Tegoroczna uroczystość wręczenia Złotych Globów zasłynęła z
występu komika Ricky’ego Gervaisa, który zadał parę celnych ciosów hipokrytom z
Hollywood. Jego występem ekscytują się prawicowe i katolickie media oraz tacy
sami komentatorzy, choć należy pamiętać, że nie należy on raczej do miłośników
prawicy, a jeśli chodzi o jego poglądy, to jest ateistą, co łatwo sprawdzić w
Internecie. W dalszym ciągu nie zmienia to faktu, że uderzył środowisko
Hollywood boleśnie.
Zauważył on m.in., że wręczenie nagród nie powinno stać się
dla aktorów i aktorek platformą do wygłaszania przemówień politycznych, gdyż po
prostu nie są w takiej sytuacji, by móc kogokolwiek pouczać. Jak na ironię,
aktorka Michelle Williams wygłosiła właśnie taką mowę polityczną. Można by
machnąć na to ręką, w końcu nasze polskie aktorki też wygłaszają różne
polityczne opinie, częściej głupie albo bardzo głupie niż mądre. Jednak
Williams zachęciła kobiety do popierania aborcji i przyznała, że skorzystała ze
swojego „prawa do wyboru”. A to wydaje się sugerować dość jednoznacznie, że dla
kariery poświęciła swoje nienarodzone dziecko.
Wśród komentarzy, które pojawiły się potem w mediach, ktoś
trafnie skojarzył Złoty Glob z biblijnym złotym cielcem. Można by też wspomnieć
o Molochu, któremu w ofierze składano właśnie dzieci. Ktoś inny stwierdził
również, że o Złotym Globie dla Williams niedługo nikt nie będzie pamiętać, ale
ona będzie pamiętać o swoim nienarodzonym maleństwie do końca życia.
Wydaje się, że szykuje się bardzo dobra premiera. „Trailer”
filmu Terrence’a Malicka w każdym razie zapowiada dzieło na miarę Cienkiej
czerwonej linii czy Drzewa życia. Jak zwykle muzyka i obraz tworzą
niezapominalną atmosferę. Jeśli taki będzie cały film, to w lutym warto będzie
się wybrać na Ukryte życie. Recenzje z niektórych anglojęzycznych mediów katolickich są
entuzjastyczne.
Pisałem już na swoim blogu o tym, że różne firmy dopuszczają
się wszelkiego rodzaju działań, które uderzają w Kościół katolicki i wiarę,
która jest nam droga. Wielu katolików i ogólnie chrześcijan nie podejmuje
żadnych inicjatyw w odpowiedzi, tak jakby wiara nie stanowiła dla nich nic
ważnego. Wielka sieć handlowa będzie eliminować z opisów odniesienia do Bożego
Narodzenia, będzie promować homoseksualizm i inne wynaturzenia, ale katolicy w
dalszym ciągu będą walić do jej sklepów drzwiami i oknami, tak jakby kawałek
tańszej świeczki, talerzyk wyprodukowany w Chinach czy wielki ekran telewizyjny
stanowiły większe dobro.
Od kilku dni narasta skandal wokół bluźnierczego filmu
dostępnego na platformie Netflixa, w którym nasz Pan przedstawiony jest jako
homoseksualista. Film wywołał protesty w Brazylii, gdzie złożono ponad milion
podpisów pod petycją sprzeciwiającą się udostępnianiu tego filmu. Produkcja
dostępna jest także w Polsce. Założę się, że Netflix nie ośmieliłby się na
zamieszczenie filmu obraźliwego dla muzułmanów. Tymczasem robi to w przypadku
chrześcijan i to jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Czy wyobrażacie sobie, że
ktoś w okolicach ważnego dla was święta, ktoś, kto może często korzysta z
waszej gościnności, zaczyna was obrażać i bluzgać, a wy mimo to w dalszym ciągu
go zapraszacie i pozwalacie przebywać w Waszym domu? Chyba to mało
prawdopodobne.
Dlatego zachęcam tych, którzy mają wykupiony abonament w Netflix’ie
do protestu, a najlepiej rezygnacji z ich usług. Naprawdę nie warto płacić tym,
którzy nas obrażają. Nie milczmy, nie bądźmy obojętni. Chyba bardziej kochamy
naszego Pana, który oddał za nas życie niż możliwość obejrzenia paru fajnych
filmów na platformie, która nas nie szanuje i której chodzi jedynie o nasze
pieniądze? Oni Go obrażają w dniu Jego święta! Więcej o całej sprawie i petycji można przeczytać m.in. na portalu „Frondy”.
Przeglądanie niektórych mediów społecznościowych może być
przygnębiającym zajęciem. Oto nagle natykasz się na zdjęcie swojego ulubionego
i sympatycznego aktora wspierającego organizację, którą trudno nazwać inaczej,
jak tylko zbrodniczą. Czym jest bowiem Planned Parenthood jak nie jedną z
największych na świecie mordowni nienarodzonych?
Tak, tak, do wspierających tę ludobójczą instytucję należy
również Danny DeVito. Dzisiaj rano zobaczyłem jego zdjęcie, na którym z jeszcze
innym aktorem dumnie prężyli się w koszulkach „I stand with Planned Parenthood”
(„Jednoczę się z Planned Parenthood”).
I jak zwykle w takim przypadku zastanawiam się: Jak to się
dzieje, że ludziom, którzy często są w stanie wyrazić najsubtelniejsze uczucia
swą doskonałą grą aktorską, którzy potrafią się na ekranie wczuć w tragedię
odgrywanej postaci, jednocześnie tak bardzo brakuje wyobraźni, że nie potrafią
sobie uzmysłowić, jaką potwornością jest aborcja, czyli po prostu zabijanie
nienarodzonych. Czy to jakiś defekt mózgu? Czy po prostu są użytecznymi
idiotami, którzy nawet nie wnikają w to, czym jest tak naprawdę instytucja, której
istnienia bronią? Ot, po prostu: inni w przemyśle rozrywkowym to robią, to ja
też?
Jest jeszcze inna możliwość: szatańskie opętanie, jak jest niewątpliwie w przypadku tych pań, które dziękują Bogu (sic!) za aborcję.
To wyjątkowo smutna wiadomość. Odszedł niezwykły aktor i
wyjątkowy też człowiek. W ostatnich czasach niestety jakoś nie potrafiono
wykorzystać w filmie jego talentu, ale może po prostu nie ma już dobrych
komedii. Będzie go bardzo brakować. Niech światłość wiekuista świeci Janowi
Kobuszewskiemu na wieki wieków. Amen.
Agnieszka Holland o filmie Mela Gibsona Pasjaw roku 2004:
„Film ma złą energię. Nie chodzi o to, że jest kiczem, bo w
końcu kicze powstają ciągle i kiczowatych jest bardzo wiele dzieł sztuki. Niebezpieczeństwo
polega na tym, że Pasja otwiera jakąś otchłań przemocy, nieporozumienia,
gwałtu, odległych – w moim poczuciu – od tego, co jest treścią Ewangelii. A w
kontekście fundamentalizmów, które zaczynają władać światem, może stać się
zaczynem czegoś znaczenie straszniejszego, niż możemy sobie dzisiaj wyobrazić.
Jeśli film będzie miał takie znacznie, jak na to wygląda (w sensie skali
odbioru i identyfikacji z nim bardzo wielu grup chrześcijan), może oznaczać
powrót do najciemniejszych czasów i klęskę dwóch tysięcy lat nauki Chrystusa.
Ja u Gibsona nauki Chrystusa nie zobaczyłam. Zobaczyłam natomiast
bezinteresowne, bezmyślne okrucieństwo. Zobaczyłam Chrystusa nie jako
człowieka, który daje miłość, wiarę i nadzieję, ale jako jakiś potworny,
skrwawiony strzęp. I zobaczyłam straszną nienawiść do Żydów. W moim pojęciu
Pasja my tyle wspólnego z Ewangelią, ile Osama ben Laden z Koranem”.
