Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Rzeczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Rzeczy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2019

Worek cebuli i Internet koniecznie potrzebne!

Jeszcze nie podano pełnych wyników wyborów, a już się pojawili pierwsi męczennicy za demokrację i tolerancję. Oto dwaj bracia – grubszy i chudszy – z pogardą spoglądają zbliżającej się kaźni prosto w oczy. Ba! Przeciwstawiają jej kamerę, którą zarejestrują każdy cios i każdy kopniak! Nie cofną się ani o krok! Przyjmą uderzenie prosto na klatę i nie ustąpią! Przydałby się im tylko worek cebuli albo dwa, by przetrwać niesprawiedliwe ciosy losu albo PiS-u, gdy będą gnić w więzieniu.

Maja Ostaszewska natomiast pewnie ostatnie zapasy Internetu chowa i upycha do zakamarków i skrytek, by choć jeszcze przez chwilę radować się świeżym powiewem wolności, która za chwilę stanie się towarem reglamentowanym albo zgoła zupełnie niedostępnym.

Spazmów oczywiście dostała Krystyna Janda. Myli się tylko w jednym, kiedy mówi, że „druga strona ma tylko siebie, wspomnienia i internet”. Owszem siebie i wspomnienia – tak. Ale Internet z pewnością nie, bo przecież to już ostatnie godziny, może minuty. Mówiła o tym już i wieszczyła inna wybitna aktorka (vide wyżej).

Są i tacy, którzy są twardzi jak stal albo ich nazwisko: siedzą na barykadzie i rozdają twarde ciosy i opinie. Krzywda ich za to nie spotka, ale zyskają sławę i podziw (link litościwie pominę).

I tak to wygląda za każdym razem: histeria bab i „twarde, męskie”, odważne do szaleństwa komentarze pupilków losu.


piątek, 4 października 2019

Jedzcie swoje dzieci, czyli kogo wyprowadzą w kajdankach

Pisałem wczoraj o liście 500 naukowców, którzy podważają panoszącą się propagandę klimatyczną. Wygląda na to, że histeria przejawiająca się w złowieszczych proroctwach o zbliżającym się rychłym końcu świata i apokaliptycznej klimatycznej zagładzie (do której zostało już „tylko kilka miesięcy”) weszła na taki poziom, który eko-szajbusów kwalifikuje nie tylko do wariatkowa. To już rodzaj satanistycznej sekty, która proponuje spożywanie ciał zmarłych ludzi, a nawet dzieci. Tak, tak, proszę państwa! To nie żart! „Musimy zacząć jeść dzieci”! Kto nie ma własnych, może pewnie pożyczyć od sąsiada lub złapać sobie na ulicy. To nie scenariusz nowego filmu grozy czy science-fiction. Takie rzeczy ci wariaci już wypowiadają publicznie. Kto nie wierzy, niech sobie poczyta i obejrzy.

Tymczasem w Polsce szambo wybiło po raz kolejny i tuż przed wyborami pojawiły się kolejne taśmy. Jest oczywiste, że nie pojawiły się one akurat teraz przypadkowo. PiS robi, co może, żeby te wybory wygrać. I powiem szczerze, że specjalnie ich za to nie winię. Z dwojga złego, choć głosować na nich nie będę, wolę jednak PiS niż PO-KO, czy jak tam się teraz ta formacja nazywa.

Zaskakującego w „taśmach Neumanna” nie ma w zasadzie nic. Pogarda tych polityków, nie tylko do wyborców głosujących na konkurentów (słynne „moherowe berety”), ale także do własnego elektoratu nie jest przecież niczym nowym. Notabene tę samą pogardę przejawiają przecież wspierający ich dziennikarze. Współczuję jedynie wyborcom – muszą przecież jakoś to przełknąć, że politycy, których wspierają, traktują ich jak bezmózgie bydło. Nie wiem, czy dotyczy to także tej pysznej szlachty zachciankowej (nie, nie ma tu błędu), do której zalicza się stary i młody Stuhr – w końcu to takie nadworne błazny.

Dobrze też dowiedzieć się z ust samego polityka opozycji (jeśli taśmy są prawdziwe), co tak naprawdę myśli się w tym gronie o zmarłym tragicznie Pawle Adamowiczu. Wygląda na to bowiem, że ci sami politycy, którzy oskarżali PiS o „polityczną nekrofilię” sami ją uprawiają, bo tak wygodnie. I to uprawiają z prawdziwą perfidią, pozwalając na to, by w katedrze pochowano człowieka, który miał „mega twarde rzeczy, które mogłyby go wyprowadzić w kajdankach”. Nie wiem tylko, co na to hierarchowie, którzy na tę hucpę, na ten „mega” skandal pozwolili. W końcu o śp. Lechu Kaczyńskim różnie można by mówić, ale z pewnością nie to, że prowadził działalność o charakterze kryminalnym.


czwartek, 3 października 2019

„Zmiany klimatyczne” – co przeważy: histeria czy nauka i rozum?

Chyba dawno nie było tak chłodnego września, jak w tym roku. Tymczasem ciągle słyszę jeszcze ludzi mówiących o „globalnym ociepleniu”, niektórzy z nich nie zauważyli, że narracja się zmieniła i mówi się teraz częściej o tzw. „zmianach klimatycznych”. Histeria klimatyczna – której symbolem jest wystąpienie nastolatki w ONZ – narasta, a wiele rzeczy przyjmuje się na wiarę, bo podano je w ulubionych mediach, które ogląda się lub czyta po pracy.

