Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mikroby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mikroby. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Z życia mikrobów XXX: O „niewiarygodnych kretynach” i wybitnych artystach


Roger Waters przyjechał do Polski, by robić demokrację wśród białych Murzynów Europy. Umieścił Jarosława Kaczyńskiego na liście neofaszystów i okrasił swoje występy hasłami na telebimie typu: „Konstytucja!”, „Set the media free” itp. Jestem ciekaw, czy pan Waters wie cokolwiek o polskiej konstytucji albo miał okazję przeczytać chociaż jej fragment w tłumaczeniu na angielski. Pomijam już takie totalne głupoty, jak hasło „Set the media free”. Pan Waters zapewne wystąpił w katakumbach, nikt o tym nie napisał i nikt tego nie pokazał, więc stąd ten „dzielny” slogan. Na dodatek okazuje się, że sam Waters jest... antysemitą, a wcześniej chwalił Putina. I to by chyba wystarczyło, jeśli chodzi o obcych celebrytów i użytecznych idiotów, którzy mają kiełbie we łbie i mogą sobie pogadać o konstytucji z panem Zdzisiem, który z menelami popija najtańsze wino na ławeczce... Przepraszam, chyba obraziłem pana Zdzisia.


No cóż... ale mamy jeszcze naszych lokalnych celebrytów, którzy z każdą wypowiedzią dowodzą jedynie, że w ogóle nie warto się przejmować tym, co mówią (o czym już pisałem parę razy), tylko potraktować ich jak małe dzieci powtarzające nieświadomie wulgaryzmy – czyli nie reagować, nie zwracać na nie uwagi, poczekać, aż im przejdzie, zapomną albo zaczną się domagać cukierka.


Pan Saramonowicz popisał się pogardą do rodaków w medium społecznościowym. Fragment jego jakże inteligentnej, błyskotliwej i ciętej jak brzytwa wypowiedzi: „Ludzie to niewiarygodni kretyni. Można im wcisnąć każde g...no, tylko należy głośno drzeć mordę, że to się robi dla ich dobra”. Oczywiście kretynem nie jest sam pan Saramonowicz, który przejrzał to wszystko, nie drze mordy i nie da sobie wcisnąć każdego „g...na”, a teraz ogłasza to wszem i wobec. On należy do elity. Tej samej elity, do której należy pan Hołdys i ta pani... jakże jej tam... Maggie czy Megan, która narzekała na „okrucieństwo, toksyczny gniew i intelektualną nieuczciwość na najwyższym poziomie”. Tylko czekać, aż pan Saramonowicz ogłosi wszem i wobec, że się wycofuje z mediów społecznościowych, bo to kloaka i szambo, a on jest zbyt wrażliwy i nieprzystosowany, by tkwić w tym bagnie.


Oj, przygrzewa słońce, przygrzewa! Dobrze, że chociaż poranki są już chłodniejsze.


piątek, 3 sierpnia 2018

Z życia mikrobów XXIX: „Ale wkoło jest wesoło...”, czyli Owsiak na prezydenta księżyca!


Już kiedyś pisałem na tym blogu, że niektórzy zdają się żyć w rzeczywistości alternatywnej albo wirtualnej. Upalne dni zdają się ostatnio sprzyjać utwierdzaniu się tych biednych obywateli w ich iluzji. Widać ich zwoje mózgowe nie wytrzymują żaru lejącego się z nieba.


Wygląda na to, że niektórzy z całą pewnością żyją w kraju, którym rządzi jakaś krwawa i bezwzględna junta. Więzienia pękają w szwach i już padają pomysły zamienienia „orlików” i stadionów w obozy koncentracyjne. Oto KOD urządził akcję „Wszystkich nas nie zamknięcie”. Z niepokojem wyjrzałem przez okno, by sprawdzić, czy nie stoi tam jakiś wóz pancerny lub inna „suka”. Na wszelki wypadek piszę to wszystko przy zasłoniętych żaluzjach i próbuję sobie gorączkowo przypomnieć nazwiska tych, których ostatnio wtrącono do zimnego lochu. Wszak trzeba je zapisać dla potomności. Jeśli Bruksela nie wkroczy w porę z jakąś zbrojną interwencją, słuch po nich może zaginąć. Chwilę temu śmiertelnie wystraszył mnie listonosz, który przyniósł pocztę. Myślałem, że to już po mnie idą.


Nie na darmo pani profesor od filozofii nawoływała w ulotkach drukowanych na powielaczu, które potem dzielni opozycjoniści rozrzucili po ulicach miast, by budować państwo podziemne! Ja już gromadzę papier na podziemne publikacje. Nie... zaraz... pomyliłem się. Ona to ogłosiła w mediach społecznościowych! Jeszcze jej nie odcięli dostępu do sieci. Pewnie nadaje przez satelitę z kryjówki w górach. Ale jeszcze trochę i gończe psy wytropią jej ślad i rzucą się do gardła.