Jestem ciekaw, ile jeszcze widzów i czytelników pamięta z
tamtych czasów to wzmożenie różnej maści tzw. „autorytetów intelektualnych”,
którzy jeździli po tym wybitnym filmie, jakim bez wątpienia jest Pasja, i po
Melu Gibsonie, jak po łysej kobyle. Słuchając ich słów można było się
spodziewać fali wszelkiego rodzaju przemocy i pogromów. Jak dobrze wiemy, ta
histeria nie była nieuzasadniona, tak się przecież stało, płonęły żydowskie
sklepy i sklepiki, agresja i fundamentalistyczna nietolerancja zalały ulice, a
Agnieszka Holland jest jedną z nielicznych ocalonych. Młodsze pokolenie, które
nie czyta książek, chodzi zapewne w błogiej nieświadomości tego, co się wówczas
wydarzyło.
Proszę też zwrócić uwagę na to, że przytoczony powyżej
fragment wskazuje na autorytet Agnieszki Holland nie tylko w dziedzinie ogólnie
pojmowanego intelektu i sztuki filmowej, ale również w dziedzinie religii, a
zwłaszcza biblioznawstwa i interpretacji Koranu. Powinniśmy hołubić ją jako
dobro narodowe i już za życia otaczać czcią należną wręcz bogom.
Tym bardziej, że Agnieszka Holland znowu wieszczy i znowu
ostrzega. Oto dowiadujemy się, że mówi o „inżynierii społecznej megalomańskiej
władzy”, a dopytywana przez dziennikarkę, co to znaczy stwierdza, jak donosi tygodnik „Do Rzeczy”:
„No jest
to aluzja do tych populistycznych przywódców, którzy uważają,
że władza daje im prawo do tego, żeby projektowali człowieka,
żeby projektowali społeczeństwo, żeby projektowali naturę albo żeby niszczyli
naturę. I takich populistów mamy niestety w tej chwili sporo.
Od Trumpa (prezydent USA – red.) przez Bolsonaro (prezydent Brazylii
– red.) do prezesa Kaczyńskiego. (...) No właśnie boję się,
że będzie niedobrze.(...) mówmy
o głównych ideowych założeniach. Jak pani odbiera fakt, że de facto
proklamują państwo wyznaniowe? Jak pani odbiera fakt, że wyklucza rodziny,
które nie mieszczą się w »kobieta, mężczyzna i dzieci«? Jak pani
odbiera fakt, że połowa obywateli albo więcej znajduje się poza centrum
jego zainteresowania czy że tak wielką część obywateli uważa
za obywateli gorszej kategorii – jak pani to odbiera? Jak pani
odbiera próby tzw. repolonizacji czy – teraz to się inaczej nazywa
– repluralizacji mediów? Jak pani sobie to wyobraża? Do czego
to ma prowadzić?”
Muszę przyznać, że po tych słowach zacząłem ze strachem
ukradkiem spoglądać przez szparę w zasłonie na ulicę, nerwowo reaguję na każdy
dzwonek u drzwi, a kiedy listonosz przynosi mi urzędową korespondencję, nerwowo
trzęsą mi się ręce i pot ciurkiem ścieka mi po plecach. Skoro to wszystko mówi
nasz wybitny autorytet intelektualny (i filmowy), to musi być naprawdę źle!
Czas szykować szczoteczkę do zębów i zapas bielizny albo czym prędzej prosić o
azyl w jakimś cywilizowanym kraju. W końcu „bezmyślne okrucieństwo” już ostrzy
noże.
Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, spędziliśmy parę
dni wśród lasów i gór, gdzie dostęp do Internetu był kiepski. Była za to
telewizja i kilkadziesiąt programów do wyboru. Ponieważ nie mamy telewizji w
domu, więc z ciekawością zacząłem przeglądać dostępny repertuar. Moja małżonka
oczywiście domagała się jakiegoś dobrego filmu. Cóż z tego. Wśród tych
wszystkich kanałów znalezienie jakiegoś dobrego filmu i to w „długi łykend”
graniczyło z cudem.
Jednego wieczora z braku laku zdecydowaliśmy się obejrzeć
odcinek polskiego serialu, w którym polski ks. Brown rozwiązywał kryminalną
zagadkę. Autorom tego serialu chyba brakowało już pomysłów na wiarygodną
fabułę, bo wszystko było tak kiepsko pozszywane, że ciężko było w to uwierzyć,
a niezaradnym policjantom pomagał nie tylko polski ks. Brown, ale też
szczęśliwe zbiegi okoliczności. Zresztą może taka to uroda tej produkcji od
samego początku – nie wiem, bo jeśli coś z tego oglądałem, to już bardzo dawno
temu. Żeby unaocznić poziom tego badziewia, przytoczę jedną scenkę. Otóż pada
deszcz. Ojciec z synem rozmawiają pod parasolem. W pewnym momencie, jakby nigdy
nic, siadają na odsłoniętej ławce i dalej kontynuują rozmowę. Pod tym parasolem
i w tym deszczu. Spodnie widać mają z azbestu.
Mizeria oferty programowej przy tak bogatym wyborze była też
niestety widoczna wówczas, gdy zdecydowaliśmy się obejrzeć film fabularny na
podstawie powieści kryminalnej pewnego popularnego skandynawskiego pisarza.
Autorzy tego filmu mieli z pewnością dużo większy budżet niż twórcy polskiego
ks. Browna, a jednak nie potrafili znaleźć autora, który napisałby im
wiarygodny scenariusz (a może po prostu bał się poprawić znanego pisarza?).
Pomijam już ten interesujący szczegół, że chyba nikt w tym filmie nie miał
normalnej rodziny. To, co ów zagraniczny obraz jako tako ratowało, to
skandynawskie klimaty i krajobrazy. To jednak za mało, by ograny motyw
seryjnego zabójcy uczynić naprawdę wciągającym. Trudno też było uwierzyć w co
bardziej absurdalne pomysły, jak np. ten, że morderca potrafił
przetransportować niezauważony przez nikogo z hotelowego pokoju ciało swojej
ofiary, którą najpierw w tymże hotelu zamordował, by potem w malowniczej pozie
umieścić je w aucie na ulicy. Chyba miał czapkę niewidkę (w którą ubrał też
zwłoki), o czym jakoś w filmie nie wspomniano ani razu. W każdym razie ów film
skutecznie wybił mi z głowy pomysł (gdyby taki mi strzelił), żeby którąś z
książek owego skandynawskiego pisarza dla rozrywki przeczytać. Wolałbym już
raczej Muminki.
Skoro już narzekam, to ponarzekam sobie też i na współczesne
monitory. Z jednej strony fajnie jest mieć w pokoju olbrzymi ekran, bo wrażenie
jest takie, jakby siedziało się w kinie. Jednak z tymi nowoczesnymi ekranami
wyraźnie coś jest nie tak. Zetknąłem się z tym już kiedyś i tłumaczono mi, że
to tylko pierwsze wrażenie, które potem mija. Nam przez te kilka dni „prób,
błędów i wypaczeń” nie minęło. W czym rzecz? Cokolwiek byśmy oglądali,
nieustannie towarzyszyło nam wrażenie sztuczności. Jakby były to inscenizacje
Wołoszańskiego albo tzw. teatr telewizji. Światło było po prostu płaskie,
sztuczne – jakby cały czas wszystkie oglądane filmy były kręcone w studio, bez
odrobiny światła dziennego. To wrażenie towarzyszyło nam zarówno w przypadku
filmów, które już znaliśmy, jak i przy oglądaniu filmów nowych. To dodatkowo nieustannie
irytowało i psuło (oprócz faktu, że i tak nic nie było do wyboru) przyjemność
oglądania. Po prostu obojętnie, czy w filmie był słoneczny letni dzień, czy
zimowe pochmurne popołudnie – różnica była prawie żadna.
Oprócz faktu, że mogliśmy się odprężyć i zrelaksować w
otoczeniu pięknej przyrody, nasz wyjazd miał zatem jeszcze i tę korzyść, iż
skutecznie utwierdził nas w przeświadczeniu, że brak telewizji nie jest dla nas
żadną stratą.