Tymczasem ważnym wydarzeniem jest w ostatnich dniach list 500 naukowców do sekretarza generalnego ONZ, w którym podważają oni szerzoną przez media propagandę dotyczącą tzw. „zmian klimatycznych”. Obłęd tej narracji może w rzeczywistości spowodować kryzys większy niż ten, jaki wieszczą prorocy zagłady w wyniku zaburzeń klimatycznych. Forsowane zmiany przepisów w poszczególnych państwach uderzają w gospodarkę zarówno krajów zamożnych, jak i krajów rozwijających się. Upowszechnienie świadomości, że istnieją też głosy poważnych naukowców, którzy sprzeciwiają się propagandzie „ekologistów”, jaką raczy się nas w mediach, książkach i filmach, a nawet dokumentach kościelnych, jest bardzo ważne. Więcej na ten temat można sobie poczytać na stronachPCh24.pl i „Do Rzeczy”.


poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Narodowiec-homoseksualista uprawiający seks ze swoim partnerem nie jest ok. Jasne?

Chyba nie, bo tekst pewnego znanego aktora (o którym szczerze mówiąc nie wiem nic) sugerujący coś zupełnie innego, został uznany przez konserwatywne medium za „mocny wpis”.

Więc zacznijmy raz jeszcze: Narodowiec-homoseksualista uprawiający seks ze swoim partnerem nie jest ok. Nie jest też ok, jeśli seks ze swoim partnerem uprawia socjalista-homoseksualista, anarchista-homoseksualista czy kogo tam sobie jeszcze wymyślicie. Uprawianie seksu homoseksualnego jest złe. Koniec. Kropka. Trzeba to powiedzieć jasno i klarownie. Niestety, jak się okazuje, nie jest to już takie jasne nawet dla hiperkonserwatywnych katolików pokroju Michała Ujazdowskiego, na którego kiedyś przed laty głosowałem (o czym piszę z prawdziwym wstydem).

Tekst celebryty nie jest „mocny”. Jest tak naprawdę jednym z tych tekstów pisanych przez milutkich ludzi, którzy chcą zadowolić każdego i do każdego się miło uśmiechnąć i puścić oczko. Przyświeca im światowe „Kochajmy się!”, za którym stoi mdła wizja słodkiej koegzystencji jednych z drugimi, homoseksualistów z narodowcami, komunistów z konserwatystami, katolików z ateistami, Kościoła z lożą masońską itd., itp. Nie jest to wizja świata oparta na prawdzie, ale wizja świata oparta na „milutkości”. Żeby tylko przypadkiem nie było żadnego konfliktu! To taka celebrycka wizja „wielu ścieżek na jeden szczyt”.

Być może autor uznałby, że nie czytam „ze zrozumieniem” i nie zauważam „znaków przystankowych”. Choć zgodzę się z nim, że uleganie „złym emocjom” i histeryzowanie nie jest wskazane i że „przestaliśmy myśleć”, to stwierdzam, że najpierw trzeba postawić pewne sprawy jasno, a potem próbować rozmawiać. Tymczasem autor plącze i miesza. Chce być słodki i po środku, chce, bym sprzeciwiając się grzechowi homoseksualizmu jednocześnie uznał, że dwóch panów współżyjących ze sobą to coś „ok” i że gorsze jest niepłacenie podatków czy palenie papierosa w zabronionym miejscu. Niestety na takie postawienie sprawy zgodzić się nie można. To znowuż taki odpowiednik patriotyzmu, który przejawia się kasowaniem biletu w tramwaju i sortowaniem śmieci.

Akty homoseksualne to zło zarówno w wymiarze moralnym, jak i społecznym. Dla duszy z pewnością nawet dużo bardziej niszczące i śmiertelne, niż zapalenie papierosa czy nawet stu papierosów w biurze wielkiej korporacji.


sobota, 24 sierpnia 2019

Nie dowieźli autobusami i wyszła klapa, a nie tęczowy cyrk

Widać objazdowy tęczowy cyrk dostał zadyszki albo nie zatankowano na czas i w Zabrzu Parada Równości poniosła klapę. Pojawiła się tylko jedna osoba (sic!). Reszta to ok. 200 przeciwników marszu. Brak doniesień, by te „krwiożercze, ksenofobiczne i nietolerancyjne bestie” rozerwały biednego, bezbronnego tęczowego demonstranta na strzępy. Może otoczył go bohaterski kordon policji albo kontrdemonstrantów zdjęła litość?

Ciekawe, czy teraz tęczowi, zasileni kolejnym zastrzykiem gotówki, będą próbować udowadniać, że Zabrze to miasto super-hiper-LGBT? Na razie ponoć odcinają się od tego demonstranta, który jest tak ograniczony, że nawet skrótu ich nazwy nie pamięta.

piątek, 23 sierpnia 2019

Może być jeszcze durniej, a z tego wszystkiego osądzą nas... świnie i komary

Celebryci się angażują i myślą, że mają ważną rolę do spełnienia. Prężą dumnie piersi, recytują wiersze i bronią nas przed„nietolerancją”. Mieszają przy tym rzeczy, które do siebie nie przystają, na jednej płaszczyźnie umieszczają zboczenie i przynależność etniczną. W tym wzmożeniu, w tym intelektualnym oburzeniu, w tym wytężeniu plączą się im homoseksualiści, sędziowie, nauczyciele, inwalidzi i Żydzi... Nie wiem, czy coś wciągają przez zwinięty w rulonik banknot, czy po prostu oni już tak mają i nic na to nie pomoże, nawet, gdyby sami trzepnęli się mocno w łeb. Najlepiej podsumował ten imbecylizm Dawid Mysior (o którym pewnie będzie jeszcze głośniej).

Nie trzeba było czekać długo, a oto niegdysiejszy autor skandalizującej książki o kapciowym i znanym elektryku teraz popisał się publicznie zdjęciem ze swojej... sypialni. Nie, nie była to tylko fotka pokoju. Nie powiem, zrobiło mi się niedobrze i musiałem popędzić do łazienki. Kiedyś tacy panowie twierdzili, że nikt nie powinien zaglądać im do łóżka. Teraz nie tylko epatują nas swoją wypaczoną seksualnością na ulicach, ale jeszcze raczą nas zdjęciami w stylu „Big Brothera” ze swojej sypialni. Pewnie niedługo doczekamy się jeszcze bardziej pikantnych fotografii – po prostu strach się bać.