Jednak i media społecznościowe nie są już bezpieczne. Tam też sięgają macki kaczystowskiego reżymu. Kolejni gwiazdorzy ogłaszają, że się z nich wycofują. Udają się na emigrację wewnętrzną lub schodzą do głębszego podziemia. Ostatnio swój zamiar opuszczenia twittera i Facebooka ogłosił nie kto inny, jak Hołdys. „Okrucieństwo, toksyczny gniew i intelektualna nieuczciwość są tu na najwyższym poziomie” – stwierdziła niejaka Maggie Habeman (cholera wie, kto to jest, ale z pewnością ktoś niezmiernie ważny). A Hołdys, który niegdyś nazwał Jarosława Kaczyńskiego „chu...em”, stwierdza, że ta pani mówi w jego imieniu, bo „to niszczące środowisko, niszczące także dla Polski, dla sztuki, dewastujące dobro międzyludzkie. Widać jestem nieprzystosowany”. Hołdys wie, co mówi – on, wrażliwy artysta z pewnością nie mógłby żyć w takim rynsztoku!


Zresztą sam artysta musiał ostatnio mylić trop i kluczyć, nim dotarł do TVN-u. Chyba komuś bardzo zależało na tym, aby muzyk nie bluzgnął miłością z telewizora, bo mało brakowało, a by nie zdążył na czas do studia. Wyobraźcie sobie! Nieznani sprawcy wyprzedzili go, a potem zwalniali, by nasz wybitny gwiazdor nie dojechał. Oni już mają go namierzonego! Nic dziwnego, że z rodziną porozumiewa się tylko zaszyfrowanymi wiadomościami! Z pewnością już słyszał: „Rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana...” Ale to się może wkrótce też skończyć. A kaczystowska junta już stawia zagłuszarki, które niedługo zablokują sygnał TVN i innych opozycyjnych stacji. Czas umieszczać głośniki i nadajniki na dachach.


Walka trwa! Jeszcze nie wszystko stracone! Sąd Najwyższy jeszcze się broni. Michnik i Szczerba jeszcze na wolności. Intelektualista Petru na pewno coś wymyśli! „Uwolnić słonia! Uwolnić słonia!” Owsiak na prezydenta księżyca!


piątek, 27 lipca 2018

Z życia mikrobów XXVIII: Lempart, a może lampart?


Przeglądając wiadomości z wczorajszych protestów przeciwko zmianom w sądownictwie odczuwałem na przemian rozbawienie i zdumienie. Rozbawienie – gdyż widziałem ludzi sfrustrowanych, którym brak argumentów i jedyne, na co ich stać, to wulgaryzmy i chamstwo. Zdumienie – gdyż gdyby to ktoś wymyślił i umieścił na przykład w filmie, uznałbym to za bardzo dalekie od rzeczywistości, a autora potraktowałbym jak wariata.


Oto młodzieńcy skaczą, skandują wulgarne hasła i krzyczą do potulnych jak baranki policjantów: „ZOMO!”. Domyślam się, że Gestapo z kolei kojarzy się im z eleganckimi mundurami i pejczami używanymi do sesji sado-maso.


Oto wulgarny stwór wrzeszczy na policjanta, który po prostu próbuje obok niego przejść w tłumie, że on (stwór) ma prawo tam stać.


Oto ktoś maluje wulgaryzmy na ulicy, a potem się dziwi, że policja próbuje go powstrzymać. Lepiej! Takiego wandala bronią posłowie opozycji!


Oto polityk oskarżony o korupcję bredzi coś o „antyeuropejskim” rządzie, który sądzi bohaterów z czasów komuny. Tak jakby bohaterstwo z dawnych czasów dawało już odwieczny immunitet i stawiało bohatera poza wszelkim prawem – być może mówca chciałby taki immunitet dla siebie samego.


No cóż, gdzie rozum śpi, tam ponoć rodzą się demony. Być może dlatego targają one ciałem córki znanej aktorki, co można zobaczyć tutaj (tylko trzymajcie się mocno krzeseł, by nie spaść). Egzorcysta faktycznie potrzebny od zaraz.


wtorek, 24 lipca 2018

Z życia mikrobów XXVII: Trzyzębny Kasprzak albo gorączka lipcowej nocy


Walka rewolucyjna się wzmaga. W ruch idą laleczki Voodoo, bagażniki, nazwiska policjantów i treść żołądkowa. Widać, że wybory coraz bliżej, a więc jeśli poleje się w końcu krew (najlepiej ze skutkiem śmiertelnym) to wszelkiej maści obrońcy demokracji będą przeszczęśliwi – może lud wreszcie „zmądrzeje”, będzie miał dość awantur i burd i znów zapanuje spokój nad Wisłą, a „demokratyczny” premier nowego „demokratycznego” rządu poprosi także o sto dni spokoju, warchołom zaś zagrozi, że ręce im poobcina. Opozycja w końcu może być jedynie „konstruktywna”.


Kiedy oglądam tę parodię... przepraszam – paradę osobliwości, zastanawiam się, kto za tym wszystkim stoi. Ot, komu na przykład przyszło na myśl wydobyć z niebytu takiego Pawła Kasprzaka?


Kto mieszka we Wrocławiu od dawna i jest już nie pierwszej wiosny, a zwłaszcza ten, kto studiował na Uniwersytecie im. Bolesława Bieruta, ten pamięta z drugiej połowy lat osiemdziesiątych dwóch słynnych zadymiarzy: Kubusia i Pawła Kasprzaka właśnie. „Kubuś” to ksywa Pawła Kocięby. Kasprzak chyba nie miał żadnej. Wyglądało to tak, że gdy mówiło się o jednym, to zazwyczaj na myśl przychodził i drugi. Razem się też trzymali, przychodzili na demonstracje, happeningi Pomarańczowej Alternatywy czy strajki i z grupką paru innych osób tworzyli coś, co bardzo kojarzyło się z jakąś lewacką komórką rewolucyjną. Pewnie w dzisiejszych czasach tworzyliby wśród studentów jakąś skrajnie rewolucyjną frakcję.