Dzisiaj amerykańskie Święto Niepodległości. Więc trochę o
Amerykanach, a właściwie o ich filmach. Nie jestem jakimś szczególnym
kinomanem, ale od czasu do czasu zwracam uwagę na jedną szczególną i
wyróżniającą rzecz w amerykańskich filmach. Czy będą to filmy o rodzinie, o
sporcie, o policji czy o wojnie. Robione przez tzw. „establishment” Hollywood
czy też przez takich „konserwatystów” jak Clint Eastwood. Tą cech
charakterystyczną jest patos. Jest to ten typ patosu, który w polskim filmie
chyba by nie przeszedł. Patos, który u nas się wyśmiewa, z którego się kipi,
którym się poniewiera. Jest to patos, który wyraża się zarówno wypowiadanymi
przez aktorów słowami, jak i muzyką, i obrazem.
Przypomnijcie sobie patos, jaki widzimy w takim filmie
science-fiction, jak „Dzień Niepodległości”. Wyobrażacie sobie coś takiego w
polskiej produkcji tego typu (pomijam już możliwości techniczne)? Sala
ryknęłaby ze śmiechu. A kto miałby te słowa niby wypowiadać? Bogusław Linda?
Zbigniew Zamachowski? Daniel Olbrychski? (OK, ten niezły aktor, choć żałosny
człowieczek, może jeszcze by to udźwignął.)
I kto poza tym miałby niby taki film zrobić? Patryk Vega
(„Kurwa, chuj, kurwa”)? Wojtek Smarzowski („Chuj, kurwa, chuj”)? Władysław
Pasikowski („Spierdalaj, kurwa, spierdalaj”)? Dajcie spokój! Oni są jak ten
wietnamski chłopak, którego Walt Kowalski z filmu Clinta Eastwooda próbuje
nauczyć, jak być prawdziwym mężczyzną. Pamiętacie scenę u fryzjera? Macie
odpowiedź, co nasi reżyserzy zrozumieli z tego, jak wygląda „męskie” kino.
No cóż... Pozostaje zapytać: Jaki będzie wpływ na młode
pokolenie takiej „sztuki” filmowej w Polsce, a jaki w Stanach Zjednoczonych
(przy wszelkich możliwych zastrzeżeniach i najnowszych skandalicznych
posunięciach przemysłu filmowego w tym wielkim kraju)?
Jeszcze nie w Polsce, ale już w Stanach. Nie wiem, czy Unplanned
okaże się dobrym filmem. Kiedyś wypowiadałem się na tym blogu pozytywnie o
filmie Bóg nie umarł (który promowano wówczas w Polsce jako Dowód
wiary), aczkolwiek zwracałem przy tym uwagę na nierówności tego dzieła. Unplanned
to film tej samej wytwórni i w reżyserii autorów scenariusza do Bóg nie
umarł, a dotyczy tym razem problemu aborcji i – jak można sądzić z recenzji
– nie unika drastycznych scen. Całość została oparta na książce Abby Johnson,
która opisała w niej swoje doświadczenia pracy w klinice aborcyjnej Planned
Parenthood w Teksasie, której była dyrektorem. Abby Johnson, asystując przy
aborcji, która wyjątkowo była wykonana przy pomocy ultrasonografu, zrozumiała,
że tak naprawdę jest współuczestniczką zabójstwa. Ów wstrząs zmienił jej drogę
życiową i wprowadził na ścieżkę obrony życia nienarodzonych.
Wiemy już, że film Cary Solomona i Chucka Konzelmana odniósł
sukces w weekend otwarcia w Stanach. Są także pierwsze recenzje. Z tego, co
udało mi się przeczytać, wnioskuję, że film prawdopodobnie ma podobne wady,
jakie miał omawiany przeze mnie film Bóg nie umarł. Kiedy czytałem
informacje o Unplanned, pomyślałem sobie, że szkoda, iż do tej pory
takiego filmu nie wyprodukowała jakaś katolicka wytwórnia (jeśli w ogóle takowa
istnieje). Chciałoby się, żeby powstało coś w rodzaju katolickiego Hollywood,
które produkowałoby takich filmów dziesiątki i bez sentymentalnej, uczuciowej
otoczki filmów protestanckich, ale z mocnym przesłaniem. To, że takiego
katolickiego Hollywood do tej pory nie ma, świadczy tylko o tym, że te worki
pieniędzy, którymi w razie potrzeby sypią księża biskupi, to mit. Cóż bowiem
prostszego by było, jak stworzyć za te worki mamony taką wytwórnię i obsypać
honorariami najlepszych aktorów, by przynosili jej krociowe zyski, a więc coraz
więcej worków pobrzękujących ciężkim groszem?
Pisałem już parę razy na tym blogu o karkołomnych
interpretacjach sztuk Szekspira, które spłycają wymowę jego dzieł, robiąc z
nich wręcz jakąś polityczną agitkę, niedostrzegając prawdziwej głębi i sensów,
jakie kryją się w jego dramatach. Można wręcz powiedzieć, że teatralne dzieła
wielkiego Anglika to utwory wielowarstwowe, a powierzchowna interpretacja
dostrzega tylko to, co jest pozorem jedynie, nawet nie pierwszą warstwą. Jak
zauważyła jedna z cytowanych na tym blogu badaczek, nawiązując do motywu trzech
szkatułek w Kupcu weneckim, większość interpretatorów wybiera złotą szkatułkę i
odchodzi z kwitkiem. Choć różnica pomiędzy nimi a bohaterami tej najczęściej
mylnie interpretowanej komedii jest taka, że ci interpretatorzy nie zdają sobie
sprawy, że wybrali błędnie.
Filmowe czy teatralne interpretacje Szekspira świadczą więc
dobitnie o mizerii naszych czasów. Owe adaptacje przypominają wręcz wypaczające
świat w sposób szczególny krzywe zwierciadło, które zamiast prawdziwych sensów
i głębi, pokazuje w istocie jakąś parodię tych wielkich dramatów.
A co ciekawe, to te oryginale dzieła, których nieudane
interpretacje sceniczne oglądamy, często mówią wiele tak naprawdę o nas samych,
to znaczy o świecie, w którym przyszło nam żyć dzisiaj. Czym innym jest bowiem
Makbet, jeśli nie zwierciadłem naszego świata, w którym staczanie się w
szaleństwo nabiera przyspieszenia, gdy człowiek ustanawia siebie samego panem
własnego losu, buntując się przeciwko normom i prawom Bożym? Czy masowe
szlachtowanie nienarodzonych dzieci nie przypomina morderczego pragnienia
zapanowania nad przyszłością, jakie kieruje Makbetem?
Nie, nie jest Szekspir żadnym prekursorem teatru absurdu ani
egzystencjalizmu. W jego świecie Bóg istnieje, a naruszenie Jego praw kończy
się klęską bohaterów, subiektywną, a nie obiektywną utratą sensu. Świat
szekspirowskich dramatów ma sens, to jedynie grzech zaślepia jego bohaterów
tak, że tracą poczucie rzeczywistości i przestają dostrzegać prawdę.
Przytaczane często z lubością słowa Makbeta o życiu, które „jest cieniem
ruchomym jedynie” czy „bajką opowiedzianą przez głupca, pełnego furii i
wrzasków, które nic nie znaczą” (tłum. M. Słomczyńskiego”), tak naprawdę mówią
wiele o stanie duszy głównego bohatera, a nie są opisem świata według
Szekspira.
