„W wielkich dziełach literatury odkrywamy głębokie
zrozumienie bytu człowieka i jego celu. Odkrywamy, że osoba ludzka to homo
viator, pielgrzym, czyli wędrowiec, który podróżuje przez śmiertelne życie,
pamiętając zawsze o życiu wiecznym. To zrozumienie, kim jesteśmy, zostało
utracone. „Człowiek nowożytny – pisał Chesterton – bardziej przypomina
podróżnika, który zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia i musi wrócić
tam, skąd przyszedł, by odkryć, dokąd zmierza”. W rzeczywistości rzeczy
przedstawiają się nawet gorzej, niż wyobraził sobie to Chesterton, ponieważ
współczesny człowiek nie tylko zapomniał nazwy miejsca swojego przeznaczenia,
ale nawet zapomniał, że ma jakieś miejsce przeznaczenia. Nie wie, że jest
podróżnikiem. Nie ma świadomości, że podróżuje ani że ma dokąd pójść. Nie jest
on homo viator, ale homo superbus – człowiek pyszny, żałosna
istota złapana w pułapkę pomiędzy ograniczeniami konstruowanego przez siebie
„ja”, więzień swojej własnej dumy i uprzedzenia”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pearce Joseph. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pearce Joseph. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 lipca 2019
Homo viator i homo superbus
czwartek, 4 kwietnia 2019
O Szekspirze w smętnym nastroju (dwuznaczność zamierzona)
Pisanie o Szekspirze bez znajomości języka angielskiego w
zasadzie pozbawione jest sensu. Nawet najlepszy przekład nie odda wszystkich
gier słownych i aluzji. A jeśli Clare Asquith ma rację, że wielki dramaturg
zaszyfrował w swoich utworach historię swoich czasów, pozostawił w nich
doświadczenie ówczesnego państwa policyjnego (a wydaje się, że jej wywody są
mocne, wbrew niektórym krytykom), to sprawa dla czytelnika polskich przekładów
jest w zasadzie beznadziejna. Tym bardziej, że współczesne przekłady Słomczyńskiego
i Barańczaka nie są opatrzone żadnymi przypisami. Nie wiem, być może za tym
brakiem kryje się poczucie translatorskiej klęski, a może po prostu koszty
redakcji takiego tekstu, które zwiększałyby cenę książki. Przypisami opatrywał
swoje tłumaczenia Władysław Tarnawski (również badacz katolickości tej
twórczości), ale – co jest większym skandalem – jego przekład pozostaje w
większości w rękopisie.
Weźmy jeszcze pod uwagę fakt, że dla naszych rodzimych
interpretatorów wciąż niestety autorytetami wydają się być Harold Bloom i Jan
Kott. A wydawałoby się, że akurat w Polsce, z naszym doświadczeniem, powinniśmy
być wyczuleni właśnie na tę grę cieni, jak pisała o tym Asquith, albo też
metadramat, jak nazywał to Peter Milward SJ – jak się wydaje jeden z wybitniejszych
interpretatorów twórczości szekspirowskiej. Niestety, chyba na uczelniach na
wydziałach filologicznych siedzi jakaś lewicowa jaczejka, a ważne książki
Milwarda, Pearce’a, Wilsona czy Asquith pozostają znane jedynie wąskiemu gronu
tych, którzy nie tylko władają językiem angielskim, ale jeszcze na dodatek na
tyle się interesują literaturą, by po nie sięgnąć (jeśli w ogóle się o nich
dowiedzą).
Jeden przykład. Bez wnikania w szczegóły, na które może
jeszcze przyjdzie czas. Biorę do ręki trzy polskie tłumaczenia jednego z
ważniejszych, piękniejszych i niezwykle przejmujących fragmentów twórczości
wielkiego dramaturga: Ulricha, Słomczyńskiego i Barańczaka. Porównuję je z
oryginałem. Okazuje się, że przekład Barańczaka jest zgrabny poetycko, ale autor
jakby w ogóle nie zrozumiał (albo nie chciał zrozumieć?), o co w nim tak
naprawdę chodziło. Coś tam niby z aluzji, podwójnych znaczeń i gier słownych
zostaje, ale jest to raczej ich cień. A co najważniejsze Barańczak zupełnie
ześwieccza przesłanie się w nim kryjące, wręcz banalizuje je. Tak – banalizuje.
Po prostu spłyca. Co aż strach powiedzieć, ale tak niestety jest. Najbliżej
oryginału są właśnie Ulrich i Słomczyński, choć i u nich pewne sensy się gubią.
Zachowany jednak zostaje wymiar metafizyczny, religijny. Mogłyby to do pewnego
stopnia poprawić przypisy, które nie tyle obnażałyby klęskę translatorskich
trudów, ale podkreślały, z jak niezwykle trudną materią przyszło się tym
tłumaczom zmagać. Nie wiem niestety, jak poradził sobie z tym passusem Władysław
Tarnawski. W jego książce o Szekspirze, którą omawiałem na tym blogu, tego
fragmentu niestety nie ma.
Reszta jest milczeniem. A może milczeniem jest spoczynek.
piątek, 8 lutego 2019
Angielska telewizja jak dr Jekyll i pan Hyde?
Pisałem wczoraj o zwycięstwie agitpropu w Hollywood, co
tłumaczy niski standard takich filmów, jak Kształt wody. Joseph Pearce, autor
m.in. biografii H. Belloca, G.K. Chestertona, A. Sołżenicyna, O. Wilde’a oraz
prac o Szekspirze, na swoim blogu na portalu The Imaginative Conservative
odnotował nieco podobne spostrzeżenie, ale nie o mediach amerykańskich czy
amerykańskim przemyśle filmowym, tylko brytyjskim BBC.
Pearce, który jest Anglikiem, mieszka w Stanach
Zjednoczonych. Oglądając BBC America stwierdził rzecz następującą: „BBC nigdy
nie przestaje mnie zadziwiać. W najlepszym przypadku jest tym, co najlepsze z
dostępnych rzeczy, w najgorszym – spada na dno deprawacji. Przypomina dziwną
postać Roberta Louisa Stevensona – dr Jekylla, który przemienia się od czasu do
czasu w złego pana Hyde’a”.
Zachwycając się telewizyjną adaptacją prozy Elizabeth
Gaskell, która jest przykładem tego, co „najlepsze” w BBC, Pearce ironizuje
jednak na temat wywiadów udzielonych przez występujących w filmie aktorów, powtarzających
jak mantrę, że Gaskell „wyprzedzała swój czas”. W skrócie autor stwierdza po
prostu, że Gaskell, która „ulegała wiktoriańskiej iluzji scjentyzmu i
progresywizmu”, prawdopodobnie byłaby załamana „postępem”, jaki dokonał się w
XX wieku, z jego dwiema wojnami światowymi, niemieckimi i bolszewickimi obozami
koncentracyjnymi, zrzuceniem bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki oraz
dzieciobójstwem traktowanym jako „prawo” do aborcji.
Ale jeśli adaptacja prozy Gaskell to przykład jaśniejszej
strony słynnego brytyjskiego kanału, to – jak pisze Pearce – ma ta telewizja
również swoją mroczną stronę. I stwierdza on rzecz następującą:
Jako Anglik żyjący w Stanach Zjednoczonych, jestem całkiem
szczerze zażenowany banalną deprawacją programu na kanale BBC America. Służy on
jako okno na ciemne podbrzusze współczesnej Anglii ze wszystkimi jej
jarmarcznymi oznakami. Jest to voyeuryzm najbardziej nikczemnego i wulgarnego
rodzaju. Zasadniczo BBC wybiera najbardziej dziwaczne przykłady dewiacji
seksualnych i społecznych, zachowań, które każda inna epoka opisałaby jako
perwersyjne i chore psychicznie i serwuje to nam jako „rozrywkę”. Nie mam
zamiaru plugawić tej strony internetowej listą tytułów tych widowisk, ale
chciałbym po prostu ostrzec odwiedzających ten portal, by unikali BBC America
jak zarazy, którą jest bez wątpienia. Jako Anglik chciałbym także przeprosić za
to zanieczyszczanie amerykańskich fal telewizyjnych śmieciami mojego narodu.
Nawiązując do przytoczonego już zdania z początku swojego
tekstu, Pearce stwierdza, że „W najgorszym przypadku BBC jest jak potwór, pan
Hyde, który odrzucił wszelkie poczucie moralności na rzecz narcystycznego
rozpasania”. Widać telewizja amerykańska musi jeszcze zachowywać jakiś poziom
przyzwoitości, skoro Pearce zdecydował się przepraszać Amerykanów za plugastwa
telewizji brytyjskiej.
piątek, 18 stycznia 2019
„Kupiec wenecki” albo czy Shakespeare był homoseksualistą?
Joseph Pearce, podejmując w swojej znakomitej książce The
Quest for Shakespeare temat rzekomego homoseksualizmu w niektórych utworach
wybitnego dramaturga – co sugerują co bardziej „oświeceni” krytycy, przytacza
m.in. wypowiedź Iana Wilsona:
„Wszystko w dziele [Shakespeare’a] (...) sprawia wrażenie,
że był on autentycznie bogobojny w czasie, kiedy sodomia była przestępstwem
zagrożonym karą śmierci, a ludzie religijni wszystkich wyznań uważali ją za
natychmiastowy paszport do piekła. (...) Dzielił łoże ze starszą od siebie
kobietą i poślubił ją, gdy był jeszcze nastolatkiem, mając z nią szybko trójkę
dzieci. Jego koledzy aktorzy podobnie byli bogobojnymi, żonatymi mężczyznami z
wielodzietnymi rodzinami (...) [i] jest wielce nieprawdopodobne, by tolerowali
aktywnego homoseksualistę wśród swego grona”.