Jeśli komuś jeszcze mało, to niech posłucha sobie fragmentu wypowiedzi znanego katolickiego celebryty i prezentera o zwierzętach i owadach oraz sądzie ostatecznym. Jakiś duszpasterz może zareaguje na te idiotyzmy? Mówię o katolickim celebrycie, bo w przypadku tych dwóch pierwszych zdarzeń to już chyba tylko trzeba liczyć na interwencję prosto z nieba.


sobota, 3 sierpnia 2019

Byle tylko dopiec, czyli jak zostać najgłupszym głupcem

Było już pomysł „świętowania” rocznicy wybuchu II wojnyświatowej radosnym marszem i tańcem. Ale okazuje się, że głupota wydaje się być bardziej bezdenna, niż się to filozofom wyśniło. To już istny konkurs, który można by zatytułować „Głupi, głupszy” albo „Najgłupszy głupiec Twittera”.

Otóż, proszę Państwa, okazuje się, że powinniśmy użalić się nad Niemcami, którzy rozpoczęli II wojnę światową atakiem na Polskę! Tak, tak! Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, to nasi okupanci „mieli wyższe straty” i z tego powodu najwidoczniej to im należy się „godne upamiętnienie”. Nie, nie Polakom – tak uważa przecież „łamacz konstytucji” Andrzej Duda i ten cały ciemnogród PiS-owsko-endecko-katolicki. A to nie może być ani słuszne, ani prawdziwe!

Myślicie, że to bajki? Nie wierzycie, że mógł się pojawić taki „geniusz”, to poczytajcie tutaj.


środa, 31 lipca 2019

Wraca cenzura, tym razem w wydaniu homobolszewickim

Już kiedyś pisałem na tym blogu, że nie spodziewałem się, iż dożyję czasów powrotu cenzury. A jednak. Znikają kolejne filmy i programy ze strony monopolisty, jakim jest YouTube.

Informowałem niedawno o problemach niezależnej internetowej telewizji wRealu24 TV, której zablokowano audycje poświęcone LGBT-coś-tam. Teraz okazało się, że zablokowano program z udziałem Pawła Lisickiego i MarkaMiśko na temat tej totalitarnej ideologii. Miałem nawet zarekomendować ów bardzo ciekawy odcinek z cyklu „Wierzę”. Za późno, program już zniknął z YouTube, nauka Kościoła o homoseksualizmie to bowiem tzw. mowa nienawiści.

Jestem ciekaw, czy rząd coś zrobi w sprawie panoszenia się tej ideologii, czy podejmie skuteczne działania w celu powstrzymania monopolistycznych praktyk YouTube i innych gigantów medialnych? Czas reagować. Najwyższy czas. Tym bardziej, że działania te nie przypadkowo zbiegają się z kampanią wyborczą.

Przykłady referendum w Irlandii i niszczenia europejskiej cywilizacji na Zielonej Wyspie są tutaj przykładem, w jaki sposób manipuluje się opinią publiczną. Tam też monopoliści blokowali dostęp do mediów katolickim i konserwatywnym organizacjom, utrudniając im kontakt z Irlandczykami.


wtorek, 30 lipca 2019

Jak premier Morawiecki mnie zasmucił

Słowo „Europa” i jego odmiany pojawiają się w naszych czasach na ustach wielu osób i w nazwach wielu instytucji, organizacji, a nawet produktów. Jednak, kiedy się wsłuchać uważnie, z łatwością można odkryć, że nie wszyscy mają to samo na myśli. Można też odnieść wrażenie, że sama „Unia Europejska” ma coraz mniej wspólnego z wartościami, które niegdyś uosabiało słowo „Europa”. Przede wszystkim odcinając się od chrześcijaństwa, odcina to, co do tej pory stanowiło podstawę cywilizacji europejskiej.

Nie przypuszczałbym jednak, że premier obecnego rządu (cokolwiek bym sobie myślał o nim czy o jego decyzjach), który sam mówił nie tak dawno jeszcze temu o rechrystianizacji Europy, sprowadzi słowo „Europa” do tak niskiego poziomu. Oto na spotkaniu mieszkańcami Stężycy miał powiedzieć: „Dla nas europejskość to jest zasobność polskich portfeli, a nie eksperymenty kulturowe, czy obyczajowe. (...) To jest właśnie nasz program”.

Wyobraźcie sobie, Państwo! Oto z jednej strony „eksperymenty” LGBT i tym podobne, a z drugiej – „zasobny portfel”. Z jednej chłop z chłopem, baba z babą, a z drugiej syty Polak na kanapie z pilotem w ręce. Z jednej strony 52 płcie, a z drugiej rozbijający się najnowszym elektrycznym cudeńkiem Kowalski!

Tylko czekać, aż temu zadowolonemu ze zwitka banknotów w portfelu Kowalskiemu czy Nowakowi palma odbije i zacznie eksperymentować z własną płcią, aż przyjdzie mu do głowy pomysł seksualizacji dzieci czy tym podobne rzeczy. Bo niby dlaczego nie? Co go przed tym uchroni? W końcu orędownicy homoseksualnej rewolucji i nowej „miłości” mają i tak już strumyk pieniędzy, który płynie do nich z różnych organizacji, mniej lub bardziej jawnych i tajnych, włączając w to potężne międzynarodowe koncerny. Może więc wystarczy Kowalskiemu pomachać tym plikiem banknotów przed nosem?

„Europejskość” zaproponowana przez premiera Morawieckiego sytuuje się więc dokładnie po tej samej stronie, po której sytuują się odrzucane przez niego „eksperymenty kulturowe i obyczajowe”. I żeby mnie mylnie nie zrozumiano: nie neguję potrzeby zasobnego portfela i zapewnienia własnej rodzinie godnego bytu. Tyle tylko, że ten „zasobny portfel” premiera Morawieckiego wraz z tymi „eksperymentami” wydają się być podszyte pustką. Naprzeciw nich stoją średniowieczne katedry, brzmi śpiew gregoriański, słychać recytację „Boskiej komedii” i muzykę sfer niebieskich...