Coś takiego właśnie zdaje się mówić James Bemis w swoim
szkicu „Macbeth on Film” w krytycznym wydaniu tego dramatu oficyny Ignatius
Press, w którym poddaje analizie pięć adaptacji filmowych:
Na swoim najbardziej podstawowym poziomie, poza wspaniałą
poezją i znakomitą charakterystyką postaci, Szekspir pokazuje Makbeta
ulegającego pokusie pychy, tego samego grzechu, któremu uległ Adam. Obaj
chcieli żyć bez Boga, wieść swoje własne życie, iść swoją własną ścieżką i
lekceważyć granice swojej wolności narzucone przez Boże ograniczenia. Jednak
czy ta „wolność od Boga” poprawiła światy tych ludzi, uczyniła ich
szczęśliwszymi? Wprost przeciwnie, Adam został wygnany na zawsze z rajskiego
ogrodu, a Makbet stoczył się w mordercze szaleństwo, które doprowadziło do
śmierci sumienia i duszy, rozpadu jego małżeństwa, samobójstwa jego żony oraz
chaosu i destrukcji jego królestwa. To zatem jest wielka lekcja, jaką Szekspir
przekazuje w Makbecie: że próba życia bez Boga może jedynie przynieść cielesną
i duchową śmierć, zarówno jednostek, jak i społeczeństw. Wziąwszy to pod uwagę,
niepowodzenie tak wielu filmowych adaptacji w przywołaniu tego podstawowego
sensu świadczy o bezmyślności czasów, w których żyjemy.
Pisałem już na tym blogu o moim zdumieniu, z jakim oglądałem
nagradzany film Kształt wody. Film przypominający czasy najgorszej propagandy
komunistycznej – stwierdziłem, że tak właśnie mogłaby wyglądać socrealistyczna
baśń dla dorosłych, socrealistyczne fantasy. Jedyna różnica to uwzględnienie
wątku homoseksualnego.
Ponieważ nie jestem jakimś szczególnie zapalonym kinomanem,
więc pewnie wiele mi umyka (choć nie umknęła mi obecność wątku homoseksualnego
w jakimś nowym epizodzie Star Trek, który obejrzałem licząc na dobre kino
science-fiction). Wiem jednak, że wątki homoseksualne pakuje się do popularnych
seriali telewizyjnych, że pojawiają się one już nawet w kreskówkach dla dzieci,
że wręcz nie sposób się od nich uwolnić choćby w niby niewinnej komedii
romantycznej (obojętnie: polskiej czy zagranicznej).
To samo dotyczy lewicowej propagandy, jeśli chodzi o wszelkie
inne sfery życia, w których lewacy chcą nas wywzolić. Kształt wody jest wręcz
modelowym tego przykładem.
Na łamach pisma „Crisis” ukazał się ciekawy artykuł Toma
Allena, który współpracował m.in. z Melem Gibsonem. Artykuł Allena zdaje się
wiele wyjaśniać, jeśli chodzi o moje zaskoczenie, że taki gniot jak Kształt
wody mógł w ogóle dostać jakąkolwiek nagrodę.
Autor pisze m.in.: „w filmach Hollywoodu jest tendencja
komunistyczna – niemal we wszystkich z nich. Kulturowy marksizm wywołany niemal
wiek temu przez „szkołę frankfurcką” stał się dominującą filozofią świata
zachodniego. Jej jawny prozelityzm jest wszechobecny i niepowstrzymany.
Hollywoodzka propagandowa machina zmieniła naszą kulturę w zdumiewający sposób
w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, a następnie musimy spodziewać się
wymuszonej zmiany samej naszej tożsamości męskiej i żeńskiej”.
Autor przypomina dokument ze stycznia roku 1963 wprowadzony
do archiwów Kongresu Stanów Zjednoczonych, który był zatytułowany
„Komunistyczne cele przejęcia Ameryki” („Communist Goals for Taking Over
America”). Wśród komunistycznych celów, które obejmowały m.in. „promowanie ONZ
jako jedynej nadziei dla ludzkości, przechwycnie jednej albo obu politycznych
partii w Stanach Zjednoczonych, rozmiękczenie programu szkół i infiltrację
prasy”, znajdujemy tam również takie, które dotyczą już bezpośrednio mediów i
kultury:
-Pozyskanie kontroli nad kluczowymi stanowiskami w radiu, telewizji
i filmie.
-Kontynuowanie dyskredytowania kultury amerykańskiej poprzez
degradację wszystkich form artystycznego wyrazu.
-Złamanie kulturalnych standardów moralności poprzez promowanie
pornografii i nieprzyzwoitości w książkach, czasopismach, filmie, radiu i
telewizji.
-Przedstawianie homoseksualizmu, degeneracji i swobody
seksualnej jako „normalnych, naturalnych, zdrowych”.
-Wyeliminowanie wszystkich praw panujących nad sprośnością
poprzez nazwanie ich „cenzurą” i naruszaniem wolności słowa i wolnej prasy.
Dorzućmy do tego jeszcze infiltrację Kościoła w Stanach
Zjednoczonych prze komunistów, o której mówiła Bella Dodd (1100 kleryków
wprowadzonych do seminariów!), a wszystko staje się jasne. Fragmenty mozaiki
się dopełniają i układają w wyraźną całość. Aż trudno uwierzyć, że ten plan
udało się im – komunistom – tak doskonale zrealizować.
Kiedy więc ktoś mi opowiada o jakimś kolejnym wzruszającym
filmie o tym, jak to intelektualiści cierpieli w Stanach z powodu komisji
senatora McCarthy’ego, mam ochotę kopnąć go mocno w zadek albo poradzić, by sam
silnie walnął się w łeb.
Odnoszę coraz częściej wrażenie, że w swoich wyborach filmu
do obejrzenia należy się kierować nie tym, ile nagród dany film otrzymał, ale
swoją intuicją i przypadkiem. Najbardziej okrzyknięte produkcje filmowe okazują
się bowiem często tymi najgorszymi z możliwych.
O prawdziwości takiej opinii przekonałem się, kiedy któregoś
wieczora wpadłem na pomysł obejrzenia z żoną głośnego i nagrodzonego aż
czterema Oscarami Kształtu wody Guillermo del Toro. Lubię dobrą fantastykę i
nie gardzą ambitnym filmem fantazy. Po „trailerach” spodziewałem się więc
stylizowanej baśni osadzonej w klimacie małego amerykańskiego miasteczka lat
sześćdziesiątych XX wieku. To, co zobaczyłem bardziej jednak niż współczesną
baśń przypominało... bajki o Leninie, czyli słynne „Opowiadania o Leninie”,
które tak genialnie interpretował swego czasu Jan Kobuszewski.
Wprawdzie początek filmu sugerował jakiś rodzaj soft-porno –
miałem ochotę wyłączyć już po pierwszych paru minutach, zastanawiając się, jaki
to zamiar artystyczny kazał reżyserowi przedstawić nam scenę masturbacji
głównej bohaterki – ale spróbowałem to sobie jednak wytłumaczyć ogólną
degrengoladą i oglądałem dzielnie z żoną dalej.
Dalej jednak było tylko coraz gorzej, choć na szczęście nie było porno (chyba że za takie należy uznać scenę kopulacji z obcym). Idiotyczny scenariusz
był tak źle napisany (być może sama książka, na której został oparty nie była
lepsza), że pewnie przedszkolak byłby w stanie stworzyć bardziej wiarygodną
fabułę (mówię o samym przebiegu akcji, a nie o fantastycznym sztafażu).
Gdyby w latach pięćdziesiątych, w czasach literatury
socrealistycznej, ktoś wpadł na pomysł socrealistycznej baśni czy fantasy dla
dorosłych, to w dużej mierze przypominałoby to coś film, który mieliśmy z
małżonką nieszczęście zobaczyć. Jedyną główną różnicą byłby wówczas brak wątku
homoseksualnego i oczywiście Związek Sowiecki byłby po stronie tych
„uciśnionych”. Ale mądrość etapu dzisiaj jest taka, że homoseksualiści należą
do uciskanej „mniejszości” lub „klasy”, więc walka trwa.