środa, 7 listopada 2018
Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. II
Właściwie moje wątpliwości co do książki Grzegorzewskiej
zaczęły się już od wstępu o. Szymona Hiżyckiego OSB, w którym pojawia się
intrygująca, acz karkołomna, teza o „obiektywności” powieści i powieści jako
formie uprawiania teologii:
Powieść pokazuje nam, że to, co opisuje teologia, nie jest
wcale abstrakcją odklejoną od świata, ale raczej precyzyjnym opisaniem praw nim
rządzących, więcej nawet – uchwyconych w konkretnym momencie rzeczy ukrytych od
jego założenia, a które przecież decydują o naszym być albo nie być. Powieść ma
w tym doświadczeniu tę przewagę nad doświadczeniem potoczności, że jest
obiektywna i nieskażona naszymi uprzedzeniami do ludzi bądź instytucji. Kryje
zatem w sobie olbrzymie możliwości poznawcze.
Wydaje mi się, że autor ulega mniej więcej temu samemu
złudzeniu, jakiemu swego czasu uległ (wciąż ulega?) Milan Kundera, gdy pisał o
polifoniczności powieści. Akurat powieści Kundery wydają się mieć więcej
wspólnego z relatywizmem niż z polifonicznością. Piszę to jako osoba, dla
której niegdyś odkrycie Nieznośnej lekkości bycia było ogromnym przeżyciem
intelektualnym i estetycznym. Dzisiaj na tamtą młodzieńczą fascynację patrzę z
dużym dystansem. O. Hiżycki chyba ma dokładnie takie same złudzenia jak
Kundera. Zastanawiałem się wprawdzie, czy dobrze rozumiem jego intencje, ale
stwierdziłem, że będę myślał prosto: „obiektywny” to znaczy pozbawiony
uprzedzeń, to zaprzeczenie subiektywizmu, to odzwierciedlenie świata takim,
jakim jest.
Czy powieść jest obiektywna? Myślę, że jednak nie. Powieść
jest mniej więcej tak samo subiektywna jak wiersz, może tylko poprzez
nagromadzenie fikcyjnych i odmiennych postaci dawać złudzenie tej
„obiektywności”, o której pisze o. Hiżycki. Cały wywód autora wstępu miał na
celu przekonania czytelnika o swoistej „obiektywności” dramatu, będącego zdaniem
autora „powieścią obdartą ze skóry”.
Wracając do Grzegorzewskiej muszę powiedzieć, że książkę
czytałem momentami z narastającym rozdrażnieniem. Nieco złośliwie, parafrazując
samą autorkę, mógłbym powiedzieć, że Szekspir nie odrobił lekcji z wykładów Agambena
i nie przeczytał książki neomarksisty Waltera Benjamina o źródłach dramatu
żałobnego w Niemczech. I mógłbym dodać, że z pewnością nie wpadł w zachwyt, gdy
Kott porównał Króla Leara do teatru absurdu. Nie wiem również, co Szekspir
powiedziałby o stwierdzeniu, że „nachodźcy” to „przykład kolejnej totalitarnej
nowomowy naszych smutnych czasów” (sic!). Jakże irytująca jest ta wyższość
moralna niektórych intelektualistów!
Czy to oznacza, że nie warto przeczytać książki
Grzegorzewskiej? Nie, warto. Autorka z pewnością daje popis olbrzymiej
erudycji. Nie śmiałbym też w żaden sposób podważać jej kompetencji i znajomości
teatru elżbietańskiego czy historii literatury. Można mówić o wspomnianej wyżej
błyskotliwości stylu. Jako laik odnajduję w książce Grzegorzewskiej także garść
cennych informacji. Czasem drobnych, ale mających istotne znaczenie dla
zrozumienia dramaturgii wielkiego Anglika. Ot choćby słynne słowa Hamleta o
klasztorze. Pearce nie wspomina, że słowo „nunnery” (klasztor) miało również
inny sens w mowie potocznej – wulgarny, a oznaczający burdel. To zdecydowanie
zmienia nasze spojrzenie na ten znany fragment. Być może autor The Quest for
Shakespeare pomija to znaczenie, bo dla czytelnika w kulturze anglosaskiej jest
ono oczywiste? A może po prostu jego interpretacja (z którą niekoniecznie
trzeba się zgadzać) arcydzieła nie uwzględnia tego sensu? Trudno mi powiedzieć.
Bardzo też cenię sobie te partie esejów Grzegorzewskiej, w
których odnajduje ona paralele i nawiązania do Biblii. Ten trop wydaje się
wręcz oczywisty, choć można się zastanawiać, czy momentami autorka nie posuwa
się w swoich interpretacjach za daleko. Ale to samo mógłby ktoś zarzucić
Pearce’owi. Mam poza tym wrażenie, że zarówno Pearce, jak i Grzegorzewska
dochodzą momentami do podobnych wniosków. Stosując ponownie metaforę, mógłbym
jednak powiedzieć, że w przypadku autorki Teologii Szekspira wrażenie jest
takie, jakby doprowadziła ona nas do tego samego punktu okrężną drogą,
pokazując piękne lub przerażające krajobrazy, wiodąc nas po bagnach i
oczeretach, by w końcu zaprowadzić nas do punktu, do którego Pearce doszedł
dużo krótszą trasą, niekiedy może tylko usuwając ostrą maczetą zarośla i
chwasty, które zarosły szlak. W kilku punktach z pewnością nie byłoby między
nimi zgody.
Zastanawiam się też, czy tytuł: Teologie Szekspira nie jest
nieco na wyrost. Czy faktycznie mamy tu do czynienia z kilkoma teologiami, czy
z dywagacji Grzegorzewskiej, zadawanych przez nią pytań i wysnutych wniosków
nie wyłania się jednak jedna teologia i to – wbrew intencjom autorki, by nie
opowiadać się po żadnej stronie – jak najbardziej katolicka? Jednym z
przewijających się motywów, który zwrócił moją uwagę, okazuje się motyw
wyrządzonego zła, krzywdy, odkupieńczego cierpienia, miłosierdzia i
przebaczenia. A na to wszystko nakłada się Męka naszego Pana, Jego śmierć na
krzyżu i Zmartwychwstanie, a do tego katolicka nauka o Wcieleniu i rzeczywistej
obecności Chrystusa w Eucharystii. Hmm...
PS.
Warto jeszcze dodać, że sama książka, choć skromnie wydana,
ma pomysłową i ładną okładkę. Takie książki z przyjemnością bierze się do ręki
i z pewnością należą się tutaj podziękowania i wyrazy uznania dla o. Borysa
Kotowskiego OSB, który rzecz zaprojektował.
Małgorzata Grzegorzewska, Teologie Szekspira,
Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, seria Homini, Kraków 2018.
wtorek, 6 listopada 2018
Czy Szekspir chodził na wykłady Agambena?, cz. I
Trzy książki Josepha Pearce’a na temat Szekspira i jego
twórczości były dla mnie otwarciem oczu na piękno dzieł wielkiego dramaturga i
poety. Gdybym miał ująć to metaforycznie, stosując jakiś obraz, to powiedziałbym,
że wrażenie jest takie, jakby Pearce rozciął gruby kokon interpretacyjny
narosły wokół dzieła autora Makbeta i pokazał tę twórczość, jeśli nie w stanie
czystym, to niemal takim właśnie. Mógłbym powiedzieć, że lektura The Quest for
Shakespeare czy Through Shakespeare’s Eyes była czymś takim, jakby ktoś
przetarł zamgloną, poplamioną szybę i nagle ukazał się wyraźny obraz tego, co
było jedynie rozmazaną plamą.
Stosując tę metaforykę, mógłbym powiedzieć, że lektura
Teologii Szekspira Małgorzaty Grzegorzewskiej po tych trzech książkach była dla
mnie takim doświadczeniem, jakby ktoś na nowo tego „odzyskanego” Szekspira
szybko zaczął motać w nowy, gruby kokon interpretacyjny. Albo jakby ktoś na tę
przetartą szybę rzucał kolejne, różnokolorowe plamy, dając nam do zrozumienia,
że to jest rzeczywisty obraz.
Tak się składa, że mamy znakomity przykład zarówno u
Grzegorzewskiej, jak i u Pearce’a, by zilustrować, o co chodzi. Oboje
przytaczają dokładnie ten sam, dobrze znany „cmentarny” fragment z Szekspira.
Dla Grzegorzewskiej jest to pretekst, by mówić o „szmerze istnienia” Maritaina
i zacytować Ingardena. Tymczasem Pearce w Through Shakespeare’s Eyes zauważa
przede wszystkim w tej scenie wyraźne nawiązanie do poezji Roberta Southwella,
a konkretnie do jego wiersza Upon the Image of Death. Dalej stwierdza, że dla
publiczności w czasach Szekspira nieobce byłyby, po rozpoznaniu tej inspiracji,
inne aluzje do tego wybitnego poety metafizycznego, a przy tym jezuity i
świętego męczennika Kościoła katolickiego. U Grzegorzewskiej o Southwellu nie ma ani
słowa, ten poeta nie jest też wymieniony nawet w bibliografii na końcu książki.