Brzmi patetycznie? Zbyt patetycznie w tym kontekście? No cóż! Nic na to nie poradzę. Ja idę sobie w tamtą stronę, bo tam jest ta prawdziwa Europa, Europa budowana na chwałę Pana, a nie atrapa zżarta przez korniki i szeleszcząca papierem, którą byle wiatr przewróci.


poniedziałek, 22 lipca 2019

Początek faszyzmu, czyli odwracanie kota LGBT ogonem

„To początek faszyzmu”, „Z Białegostoku niedaleko do Jedwabnego” – to część komentarzy na temat zajść w Białymstoku, jakie pojawiły się ostatnio w mediach. Zacznijmy od tego, że takich wydarzeń i takich komentarzy należało się wcześniej czy później spodziewać. O to przecież chodzi. Stąd prowokacje homobolszewickie w Gnieźnie, gdzie w tym roku odbył się pierwszy przemarsz „kochających inaczej”, stąd ponowienie prowokacji homoseksualnych w Częstochowie, stąd wzmożenie tzw. „parad równości” w wielu miastach Polski.

Dlaczego mówię o „prowokacji”? Bo niezależnie od intencji tych biednych ludzi, którzy czynnie w nich uczestniczą, są to właśnie działania mające na celu wywołanie jakiegoś nieszczęścia. Po pierwsze uznano, że w Irlandii zrobiono już z grubsza porządek (reszta potoczy się jak kula śniegowa) i że przyszedł czas na Polskę, która jeszcze się broni jako kraj katolicki. Po drugie homoseksualny „męczennik” w Gnieźnie czy w Częstochowie byłby podarunkiem dla ruchu „LGBT-coś-tam”. Jeden celny kamień rzucony przez jakiegoś krewkiego narodowca czy nierozważnego nastolatka i nieszczęście gotowe, a potem Częstochowa czy Gniezno w światowych mediach łączone byłby już nie z chrześcijaństwem, ale z homoseksualizmem i czyjąś bezsensowną śmiercią.

Tymczasem w rzeczywistości działacze „LGBT-coś-tam” nie są żadnymi ofiarami, to oni, mając wsparcie wielkich światowych koncernów, a także różnych wpływowych polityków i państw, próbują doprowadzić do sytuacji, stworzyć rzeczywistość, w której normalny człowiek stanie się ich ofiarą. W tym ich „nowym wspaniałym świecie” nie będzie już wolności słowa ani demonstrowania swoich poglądów, a takie wpisy, jak ten, będą usuwane z sieci, zaś ich autorzy będą narażeni nie tylko na spore nieprzyjemności, ale nawet na karę więzienia za tzw. „mowę nienawiści”. Ideologia „LGBT” to ideologia totalitarna i jako taka powinna być zakazana. Szerzenie tej ideologii powinno być zakazane, tak jak szerzenia komunizmu czy nazizmu.

Stąd dziwią niektóre komentarze, jakie pojawiły się po prawej stronie, w związku z akcją „Gazety Polskiej” z naklejkami „Strefa wolna od LGBT”. Mogę jeszcze zrozumieć od biedy wpis narodowca Krzysztofa Boska, który – jeśli dobrze rozumiem jego intencje – zdaje się wskazywać na to, że akcja ta może być po prostu wykorzystana przez lobby homoseksualne, by jeszcze zaognić całą sytuację na swoją korzyść.

Totalnie nie zgadzam się natomiast z komentarzem TomaszaTerlikowskiego. Pyta się on retorycznie: „Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby jakieś liberalne medium wypuściło naklejki dla usługodawców z napisem: Strefa wolna od katolików/katolicyzmu”. Otóż po pierwsze takie naklejki już są, nie dosłownie, nie jako przedmiot do wykorzystania, ale jako swego rodzaju bicz na katolików. Co spotkało panią Klepacką, kiedy ośmieliła się skrytykować prohomoseksualne działania w Warszawie? Co może spotkać tych, którzy ośmielą się przeciwstawić homolobby np. w świecie artystycznym? Co spotkało pracownika IKEI, który przeciwstawił się promocji ruchu LGBT cytując Biblię? Po drugie naklejka mówi: „Strefa wolna od LGBT”, a nie od osób, które mają skłonności homoseksualne, czy wyobrażają sobie jednego dnia, że są panią, a drugiego, że istotą dwupłciową. Po trzecie, ja akurat byłbym wdzięczny za takie naklejki, jakie sugeruje Tomasz Terlikowski, bo wiedziałbym, gdzie unikać robienia zakupów, tak jak unikam robienia zakupów w pewnej sieci handlowej, która wymazywała krzyże ze zdjęć reklamowych swojej firmy. Z pewną ciekawością obserwowałbym też, jak długo taki biznes utrzyma się na rynku (co swoją drogą wiele powiedziałoby mi też o katolicyzmie w Polsce).

Terlikowskiego nie przekonuje też „argument, że chodzi o strefę wolną od ideologii, bo tak się składa, że ona nie przemieszcza się po mieście, nie chodzi do lokali. Jednym słowem walczmy z ideologią (groźną i niebezpieczną), szanujmy ludzi i głośmy miłość Jezusa Chrystusa”. Jakoś nie zauważyłem, by Tomasz Terlikowski protestował przeciwko znakowi „Strefa zdekomunizowana”, który umieścił niegdyś na swojej posiadłości pewien polityk i autor jednego z przytoczonych na początku komentarzy. Czy stawał wówczas w obronie komunistów, których taki znak obrażał? Czy w ogóle ten znak budził takie kontrowersje wówczas, jakie budzi inicjatywa Sakiewicza? Czy gdyby „Gazeta Polska” wówczas wypuściła naklejki „Strefa zdekomunizowana”, to podniosłyby się głosy krytyki także po prawej stronie? Absurd! Terlikowski chociaż dostrzega, że ideologia LGBT jest „groźna i niebezpieczna”, dziwne jednak, że nie dostrzega, iż wlepki „Gazety Polskiej” są po prostu elementem walki z tą totalniacką ideologią, tak jak dawniej było nią malowanie po murach.