Nie wiem, co działo się z Kasprzakiem później. Nie kojarzę go z niczym. W każdym razie wielu chyba zdążyło o nim zapomnieć, a jeśli przychodził im na myśl, to jedynie, gdy ktoś wspominał dawne czasy, a i to niekoniecznie. I oto po latach nagle trójzębny Kasprzak wychynął z niebytu. Tak po prostu. Ci, którzy pamiętali go z lat osiemdziesiątych, pewnie z początku go nie rozpoznali nawet. Wszak na pierwszy rzut oka dużo się zmienił i jedynie nazwisko mogło zapalić jakąś ostrzegawczą lampkę w głowie: „Czyżby? Ależ tak! No przecież!”


A więc cuda się zdarzają. Wiódł sobie taki Kasprzak żywot człowieka poczciwego, lata biegły, nikt nic o nim nie wiedział, nikt nic o nim nie słyszał... Aż któregoś dnia nie zdzierżył, zacisnął pięść i... poszedł z tej wściekłości przeszkadzać ludziom w upamiętnianiu ofiar katastrofy smoleńskiej. Jakoś tak się złożyło, że pewnego gadżeciarza chyba nikt już wówczas nie traktował poważnie...


wtorek, 19 czerwca 2018

Z życia mikrobów XXVI: Dał młodzieży przykład Balcerowicz, jak zwyciężać mamy


Od czasu do czasu ojcowie założyciele III RP, która przyczyniła się do rozkwitu nowej, czerwonej arystokracji – jak ludzka huba żerującej na Polsce, raczą nas swoimi złotymi myślami, które płyną z ich ust, jak miód ze świeżego plastra. Gdyby nie oni, nie wiedzielibyśmy, gdzie jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. A zmierzamy obecnie do... dyktatury.


Tako przynajmniej rzecze Leszek Balcerowicz. I w tym przypadku jego słowa nie są jak miód, ale mają posmak piołunu. Bo też ojcowie założyciele, niczym starotestamentowi prorocy, nie tylko miłe rzeczy prawią, ale również niemiłe i niepopularne, które przeszywają duszę jak miecz obosieczny. Z ich marsowego czoła nie schodzi wówczas wyraz zatroskania i niepokoju o los naszej ludowej ojczyzny.


Tym razem Leszek Balcerowicz zatroskał się o młodzież polską, wyrażając przy tym szacunek dla młodzieży rosyjskiej, która „odważnie staje przeciwko dyktaturze Władimira Putina”. Polska młodzież powinna spuścić oczy ze wstydu, a najlepiej zapaść się pod ziemię. Ojciec założyciel jest bowiem rozczarowany jej postawą: „Muszę przyznać, że z jakimś niesmakiem patrzę na zachowanie młodego pokolenia Polaków” – rzecze profesor i marmurową, a może spiżową dłonią poprawia okulary na nosie.


Powodów może być kilka, a nawet trzy tego niesmaku. A tym trzecim jest to, że polska młodzież, która tak bardzo rozczarowała profesora, nie odróżnia „dyktatury, czy zmierzania do dyktatury, od demokracji, państwa prawa”.


Ojciec założyciel, Leszek Balcerowicz, wie, co mówi. W końcu sam należał do nonkonformistycznej młodzieży w czasach PRL-u. On wówczas potrafił odróżnić „dyktaturę proletariatu” od demokracji, a nawet prawdziwą „demokrację ludową” od fałszywej demokracji burżuazyjnej, która oznaczała ucisk i wyzysk klasy pracującej miast i wsi. I dlatego, jeśli wierzyć Wikipedii, jako młody człowiek, bo w wieku 22 lat, wstąpił do partii komunistycznej, której członkiem był od roku 1969 do 1981.


To zapewne ten „nonkonformizm”, praktykowany w najbardziej nonkonformistycznej organizacji tamtych czasów, i świadomość, czym jest demokracja, a czym dyktatura, umożliwiły towarzyszowi Balcerowiczowi studia w Nowym Yorku w latach siedemdziesiątych. Wskażcie mi bowiem takiego młodego idiotę (albo „złodzieja”, jak powiada złotousta kramarka III RP, a obecnie pani komisarz ludowa w eurokołchozie), który mógłby wówczas, w czasach PRL-u, studiować w Stanach, nie potrafiąc jednocześnie dokonać tak oczywistej dystynkcji pomiędzy „demokracją” a „dyktaturą” i wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


Wstyd, polska młodzieży, wstyd! Poprawcie się, bo ojciec założyciel znowu plunie jadem!


środa, 16 maja 2018

Z życia mikrobów XXV – „Drobniejszy płaz”, co żadnego wstydu nie ma


Wyobraźcie sobie, Drodzy Państwo, że oto mamy taką sytuację z alternatywnej rzeczywistości: były nazista, który przesłużył w partii hitlerowskiej około ćwierć wieku i opuścił ją dopiero wówczas, gdy III Rzesza runęła, poucza młodego dziennikarza, że byłby znakomitym propagandzistą w czasach, gdy władzę w Niemczech sprawował Hitler. „No ale ma fart, trafił mu się PiS, bo inaczej klepałby biedę”.