Te różnice widać także i w innych partiach tekstu.
Grzegorzewska chętnie przytacza koncepcję „szmeru istnienia” neotomisty
Maritaina, Pearce raczej odwołuje się bezpośrednio do św. Tomasza z Akwinu.
Grzegorzewska dość często cytuje neomarksistę Waltera Benjamina (nie powiem –
jego uwagi są dość intrygujące), Pearce zwraca uwagę na spór nominalistów z
realistami i jego widoczne echo w arcydziełach Szekspira (autorka Teologii
Szekspira wspomina o nim jedynie mimochodem); Grzegorzewska wędruje po epokach,
Pearce próbuje umieścić dzieła wielkiego dramaturga w kontekście jego czasów;
Grzegorzewska zachwyca się spostrzeżeniem Jana Kotta o podobieństwie Króla Leara
do XX-wiecznego teatru absurdu i nurtu egzystencjalnego, Pearce wykazuje
absurdalność takiego tropu...
Przy tym zaznaczam, by nie być źle zrozumianym –
bibliografia Pearce’a pewnie jest nie mniej bogata niż Grzegorzewskiej, oboje
autorów łączy też błyskotliwość stylu – np. sam esej „Spopielanie.
Hamlet” Grzegorzewskiej jest popisem zgrabnej kompozycji z przewijającym się
motywem wspomnianego już wyżej „szmeru istnienia”.
sobota, 3 listopada 2018
Corner Shop: Niedorzeczny Szekspir Jana Kotta
Rekomendowałem już na tym blogu parę razy pisarstwo Josepha
Pearce’a. Pearce, oprócz tego, że jest wykładowcą i autorem kilku ważnych
książek poświęconych nie tylko Szekspirowi, ale również m.in. takim twórcom,
jak Chesterton, Belloc czy Sołżenicyn, jest także redaktorem serii klasyki w
amerykańskim wydawnictwie Ignatius Press. Wśród książek wydanych z tej serii
jako „szekspirologa” amatora zwrócił moją uwagę rzecz jasna King Lear.
Gorąco polecam tę publikację każdej osobie, która czuje się
na tyle mocna w angielskim, by spróbować lektury tego dzieła w oryginale. Przy
tym rekomenduję wydanie w formie elektronicznej, gdyż ułatwia ona sprawdzanie
nieznanych słów czy zwrotów bez potrzeby zaglądania co chwilę na koniec książki
lub wertowania słowników (aczkolwiek w samej książce jest kilka błędów w edycji lub formatowaniu, które wydawnictwo powinno poprawić).
Zaletą tej edycji wielkiego dramatu Szekspira jest nie tylko
możliwość czytania go w formie elektronicznej (gdyż staje się to już w zasadzie
standardem), ale spory wybór krytyki szekspirowskiej. Mamy tutaj bowiem zarówno
przykłady klasycznej recepcji Króla Leara (takich autorów, jak John Keats,
Samuel Johnson czy A.C. Bradley), jak i teksty współczesnych znawców literatury
angielskiej (oprócz szkicu samego redaktora wydania). Przy czym teksty
współczesne rzucają snop światła na to dzieło z chrześcijańskiego punktu
widzenia, co też nie jest niczym dziwnym, skoro o chrześcijaństwie, czy wręcz
katolicyzmie wybitnego dramaturga angielskiego pisze redaktor wydania również w
innych swoich publikacjach (o czym zresztą pisałem już na tym blogu).
Zwracam jednak uwagę czytelników na to amerykańskie wydanie
Króla Leara nie tylko dla jego walorów poznawczych, to znaczy pomieszczonych tu
esejów, które pozwalają zrozumieć i docenić głębię i ukryte wymiary tego arcydzieła.
Podsuwam tę książkę również dla obecnego w niej wątku polskiego, a konkretnie
dla krytyki takiej interpretacji
Szekspira, jaką zaoferował Jan Kott, a także fatalnego wpływu tego krytyka na
współczesne inscenizacje Króla Leara.
Jan Kott to pewnie dla wielu literaturoznawców, a także
absolwentów filologii zarówno angielskiej, jak i polskiej, wciąż wybitny
autorytet. Pamiętam, z jakim zachwytem sam niegdyś czytałem, jeszcze w
podziemnych wydaniach „Zeszytów Literackich” jeden z jego sugestywnych i
świetnych literacko szkiców. Ta sława zdaje się nie mijać, na co wpływ zapewne
ma międzynarodowe uznanie i wpływ książki Kotta Szekspir współczesny. Ostatnio
zetknąłem się z taką entuzjastyczną uwagą o tym krytyku w książce Teologie
Szekspira Małgorzaty Grzegorzewskiej (o której z pewnością nie omieszkam tutaj
jeszcze napisać).
Tymczasem, czy wszyscy na Zachodzie tak bardzo ekscytują się
spojrzeniem Kotta na twórczość Szekspira? Zerknijmy na dwa teksty z wydania
Króla Leara pod redakcją Josepha Pearce’a.
James Bemis w swoim szkicu „King Lear on Film” przedstawia
słynne filmowe wersje arcydzieła Szekspira. Pisząc o kinowej interpretacji
Petera Brooka, w której główną rolę odtwarzał Paul Scofield, autor daleki jest
od zachwytów, jakie można spotkać do dziś wśród polskich krytyków. Przede
wszystkim zauważa, że dzieło znanego reżysera zamienia „Króla Leara w
dramat egzystencjalistyczny, bez krztyny prawdziwego człowieczeństwa”. Dalej
autor zwraca uwagę na wpływ Jana Kotta właśnie na taką, a nie inną wizję
słynnego dramatu we wspomnianym wyżej filmie Brooka:
Być może egzystencjalizm był modny na początku lat 70-tych
XX wieku, ale obecnie podejście Brooka wydaje się niemądre [w orginale:
„silly”]. Co ciekawe, to spojrzenie na Leara zasugerował Szekspir
współczesny, kontrowersyjna książka Jana Kotta. Kott przedstawia
niedorzeczne twierdzenie, że Shakespeare był jednym z nas – nie jednym z tych
zacofanych ludzi średniowiecza, ale naprawdę współczesnym facetem. Stąd wersja Leara
Brooka ma modne źródła. W zgodzie z tym „postępowym” tematem Scofield
przedstawia Leara jako monotonnego, ponurego i wyczerpanego. Niestety
inscenizacja tej sztuki jako dramatu egzystencjalistycznego lekceważy jego
oczywiste elementy odkupieńcze. A zatem, choć być może jest to Lear
Brooka, to z pewnością nie jest to Lear Shakespeare’a.
Nie mniej
krytyczny jest Jack Trotter w swoim eseju „Tragic Necessity and the Uncertainty
of Faith in Shakespeare’s King Lear”. Autor broni tradycyjnej
interpretacji Króla Leara i zauważa, że „pozostaje (...) argument nie do
odparcia na rzecz poglądu, że tradycyjne odczytanie Króla Leara – takie, które
uznaje jego wymiar transcendentny – oddaje większą sprawiedliwość sztuce niż
dużo nowsze interpretacje, z których większość uparcie jest oddana
postmodernistycznemu i (nie wprost) nihilistycznemu kulturalnemu Duchowi
Czasu”. A nieco dalej stwierdza:
Mimo tego, co okazuje się w Królu Learze być
opatrznościowym wzorem czyśćcowego cierpienia, po którym następuje
przebaczenie, pojednanie i powrót do duchowego zdrowia, w ostatnich
dziesięcioleciach krytyka usiłowała radykalnie zakwestionować tę perspektywę.
Jak się wydaje ta zmiana nastąpiła na początku lat 60-tych XX wieku i w bardzo
dużym stopniu odzwierciedla awangardowe niepokoje filozoficzne i artystyczne
tamtej epoki. Na przykład wpływowa interpretacja tej sztuki autorstwa Jana
Kotta nie odnajduje w niej tragedii w ścisłym rozumieniu, ale nową formę
tragedii, w której dominującą nutą jest to, co groteskowe. Tragedia w
klasycznym rozumieniu tego terminu, jak Kott prawidłowo zauważa, „jest
potwierdzeniem i uznaniem absolutu”. Tragedia przynosi katharsis, podczas gdy
groteska „nie oferuje jakiejkolwiek pociechy”. Król Lear w tym
spojrzeniu nie proponuje uznania
absolutu ani pociechy. Shakespeare jest „nam współczesnym”, ponieważ
przynajmniej w Królu Learze jego wrażliwość jest bliższa tej, jaką można
odnaleźć w dramacie absurdu Becketta czy Ionesco. Dla Polaka Kotta świat Leara
jest światem bezsensownego, na pozór przypadkowego okrucieństwa okupacji
nazistowskiej i – następnie po niej – terroru okupacji sowieckiej.