Niewykluczone, że jeszcze trochę, a trzeba będzie wrócić do tych metod, skoro monopolista na rynku prasy i książki blokuje sprzedaż „Gazety Polskiej”. Stąd, choć straciłem sympatię do działań i propagandy „Gazety Polskiej”, popieram ich akcję.


wtorek, 16 lipca 2019

Nacjonalizm i mowa nienawiści nie przejdą!

Pisałem już chyba dwa razy na tym blogu o szkockim uczniu, który został wyrzucony z klasy, a potem też ze szkoły za stwierdzenie prostego, zdroworozsądkowego i naukowego przecież faktu, że istnieją dwie płcie. Coraz częściej niestety zdarza się, że w szkole uczniowie mają problemy za to, że mówią prawdę wbrew nauczycielom, którzy z kolei uczą dzieci i młodzież bzdur (nie mówiąc już o uczeniu ich zwykłego konformizmu). Chodzi o szkoły na zachodzie Europy, gdzie barbarzyństwo zajmuje coraz większe obszary niegdyś opanowane przez cywilizację zachodnią. I chodzi tutaj zarówno o barbarię w instytucjach europejskich, która nie szanuje wielkiego dziedzictwa europejskiego, jak i napływ barbarii z krajów muzułmańskich (która akurat barbarii europejskiej się przeciwstawia tam, gdzie koliduje ona z ich kulturą).

Coraz częściej więc współczesne szkoły nie są placówkami edukacyjnymi, ale forpocztami nowej barbarzyńskiej inwazji, pralniami mózgów, w których wiedzę zastępuje się myśleniem magicznym, zaklinaniem rzeczywistości. Jeśli w końcu w placówkach szkolnych zacznie się uczyć wróżbiarstwa, guseł i tym podobnych, nie powinno to już chyba nikogo specjalnie dziwić. Przecież jeśli można uczyć, że istnieje więcej niż dwie płcie, że homoseksualiści mogą wstępować w związki małżeńskie i tym podobne idiotyzmy, to czas na lekcje wróżenia z kryształowej kuli i rzucania czarów jest już bliski.

W Polsce szkoły jeszcze się opierają i bronią przed ofensywą prymitywizmu zamaskowanego pod postacią nowoczesności, ale homobolszewia i „postępowi” edukatorzy robią wszystko, by to zmienić. Wprawdzie jeszcze chyba w żadnej szkole polskiej nie wyrzucono ucznia z lekcji biologii za stwierdzenie faktu naukowego, okazuje się jednak, że można mieć poważne kłopoty za stwierdzenie faktu historycznego. Oto nazwanie Bandery bandytą może w polskiej szkole skończyć się sprawą w sądzie, a rodzice ucznia, który to powiedział, mogą być pozbawieni praw rodzicielskich! Mówienie prawdy o przeszłości nazywa się teraz „nacjonalizmem”!

Domyślam się też, że gdyby wprowadzono do polskiego prawa zapisy o tzw. „mowie nienawiści”, to rodzice tego ucznia zostaliby rozstrzelani, a ich dziecko zamknięto by w specjalnym obozie korekcyjnym dla trudnej młodzieży, gdzie od świtu do zmierzchu bombardowany byłby „miłością” i filmami Sekielskiego oraz Patryka Vegi.


środa, 3 lipca 2019

Jak Dawid i Jakub ukryli się pod podłogą w nazistowskiej Polsce

Jest ponuro, a więc może, żeby nie było aż tak ponuro, coś śmiesznego. Otóż rozbawiła mnie ostatnio akcja dwóch homoseksualistów z wybrzeża, którzy postanowili zaanonsować, że w swoich apartamentach nad morzem nie będą przyjmować „m.in. sympatyków PiS, słuchaczy Radia Maryja czy wiernych widzów TVP”.

Ich akcja jest o tyle zabawna, że dzięki takiemu ogłoszeniu wiem, że powinienem uważnie sprawdzić, gdybym wybierał się nad polskie morze, czy przypadkiem nie trafiłem na ich ofertę. Traktuję ją jako swego rodzaju ostrzeżenie: „Uwaga! Złe psy!” Nie chciałbym bowiem trafić na panów, którzy mogliby się do mnie umizgać. Sama myśl o tym powoduje u mnie drgawki i odruch wymiotny. Dziękuję więc za klarowną informację, z kim mam do czynienia. To się dopiero nazywa uczciwość w biznesie!

Nieco bardziej serio: Pisałem już, że uważam, iż prowadzący biznes ma prawo odmówić wykonania usługi, jeśli ma poczucie, że współuczestniczyłby w czymś niemoralnym, że promowałby swoją usługą na przykład grzech ciężki. Stwierdziłem też, że według mnie są takie sytuacje, kiedy nawet w biznesie „neutralnym” można odmówić wykonania usługi, bo w końcu to biznes prywatny i jeśli ktoś jasno stwierdza, że na przykład w lokalu tym nie obsługuje się wysokich blondynów o niebieskich oczach, to jego sprawa. Może mu po prostu wyszło z kalkulacji biznesowych, że taka restauracja przyciągnie całą masę niskich brunetów, których akurat w okolicy jest sporo i firma będzie kwitnąć. Trochę inna jest kwestia wówczas, kiedy dany usługodawca monopolizuje rynek usług, twierdząc, że jest neutralny, a w rzeczywistości szykanuje określoną grupę – jak dzieje się to wśród gigantów mediów społeczenościowych. Ale to temat na inny, dłuższy artykuł.

Akcja dwóch homoseksualistów z wybrzeża jest o tyle śmieszna, że jest typowym przykładem pomieszania pojęć i życia w świecie wirtualnym. Oni oczywiście nie biorą pod uwagę czegoś takiego, że istnieje grzech i to grzech ciężki, któremu z całą namiętnością się oddają. Ale przede wszystkim mylą pojęcia. Jak czytamy, jeden z nich stwierdził, że „Polska przypomina Niemcy pod koniec lat 30-tych”. Panom się rzecz jasna wszystko pokiełbasiło w główkach i miesza im się film „Kabaret” z rzeczywistością, rasa ze zboczeniem, Żyd z homoseksualistą.