Przepraszam, to nie alternatywna rzeczywistość. To nasza rzeczywistość. Różnica jest tylko taka, że nie chodzi o NSDAP, ale o PZPR. Takie są skutki nierozliczenia byłej komunistycznej nomenklatury i zakazu piastowania wysokich stanowisk państwowych przez ten mikroelement. Oni nie mają żadnego wstydu i żadnego charakteru. A przy okazji całkiem dobrze im się żyje.

wtorek, 15 maja 2018

Z życia mikrobów XXIV – Wily Richard


Okazuje się, że jedna z najnowocześniejszych partii nowożytnej Europy chyba jednak długo już nie pociągnie. A przynajmniej nie dłużej niż do najbliższych wyborów. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że podatnik ze swojej kieszeni dalej będzie musiał finansować ten kabaret, a w zasadzie aktorów tego kabaretu. Bo sam kabaret pewnie wcześniej lub później opieczętuje komornik.

I w tym sęk. A w zasadzie „geniusz” – jak stwierdził lider partii swojego imienia, komentując najnowszy cyrk w najnowocześniejszej partii nowożytnej Europy. Po spektakularnych odejściach dwóch pań, z których jedna „piero...ła drzwiami”, dołączył do nich w ucieczce z tonącego okrętu jeszcze były lider kabaretu – Wily Richard. I to on jest ten „geniusz”. Teraz może sobie spokojnie żyć z diety poselskiej i kombinować, co tu dalej zmalować (jego największe życiowe osiągnięcie to jak na razie zdemolowanie dwóch małżeństw i seria skeczów). Bo przecież długów założonego przez siebie kabaretu płacić nie będzie.

„Jak chcą, to niech spłacają” – uśmiechnął się słodko, gdy już sprawdził, czy szczęka mu prawidłowo chodzi, a język wyrazi to, co pomyśli głowa.

czwartek, 10 maja 2018

Z życia mikrobów XXIII – Kramarki, kabotyni i inne przykłady „drobniejszego płazu”


Polska kramarka bluzga w europarlamencie. Ale i tu, w naszej Polszcze, też nie brak mikroelementu na wysokich urzędach.


Partyjka, którą wypromowali banksterzy albo inni sponsorzy nieżyczliwi naszej Ojczyźnie, zdaje się sypać. I pewnie trochę to jeszcze potrwa, nim macherzy zakulisowych rozgrywek nie wyciągną z kapelusza jakiegoś innego królika. Chyba będzie im nieco trudno, bo i tym razem już musieli mieć pod górkę i nie bardzo z czego wybierać, skoro złożyli taki kabaret, który co rusz wzbudza salwy śmiechu w gawiedzi. „Polski Kennedy” okazał się lepszym komikiem od Jasia Fasoli. Ale jego partyjni koledzy i koleżanki są nie gorsi, a wręcz zdają się prześcigać, kto da lepszy popis.


Tym razem towarzystwo się pokłóciło. Jedna z „wybitniejszych” polityczek tego cyrku opuściła „partię”, zaraz za nią poszła druga. Już nie pamiętam, czy to „Asia”, a może „Basia” „pierdo...ła drzwiami”, a to dlatego, że Piotrek lub inny Krzysiek próbowali być „brutalni” – no bo „taka jest brutalna polityka” – i odmówili jej występów na ich własnej, wewnętrznej kabaretowej scenie. Cóż się zatem dziwić, że ta błyskotliwa „dama” bluzgnęła, prawda?


Ale to w sumie amatorzy. Inny, profesjonalista w aktorskim zawodzie, który co jakiś czas się popisuje kabotyńskimi komentarzami, choć lepiej by było, aby milczał i tylko grał, bo to mu najlepiej wychodzi, biadoli, że młodzież głosuje „za systemem bolszewickim”. No i dusi się biedaczyna w naszym kraju.


Może niech pójdzie i zapali znicz na grobie czerwonoarmisty albo gen. Jaruzelskiego (dla którego święty przecież odprawiłby Mszę) albo przytuli się do Putina (który z pewnością zrobi to samo w odwecie szczerze, nie grając), a nuż mu te czarne myśli wyparują i przypomni sobie jakąś wesołą rosyjską czastuszkę? A wówczas może i hołubca albo kazaczoka zaraz wywinie, a i flaszeczkę czegoś mocniejszego obali i humor od razu się poprawi!



środa, 9 maja 2018

Z życia mikrobów XXII – Kramarka w Europarlamencie


Pamiętam, jak za rządów premiera Leszka Millera podniosła się w pewnym momencie wrzawa w mediach z powodu jakiejś nominacji na urząd państwowy. Kandydat albo był zamieszany w działalność komunistycznych służb specjalnych, albo był kapusiem, a może po prostu prokuratorem, który wydawał wyroki wiezienia na działaczy solidarnościowych. Nie chce mi się teraz sprawdzać. Mniejsza w tym momencie o to. Ważne, że wszyscy się oburzali.


Mój znajomy Amerykanin, który zresztą świetnie mówił po polsku, kiedy mu o tym wówczas coś mówiłem, popatrzył na mnie i powiedział coś takiego: „Zaraz, ale dlaczego nikt się nie oburza, że Leszek Miller, były członek partii komunistycznej, w ogóle jest premierem?”


Wczoraj media obiegła wiadomość, że pewna pani o mentalności kramarki z podłego stoiska z warzywami, nie orientując się, że mikrofon jest włączony, siarczyście zaklęła w parlamencie eurokołchozu. Oczywiście była kupa śmiechu, komentarze w mediach i na twitterze oraz innych fejsbukach. Pośmiano się też z angielskiego tej pani (co akurat uważam za nieco głupie, bo podejrzewam, że przynajmniej połowa tych kpiarzy sama nie włada językiem Szekspira).