Jakkolwiek osobiste i przesadne byłoby odczytanie Króla
Leara przez Kotta, jego perspektywa gwałtownie rozprzestrzeniła się w
środowisku akademickim, w którym nieco udomowiona odmiana podejścia Kotta do
sztuki pozostaje konwencjonalnym paradygmatem.
poniedziałek, 22 października 2018
Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. II
Przede wszystkim już na początku Pearce zauważa, że możliwe
są „trzy sposoby czytania tej sztuki. Pierwsze to odczytanie fatalistyczne,
w którym los, czyli fortuna są postrzegane, jako wszechmocne, ale bezosobowe
siły, które miażdżą „kochanków, przez gwiazdy przeklętych” i każdego innego z
mechaniczną obojętnością. (...) Drugi sposób czytania tej sztuki to jest to, co
można określić jako zatargowe albo romantyczne
odczytanie, w którym toczące spór strony są uważane za winne tragicznego losu
kochanków doświadczonych fatum i zadurzonych w sobie. W takim odczytaniu
nienawiść i bigoteria Kapuletich i Montekich to główna przyczyna wszystkich
niedoli (...). Trzecim sposobem czytania sztuki jest ostrzegawcze, czyli moralne
odczytanie, w którym podjęte w sposób wolny działania każdej postaci są
postrzegane jako mające dalekosiężne i daleko idące konsekwencje” (podkreślenie
moje – Terezjusz).
Otóż Pearce analizując szczegółowo słynny dramat dowodzi, że
to ta trzecia interpretacja wydaje się być właściwą. Romeo i Julia (czy też
Romeo i Juleczka) to nie pochwała romantycznej miłości od pierwszego wejrzenia,
w której emocje biorą górę nad rozsądkiem, ale przestroga przed zgubnymi
konsekwencjami działań, w których rozum ustępuje uczuciom.
Nasza epoka wydaje się wysławiać romantyczne zadurzenie,
szalone, niepohamowane, nieliczące się z konsekwencjami. Ileż to filmów każdy z
nas miał okazję obejrzeć w kinie czy w telewizji, gdzie dzikie, egotyczne
uczucia biorą w posiadanie bohaterów, a „rozum śpi”! Obojętnie, czy będzie to
Angielski pacjent, Lolita, Pretty Woman, Dziewięć i pół tygodnia czy w takim
duchu nakręcona interpretacja Romea i Julii Lanzmanna – by wymienić tylko kilka
przykładów, jakie pierwsze nasuną się na myśl.
Nie miejsce tu, by przytoczyć całą argumentację Pearce’a,
bardzo logiczną, szczegółową i błyskotliwą. Dość powiedzieć, że Pearce stosuje
konsekwentnie klucz interpretacyjny, który rozpatruje dzieło literackie w
kontekście, w którym powstawało, i przy uwzględnieniu tego, co wiemy o samym
autorze. Jak taka interpretacja pozwala odkryć w utworze literackim to, co
wydaje się być kompletnie zakryte dla współczesnych (dez)interpretatorów?
Oto próbka. Pearce zwraca uwagę na znamienny fakt, że
Szekspir odmładza swoją tytułową bohaterkę w stosunku do źródła, którym się
inspirował. Co ciekawe, nie tylko odejmuje Julii (albo Juleczce) dwóch lat, ale
też dodaje „co najmniej dwa lata do wieku jej kochanka”. W ten sposób Julia
staje się trzynastoletnią zaledwie dziewczynką! I jak stwierdza autor
Shakespeare on Love: „W tragicznym centrum sztuki jest złamane serce dziecka”.
Aby podkreślić to jeszcze lepiej (jeśli ktoś już nie
dostrzega, jakie są konsekwencje takiego zabiegu Szekspira, który przecież nie
jest przypadkowy), Pearce uświadamia nam, że w elżbietańskiej Anglii uważano,
że małżeństwo dziewczyny młodszej niż szesnaście lat było niebezpieczne dla jej
zdrowia. „W konsekwencji osiemnaście lat traktowano jako najwcześniejszy wiek
dla macierzyństwa, a za wiek idealny dla zawarcia małżeństwa przez mężczyzn i
kobiety uważano odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia lat”.
Proszę sobie więc wyobrazić, jakim szokiem musiał być dla
ówczesnej publiczności młodziutki wiek „Juleczki”! Gdybyśmy mieli szukać
jakiegoś współczesnego nam odpowiednika, to chyba trzeba by było porównać
dramat Szekspira do Lolity Nabokowa. Oczywiście przy zachowaniu wszelkich
proporcji i różnić w wymowie obu dzieł – chodzi mi o skandal i szok, jaki
musiała wywoływać świadomość, że „Juleczka” to ledwo dziecko. Stąd polskie
tłumaczenie tytułu tej sztuki powinno być właśnie raczej oddane jako Romeo i
Juleczka lub Romeo i Julcia. Warto wszak zauważyć, że samo angielskie „Juliet”
(francuskie „Juliette”) to zdrobnienie od francuskiego „Julie”.
Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, nagle wymowa całego
dramatu staje w innym świetle. Trudno już nam zachwycać się młodzieńczą,
romantyczną miłością, gdy mamy w świadomości, że coś tu „nie gra”, że ten Romeo
wiedzie małą dziewczynkę ku zagładzie. Nagle zaczynamy inaczej patrzeć na jego
„miłość” do Rozaliny. Nagle odkrywamy egotyzm i egocentryzm głównego bohatera.
Nagle śmieszne i żałosne wydają się nam jego działania, w których bardziej
kieruje się emocjami niż rozumem, impulsem niż rozwagą.
Co więcej – takie odczytanie nie odejmuje sztuce jej uroku,
nie robi z niej nudną „piłę” dydaktyczną, ale pozwala odkryć jej głębię,
pozwala dostrzec kolejne jej poziomy. Jak zauważa Pearce miłość Romea okazuje
się bałwochwalcza, a przez to też wiodąca ku katastrofie. Jest ona
nieposłuszeństwem wobec I przykazania Dekalogu, a tym samym zgubna. Zamiast
wieść ku zbawieniu duszy, prowadzi ku jej potępieniu. Namiętność zaślepia na
prawdę. Nie oznacza to oczywiście, że sami dorośli nie są w tej sztuce bez
winny. Nawet ojciec Laurenty nie jest postacią kryształową.
Pearce umieszcza też słynny dramat w kontekście sporu
nominalistów z realistami i pokazuje, że znane zdania Juleczki o imieniu Romea
nie są jedynie pozbawioną większego znaczenia grą słów czy poetycką zabawą, ale
mają głębszy sens i wymiar. Wpisują także tę tragedię w konkretną tradycję
filozoficzną, przeciwną protestantyzmowi, a bliską katolicyzmowi.
Publikacja Pearce’a należy do tych, których niedostępność w
polskim przekładzie jest bez wątpienia stratą. Miejmy nadzieję, że jakieś
wydawnictwo zauważy ten brak i udostępni tę książkę w polskiej wersji
czytelnikom nieznającym języka angielskiego.
Joseph
Pearce, Shakespeare on Love. Seeing the Catholic Presence in Romeo and
Juliet, Ignatius Press, San Francisco 2013.
sobota, 20 października 2018
Corner Shop: „Shakespeare on Love”, czyli Romeo i Juleczka, cz. I
Lektura książek Josepha Pearce’a o Szekspirze może być dla
wielu otwarciem oczu na piękno i głębię dramatów angielskiego poety, odkryciem
ich w gruncie rzeczy na nowo. The Quest for Shakespeare, o której to książce już wspominałem na tym blogu,
jest przede wszystkim analizą dowodów na katolicyzm autora Króla Leara. Sam
Pearce zapatrywał się na tę sprawę sceptycznie – mimo że o katolickiej
mentalności wielkiego dramaturga pisali również tacy wybitni katolicy, jak
Belloc, Chesterton czy kard. Newman – ale w końcu musiał stwierdzić, że zebrany
materiał – choć sam przyznaje, że jest to materiał poszlakowy – pozwala z dużą
pewnością mówić o Szekspirze jako katoliku i w tym świetle czytać jego twórczość.
Już w The
Quest for Shakespeare Pearce znajdował potwierdzenie na ten katolicyzm
również w utworach. Nic dziwnego, że dwie kolejne swoje książki poświęcił
dogłębnej analizie dramatów. Through Shakespeare’s Eyes szczegółowo
interpretuje Hamleta, Kupca weneckiego i Króla Leara. O tej książce może
jeszcze parę słów na tym blogu napiszę. Trzecia książka szekspirowska, Shakespeare on Love, skupia
się tylko na jednej tragedii – Romeo i Julii, czy też może raczej – Romeo i
Juleczce albo Romeo i Julci, jak chyba stosowniej byłoby przetłumaczyć tytuł
tej sztuki (o czym mowa będzie za chwilę). Warto dodać, że na końcu tej
publikacji znajduje się również obszerny i arcyciekawy dodatek poświęcony
wpływom na twórczość Szekspira jego dalekiego kuzyna, wielkiego poety
metafizycznego, męczennika Kościoła katolickiego i świętego – Roberta
Southwella.
Podejście Pearce’a do dramaturgii Szekspira przypomina mi w
dużej mierze spojrzenie Hansa Georga Wunderlicha na wykopaliska na Krecie.