Wykreowane przez środowiska homoseksualne takie pojęcia jak „orientacja seksualna” i „mniejszość seksualna” mają zaczarować rzeczywistość. Nie ma czegoś takiego jak „orientacja seksualna” i „mniejszość seksualna” (choć oczywiście zboczeńcy są w mniejszości, wbrew temu, co starają się nam przedstawić media – niejeden chory na ciężką chorobę chciałby mieć tyle atencji środków masowego przekazu!), to terminy zapożyczone z polityki na wzór „orientacji politycznej” i „mniejszości etnicznej” lub „,mniejszości narodowościowej”.

Ponieważ ta zafałszowana terminologia weszła w życie i jest popularnie stosowana przez media, także niestety prawicowe, dwaj panowie „inaczej kochający” mogą brnąć dalej w ten świat fikcji i porównywać się do Żydów w hitlerowskich Niemczech. A nawet majaczyć, jak niektórzy to już robią, o obozach koncentracyjnych. Tymczasem w tej „hitlerowskiej” czy też „kaczystowskiej” Polsce jedyni, którzy grożą ludziom wyrzuceniem z pracy lub więzieniem, to właśnie... homoseksualiści.

A swoją drogą, to może ja po prostu coś źle zrozumiałem, wziąwszy pod uwagę fakt, że LGBT to ideologia totalitarna, a homoseksualiści starają się urządzić marsze w jak największej ilości polskich miast i miasteczek... Hm... może tym panom z wybrzeża się wszystko dobrze skojarzyło. W każdym razie jeszcze nie wybijają szyb sklepików katolickich drukarzy.


środa, 26 czerwca 2019

Manuela, Manuela, kiedyś bym powiedział: „Bella!”

Nasze prawicowe media co jakiś czas przytaczają „skandaliczne” lub „haniebne” słowa różnych artystów, celebrytów, pisarek i pisarzy, poetek i poetów, gitarzystek i gitarzystów, piosenkarek i piosenkarzy. Wśród gwiazd kolorowej prasy dla pań wyzwolonych zdaje się szczególnym blaskiem błyszczeć, w tym „lepszym” i „nowocześniejszym” świecie, gwiazdka Manueli Gretkowskiej. Wpisałem w wyszukiwarkę „Do Rzeczy” jej nazwisko, szukając ostatniego artykułu na jej temat, i ku swojemu zaskoczeniu otrzymałem w wyniku całą serię tekstów jej właśnie poświęconych.

Rzut oka na tytuły uświadamia, że pani ta ma niewiele mądrego do powiedzenia. I aż dziwne, że prawicowe pismo poświęca jej tyle uwagi. Albo redakcja musi wypełnić miejsce czymś w miarę sensacyjnym, a przy tym durnym, by przyciągnąć mniej wyrobionego czytelnika. Albo poświęca tej pani aż tyle uwagi, bo kiedyś Czesław Miłosz powiedział o jej debiutanckiej książce parę ciepłych słów i siłą rzeczy ta sława się za nią ciągnie. Albo po prostu jest gorąco i redakcja nie panuje już nad tym, co zamieszcza, bo się jej twarde dyski przegrzały. Ale aż tyle razy? Trzeba by chyba sprawdzić, jaka była temperatura w pozostałych przypadkach.

Dlaczego więc sam poświęcam tej pani tyle miejsca (i to już po raz drugi)? A to dlatego, że jest ta pani swoistym pars pro toto. Istnieje u nas pewna grupa celebrytów, która jest znana po prostu z tego, że jest głośna. Albo inaczej i ściślej: że jest wulgarna. I dotyczy to nie tylko takich bluzgaczy jak Zbigniew Hołdys. Tutaj można by machnąć ręką, że to zwykły szarpidrut. Ale do tego grona zaliczają się „subtelni” intelektualiści, pisarze, filozofowie, prawnicy i członkowie (oraz członkinie) grona profesorskiego. Nie mają oni nic mądrego do powiedzenia, potrafią jedynie obrażać. A właściwie: usiłują obrażać.

Wypowiedzi pani Gretkowskiej dotykają mnie bowiem mniej więcej tyle, ile wypowiedzi jakiejś głupiutkiej, niedojrzałej nastolatki, która zrobiła sobie dredy, wpakowała pod pachę tom Sartre’a i myśli, że jest wielką buntowniczką (albo Zbigniewa Hołdysa), czyli tyle co nic. Różnica jest może taka, że w przypadku nastolatki zawsze jest jeszcze szansa, że z tego wyrośnie i zmądrzeje. W przypadku Manueli Gretkowskiej i wielu innych ta szansa wydaje się niestety być równa zeru. Pozostaje jedynie się za nią modlić. Ale po co przy tym zwracać na jej wulgaryzmy uwagę i komentować to na łamach poważnych konserwatywnych mediów?


piątek, 21 czerwca 2019

Ekskomunika w polityka

Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego nasi biskupi nie zastosują kary ekskomuniki albo przynajmniej jej groźby wobec katolickich polityków, którzy wprowadzają prawa sprzeczne z nauką moralną Kościoła. Jeśli w niektórych sprawach głos naszych hierarchów jest dobitny i stanowczy, w innych – przecież nie mniej istotnych – zachowują oni daleko posuniętą powściągliwość, a wręcz milczenie, gdy chodzi o polityków przyznających się do wiary katolickiej.