Pani ta swego czasu zasłynęła wypowiedzią, że tylko idiota albo złodziej może zarabiać 6000 zł. I co? I nic. Ta pani jest jakimś tam komisarzem ludowym gnijącego Starego Kontynentu. I jakoś nikt nie pyta, jak to możliwe, że osoba płci pięknej (ponoć) posługująca się takim knajackim językiem w ogóle tam jest.


Może po prostu nikt tej instytucji nie traktuje poważnie? Bo chyba, gdyby było inaczej, to nikt nie pozwoliłby, aby takie indywiduum reprezentowało Polskę w owych instytucjach, zarabiając przy tym niezłą kasę z kieszeni tego „idioty” podatnika, który nawet tych głupich sześciu tysięcy nie jest w stanie wyciągnąć na miesiąc, prawda?



poniedziałek, 29 października 2012

Z życia mikrobów XXI - Historyk, a może histeryk albo zwykły łgarz

Kłamią polscy dziennikarze i komentatorzy życia publicznego. Kłamią polscy politycy. Dlaczego jednak kłamie – mówiąc o polskich sprawach – pewien brytyjski historyk, a może histeryk? Jaki ma w tym interes? Oto, wymyślił sobie początek filmu „Mgła”, początek, który w filmie nie istnieje. I ponoć pokazywał go w Oxfordzie. Sam go sobie nakręcił?

Nakręcił, pokręcił czy po prostu wrednie kręci licząc na to, że i tak większość czytelników nie wie, nie sprawdzi, nie obejrzy, a uwierzy mu na słowo honoru? Ale co to za honor? I czy warto wierzyć w inne jego historie o dawnych dziejach, skoro o tym, co teraz, nie potrafi powiedzieć uczciwie kilku słów prawdy?

niedziela, 2 października 2011

Z życia mikrobów XX - Skrajnie złoty środek

Zupełnie przypadkiem obejrzałem sobie w telewizji fragment pewnego „szołu” z okazji wręczenia pewnej znanej nagrody literackiej. Moje zetknięcia z telewizją są jak najbardziej przypadkowe, gdyż – co część czytelników tego bloga już wie – owego niezbędnego sprzętu nie posiadam i raczej do tej pory nic mnie nie przekonało, by ów cudowny obiekt pożądania wielu nabyć. W końcu nie uśmiecha mi się płacenie abonamentu na np. gościnne występy w roli eksperta muzycznego wyznawcy szatana. Niech idzie do diabła. Nie wiem też, czy chciałbym łożyć swoją krwawicę na nadawanie w telewizji publicznej relacji na żywo z podobnych imprez, jak wspomniana na początku uroczystość.

Mniejsza o to. Wrócimy do literatury. Otóż, usłyszałem w trakcie oglądanego programu wypowiedź jednego z poprzednich laureatów owej literackiej nagrody. Dowiedziałem się z niej, że jego krytycy to z jednej strony „niedouczeni” katoprawicowy, a z drugiej młodzi lewicowcy, którzy odreagowują w ten sposób stres z dzieciństwa, gdy musieli służyć do mszy jako ministranci. A niewątpliwie nie służyli dobrowolnie, tylko ich do tego zmuszano.

Podbudowany taką zjadliwą egzegezą krytycznych tekstów o twórczości owego pisarza przez samego pisarza dokonaną, zacząłem się na nowo zastanawiać, czy aby na pewno powinienem za czytanie jego wiekopomnego dzieła się zabierać. Tak się składa, że chwilę wcześniej nieopatrznie wolę lektury nagrodzonej książki wyraziłem. Chciałem albowiem przekonać się osobiście, czy faktycznie doceniona przez szacowne jury twórczość wiekopomna jest i na wieniec laurowy zasługuje. O słodka naiwności! Nierozważnie mógłbym narazić się na ostre jak bicz słowa wielkiego artysty pióra i okazać się niedouczonym katoprawicowym oszołomem. Albo nawet zostać zaliczonym do tej drugiej grupy, bom przecież ministrantem był i do mszy służył. Choć do tej pory jakoś nie miałem poczucia szczególnej traumy z tym związanej i nie przypominam sobie, by mnie ktoś nahajką do kościoła gonił. A i z lewicą nigdy mi nie było po drodze. Ale kto wie?

Postanowiłem zatem przed lekturą najpierw uzupełnić braki swojej wiedzy i umówiłem się na wizytę do psychiatry, by się przekonać, czy aby bycie ministrantem w dzieciństwie nie pozostawiło w mojej psychice jakichś trwałych, acz nieuświadomionych, urazów. W moim postanowieniu utwierdziły mnie słowa prezenterki telewizyjnej, która podsumowała wypowiedź wybitnego twórcy stwierdzeniem, że skoro nie prawica ani nie lewica, to pozostaje złoty środek.


– Skrajnie złoty środek – wtrącił filozoficznie Kłapouchy, przeżuwając oset.


A po chwili dłuższego milczenia dodał:


– Ale ja tam się nie znam. Jestem niedouczonym malkontentem przecież.


Na szczęście na horyzoncie Prosiaczka nie było.