Wunderlich przyglądając się wykopaliskom w słynnym Knossos, a potem innym
podobnym odkopanym „pałacom” na Krecie, doszedł do wniosku, że badacze tych
archeologicznych odkryć popełnili błąd podstawowy – „czytali” to, na co
patrzyli, stosując współczesne nam miary, współczesny światopogląd, współczesne
wzorce kulturowe i nie biorąc pod uwagę faktu, że być może odkryta cywilizacja
różniła się od naszej tak diametralnie, że należy ją raczej odczytywać w
kontekście kultury i środowiska, w jakim powstawała, uwzględniając przy tym
odkrycia z różnych innych dziedzin niż tylko archeologia, takie choćby jak
geologia, historia literatury, mitologia, ekonomia, badanie starożytnych
tekstów, które w różnej formie przetrwały do naszych czasów.
Kiedy Wunderlich zastosował taką metodę i odstawił na bok
opowiastki o beztroskiej cywilizacji, którą zmiótł jakiś niespodziewany
kataklizm, wyłoniła się kompletnie inna wizja cywilizacji minojskiej od tej,
jaką zresztą do tej pory sprzedaje się turystom i czytelnikom popularnych
opracowań na temat historii starożytnej Grecji. Nagle okazało się, że być może
te pałace z wodociągami i „nowoczesnymi” wannami to tak naprawdę pałace
funeralne, a więc miejsca pochówku, podobne do tych, jakie znajdują się w
Egipcie; że radośnie pląsające delfiny, to wcale nie symbol beztroski, ale
motyw żałobny; że panie paradujące w „śmiałych” strojach odkrywających biust,
to w rzeczywistości płaczki żałobne itd., itp.
Piszę o tym w wielkim skrócie, bo tematem jest książka
samego Pearce’a, a nie Tajemnica Krety Wunderlicha. Otóż analizy literackie
Pearce’a, podobnie jak archeologiczne dociekania Wunderlicha, zmieniają
zupełnie nasze spojrzenie na dramaturgię Szekspira. Od szkoły średniej w
zasadzie traktowałem Romeo i Julię jako tragedię o romantycznej miłości od
pierwszego wejrzenia, która jako swą główną przeszkodę napotkała waśń między
dwoma możnymi rodami. Nie mogąc się oficjalnie kochać, młodzi muszą skonsumować
swój związek w tajemnicy, choć bacząc na względy przyzwoitości i moralności, bo
po równie tajemnym ślubie, którego udziela im życzliwy zakonnik. Niestety
nienawiść ich rodzin doprowadza do tragedii, której można by było uniknąć,
gdyby dorośli mieli więcej rozsądku i nie kierowali się emocjami (!). Jak to
możliwe, że sam nie dostrzegłem w tym sprzeczności?
No cóż... Pearce roztrzaskuje taką wizję słynnej tragedii w
drobny mak. A robi to czytając tę sztukę m.in. w kontekście epoki i
katolickiego, a już na pewno chrześcijańskiego i to zakorzenionego w filozofii
św. Tomasza z Akwinu, spojrzenia na świat wpisanego w sam utwór. I nagle nie
dość, że wszystko zaczyna nabierać głębszego znaczenia, to jeszcze okazuje się,
że sama sztuka jest o czymś zupełnie innym, niż sądzą zarówno nieuważni
badacze, jak i ulegający im czy czarowi samej sztuki czytelnicy. Jednym słowem
autor Shakespeare on Love burzy romantyczne odczytanie tej tragedii.
wtorek, 11 września 2018
Corner Shop: „Tinker’s Leave” Maurice’a Baringa, czyli wojna, miłość i cierpienie, cz. I
Są takie powieści, z których bohaterami ciężko jest się
rozstać. Kiedy zbliżamy się do ostatnich stron, chciałoby się, aby w jakiś
magiczny sposób nagle zwiększyła się objętość książki i by to nie był jeszcze
koniec. Najczęściej takie książki spotyka się chyba w dzieciństwie.
Przyzwyczajamy się do bohaterów, lubimy ich, chcemy towarzyszyć im w ich
przygodach. Jedną z takich książek był dla mnie w dzieciństwie Robinson Crusoe.
A ostatnio takim utworem okazała się powieść Tinker’s Leave Na twórczość Baringa wpadłem przypadkiem, czytając autobiografię Belloca autorstwa Josepha Pearce’a. W zasadzie to można powiedzieć, że współcześni Chestertona i Belloca kojarzyli tych dwóch słynnych katolickich twórców nieodłącznie z Baringiem i pewnie trudno byłoby im wyobrazić sobie ich inaczej. Tak przynajmniej zostali oni uwieńczeni na obrazie „Conversation Piece” Herberta Jamesa Gunna, a więc nie jako słynny stwór Chesterbelloc (jak określił ich Bernard Shaw), ale jako trójka katolickich twórców i przyjaciół: Chesterton-Belloc-Baring. Sam Pearce porównuje ich do trzech muszkieterów, którzy razem toczyli boje i walczyli jeden za drugiego.
W dużej mierze to Belloc i Chesterton przyczynili się do nawrócenia Baringa, który wywodził się z rodziny anglikańskiej, lecz stopniowo utracił wiarę wyniesioną z dzieciństwa. Sam Baring wcześniej odwodził jednego ze swoich przyjaciół od zamiaru przejścia na katolicyzm, jednak jakiś czas potem poszedł w jego ślady i jak to określił: „było to jedyne działanie w moim życiu, którego z całą pewnością nigdy nie żałowałem”. Pearce sugeruje, że ogromny wpływ na konwersję Baringa mogła wywrzeć Ortodoksja Chestertona.
Maurice Baring raczej nie należy do pisarzy w Polsce znanych. W polskiej Wikipedii brak o nim hasła. A na język polski – jak wykazały moje pobieżne poszukiwania – przełożono i wydano w sumie tylko dwie powieści i to jeszcze przed wojną – Daphne Adeane oraz Tunikę bez szwów. Tunika bez szwów doczekała się drugiego wydania w innym tłumaczeniu po wojnie w roku 1995. I to wszystko, chyba że w jakiejś antologii umieszczono też przekłady jego wierszy, o czym nie wiem. Nic w tym w sumie dziwnego, gdyż w samym świecie anglojęzycznym o Baringu w zasadzie zapomniano, a jeśli książki Belloca i Chestertona można zdobyć z reguły bez wielkiego trudu także w wersjach elektronicznych, to z Baringiem jest znacznie trudniej albo są to wydania papierowe w cenach na polską kieszeń zbyt wysokich.
Z tego też powodu Tinker’s Leave to dla mnie wybór nieco przypadkowy – po prostu powieść ta była wyjątkowo dostępna w wersji elektronicznej i to za darmo. Ale nawet gdybym musiał za nią zapłacić, to nie byłby to pieniądze zmarnowane – czego czytelnik może się domyślić po moim wstępie.
W zasadzie powieść Baringa zaczyna się tak, jak wiele takich powieści z przełomu wieku XIX i XX. Czytelnik, który weźmie ją do ręki przypadkowo, może więc czytać ją nieco nieuważnie. Jednak po paru stronach, a już z pewnością od chwili, kiedy Miles Consterdine – główny bohater – znajdzie się w Paryżu, opowieść Baringa wciąga i uwodzi z taką siłą, że z trudem można się od niej oderwać. Tak było w moim przypadku – groziło mi zaniedbanie moich obowiązków, bo mimo zmęczenia mógłbym kontynuować lekturę do białego rana.
Miles Consterdine jest z jednej strony typowym „produktem” epoki, dzieckiem bogatych rodziców, pozbawionym przy tym wielkich trosk i kłopotów, a z drugiej wydaje mi się przypominać te setki lub tysiące dzisiejszych młodych ludzi jeżdżących po współczesnej Europie, nie mających jakichś wybitnych zdolności czy wyjątkowego wykształcenia, nie orientujących się za bardzo w literaturze, sztuce czy muzyce, wiodących życie pozbawione jakichś niezwykłych wrażeń czy doznań. Stąd może przemówić do współczesnej umysłowości. Chociaż różni Milesa od współczesnych młodych ludzi jedna rzecz: w przeciwieństwie do nich jest po dziecięcemu wręcz niewinny.
Ponieważ nie lubię zdradzać fabuły, by nie psuć czytelnikowi
przyjemności odkrywania jej na własną rękę (jedna z najgorszych recenzji według
mnie to streszczanie własnymi słowami przeczytanego dzieła czy obejrzanego
filmu), stwierdzę jedynie, że w wyniku nieprzewidzianych okoliczności życie
Milesa ulega zmianie i nagle doświadcza on przygód i wrażeń, które dawniej były
mu obce.
sobota, 8 września 2018
„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. V i ostatnia
Najzabawniejsze w całym tym fragmencie z Kydryńskiego
(zamieszczonym w poprzednim odcinku) jest stwierdzenie, że Antonio mści się na
lichwiarzu i jeszcze nie oddaje mu długu! Przypomnijmy: Shylock domagał się
bezwzględnej realizacji prawa, nie chciał okazać miłosierdzia, do którego
przecież nie można zmusić (o czym mówi Porcja), szokował wszystkich swoją
bezdusznością. Shylock dostał więc prawo, a nie miłosierdzie. Wyrok wydany
przez Księcia był zresztą surowszy. Jednak to Antonio właśnie wstawił się za
Żydem, łagodząc werdykt, który mógł kompletnie zrujnować lichwiarza! Co więcej
– zadbał o jego córkę, która wcale nie jest taką zołzą, jak odmalował to
Kydryński. Przypomnijmy, że Shylock bardziej troszczył się o swoje kosztowności
niż o los córki (wbrew temu, co Kydryński wypisuje o jego rzekomej miłości do
swojego dziecka). A jak sama Jessica opisuje dom swego ojca? Oto w rozmowie z
Launcelotem mówi:
Dom nasz jest piekłem, a ty (miły diable)
Umiałeś czasem nudę tu rozpędzić.