Trudno powiedzieć, czy katoliccy politycy przejęliby się groźbą ekskomuniki, skoro i tak nie przejmują się tym, że ich czyny są sprzeczne z wyznawaną wiarą. Ale nie dajmy się zwariować – to, że przestępca nie przejmuje się groźbą kary więzienia, nie oznacza, iż nie należy jej stosować. Z drugiej strony byłby to też czytelny sygnał dla mniej rozgarniętych lub wprowadzonych w błąd katolików, że nie wolno sobie kpić z praw Bożych. Groźba ekskomuniki byłaby po prostu jasnym potwierdzeniem tego, że istnieją niezmienne prawa moralne, których naruszać nie wolno.

Dlaczego więc nasi biskupi milczą, gdy katolicki polityk mówi (być może przyjmując potem Komunię św.), że in vitro nie jest niczym złym albo, że należy dopuszczać aborcję? Dlaczego nie wymienią tych polityków po imieniu, nie dadzą czytelnego sygnału wiernym, że na nich głosować nie należy? Jaka mądrość za tym stoi?

Okazuje się jednak, że ekskomunika nie jest traktowana przez naszych hierarchów jako relikt średniowiecza. A zacząłem podejrzewać, że tak ją właśnie traktują. Dlatego z pewnym zaskoczeniem przeczytałem na stronie „Do Rzeczy” o ekskomunice dla księdza Michała Misiaka. Portal nie podał dokładnych przyczyn zastosowania tak drastycznej kary, ale więcej informacji na ten temat dostarcza portal PCh24.pl.

Oczywiście nie jest to powód do radości i redaktor PCh24.pl słusznie zachęca do modlitwy za ekskomunikowanego księdza. Skoro więc nasi księża biskupi traktują ekskomunikę serio, może najwyższy czas, by bezceremonialnie zwrócili uwagę paru polskim politykom o możliwości jej zaciągnięcia przez forsowanie praw sprzecznych z nauką Kościoła? W końcu obowiązkiem naszych duszpasterzy jest nastawanie w porę i nie w porę, prawda? A i parę zbłąkanych dusz można by ocalić przy okazji od zguby.


sobota, 25 maja 2019

Komsomolska czujność, czyli wróg ludu i postępowego ruchu LGBT-coś-tam nie śpi!

Okazuje się, że największa gazeta postępowej inteligencji z dużych miast powinna dostać oznakę Pawki Morozowa. W najbliższą niedzielę komsomolskie piątki będą sprawdzać, czy wrogowie ludu nie brużdżą w kościołach i z notatnikami w ręku będą pilnie słuchać, czy aby księża nie wyłamują się z obowiązku i odczytają list Episkopatu Polski. Donosy pewnie wylądują na biurku redaktora naczelnego, gdzie zostaną podane wnikliwej analizie, a postępowi informatorzy dostaną odznakę wzorowego komsomolca i bezpłatny egzemplarz gazety.

Walka z „czarnymi” przeszła do kolejnego etapu. A mądrość etapu jest taka, że każdy klecha to potencjalny pedofil o konserwatywnych poglądach, który będzie szedł pod prąd postępu postępów. Komsomolskim piątkom z pewnością ochoczo pomogą towarzysze z postępowego ruchu LGBT-coś-tam. Ruch LGBT-coś-tam jest szczególnie oburzony pedofilią wśród kleru, a swoje oburzenie wyraża wyświetlaniem filmów na murach domów, w czym przeszkadza faszystowska policja, która rekwiruje projektory.


czwartek, 9 maja 2019

Lewica i mentalność Kalego

O hipokryzji lewicy można by napisać tomy. Niemal każdy dzień przynosi tego przykłady. Jedne większej, inne mniejszej skali. Zresztą trudno tak naprawdę chyba mówić tu o hipokryzji. Przecież oni nie mają żadnych trwałych punktów odniesienia albo te punkty odniesienia zostają przestawione, jeśli okazuje się, że wadzą w „postępie” lub „Duch Czasu” uzna je za anachroniczne. Jest to raczej mentalność Kalego tak znakomicie opisana przez Henryka Sienkiewicza. Tych ludzi trzeba po prostu albo nawrócić, albo modlić się o ich nawrócenie, jeśli stawiają opór.

Ta mentalność Kalego jest w istocie mentalnością ludzi niedojrzałych, ludzi, którym wszystko się należy, których interesuje jedynie własne „ja”, którzy może mają jakieś instynktowne przejawy dobra lub pozory dobra. Oni może nawet w swej niedojrzałości sądzą, że postępują dobrze, nawet wówczas, kiedy szydzą z tego, co święte dla innych. Może nawet szczerze wierzą w to, co głoszą. Może szczerze sądzą, że ich pomysły przyniosą innym również dobro. Ale w swej dziecinnej naiwności lub głupocie nie widzą, że realizacja ich idiotyzmów może jedynie przynieść zarówno innym, jak i im samym krzywdę. Jak głupiutkie dzieci, dla których raj to stół zastawiony lodami i słodyczami.

Przykład tej mentalności Kalego z dnia dzisiejszego: oto Amnesty International broni bluźnierczej prowokatorki. Amnesty International walczy o „prawa człowieka”. A jakże! Tyle tylko, że walczy o te prawa dość wybiórczo. Nie wszyscy zasługują na to, by załapać się na wsparcie tej organizacji. Wątpię, by na przykład członkowie tej organizacji wstawili się kiedykolwiek za jakimś pro-liferem. Nie sądzę też, by obchodził ich los nienarodzonych dzieci szlachtowanych w sterylnych rzeźniach, które dofinansowywane są z budżetu państwa, czyli z kieszeni podatnika. Ale – żeby podać konkretny przypadek – wystarczy przypomnieć tragiczny los Alfiego Evansa. I reakcję Amnesty International wówczas. Mieli „za mało danych”, by podjąć działanie. Łamano prawo dziecka do życia. Łamano prawo rodziców do opieki nad własnym dzieckiem. A oni mieli „za mało danych”!


piątek, 1 lutego 2019

Jestem „dosyć prostym człowiekiem”, dlatego nie głosuję na kanalie

Jedną z największych krzywd, jaką wyrządzono Polakom po 1989 roku albo jaką Polacy sobie sami wyrządzili, to brak rozliczenia byłych komunistycznych aparatczyków, ich sługusów i wszystkich tych szumowin, które pozbawione kręgosłupa moralnego robiły wówczas kariery lub te kariery zaczynały. Dzisiaj mogą oni wszyscy puszyć się i pysznić w telewizji, radio i Internecie. Zamiast przemykać chyłkiem, ze wstydem zasłaniając się rękami lub przykrywając głowę płaszczem, oni grzeją się w ciepełku jupiterów.