– Hmm... – drzucił znowu osiołek po kolejnej i znacznie dłuższej chwili zadumy – jednak ministrantem nigdy nie byłem. – Po czym spojrzał z niepokojem na złowieszczo pogodne niebo.

piątek, 29 lipca 2011

Z życia mikrobów XIX – Dorzynanie watahy, czyli czy czas zacząć się bać

Odwiedzając obce strony pewien minister spraw zagranicznych (Foreign Affairs Minister – jak go nazywają w jego mrocznym kraju) powiedział, że w jego ojczyźnie nie brak podobnych do norweskiego szaleńców, którzy gotowi są sięgnąć po broń (co swoją drogą było niezłą reklamą turystyczną). Ów arbiter elegantiarum, sypiący co rusz zgrabnymi bon motami, zasłynął niegdyś stwierdzeniem, że czas dorżnąć watahę, a miał na myśli swoją byłą partię, z której przezornie przeszedł do okopów przeciwnika, a niedoszłego sojusznika (jeśli dla czytelnika to nieco skomplikowane, proszę się nie martwić – ja też niewiele z tego pojmuję, tym bardziej, że potrójny rym utrudnia mi skupienie się na treści).

Mój przyjaciel, a mieszkaniec owej posępnej krainy (zlokalizowanej, jak się zdaje na północy, ale kiepski jestem z geografii), wspomniał, że w partii owego ministra (tzn. tej nowej, nie tej starej), takie „miłosierdzie” wobec przeciwnika, to normalna praktyka (i znów wiersz lub poemat się z tego kroi!). Otóż, niejaki John Catburner (ponoć niezły sukinkot) zasugerował, że wybierze się na polowanie, zastrzeli lidera opozycyjnej partii, wypatroszy go, a skórą ozdobi sobie ścianę nad biurkiem czy może podłogę przed kominkiem (tutaj nie pomnę, bo w tym czasie wino kapnęło mi na spodnie i nie słuchałem zbyt uważnie).

Opowiadając o tym, mój przyjaciel się zasępił i powiedział, że nie trzeba było długo czekać, a inny partyjny kolega ministra, a raczej były kolega, bo już nie należał (ostrzegałem, że sam się w tym gubię) zastrzelił jednego członka opozycji, a potem poderżnął gardło drugiemu (co ponoć stało się przedmiotem kpinek pewnych dziennikarzy, dla których to było tylko drobne skaleczenie. No, co najwyżej chirurgiczne nacięcie!). Ten jak najbardziej poczytalny zamachowiec (czego dowiodły badania) miał zresztą szeroko zakrojone plany, ale mu się nie udało wcielić ich w życie.

Słuchałem mojego przyjaciela, a jego opowieść była tak mroczna, że rzadki włos na głowie mi się jeżył i zrobiło się jakoś tak duszno i straszno, że miałem ochotę wyjść na papierosa, chociaż nie palę. Tyle tego było, że na wołowej skórze by nie spisać. Jak przez mroczne opary tytoniowego dymu tylko przypominam sobie, że wybitni, a przy tym subtelni i wyrafinowani intelektualiści i autorytety moralne nazywają tam wyborców opozycyjnej partii bydłem i chwastem, a poetów się sądzi za ich niewyparzony język (na co według innego błyskotliwego felietonisty i trefnisia, autora pozbawionych epitetów i żółci artykułów, ponoć sobie w pełni zasługują, skoro miotają obelgi).

Ponieważ dwie butelki po winie były już puste, a historia długa, zawiła i ciemna, miałem solidnie dosyć. Na szczęście mój przyjaciel kończył. Zapytał tylko jeszcze, czy nie byłoby bezpieczniej, gdyby przeniósł się do mojego kraju, bo wypowiedź ministra zabrzmiała jak obietnica (choć chyba adekwatniejszym słowem byłoby: „groźba”). Bez chwili zastanowienia wypaliłem:

- Jasne, stary. Nawet się nie namyślaj, u nas przecież panuje polityka miłości.

Mój stary druh nic już nie odpowiedział, bo po moich pokrzepiających słowach pogrążył się w objęcia Morfeusza, w które i ja następnie zapadłem, jak kamień w wodę.

czwartek, 5 maja 2011

Z życia mikrobów XVIII – Troska Namiestnika

Specjalista od ślepych snajperów i mistrz ortografii w jednym pouczył ostatnio lud pracujący miast i wsi, jak „ojczyznę trzeba kochać i szanować”. Z ojcowską troską pochylił się nad tymi, którzy nie potrafią „nie deptać flagi i nie pluć na godło”. I nie zapomniał wspomnieć coś o krzyżu, wokół którego rozpętał w zeszłym roku niezłą zadymę.

- Bul, bul – odparł Kłapouchy zanurzając łebek w rzece. Zapewne ze wstydu, bo wciąż miał żywo w pamięci głęboki respekt pana hrabiego dla tragicznie zmarłego poprzednika i jego urzędu.

wtorek, 25 maja 2010

Z życia mikrobów XVII – Sowa Przemądrzała, a może Sów

Za górami, za lasami w pewnym kraju, w którym mnie nie ma i w którym nie bywam, a więc wszystko, co o nim piszę to pewnie plotki i bzdury wyssane z palca, mieszka sobie pewna Sowa Przemądrzała... A właściwie to „pewny” i nie „Przemądrzała”, tylko „Przemądrzały”. Bo to on jest i na dodatek ksiądz, a nie żadna księżniczka.