Oczywiście wszystkie wredne cechy uosabia pułkownik Richard
Strickland – biała, męska, chrześcijańska, szowinistyczna, rasistowska,
bezwzględna, nietolerancyjna, brutalna i okrutna świnia. Jeśli chodzi o
„uciskanych”, to oprócz biednego homoseksualnego artysty, należą do nich:
biedna, masturbująca się co rano niema Elisa, jej czarnoskóra przyjaciółka i poddawany okrutnym
eksperymentom obcy z bagien Ameryki Południowej. Film rzecz jasna jest jedną
wielką pieśnią na cześć „inności” i „tolerancji” i jest doskonałym przykładem
mętliku, jaki panuje w głowach radykalnej lewicy. Na tym samym poziomie stawia
się w nim: inność związaną z pochodzeniem, rasę, zboczenie i upośledzenie
fizyczne.
Tej intelektualnej mizerii i kiepskiego scenariusza nie
ratują nawet doskonałe zdjęcia. Te cztery Oscary przyznawał filmowi chyba głupi
i głupszy, bo innego wytłumaczenia raczej nie ma.
Nie milkną kontrowersje wokół kinowego obrazu o klerze.
Ostatnio obejrzałem dwie kolejne wypowiedzi na jego temat. Dwie różne i
przyjmujące nieco inną perspektywę.
Redaktorzy portalu PCh24.pl, Tomasz Kolanek i Wojciech Wałach, wypowiedzieli się na temat opinii, że reakcje katolików promują ten
film. Ich zdaniem – w wielkim skrócie – nie jest to prawda, bo to dzieło
naszego domorosłego obrazoburcy ma tak potężną kampanię reklamową, że jego
popularność nie jest niczym dziwnym. Częściowo muszę się z nimi zgodzić,
aczkolwiek we Wrocławiu nie zauważyłem jakiejś ogromnej kampanii na ulicach
miasta. Może poruszam się takimi ulicami, że nie widzę tych bilbordów. Naprawdę
– nie przypominam sobie chyba ani jednego bilbordu z reklamą tego
obrazoburczego obrazu, co nawet jest nieco dziwne, bo moja praca wymaga m.in.
jeżdżenia po mieście autem.
Prawdą jest też, że nie ma możliwości uniknięcia reklam tego
filmu w Internecie. Jednak ostatnio jest tak głównie za sprawą dziennikarzy
wszelkich opcji (i nie tylko), którzy nieustannie o tym dziele piszą. Sam się w
to wkręciłem, choć celowo unikam samego nazwiska autora filmu, jak i jego tytułu. Możecie to sobie uważać za głupie, nic na to nie poradzę – choć w tak
symboliczny sposób chcę podkreślić, że nie pragnę włączać się do ogólnego
trendu.
Mimo wszystko nie zgadzam się z opinią, że reakcja katolików
nie przysparza popularności filmowi. Przysparza. Taka reakcja była z pewnością
spodziewana przez twórców tego obrazu. Na zasadzie, że im więcej szumu – tym
lepiej. Do kina pójdą ci, którzy uważają, że pewnie reżyser pokazał prawdę o
„klechach” i stąd wściekłość katolików, a zatem to trzeba zobaczyć. Na film
pójdą też ci, którzy uważają, że muszą sami sprawdzić, czy naprawdę jest
tak zły, czy może rację mają ci, którzy to kinowe widowisko chwalą. Gdyby nie moja ogólna
niechęć do „dzieł” tego reżysera, pewnie sam zabrałbym swoją żonę do kina, by
się przekonać, ile jest prawdy w reakcjach negatywnych i w zachwytach.
Moim dodatkowym argumentem jest też to, że są inne produkcje
filmowe, które chyba nie spotkały się z takim odzewem, a są wciąż nachalnie
reklamowane w sieci. Ot, na przykład namolnie od dłuższego czasu pojawia mi się
na różnych stronach internetowych reklama serialu innego znanego i popularnego
reżysera – pani w biustonoszu czy w swego rodzaju gorsecie, która krzyczy z
dachu do męża w więzieniu (albo konkubina). Wiem, bo wcześniej natknąłem się na
cały fragment wideo tej sceny. Nie mogę się opędzić od tej reklamy. Nie
słyszałem, aby ów serial cieszył się aż tak ogromną popularnością, jak obecny film
o klerze. Prawdopodobnie byłoby inaczej, gdybyśmy my, katolicy, zauważyli tam
coś obrazoburczego.
Drugi komentarz pochodzi z wideobloga o. Adama Szustaka.
Tutaj trzeba zacząć oglądać od mniej więcej 6 minuty 59 sekundy, gdzie o.
Szustak mówi o samym filmie i swoich odczuciach. Zgadzam się z nim w zasadzie
tylko w jednym: wszelkie zakazy, jeśli chodzi o to „arcydzieło”, są pozbawione sensu.
Aczkolwiek z pewnością moja argumentacja będzie inna niż o. Szustaka – uważam
bowiem, że to tylko dodaje popularności reżyserowi. I jego filmowi.
Nie zgadzam się z o. Szustakiem co do jego zachwytów nad
pierwszym obrazem tego reżysera. Nie uważam go ani za arcydzieło, ani za film
nawet dobry. Nie ma tam ani krztyny prawdy o Polsce jako takiej. Można
oczywiście argumentować, tak jak robi to dominikanin w przypadku nowego wytworu głośnego reżysera, że takie sytuacje się
zdarzają, a więc jest to zachęta dla nas do nawrócenia. Można i tak. Ja nie
dostrzegam żadnej wartości w dziele (czy też dziełach), które nie widzi w
świecie żadnej iskierki dobra, a w każdym utytłane w błocie i cielesnych
wydzielinach bydło. Jeśli więc zdaniem dominikańskiego recenzenta ten film jest
gorszy od pierwszego „arcydzieła” reżysera, to w mojej skali porównawczej jest
to obraz, który sięgnął samego dna.
Podziwiam natomiast o. Adama Szustaka za jedno: że poszedł
na ten film w habicie. To jest prawdziwa odwaga, choćby nawet sam recenzent
traktował to z przekorą. Chyba niewielu zakonników czy księży by się na to
zdecydowało (choć mogę się mylić).
O Smarzowskim nie zamierzałem pisać, bo wszak każda krytyka
czy szum wokół jego nowego filmu to dodatkowa reklama – wiadomo, im więcej
mówią, tym lepiej – więcej widzów może pójdzie do kina. Jednak zmieniłem zdanie
i postanowiłem wtrącić swoje trzy grosze. Moja opinia raczej nie nagoni mu
publiki.
Przede wszystkim: nigdy nie lubiłem kina Smarzowskiego. To,
co obejrzałem, wystarczyło, bym poczuł do produkcji tego pana głęboką niechęć,
a wręcz odruch wymiotny. Wcale nie dlatego, że podejmuje tematy kontrowersyjne.
Smarzowski podejmuje tematy łatwe, takie, które będą przyjmowane przez krytykę
z zachwytem, a jemu będą nabijać kasę. To samo w gruncie rzeczy dotyczy filmu
Wołyń, choć na jego temat nie zamierzam się wypowiadać, bo należę do tych
wyjątkowych rarogów, którzy się nie skusili i filmu nie obejrzeli. Choć być
może gdybym miał mniej wrażliwą żonę, przełamałbym niechęć do wytworów pana
Smarzowskiego i poszedł do kina, by się przekonać.
Metoda autora Drogówki jest równie prosta, jak podejmowane
przez niego tematy: unurzać wszystko w błocie i wszelkich możliwych
wydzielinach cielesnych (stąd nie muszę iść na film Kler, by wiedzieć, jak on
wygląda – wystarczą zresztą „trailery”, by to potwierdzić). Jak przyciągnąć
uwagę? Zanurzyć krucyfiks w urynie – to się z pewnością sprzeda.
To nie jest nawet krzywe zwierciadło, to jest zwierciadło
całkowicie i diametralnie zniekształcające obraz świata. W filmach
Smarzowskiego nie zobaczycie prawdziwej Polski, zobaczycie tam tylko twór jego
chorej wyobraźni. Wcale nie zdziwiła mnie jego deklaracja, że jest ateistą.
