę i spokojnym głosem wyklarował, że te nieprawdy na temat najwyższej jakości naszych twórców trzeba głosić, bo trwa wojna, trwa wielki cywilizacyjny spór i trzeba zewrzeć szeregi, i trzeba chwalić, co nasze, bo inaczej przepadnie z kretesem (…). (…) zgoda, może nasi twórcy nie bez wad, może i czasem dość pokraczna ta nasza sztuka, ale dla dobra sprawy, trzeba…

Tylko że jakoś nikt się nie kwapi, by mnie wtajemniczyć w te kulisy krytycznych gier, a pomruki, jakie dochodzą do mnie, pokazują, że jest chyba gorzej niż myślałem. Że oni naprawdę wierzą w nieskazitelnie piękne szaty króla. Że nadeszło kolejne zaćmienie”.

Artykuły Horubały zamieszczane na łamach „Uważam Rze” były dla mnie w pewnym sensie namiastką tygodnika literackiego, namiastką jakiegoś realnego życia kulturalnego i przeżywania kultury, gdzie sprawę traktuje się serio i gdzie chodzi o rzeczy naprawdę ważne, gdzie literatura, teatr, sztuka to nie jest tylko pusta zabawa. To od tekstów Horubały zaczynałem lekturę pisma i na nie czekałem z niecierpliwością każdego tygodnia.

Z reguły lekturę tygodników i dzienników rozpoczynam od stron kulturalnych i zazwyczaj przeżywam to samo rozczarowanie: zamiast pasjonujących dyskusji, ideowych sporów, twórczego fermentu, odnajduję krótkie notki, w większości poświęcone popkulturze i nieco dłuższe artykuły o tym, co w danym momencie jest modne, „na topie”. Kiedy teraz otwierając strony kulturalne „Uważam Rze” widzę, że np. sporą ich część zajmuje się nowymi, kinowymi przygodami sowieckiego szpiega w hitlerowskim mundurze, z rozrzewnieniem myślę o nie tak odległych czasach, gdy w tym miejscu można było przeczytać kolejny tekst autora „Marzenia o chuliganie”. No cóż…

„Żeby Polska była sexy i inne szkice polemiczne” cieszy nie tylko jako lektura, ale także pod względem edytorskim: ładna okładka, staranne opracowanie. Jest jednak jeden mankament. Otóż, część tekstów pomieszczonych w tym zbiorze spotkała się z żywą reakcją, z polemiką, na którą z kolei odpowiadał sam Horubała. Najidealniejszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie w tej samej publikacji również i tych głosów polemicznych. Domyślam się jednak, że prawa autorskie i inne względy (chyba nie wszyscy polemiści wyraziliby równie ochoczo zgodę, a może nawet żaden, na druk w tej samej książce) nastręczałyby sporych kłopotów. Można było jednak ten problem rozwiązać dodając na końcu bibliografię ważniejszych artykułów przedstawiających przeciwny do autora punkt widzenia. Coś takiego znalazło się w „Marzeniu o chuliganie”. Oszczędziłoby to bez wątpienia dociekliwym czytelnikom, pragnącym sprawdzić siłę argumentów przeciwnych, czasu poświęconego na szukanie po Internecie.

Andrzej Horubała, Żeby Polska była sexy i inne szkice polemiczne, Warszawa, 2011.