Oczywiście można to też i tak zrozumieć, że jest to jedynie
gra słów i Jessica odnosi „piekło” do nudy, o której wspomina, a „diabeł”
Launcelot rozprasza jego nudę, ale czy na pewno? Czemuż to sługa Shylocka
boryka się z myślą, czy nie uciec od swojego pana i w końcu decyduje się
zamienić służbę „u bogatego Żyda” na służbę u „biednego szlachcica” – Bassania?
Kolejny „spisek” chrześcijański przeciw „biednemu” lichwiarzowi? Oto w rozmowie
ze swoim ojcem Launcelot stwierdza: „Pan mój to wierutny Żyd, – dać mu podarunek?
Dać mu stryczek! – Zagłodził mnie w swej służbie. Możesz mi palce żebrami
policzyć...”. Oczywiście Launcelot to postać komiczna, niezbyt poważna, co
widać też z zacytowanej powyżej wypowiedzi. Jednak zarówno słowa córki
Shylocka, jak i jego sługi, stawiają lichwiarza w niezbyt pozytywnym świetle
(na wszelki wypadek sprawdziłem też oba passusy w oryginale i Słomczyński
okazuje się być w swej translacji bardzo wierny).
Dlaczego zatem – biorąc powyższe pod uwagę – w chwili
ogłoszenia wyroku Antonio miałby myśleć o oddaniu długu, czego sam Shylock nie
chciał (i to mimo oferowanej wielokrotności faktycznego zadłużenia!), aż do
chwili, gdy uświadomił sobie, że przegrał? Trudno doprawdy pojąć taką logikę
autora posłowia.
Pomijam już fakt, że samo zagadnienie jest dużo ciekawsze
niż interpretacyjne łamańce Kydryńskiego, by zrobić ze sztuki Szekspira
antyrasistowski manifest. To również temat na osobny tekst o zagadnieniu
miłosierdzia i prawa oraz o wyraźnych nawiązaniach do Biblii, a zwłaszcza
Nowego Testamentu i – jak widać z wypowiedzi samego Shylocka – do scen z
procesu Chrystusa.
Z dzisiejszego punktu widzenia – ale podkreślmy, że z
dzisiejszego – nasz opór budzi przymus nawrócenia narzucony Shylockowi.
Weźmy jednak poprawkę na czasy, w których przyszło żyć Szekspirowi i
okrucieństwo, z jakim musiał mieć do czynienia i jakiego być może był świadkiem
oglądając śmierć św. Roberta Southwella. Kto ma w tej mierze jakieś
wątpliwości, niech poczyta sobie autentyczny pamiętnik jezuity Johna Gerarda, o
którym już na tym blogu pisałem.
I ostatni już cytat z posłowia Juliusza Kydryńskiego, który
by podeprzeć swoją interpretację, tym razem demonizuje postać Antonia
(tytułowego „Kupca weneckiego”) i Bassania:
„Sprawa przyjaźni między dwoma mężczyznami, motyw tak
chętnie i tak często podejmowany przez elżbietańczyków (...), w przypadku
Antonia i jego młodego przyjaciela nabiera o tyle specyficznego wyrazu, że
Bassanio – co najzupełniej jasno wynika z tekstu – jest po prostu utrzymankiem
Antonia, w dodatku utrzymankiem lekkomyślnym i rozrzutnym, na którego
zachcianki kupiec może sobie jednak bez trudu pozwolić. Czy zatem powodem owego
niby nie wytłumaczonego smutku Antonia nie jest przypadkiem świadomość, że ów
ukochany młodzieniec opuści go wkrótce dla młodej i pięknej damy” (podkreślenie
– Juliusz Kydryński).
Autor okładki współczesnego polskiego wydania zrobił z
żydowskiego lichwiarza jednocześnie homoseksualistę, nadając sztuce
angielskiego geniusza rangę manifestu LGBT-coś-tam. Tymczasem autor posłowia ze
schyłku lat 70-tych XX wieku sugeruje niedwuznacznie homoseksualizm dwóch
głównych postaci dramatu – Bassania i Antonia. O tempora, o mores! – chciałoby
się zawołać. Już sobie wyobrażam ten skandal, to oburzenie, te gwizdy i
buczenia na widowni za każdym razem, kiedy aktorzy grający Antonia i Bassania
pojawiali się na scenie w czasach Szekspira, gdyby faktycznie takie były
intencje samego autora, a widzowie odczytali je tak, jak zinterpretował to
XX-wieczny polski tłumacz i znawca teatru elżbietańskiego! Bądźmy poważni! Nawet
nie chce mi się wyjaśniać absurdalności stwierdzenia, że Antonio jest smutny,
bo traci swego homoseksualnego „utrzymanka”!
Dalej w swoim wywodzie Kydryński sugeruje, że miłość samego
Bassania do Porcji jest daleka od doskonałości. Ależ oczywiście, że tak!
Interes materialny miesza się tutaj z duchowym, miłość Bassania jest skażona i
wiele jej brakuje do doskonałości diamentu, który zresztą potem oddaje wraz z
pierścieniem, sprzeniewierzając się jednocześnie przysiędze danej swojej świeżo
poślubionej żonie. Ale to też jest tak naprawdę głównym motywem samej sztuki.
To jednak już temat na zupełnie inny cykl tekstów, cykl poświęcony pogłębionej
interpretacji Kupca weneckiego. Kydryński ma bowiem rację co do „gry pozorów”,
ale z wybitnego dzieła teatralnego robi jakąś płytką antyrasistowską agitkę, w
której biedny Żyd staje się ofiarą chrześcijańskiej nikczemności.
Zainteresowanych pogłębioną analizą tego dramatu, a znających język angielski,
zachęcam do sięgnięcia po książkę Through Shakespeare’s Eyes Josepha Pearce’a,
gdzie można przeczytać szczegółową analizę Kupca weneckiego, nawiązującą także
do wydarzeń z czasów jego powstania, o których wspomina zresztą sam Kydryński
(chodzi o przypadek doktora Lopeza).
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Wiem, że porywam się z
motyką na księżyc. Juliusz Kydryński (starszy brat Lucjana) był zarówno
krytykiem teatralnym, jak i tłumaczem z języków: francuskiego, niemieckiego i
angielskiego. Spolszczył m.in. Hamleta, a oprócz dzieł dramatu elżbietańskiego
(Marlowe, Jonson), udostępnił nam utwory takich pisarzy, jak Kafka, Twain czy
Steinbeck. A zatem to on będzie traktowany jako autorytet, a nie jakiś pętak,
który szarpie go za nogawki. Niech tam! Nie mogłem jednak po przeczytaniu
posłowia do Kupca weneckiego przejść nad powypisywanymi tam bzdurami do
porządku dziennego.
Posłowie Kydryńskiego jest poza tym doskonałym przykładem
aberracji interpretacyjnych, o jakich pisze Joseph Pearce: wczytywania w tekst
współczesnych (XX-wiecznych, jak u Kydryńskiego, lub XXI-wiecznych, jak u autora
wspomnianej tu parę razy okładki) koncepcji filozoficznych i ideologii, które w
czasach Szekspira były ówczesnym ludziom całkowicie obce. Szekspir był z
pewnością genialnym twórcą i jak każdy geniusz wykraczał poza swoją epokę. Ale
nie przesadzajmy też ze zdolnościami ludzkiego umysłu – autor Kupca weneckiego
z całą pewnością nie mógł przewidzieć takiej grozy, jaką zgotowali Żydom Niemcy
pod wpływem ideologii hitlerowskiej! Pearce twierdzi, że aby wiernie odczytać
zamysł dzieła, należy poznać dobrze samego twórcę, jego epokę i kontekst, w
jakim powstał jego utwór. Inaczej jesteśmy skazani na dowolność
interpretacyjną, która wczytuje w tekst rzeczy, które jego twórcy się nawet nie
śniły. Co ciekawe – to już moje spostrzeżenie – te interpretacje nie dają się
nawet usprawiedliwić samym tekstem, z którym interpretator przestaje się w
ogóle liczyć, co próbowałem pobieżnie w swoim blogowym cyklu wykazać. Kropka.
William Shakespeare, Najwyborniejsza opowieść o Kupcu
weneckim, tłum. Maciej Słomczyński, Kraków 1979.
czwartek, 2 sierpnia 2018
Ojciec John Gerard SJ, bohater lepszy od Bonda
Gdybyśmy mieli krytykę z prawdziwego zdarzenia, to znaczy
taką, która wyszukuje rzeczy dobre i niemiłosiernie chlasta rzeczy złe, to ta
książka byłaby na czele wszelakich list katolickich bestsellerów. Może nawet
nie tylko katolickich. Jest to bowiem rzecz, która powinna sprzedawać się jak
ciepłe bułeczki. To historia lepsza od wszystkich historii o Bondzie czy
Jasonie Bournie. Lepsza, bo przede wszystkim prawdziwa. Lepsza, bo czyta się tę
opowieść z zapartym tchem i z trudem można się oderwać, choć autor wcale nie
był zawodowym powieściopisarzem. To, że nie ma przynajmniej kilku filmowych
wersji tej historii, a nawet jakiegoś serialu, świadczy także o mizerii naszych
czasów i kompletnym zeświecczeniu naszej kultury. Gdybym był bogatym sponsorem,
to z pewnością pierwszym z moich projektów kulturalnych byłaby ekranizacja tej
książki z najlepszymi aktorami, jakich można tylko zdobyć.