Chyba tylko ateista może tak nienawidzić świata i swoich bliźnich, patrzeć na
wszystko z taką pogardą, widzieć we wszystkich brutalne, utytłane, wulgarne
zwierze. W jego filmach nie ma żadnej prawdy, bo też i o prawdę w tych filmach
nie chodzi. Artysta może wyolbrzymiać, może przesadzać, może zniekształcać, by
uwypuklić jakiś aspekt, ale – jak już napisałem wyżej – to nie jest przypadek
filmów Smarzowskiego.
Myślę, że najlepiej jego twórczość podsumował Jan Polkowski
w swoim tekście Wojciech i Wojtek, który można znaleźć w tomie Polska moja
miłość. Poniższe dwa passusy pewnie znakomicie będą pasować do najnowszej
produkcji autora Domu złego:
„Odnoszę wrażenie, że siła obserwacji [Smarzowskiego] opiera
się o zwykłe poczucie wyższości, pychę wyniesienia ponad z gruntu pogański
pseudokatolicki lud i jego cwanych, interesownych pasterzy lub jeszcze gorzej
niż cwanych – ksiądz w Drogówce jest przecież dodatkowo bywalcem burdeli. Ilu
takich księży zna Wojtek? Wojciech?
(...)
Na prowincji (...) nie widział prostych ludzi, którzy
przeszli z honorem przez codzienne plugawe poniżenie i najzwyklejszą nędzę
drugiej połowy XX wieku? Często ze wsparciem księdza, który nie rozbijał się
bryką, przekraczając przepisy, i nie szlajał po burdelach. Proponuję, żeby
przed wejściem do kinowej sali sprawdzać dokumenty i Polakom wydawać
obowiązkową setkę-wejściówkę, żeby mózgi widzów były kompatybilne z gnojowatym
Polakiem-cynikiem-alkholikiem”.
Nie sądzę, by w filmach Smarzowskiego zmieniło się coś tak
diametralnie, by ta diagnoza Polkowskiego (wraz z ironiczną propozycją) nie
była wciąż aktualna. Czytelników zachęcam do sięgnięcia po zbiór felietonów, z
którego te dwa fragmenty pochodzą – o dziwo wciąż jest dostępny do kupienia,
choć ta książka powinna zniknąć z półek księgarskich jak świeże bułeczki. No
tak, ale autor Drzew nie nurza wszystkiego w... Mniejsza o to, w czym. Zamiast
więc wydawać pieniądze na bilet do kina, kupcie tom Polkowskiego. Tam jest
spory kawałek prawdy o naszym świecie, także tej mniej przyjemnej.
Kontynuując wątek z poprzednich postów, może warto jeszcze
przytoczyć z książeczki Bocheńskiego fragmenty hasła o artyście:
(...) Jako taki artysta nie jest nauczycielem cnót,
przywódcą politycznym ani filozofem. Gdy się uważa za takiego i występuje jako autorytet
w tych dziedzinach, staje się intelektualistą. Przyznawanie mu tego autorytetu
jest pierwszym zabobonem dotyczącym artysty. Bo artysta, podobnie
jak literat i dziennikarz, jest specjalistą i autorytetem tylko w jego własnej
dziedzinie, którą jest sztuka, a nie w innych. Co prawda może się zdarzyć, że
artysta jest równocześnie np. politykiem albo filozofem – ale jako artysta
nim nie jest.
Szczególnie niebezpieczne jest przypisywanie mu prawa
występowania w roli nauczyciela moralności. Wypada sobie zdać sprawę, że i pod
tym względem artysta w niczym nie góruje nad innymi ludźmi, że nie jest
ani autorytetem moralnym, ani uprawnionym kaznodzieją etyki religijnej. Z tego,
że umie dobrze przedstawiać czyny ludzkie nie wynika, by posiadał ten
autorytet. Przeciwnie, artyści wygłaszali nieraz i darzyli zwykłych
ludzi niczym nie uzasadnioną pogardą. Można więc powiedzieć, że artysta
nadużywający swojego autorytetu w tej dziedzinie jest społecznie szczególnie
szkodliwy (podkreślenie moje).
Właśnie w ostatnim czasie mieliśmy przykłady takiej niczym
nie uzasadnionej pogardy do zwykłego człowieka, a media wciąż donoszą o
kolejnych „mądrych” wypowiedziach różnej maści intelektualistów. Z drugiej
strony równie absurdalne jest ekscytowanie się tym, że jakiś artysta, literat
czy aktor poparł „naszych” lub wyraził się pochlebnie o katolicyzmie czy o
Kościele. Szczególnie żałosne jest to w przypadku gwiazdek pop – ubóstwo
języka, wulgaryzmy, to w zasadzie norma, choć znani aktorzy, którzy może obcują
częściej niż zwykły człowiek z językiem Szekspira czy Mickiewicza, również nie
popisują się bogactwem języka (słynne wystąpienie de Niro o Trumpie – z
prężeniem muskuł i wulgaryzmem na „f” –to doskonały przykład takiego
kabotynizmu).
Bocheński zwraca uwagę na jeszcze jeden problem:
Inny zabobon dotyczący artysty to mniemanie, że
przysługują mu prawa, który nikt inny nie posiada. (...) Artysta nie ma
w rzeczywistości większych praw niż ktokolwiek inny – i kto mu takie prawa
przypisuje, popada w zabobon.
Wprawdzie J.M. Bocheński podaje jako przykład przypisywanie
sobie przez artystę prawa do zdobienia ściany domu właściciela bez jego aprobaty,
ale myślę, że zgodziłby się, iż dotyczy to również takich przypadków, jak
bronienie znanego reżysera przed wydaniem go wymiarowi sprawiedliwości w
związku z oskarżeniami o gwałt, czy przypisywaniu artyście prawa do szargania
świętości religijnych.
Popularność tych zabobonów Bocheński tłumaczy następująco:
Wartości artystyczne, które artysta zna lepiej niż inni i
umie wcielać w swoje dzieła, są bardzo wysokimi wartościami. Szacunek, jak dla
nich (słusznie) mamy, przenosimy na twórców dzieł sztuki, to jest na artystów.
Zdarza się wówczas, że otoczony szacunkiem artysta staje się prawdziwym
guru, bezwzględnym autorytetem we wszystkich dziedzinach. Dochodzi do tego tym
łatwiej, im bardziej inne autorytety – zwłaszcza moralne – są osłabione, jak to
się zdarza zwykle w okresach upadku społecznego.
(o. Józef Maria Bocheński, Sto zabobonów, Wola, bdw,
s. 18-19).
Wydaje mi się, że żyjemy w czasach, w których doszło do
jeszcze ciekawszej sytuacji i ewolucji autorytetu, której Bocheński chyba nie
przewidział. Otóż rolę autorytetu moralnego zaczęły sobie uzurpować wielkie
międzynarodowe korporacje, które posuwają się do tego, że np. cenzurują
wypowiedzi w serwisach internetowych, które udostępniają (przypadki Facebooka,
YouTube czy Twittera są już dobrze znane), albo urządzają wielkie kampanie
promowania postaw, które ich zdaniem są tolerancyjne i dobre. Ale to już temat
na inny wpis.
Oglądałem ostatnio z żoną przezabawną komedię „Men in
Black”. To jedna z lepszych komedii amerykańskich i jednocześnie jeden z
lepszych filmów science-fiction, choć z gatunku tych, gdzie nic nie jest serio
(por. kapitalny „Fifth Element”). Mimo że widziałem ten film już po raz trzeci
czy czwarty chyba, w dalszym ciągu dobrze się bawiłem.
W pewnym momencie jednak coś mi zgrzytnęło. Otóż „Men in
Black” nie prezentuje wulgarnego typu komediowego, tego, gdzie mamy bekanie,
popierdywanie i rzyganie oraz inne tego typu ekscesy, które mają trafiać w
gusta niewyrafinowanego, plebejskiego widza. Gdy trafiam na coś takiego, z
miejsca wyłączam. „Gargantua i Pantagruel” jest jedynym takim dziełem, które
jestem w stanie strawić, a te amerykańskie produkcje mu do pięt nie dorastają.