Otóż ów Sowa Przemądrzały odkrył wygodną formułę bywania w mediach publicznych. Wygodną dla siebie, trzeba dodać, bo innemu przysporzyłoby to od groma trudności i pewnie wielkiego bólu głowy. A więc ów Sów, tzn. ów Sowa odkrył, że jest go dwóch: jest ksiądz Sowa Przemądrzały i jest... nie, nie zgadłeś, Drogi Czytelniku, nie żadna księżniczka, tylko... obywatel Sowa Przemądrzały.

Nawet nie wiesz, jakie to genialne w swojej prostocie! Dajmy na to, kilku księży profesorów poparło w zbliżających się w owym kraju wyborach prezydenckich kandydata opozycji. Ksiądz Sowa Przemądrzały potępił ich w czambuł, bo któryś z duchownych powiedział, że tu chodzi o „większą wartość” i dlatego ten duchowny się miesza do polityki.

- „A ja pytam o jaką większą wartość” – ironizuje nasz genialny wynalazca albo może odkrywca. I zaraz odzywa się obywatel Sowa Przemądrzały:

- „Być może tym się różnimy, bo ja oddam głos na całkiem innego kandydata” – Wielkiego Marszałka Wybitnego.

I na wszelki wypadek dodaje, by się komuś nie pomyliło, kto mówi i co:

- „To jest decyzja obywatela” Sowy Przemądrzałego.

Jeśli, Drogi Czytelniku, masz już mały mętlik w głowie, to się nie przejmuj. Nie tylko Ty. Rozwiązanie bowiem genialne w prostocie, ale konsekwencje już tak jakby prostsze mniej. No bo, zastanówmy się tylko: Jeśli ten ksiądz albo może obywatel Sowa Przemądrzały występuje w telewizji, a ponoć występuje, to jak oni pokazują, że to mówi właśnie ksiądz, a nie obywatel i odwrotnie? Na dole ekranu pojawia się napis: „UWAGA! MÓWI KSIĄDZ!!”? A po chwili: „UWAGA! TERAZ MÓWI OBYWATEL SOWA PRZEMĄDRZAŁY!!”? A może kiedy go pokazują z lewej (nomen omen) strony to jest to obywatel, a kiedy z prawej (też nomen omen) to jest to ksiądz?

I jak obywatel Sowa Przemądrzały się zapatruje na to, że jego kandydat jest na bakier z nauką moralną Kościoła? Czy obywatel Sowa Przemądrzały ma na ten temat inny pogląd niż ksiądz Sowa Przemądrzały? A jeśli tak, to jak to godzą ze sobą? Nie godzą? Toczą spory? Czy tak wygląda typowy dialog między obywatelem a plebanem:

- Słuchaj, Kazek, musisz w swoim wyborze kandydata kierować się nauką moralną Kościoła. Nie możesz głosować na kogoś, kto popiera in vitro.

- Z całym szacunkiem, wielebny, ale nie żyjemy w średniowieczu. Tysiące matek czeka na dziecko, a nie może zajść w ciążę.

- Mogą zaadoptować dzieci, które straciły rodziców lub żyją w domu dziecka.

- Nie bądź śmieszny! One chcą mieć SWOJE dziecko!

- Wiesz, ja się nie chcę mieszać do polityki, ale...

- To się nie mieszaj! Wy, klechy, zawsze się wtryniacie tam, gdzie nie trzeba!

Epilog I

No, cóż... psychiatria ma na takie zjawisko swoją nazwę. Nie wiem tylko, czy Sowa Przemądrzały zdaje sobie z tego sprawę? Może jest już nawet za późno? I niestety nic się już nie da zrobić, tylko łagodnie uśmiechać i przytakiwać?

Epilog II

Jaki niemądry ten ksiądz Rydzyk, prawda? Wystarczyłoby, aby zastosował chwyt księdza (a może obywatela) Sowy Przemądrzałego i... mucha nie siada! Ksiądz Rydzyk mógłby powiedzieć, że ma odmienne poglądy od obywatela Rydzyka i nawet bliżej mu po drodze z księdzem Sową Przemądrzałym. A obywatel Rydzyk mógłby stanowczo odciąć się od wszelkiej działalności duszpasterskiej ojca dyrektora i... Chyba się pogubiłem... Wybaczą Państwo, ale udam się na spoczynek.

piątek, 14 maja 2010

Z życia mikrobów XVI – Łapki chomika, czyli koniec okresu ochronnego

Najpierw Wielki Marszałek Wybitny i Premier Prymus spotkali się z Arcychamem Rzeczypospolitej. Spotkanie było tajne, ale i tak wścibscy dziennikarze bulwarówek skądś dostali cynk i fotografie ukazały się w prasie.

- Dobra – powiedział Premier Prymus – spuszczamy. Ściągaj, Bronek.

- Nie ugryzie? – zaniepokoił się Wielki Marszałek Wybitny.

- Nas? Nie, no co ty! – odparł Premier Prymus.

- Na pewno?

- Uważać zawsze trzeba, ale jak go nie będziesz drażnił... Nie powinien kąsać pańskiej ręki. A poza tym, co ci pozostało? Wpadka za wpadką. A Entomolog nie da rady wszystkiego obrobić.

- Hmm... – kandydat nieco posmutniał.

- Nie przejmuj się, Bronek! Będzie dobrze. Sondaże są za tobą. Wielkie autorytety są za tobą. Poza tym czas kończyć okres ochronny.