Ta książka to Łowcy księży ojca Johna Gerarda SJ.
Zacznę najpierw, by mieć to z głowy, od wybrzydzania.
Szkoda, że książki nie opatrzono żadnym posłowiem lub wstępem dorzucającym
garść dodatkowych szczegółów, których nie ma w samym pamiętniku. Komiksowa,
choć interesująca, okładka Tomasza Bereźnickiego może wręcz mylnie niektórym
sugerować, że mamy do czynienia z komiksem lub po prostu jakąś fikcją
literacką. Takież było zresztą i moje wahanie z początku. Na szczęście w
dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji na wyciągnięcie ręki, a to
dzięki internetowi.
Jest jednak jedno „ale”: nie każdy jest w stanie te
informacje zdobyć, jeśli nie włada językiem angielskim. Wystarczy wpisać
nazwisko autora w wyszukiwarkę. W polskiej Wikipedii brak hasła. Przeszukując
portale prawicowe i katolickie znalazłem informację o autorze na łamach „Gościa
Niedzielnego” – jeden jedyny artykuł. Co ciekawe, dziennikarz, który pisał o
angielskim jezuicie, nawet słowem się nie zająknął, że książka została całkiem
niedawno wznowiona. A przecież przytaczał jej fragmenty (być może własne
tłumaczenie z angielskiego). Trochę to dziwne zaniedbanie. Co ciekawe, jeden z
komentatorów zwrócił uwagę na fakt, że prawdopodobnie omyłkowo zilustrowano
artykuł wizerunkiem innego Johna Gerarda, który żył mniej więcej w tym samym
czasie, a był angielskim botanikiem. Jeśli przyjrzeć się ilustracji, to zdaje
się ona to potwierdzać – przedstawiony mężczyzna coś notuje piórem, a w lewej
ręce trzyma kwiat, opierając ją jednocześnie na książce lub notatkach, gdzie
widoczne są chyba rysunki jakichś roślin, a może same te rośliny po zasuszeniu.
John Gerard urodził się 4 października 1564 r., a zmarł 27
lipca 1637 r. Jego ojciec był więziony za spisek mający na celu uwolnienie
Marii I Stuart. John Gerard pobierał nauki na Kontynencie. Kiedy pierwszy raz
wrócił do kraju ze względów zdrowotnych, został aresztowany. Spędził w
więzieniu 2 lata. Zwolniony za kaucją ponownie udał się na kontynent, by potem,
po ukończeniu studiów, już wrócić nielegalnie jako jezuicki ksiądz z misją nawracania. Po latach
na polecenie przełożonych (najprawdopodobniej było to w roku 1609) opisał swoje
doświadczenia po łacinie. Angielski przekład tej książki ukazał się w roku
1951. Obecnie pamiętnik ojca Gerarda jest dostępny po angielsku w wydaniu
Ignatius Press zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. Po angielsku
nosi jednak trochę inny tytuł niż przekład polski: The Autobiography of a
Hunted Pries (Autobiografia ściganego księdza).
Jak napisałem na wstępie, jest to rzecz znakomita i to
znakomita także pod względem literackim, którą czyta się z zapartym tchem.
Gdyby nie obowiązki, czytałbym ją jednym ciągiem do białego rana. Bez wątpienia
jest w tym również duża zasługa polskiego tłumacza. Niestety! Nie wiemy, kto
był autorem tego świetnego spolszczenia. Przynajmniej takiego szczegółu brak w
obecnym wydaniu, które z kolei jest oparte na wersji, jaką opublikowano na
łamach „Przeglądu Powszechnego” w roku 1873.
Życie o. Johna Gerarda pełne było niebezpieczeństw i
nieoczekiwanych zwrotów akcji, w tym brawurowej ucieczki z więzienia w Tower.
Od chwili nielegalnego dostania się na teren Wielkiej Brytanii musiał
posługiwać się sprytem, podstępem i wszelkimi talentami, które ułatwiały
maskowanie się i unikanie pułapek oraz zasadzek, jakie mogły na niego czyhać.
Stawka była wysoka, bo cała misja mogła kosztować go życie, nie mówiąc już o
okrutnych torturach, jakich zresztą nie uniknął. Już samo bycie katolikiem pod
rządami Elżbiety I prosiło się o kłopoty, a co dopiero bycie katolickim
księdzem, który na dodatek przybył do Anglii nielegalnie z kontynentu, by
nawracać heretyków. To już mogło oznaczać oskarżenie o zdradę stanu, a tym
samym śmierć zadawaną w okrutny sposób.
Opowieść o. Gerarda w gruncie rzeczy dodaje kolejne elementy
do obrazu prześladowań katolików na przełomie XVI i XVII wieku w Anglii, jaki
wyłania się z omawianych przeze mnie na tym blogu książek Josepha Pearce’a, ks.Jana Badeniego i Grzegorza Kucharczyka oraz filmu Grzeogorza Brauna.
W tej opowieści ojca Gerarda uderzyło mnie kilka spraw.
Przede wszystkim po raz kolejny przy tego typu lekturze – radość, z jaką
jezuici byli gotowi ponieść śmierć za wiarę i za Chrystusa. To bardzo
przypomina tę radość apostołów, którzy odzyskawszy odwagę po zesłaniu Ducha
Świętego cieszyli się, że mogą cierpieć za Pana. Autor wręcz pisze, że
widocznie nie zasłużył na ten zaszczyt, skoro nie zginął ostatecznie śmiercią
męczeńską. A wiedział, co pisze, bo sam był torturowany. Nie były więc to takie
tam oderwane od życia ckliwości.
Druga sprawa, która nieustannie budzi mój podziw, to ogromna
praca, jaką autor wykonał nawracając protestantów na katolicyzm. Już z samego
pamiętnika widać, że ilość osób, które udało się autorowi nawrócić, była spora.
On nie mówił: „Nie przyszedłem pana nawracać”, on właśnie po to powrócił do
Anglii, by z narażaniem życia zawracać ludzi ze złej drogi i uchronić ich przed wiecznym
zatraceniem. Ta gorliwość w naszych marnych, letnich czasach budzi prawdziwy podziw.
I jeszcze trzecia rzecz, którą warto tutaj podkreślić.
Joseph Pearce w swojej książce o katolicyzmie Szekspira zwrócił uwagę na fakt,
że katolicy byli monarchistami. Także ojciec Gerard nieustannie podkreśla, że
nie występuje przeciwko panującej królowej, choć nie pochwala uzurpowania sobie
przez nią władzy w sprawach duchownych. Oczywiście taka postawa miała swoje
uzasadnienie praktyczne – wystąpienie przeciwko władzy świeckiej wiązało się z
oskarżeniem o zdradę stanu. Tego zresztą sam autor nie uniknął, gdyż znalazł
się na liście poszukiwanych za przygotowywanie słynnego spisku prochowego.
Zaklasyfikował się do czołówki najbardziej niebezpiecznych jezuitów w państwie.
Chwała Gabrielowi Maciejewskiemu, że wydał ten arcyciekawy
pamiętnik. Dziwne, że jest on wciąż dostępny do kupienia. Powinien zniknąć ze
sprzedaży błyskawicznie. Jeśli chcecie się przekonać, że to kapitalna lektura,
akurat w księgarni Kliniki Języka jest promocja – głupie 15 złoty za ponad 200
stron druku w twardej oprawie! Nie namyślajcie się ani chwili.
John Gerard SJ, Łowcy księży, Klinika Języka,
Warszawa 2016.
sobota, 27 stycznia 2018
Corner Shop: Szekspir niezreformowany
Rzadko kto pewnie w kontekście okrągłej rocznicy reformacji
w zeszłym roku pomyślał o... Williamie Szekspirze. Niewielu też pewnie
zastanawiało się przy tej okazji nad tym, jakiego wyznania był wielki Anglik.
Jeśli powiemy, że wybitny pisarz ze Stratfordu był katolikiem, to zapewne
niejeden czytelnik uniesie brew w zdumieniu, a może nawet parsknie szyderczym
śmiechem, posądzając nas o fantazjowanie i „katolskie” chciejstwo.
Wprawdzie kwestia katolicyzmu angielskiego dramaturga nie
jest tematem nowym, a z katolickich pisarzy języka angielskiego pisali o tym na
przykład Hilaire Belloc i G.K. Chesterton, wspominano o tym również nie tak
dawno temu w Polsce, to jednak podejrzewam, że wiedza o tym wciąż nie jest
rozpowszechniona wśród przeciętnych czytelników, którzy swą znajomość teatru
elżbietańskiego czerpią ze szkoły średniej lub nawet studiów uniwersyteckich. A
jeśli autor Burzy katolikiem był, to jak najbardziej był to temat do
refleksji w kontekście reformacji, gdyż żył w czasach brutalnych prześladowań
katolików w Anglii za panowania królowej Elżbiety I i króla Jakuba I (notabene
pisałem już na tym blogu o książce poświęconej tej tematyce).