Mamy oto scenkę z uroczą panią patolog, która zachowuje się
dość dziwnie i dwuznacznie. I nagle następuje ten zgrzyt. „J” nie rozumie, o co
chodzi, jest zaskoczony tym, co wygląda na dość śmiałe... hm... zaloty i w
końcu mówi mniej więcej coś takiego: „Zgoda, ale ja jestem na górze, bo tylko
tak osiągam orgazm”. Zdębiałem i skrzywiłem się. Scenka miała podtekst
erotyczny, była zabawna, ale nic nie było wprost, a tu nagle nasz bohater wali
prosto z mostu.
Cały film jest taki, że można go spokojnie oglądać nawet z
dziećmi (choć nie wiem, czy potrafią zrozumieć pewne aluzje i inne żarciki), a
tu nagle: orgazm, spółkowanie i w ogóle robi się jakoś duszno. Coś, co po
prostu nie pasuje do stylu całej tej komedii, w której wulgarności nie ma. Ja
wiem, że poziom zaniżono już tak bardzo, że w tego typu filmach jest już mowa i
o waginach, o orgazmach i innych członkach, ale to nie ten typ, nie ten poziom.
Postanowiłem sprawdzić w oryginale, co nie było trudne, gdyż
w sieci można już znaleźć wiele (mimo coraz większej cenzury), jeśli nie prawie
wszystko. Ów fragment akurat był na YouTube. Okazało się, że w oryginale ta
cała dwuznaczność została zachowana. Trudno mi ocenić wprawdzie do końca, jak
odbiera to tzw. „native”, bo przecież angielski to nie mój pierwszy język, ale
chyba nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że amerykański rodzic w dalszym ciągu
mógłby oglądać ten fragment ze swoimi pociechami i nie rumienić się, że oto
pojawiają się jakieś sprośności. Wprawdzie nieco później ładna pani
patolog mówi coś o „seksualnej niezależności”, ale słowo „sexual” po pierwsze
można też przetłumaczyć jako „płciowy”, a po drugie w dalszym ciągu trudno to
uznać za jakąś sprośność.
Otóż w oryginale we wspomnianym wyżej fragmencie „J” mówi coś
takiego: „I gotta drive. It’s
not some „macho trip”, it’s just the way I get down”. Nawet ktoś, kto
nie zna dobrze angielskiego, od razu zorientuje się, że nie ma tu nic wprost i
że w dalszym ciągu mamy tu dwuznaczności, a nawet wieloznaczności, a więc
spójność stylistyczna zostaje zachowana. Oczywiście dla tłumacza jest to
wyzwanie, bo trzeba to teraz jakoś po polsku oddać, a przy okazji nie popsuć
stylu całej zabawy. Tymczasem tłumacz poszedł po najlżejszej linii oporu.
I od razu zaznaczę, że nie mam do tłumacza pretensji. W
końcu sam nie jestem zawodowym tłumaczem i tylko domyślam się, że ktoś taki
jest poddany presji czasu (widzowie czekają na premierę) i musi tekst oddać w
terminie. Jednak ktoś ten tekst sprawdza, ktoś go akceptuje i nie wierzę, by mu
tu nic nie zgrzytnęło. Chyba, że jest świntuch i takie grube żarty mu jak
najbardziej w smak.
Zacznijmy od tego, że trochę wcześniej agent mówi: do
dziewczyny: „Slow down, girl. You
ain’t gotta hit the gas like that”. Co można by przetłumaczyć mniej więcej
tak: „Zwolnij, dziewczyno. Nie musisz od razu wciskać gaz do dechy” (wszyscy
wiemy, że oczywiście nie chodzi o prowadzenie auta, ale o dziwne zachowanie
pani doktór). Idąc tym tropem i nawiązując do tej wypowiedzi, ów kontrowersyjny
fragment można by spolszczyć może po prostu tak: „Ale ja prowadzę. I nie chodzi
o to, że taki ze mnie znowu macho. Po prostu lubię, gdy dama dobrze się bawi”.
Nie jest to może dosłowne (co zresztą byłoby trudne, tym bardziej, że „get
down”, tak jak samo słowo „trip”, to idiom i może mieć różne znaczenia – a więc
mamy tu nawet wieloznaczność, a nie dwuznaczność), ale dwuznaczność zachowana i
wulgarności brak.
Oczywiście możliwości jest tutaj z pewnością więcej.
Zapisałem pierwszą z brzegu propozycję, która mi się nasunęła. Zawodowy tłumacz
zapewne jest w stanie podać ich więcej.
Hmm, ale skoro mi coś takiego przyszło do głowy w ciągu paru
sekund (w trakcie pisania), to dlaczego nie przyszło do głowy tłumaczowi tego
filmu? Świntuch jakiś, czy co? Może był zmęczony?
W Polsce o filmie „Luter i rewolucja protestancka” zawzięcie
milczano i milczy się w oficjalnych mediach katolickich, jeśli pominąć drobne
wyjątki. Tymczasem w Szwecji film... oficjalnie potępiono. Co ciekawe
najprawdopodobniej kurii w Sztokholmie udzielono „życzliwej” rady z Polski. Tak
więc w Polsce o filmie się milczy, mimo jego popularności i kolejnych seansów,
a w Szwecji potępia.
W Szwecji film był w marcu prezentowany na pięciu pokazach w
Sztokholmie, Malmoe, Goeteborgu. Uczestniczył w nich sam
reżyser. Jak się okazuje, katolicka diecezja sztokholmska wydała specjalny
komunikat na temat najnowszego dzieła Brauna zarzucając mu niesprawiedliwe
przedstawienie obrazu rewolty protestanckiej i szkodzenie dialogowi
ekumenicznemu. Z treści komunikatu wynika, że o rzekomej nierzetelności
dokumentu Grzegorza Brauna kuria dowiedziała się z Polski. O całej sprawie
pisze portal PCh24.pl.
Tymczasem osobiście zachęcam do obejrzenia filmu, nabywania
go, a także rozpowszechniania. Moim zdaniem dobrze by było, aby znalazł się
życzliwy sponsor, który zaopatrzyłby w kopie dokumentu o Lutrze lokalną szkołę,
młodzież lub księdza proboszcza. Chyba nie brak w Polsce katolickich
przedsiębiorców, biznesmenów lub ludzi majętnych, którzy nie mogliby
zasponsorować upowszechniania dobrych dzieł katolickich. O samym filmie pisałem
tutaj.
A co do ewentualnego dialogu z kimkolwiek, nie tylko z
protestantami, to trudno taki dialog toczyć bez oparcia się o solidny fundament
prawdy. O czym Kościół katolicki chyba powinien wiedzieć najlepiej.
Nie oglądam telewizji, nie jestem też jakimś namiętnym
kinomanem, ale nie umknęło mojej uwadze, że od jakiegoś czasu – od kilku,
kilkunastu lat? – dużą popularnością cieszą się różne opowieści o wampirach,
zombi, czyli generalnie – o żywych trupach.
Jeśli się nie mylę, dotyczy to zarówno literatury, jak i
kina, a także popularnych seriali, które oglądane są w postaci „sezonów”. Skąd
wysyp opowieści tego typu? Co się za tym kryje? Dlaczego historie o żywych
trupach są tak modne? Jakie lęki się w ten sposób uzewnętrzniają lub
fascynacje? Czy chodzi jedynie o strach przed jakąś globalną katastrofą? Czy w
ten sposób wyrażane są obawy przed terroryzmem? No bo przecież chyba nie realna
wiara w istnienie wampirów? Żyjemy wszak w epoce „rozumu”, w wieku
„oświecenia”!
Czytając kolejną książkę arcybiskupa Sheena, natknąłem się
na fragment, który wydaje się dawać odpowiedź:
Niektórzy ludzie, mimo że żywi na ciele, mogą być martwi na
duszy. Gdy umrą, zostaną poddani temu, co Pismo Święte nazywa „podwójną
śmiercią”; są oni martwi zarówno na ciele, jak i na duszy. Wyjaśnia to zdanie
wypowiedziane przez świętego Jana: „Nazywasz siebie żywym, lecz jesteś martwy”.