Ich buta jest niesamowita. Oni dalej traktują mieszkańców „tego-kraju” jako podległy im motłoch (może nawet w większym stopniu niż dawniej) i są ewidentnie przekonani, że wcześniej czy później odzyskają swoje koryto. Czują się bezkarni, bo weszli na salony już nie moskiewskie, a europejskie. Zamiast ruskiego szampana, popijają prawdziwy szampan francuski, a jeśli nawet wcinają rosyjski kawior, to w wykwintnych brukselskich restauracjach. Dziś już nie są sekretarzami podstawowych komórek PZPR czy ZSMP, ale czerwonymi baronami, udzielnymi książętami czy księżnymi, które wchodzą nawet w związki z prawdziwą arystokracją europejską lub chociażby fotografują się w stylizowanych arystokratycznych strojach i wnętrzach.

To poczucie elementarnego braku sprawiedliwości można jedynie przełykać jak gorzką pigułkę, patrząc bezsilnie na te zadowolone z siebie, udające zatroskanie gęby. Na dodatek, jeśli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości co do dawnych bohaterów opozycji solidarnościowej i tej z NZS-u, to powinien spojrzeć na najnowsze obrazki i wyzbyć się wszelkich złudzeń. Można sobie kpić z głupoty byłej pani premiery otoczonej „dinozaurami”, ale fakt jest faktem:

„Zwierzęta w ogrodzie patrzyły to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie mógł rozpoznać, kto jest kim” (tłum. Bartłomiej Zborski).


środa, 5 grudnia 2018

To nawet nie jest śmieszne, czyli w koszulce na pogrzebie

Tak, to nawet nie jest śmieszne, to jest po prostu żałosne. Wyobrażacie sobie, że na pogrzeb np. kogoś wam bliskiego przyjeżdża jeden osobnik, który zamiast zachować godność i powagę paraduje w koszulce z napisem o wymowie politycznej, by dać do zrozumienia jednemu z żałobników, co o nim myśli? Wokół wszyscy w żałobie, a tu jeden taki... No cóż...

I naprawdę nie było nikogo wśród zwolenników tego pana, by mu to wybić z głowy? Aby mu chociaż uświadomić, że przez szacunek dla zmarłego... Eh! Szkoda słów!

sobota, 10 listopada 2018

Wielka improwizacja i powrót do domu z Melem Gibsonem


Ostatnie doniesienia na temat obchodów stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę są pocieszające. Narodowcy doszli do porozumienia z prezydentem i rządem, odbędzie się wspólny marsz, będzie wspólne świętowanie. Miejmy nadzieję, że odbędzie się bez incydentów, choć wygląda na to, że są tacy, którzy mają ochotę zrobić z tego za wszelką cenę jakąś rozróbę i nie chodzi tylko o panią prezydent Warszawy (swoją drogą: to są „Obywatele RP”? Naprawdę? „RP” musi tu chyba oznaczać coś zupełnie innego niż to, z czym się większości Polaków kojarzy).

Z drugiej strony nie sposób uciec przed myślą, że to wszystko wygląda na jedną wielką improwizację. Czy na przykład naprawdę nie można było spokojnie usiąść do stołu już choćby dwa lata temu lub nawet rok temu i porozumieć się co do wspólnych uroczystości, zaplanować wszystko dokładnie, przewidzieć różne scenariusze, pomyśleć o tym, jak zapobiec możliwym próbom zakłócenia przebiegu święta?

Inny przykład: Krucjata Różańcowa chciała, by przed Marszem Niepodległości odbyła się Msza polowa. Okazuje się, że o pozwolenie biskupa poproszono dopiero w czwartek! Nie wnikam w to teraz, czy jest sens organizowania takiej Mszy. Chodzi o to, że przecież o stuleciu niepodległości wiemy nie od tego tygodnia! Piszę to naprawdę nie po to, aby komuś dokopać, a już najmniej Krucjacie Różańcowej.

Mimo wszystko życzę wszystkim i sobie radosnego świętowania odzyskania niepodległości przez Polskę! A by zrobiło się nieco weselej, obejrzyjmy sobie filmik Polskiej Fundacji Narodowej, nakręcony z udziałem Mela Gibsona, który ponoć podbija sieć:


środa, 7 listopada 2018

Waltzem w Marsz Niepodległości


Przez ostatnie trzy lata nie dochodziło do żadnych awantur i zadym podczas Marszu Niepodległości. Charakterystyczne – ustały one po utracie władzy przez PO. Trochę dziwny zbieg okoliczności, nieprawdaż?


Widać taka sytuacja bardzo niektórych boli, postanowili więc na setną rocznicę odzyskania niepodległości zrobić nam prawdziwe święto – doprowadzić do eskalacji konfliktu. Pojawiały się już wiadomości o „tęczowym marszu”, a teraz wreszcie odchodząca z urzędu pani prezydent postanowiła na koniec z prawdziwym wdziękiem staranować Marsz swoim Waltzem... Niech nie będzie za wesoło! A co!


Marzyło mi się, że w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości będziemy mieli radosne obchody, że będą one przypominać nieco amerykański Independence Day wesołym świętowaniem, że może w niebo polecą fajerwerki... Nic z tego, „Europejczycy” wyraźnie dążą do wywołania ostrej zadymy, licząc na to, że Polacy będą mieli dość nieustannych awantur i konfliktów, a potem przyjedzie Waltz... to znaczy walec i wyrówna... Paweł Lisicki z „Do Rzeczy” ma rację: „Wszystkie najgorsze słowa są tu właściwe”.