Sceptycznie podchodził do kwestii katolicyzmu Szekspira
również konserwatywny krytyk, pisarz i konwertyta na katolicyzm, Joseph Pearce,
znany polskim czytelnikom z takich książek, jak Pisarze nawróceni, C.S.
Lewis a Kościół katolicki, Podróż Bilba czy Wyścig z diabłem.
Kiedy jednak pochylił się nad tematem, zaczął weryfikować źródła i dostępne
dowody, jego wątpliwości zaczęły topnieć. A przecież zdaniem tego wybitnego
znawcy literatury angielskiej, znajomość biografii i epoki, w której dany
pisarz tworzył, pomaga zrozumieć w pełni jego dzieło i artystyczną wizję w nim
zawartą. Pearce jest przeciwnikiem poglądu, że można dany utwór pojąć i
interpretować bez znajomości kontekstu, w jakim on powstawał, a zwłaszcza bez
poznania życia i poglądów samego autora. Przestrzega też przed „wpisywaniem” w
teksty literackie z innej epoki współczesnej wizji świata i człowieka. Jeśli
zatem Szekspir był faktycznie katolikiem, to wielkie tragedie i komedie
geniusza ze Stratfordu zaczynamy postrzegać w nowym świetle, z którego być może
nie zdawaliśmy sobie dotąd w pełni albo zupełnie sprawy.
Choć książka The Quest for Shakespeare (W
poszukiwaniu Szekspira) ukazała się w roku 2008, nie doczekała się do tej
pory polskiego wydania. A szkoda! Wizja bowiem, jaka wyłania się z publikacji
brytyjskiego pisarza i krytyka, daleka jest od sielankowej wizji z hollywoodzkich
produkcji typu „Zakochany Szekspir”.
Oto dowiadujemy się, że hrabstwo Warwick, w którym urodził
się i wychował wybitny dramaturg, było siedliskiem tak zwanych „rekuzantów”,
czyli katolików uchylających się od uczestnictwa w protestanckich nabożeństwach
i uroczystościach religijnych. Co ciekawe takim rekuzantem był Jan
Szekspir, ojciec Williama, a także jego córka, Zuzanna. O katolicyzmie jego
ojca świadczy zarówno zachowany i odnaleziony testament, jak i kara finansowa,
jaką musiał zapłacić nie wypełniwszy nałożonych przez państwo, a wymierzonych w
katolików, zobowiązań. Taka sama kara dotknęła córkę dramaturga.
Kary finansowe, choć rujnujące pod względem majątkowym, nie
były jednak tym, co najgorszego mogło spotkać katolika pod panowaniem królowej
Elżbiety.
Jak wynika ze śledztwa przeprowadzonego przez Pearce’a,
Szekspir znał prawdopodobnie trzech jezuickich męczenników (w tym słynnego
Edmunda Campiona), którzy aresztowani, torturowani, oskarżeni o zdradę stanu, a
wreszcie skazani na śmierć, zginęli zamordowani w okrutny sposób w imieniu
prawa. Nawet jeśli weźmie się poprawkę na obyczajowość i mentalność epoki, opis
wykonania kary śmierci jeży włos na głowie. Uświadamia też, przed jakim wyborem
stawali ówcześni katolicy: jeśli pozostawali wierni Chrystusowi, musieli być
przygotowani na najgorsze cierpienia.
A jakie były to cierpienia? Skazańca wieziono na widoku
ludzi przez całe miasto na tzw. „kracie”. Na miejscu kaźni wieszano go, poczym
odcinano, nim zdążył wyzionąć ducha. Jeszcze żywego poddawano kolejnym,
okrutnym mękom. Odcinano mu genitalia, rozpruwano brzuch, z którego wywlekano
wnętrzności i palono na oczach torturowanego. W wreszcie jego męczarnie
kończono poćwiartowaniem ciała i odcięciem głowy. To wszystko odbywało się
publicznie.
Sam Szekspir najprawdopodobniej należał do tzw.
„bezpiecznych” katolików, to znaczy takich, którym pozwalano istnieć w państwie
Elżbiety I, a potem Jakuba I. Nie wychylali się, a więc nie stanowili
„zagrożenia”. Co nie znaczy, że nie mogli się stać ofiarami posądzonymi o
spisek i zdradę stanu.
Innym takim przykładem wśród ówczesnych twórców był
kompozytor William Byrd, którego głowę (tak samo jak zresztą jego żony), a już
z pewnością majątek i wolność ocaliła sama... królowa Elżbieta. Można się
domyślać, że do pewnego stopnia obu wybitnych Anglików chronił talent. Dla
przykładu warto dodać, że drukarza, który wydał utwór poetycki z muzyką Byrda,
pozbawiono uszu, a sam twórca poematu, do którego muzykę skomponował Byrd,
musiał salwować się ucieczką z kraju.
Talent nie uchronił jednak wybitnego poety metafizycznego
Roberta Southwella. „Gwoździem do trumny” tego dzielnego człowieka, był nie
tylko fakt jego katolicyzmu, ale i to, że był księdzem, a na dodatek jezuitą.
Wielokrotnie poddawany okrutnym torturom, został w końcu męczennikiem i...
świętym Kościoła katolickiego. Można przypuszczać, że William Szekspir był
świadkiem jego okrutnej śmierci. Postawa Southwella musiała budzić zarówno
podziw, jak i współczucie wśród zgromadzonych, bo gdy go powieszono, jacyś
ludzie z tłumu podbiegli i pociągnęli go za nogi, by skrócić jego męczarnię i
opisaną wyżej kaźń.
Nie przypadkowo wspominam tutaj tego świętego, gdyż wszystko
wskazuje na to, że autor Burzy mógł znać autora osobiście, a z pewnością
znakomicie znał jego twórczość, do której aluzje można odnaleźć w jego
dramatach.
W innej swojej książce, Through Shakespeare’s Eyes (Oczami
Szekspira) Pearce pokazuje, jak aluzje do twórczości Southwella wplecione
zostały w wersy Kupca weneckiego, przy okazji dowodząc, jak opacznie ten
arcykatolicki dramat jest interpretowany przez współczesnych nam krytyków.
Całkiem niedawno zresztą przez przypadek wpadł mi w rękę tom współczesnego
przekładu tej komedii, gdzie na okładce widniała fotografia, jak można się
domyślić, Shylocka z zafarbowaną na tęczowo brodą! Ten jeden wizerunek
streszczał w sobie doskonale wszelkie możliwe aberracje interpretacyjne
słynnego utworu, łącznie z wyeksponowaniem jako głównej postaci żydowskiego
lichwiarza! Ale to temat na inny artykuł... W samym The Quest for Shakespeare
zresztą autor podaje na końcu bardzo ciekawą interpretację Króla Leara,
uwzględniającą katolicki kontekst tego utworu.
Na zakończenie dodajmy może jeszcze jedną ciekawostkę (a
książka Pearce’a jest ich pełna – warto choćby wspomnieć tu o katolicyzmie
środowiska teatralnego Londynu, o monarchizmie angielskich katolików, o
tajemnicach życia i śmierci Christophera Marlowe’a czy małżeństwa Szekspira i
prawdziwych przyczynach jego wyjazdu do Londynu, a także np. o jego poprawkach
w dramacie o Tomaszu Morusie). Otóż o katolicyzmie Szekspira może świadczyć
również i to, że wyprowadziwszy się już z Londynu nabył on dom, który był
sekretnym miejscem spotkań katolików i jako tako taki znany tajnym służbom.
Można się domyślać, że sam bard uczestniczył w mszach potajemnie tam
odprawianych. Zdaniem Pearce’a trudno uwierzyć w to, że nie zdawał sobie z tego
sprawy. O tym, że było to miejsce nabożeństw, dowiedziano się zresztą już po
śmierci dramaturga, gdy po prostu któregoś dnia zawalił się strop, który nie
udźwignął ciężaru zgromadzonych wiernych.
Miejmy nadzieję, że wcześniej czy później zarówno ta książka
Pearce’a, jaki i pozostałe jego prace poświęcone dramatom Szekspira, doczekają
się wreszcie polskiego przekładu. Tych natomiast czytelników, którzy język
Szekspira znają, zachęcam do lektury albo wersji papierowej, albo
elektronicznej. Naprawdę warto wydać te parę funtów czy dolarów. Czas
poświęcony na tę lekturę z pewnością nie będzie czasem zmarnowanym. A jak pisze
autor na podstawie swojego dochodzenia:
„Z perspektywy modernisty i postmodernisty Szekspir wyłania
się jako nieoświecony i krnąbrny reakcjonista. Z perspektywy tradycyjnie
nastawionych badaczy widoczna jasność wizji moralnej, którą od zawsze
dostrzegali w sztukach, staje się wytłumaczalna i wyraźniej określona”.
Joseph
Pearce, The Quest for Shakespeare. The Bard of Avon and the Church of Rome,
Ignatius Press, San Francisco 2008.
Etykiety:
Anglia,
chrześcijaństwo,
Corner Shop,
dramat,
historia,
Kościół katolicki,
literatura,
literatura anglojęzyczna,
Pearce Joseph,
reformacja,
Shakespeare,
teatr
Subskrybuj:
Posty (Atom)