W dzisiejszych czasach istnieje być może więcej pozornie
żywych duchowych trupów chodzących po ulicach niż fizycznych trupów
spoczywających w grobach. Mogą one oddychać, jeść, myśleć, lecz są martwe wobec
prawdy wykraczającej ponad rozum i wobec miłości sięgającej poza grób. Jedynie
łaska Boga może być dla nich Zmartwychwstaniem i Życiem (Abp. Fulton J. Sheen, Wstęp
do religii, tłum. Izabella Parowicz).
Książka Sheena została opublikowana w roku 1946, a więc rok
po zakończeniu II wojny światowej. Chyba jednak arcybiskup nie miał na myśli
jedynie urazów i traumy wywołanych wojną, które spowodowały, że ludzie stali
się martwi wobec Prawdy. To, co pisze, brzmi zadziwiająco współcześnie.
Kościoły Europy pustoszeją, są zamieniane na puby lub korty tenisowe, prawa
Boże są wykpiwane, a na ulice wylegają monstra poubierane na czarno i w trupim
makijażu, domagając się prawa do krwi swoich dzieci.
Ale trupie truchła mogą się skrywać w pięknych strojach,
starannie dobranych makijażach, jeżdżąc najnowszymi autami i żyjąc w
komfortowych mieszkaniach czy domach. Te „pozornie żywe duchowe trupy” często
nie zdają sobie nawet z tego sprawy. Gdzieś przeczytałem wypowiedź jednego z
polskich księży, że diabeł nawet takich duchowych trupów już nie atakuje, bo i
tak są jego. Nie ma potrzeby. Na pozór wiodą piękne, wygodne życie, ale wokół
unosi się odór śmierci i rozkładu.
Co ciekawe, jeśli jakiś ksiądz otwarcie zacznie o tym mówić,
okazuje się, że jego wypowiedź jest „szokująca”, „bulwersująca” lub
„średniowieczna”. Zdaje się to zatem świadczyć o tym, że nawet duchowni są w
jakiś sposób skażeni, niechętni dotykać niewygodnego tematu. A przecież właśnie
do tej popkulturalnej mody powinni kapłani się odwoływać, by uświadomić nam,
wiernym, że często żyjemy jak owe „żywe trupy”, że butwiejemy od środka i
kryjemy się przed Światłością świata, wybierając mrok, towarzystwo i miejsca,
gdzie nawet nie zauważamy własnej zgnilizny.
Ponieważ nie jestem jakimś zapalonym kinomanem, niektóre
wartościowe filmy mnie mijają. Czasami trwa to latami, aż w którymś momencie
przychodzi ta właściwa chwila. Tak było z „Cienką czerwoną linią” Terrence’a
Malicka. Film ten już od dawna chciałem obejrzeć, w zasadzie odkąd zobaczyłem
gdzieś po raz pierwszy fragmenty tego filmu. I jakoś tak trwało to do tej pory.
Film mnie ujął do głębi, choć wcześniej po obejrzeniu
„Drzewa życia” zastanawiałem się, czy reżyser przypadkiem nie uprawia jakiejś
artystycznej hochsztaplerki, serwując nam piękne obrazy z sugestywną muzyką i
snutymi w tle nie do końca spójnymi rozważaniami bohatera/bohaterów.
Zastanawiałem się więc jednym słowem – czy nie jest to tylko pusta wydmuszka,
nad którą mają cmokać z zachwytem krytycy, niewiele z niej tak naprawdę
rozumiejąc i właśnie dlatego cmokając tym bardziej. Trochę zresztą przywodziło
mi to na myśl „Zwierciadło” Tarkowskiego, głównie przez swoją roztrzaskaną
kompozycję, jakby były to myśli przebiegające chaotycznie przez mózg
umierającego.
W „Cienkiej czerwonej linii” kompozycja jest jeszcze w miarę
spójna i na pozór jest to typowy film wojenny pokazujący okrucieństwo wojny,
ale to tylko chyba pozór. Nawet te kontrasty pomiędzy jatką wojenną a pięknem
przyrody (kapitalnie sfilmowanej) to nie jest nic nowego, choć nie wiem, czy
wcześniej w kinie było to tak przejmująco pokazane. Tak jak scena z tubylcem
mijającym żołnierzy, jakby był częścią tej otaczającej ich przyrody, obojętnym
jak ona i jak ona nie partycypującym w toczącym się dramacie, co najwyżej
stając się jego częścią przypadkowo, jak to pisklę z roztrzaskanego pociskiem
gniazda w jednej ze scen.
Wojna zresztą wydaje się tu być jakimś zadaniem do
wykonania, robotą, niemal jak każda inna, choć wymagającą dużo odwagi lub braku
wyobraźni i w której strach, rozedrgane emocje, lęk przed śmiercią odgrywają
niebagatelną rolę, taką jakiej z pewnością nie ogrywają w żadnym innym
zawodzie. W końcu, jeśli pominąć preludium z ziemskim rajem, film otwiera
sekwencja ze statkiem wiozącym żołnierzy do wykonania swojej roboty i statkiem
zabierającym ich z powrotem.
Jest ta jatka, owszem, ale chyba ważniejsze są dramaty
rozgrywające się w życiu poszczególnych bohaterów lub toczące się w ich
głowach. To pytania o sens życia, o Boga, o miłość, o relacje łączące z innymi
ludźmi, o to, czy wszystko kończy się tutaj, czy może to tylko takie preludium
do czegoś wspanialszego (tak jak preludium do tej rzezi był ten chwilowy i
ulotny ziemski raj z początku filmu). Tak głównie odbieram ten film i nie chce
mi się sprawdzać, co tam powypisywali krytycy w międzyczasie, w ciągu tych lat,
kiedy film jest dostępny do oglądania.
A faktem, że nie jest to typowy film wojenny, zdaje się być
dla mnie to, że najbardziej w „Cienkiej czerwonej linii”, oprócz śmierci
szeregowego Witta, wstrząsnęły mną tak naprawdę nie sekwencje wojenne, nie
fruwające kawałki ludzkiego mięsa czy realistycznie pokazane trupy, ale scena,
w której Jack Bell otrzymuje list od swojej żony. Osobisty dramat tego
dzielnego żołnierza był bardziej poruszający niż całe to wojenne piekło. Rana
zadana, cios wymierzony nie przez wroga, po którym można się spodziewać
wszystkiego, ale przez własną żonę, istotę, którą ten żołnierz kocha, za którą
tęskni, o której nieustannie myśli. Rana tym dotkliwsza, że niewidoczna,
ropiejąca i zatruwająca organizm być może przez lata. To, że takie okrucieństwo
potrafi wstrząsnąć widzem bardziej niż piekło wojny, wydaje mi się świadczyć o
mistrzostwie Malicka.
Tak mi się jakoś dzisiaj wieczorem przykro zrobiło. Czekając
na żonę w samochodzie, słuchałem mimo woli popularnej (chyba) audycji z muzyką
klasyczną. W którymś momencie pani prowadząca program, przedstawiając kolejny
utwór, powiedziała mniej więcej coś takiego: że jest to kompozycja do filmu o
„nazistowskim ataku na Polskę” (sic!).
No cóż... Gdyby to powiedziała prezenterka jakiejś
zachodniej audycji radiowej, może machnąłbym ręką, co najwyżej zastanawiając
się, czy łączy ona tych nazistów z jakąś określoną nacją i jaka jest w ogóle
jej świadomość historyczna. Ale żyję w kraju, gdzie pewnie jeszcze wielu moim
rówieśnikom, choć urodzili się już sporo lat po wojnie, język niemiecki (tak
jak rosyjski zresztą) kojarzy się z językiem okupanta, a nie tylko z wybitnymi
dziełami literatury światowej.
Może już niedługo usłyszymy w polskim radio muzykę do filmu
o nazistowskim ataku na Niemcy. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby w eleganckich
mundurach SS występowali w nim butni chłopcy o słowiańskich blond włosach i
niebieskich oczach, noszący bardzo swojsko brzmiące imiona, takie jak np.
Władek, Staszek i Janek.