- OK – Wielki Marszałek Wybitny niepewnie ściągnął kaganiec.

Arcycham Rzeczpospolitej kłapnął paszczęką z widoczną rozkoszą. Kandydat odruchowo się cofnął.

- Nie bój się. Daj mu cukierka i pogłaszcz.

Wielki Marszałek Wybitny drżącą ręką podał cukierka, którego zaraz upuścił. Arcycham chwycił łakoć w locie i pożarł z papierkiem. Oblizał się.

- Oj, Bronek, Bronek! – Premier Prymus podrapał Arcychama za uszkiem, pogłaskał po kudłatym łbie. – No, pogłaszcz go albo chociaż poklep, bo się jeszcze obrazi i nic z tego nie będzie.

Kandydat nieco trwożnie poklepał bestię delikatnymi pacnięciami, ale zaraz cofnął dłoń.

- Spuszczamy – Premier Prymus odpiął smycz i otworzył drzwi.

Bestia chwilę się zawahała. Popatrzyła to na Premiera Prymusa, to na Wielkiego Marszałka Wybitnego.

- No, już możesz! A biegnij, a kąsaj!

Hiena radośnie zamerdała ogonkiem i wybiegła na ulicę.

Nie trzeba było długo czekać. Wkrótce znowu było o niej głośno.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Z życia mikrobów XV - Kuba Gminny lub inny Figurancki

To, że jakiś Kuba Powiatowy lub Gminny szydzi sobie ze zmarłych, kpi z człowieka opłakującego śmierć brata, bratowej i przyjaciół, nie dziwi mnie wcale. Wszak „elyta” i inne hieny cmentarne z mediów dały mu sygnał jeszcze w trakcie żałoby narodowej, że można. Można? A więc hulaj dusza! Diabła nie ma.

No, cóż. W końcu taki Kuba Gminny czy inny Figurancki bez ludzi, którym nawet sznurówek nie są godni zawiązać, nie istnieliby wcale. Dotyczy to też paru polityków, którzy pienią się na samo wspomnienie Brata Zmarłego. Kto by ich zauważył? Nawet mikroskop by nie pomógł. Z czego by żyli? Miejmy dla nich odrobinę wyrozumiałości. Też muszą jakoś zarobić na chleb.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Z życia mikrobów XIV - „Nie szantażujcie mnie tą trumną”, czyli narodu „elyta” zębami zgrzyta.

Z wyjątkiem paru zdjęć i jednego tekstu, nie zabierałem głosu, choć krew się we mnie gotowała. Chciałem zachować powagę chwili, uszanować pamięć tych, którzy odeszli. Czasami w chwilach żałoby lepiej milczeć niż silić się na to, by powiedzieć coś mądrego lub zwłaszcza coś niemiłego.

Kiedy były redaktor naczelny pewnej gazety zamieścił wzruszające wideo (piszę to bez ironii), w którym mówił o swoich spacerach z Prezydentem, gdy ten jeszcze Prezydentem nie był, i zastanawiał się na rachunkiem sumienia, nad rachunkiem swoich przewin wobec niego, pomyślałem sobie, że tym razem będzie inaczej, że zwierzęta przemówią ludzkim głosem i może choć przez ten tydzień zapanuje atmosfera powagi, szacunku wobec zmarłych w tak tragicznych okolicznościach, a ci, którzy dawniej szczekali i wyli, uronią choć jedną szczerą łzę.

Ale bardzo szybko się okazało, że się mylę. Przeglądając serwisy informacyjne, szukając wiadomości o katastrofie, oczywiście zaglądałem na stronę tej gazety. I oto już wkrótce mieliśmy bardzo klarowny, choć podany w delikatnej formie przekaz, w którym niekiedy wprost, a niekiedy między linijkami mogliśmy wyczytać co następuje: otóż ten stary nienawistnik, Brat Prezydenta, nie potrafi wyjść poza swoją niechęć i wyciągnąć dłoni do szczerze współczujących mu premierów dwóch bratnich narodów. Wprawdzie ma do tego prawo, ale...

Prymus i Łobuz od historii bowiem stali się nagle dobrymi kumplami. Chłopaki zadzwonili do Brata Prezydenta, że na miejsce katastrofy nie jadą bez niego, że zaczekają. No, cóż... Na nic te starania, Brat Prezydenta postanowił pojechać sam. Nawet po przyjeździe nie raczył pójść, żeby się przywitać. Ach! Co za czarna niewdzięczność! Aczkolwiek ma w tak ciężkich chwilach prawo tak się zachować, jednakże z drugiej strony...

Tymczasem Prymus bez chwili wahania, nieomylnie rozpoznał trumnę Prezydenta i do niej podszedł. No tak, nawet w tak tragicznych okolicznościach potrafił zachować się wzorowo. Wszyscy też mieliśmy okazję oglądać, jak Łobuz od historii przytula go do serca, by go pocieszyć. Prymus przecież pała miłością do wszystkich, nawet do Łobuza od historii, który jak trzeba to da fangę w nos i kopnie w nery albo walnie głową o ścianę. Nie są to może miłe cechy, ale w końcu milsze niż taka zapiekła nienawiść i niepohamowana ambicja, jak w przypadku Brata Prezydenta. Wszak Łobuz od historii przytulający Prymusa – i to NASZEGO Prymusa! – albo wypuszczający z rąk białego gołąbka pokoju budzi czułość i wzruszenie!

To wszystko nawet nie było stworzone rękami dziennikarzy tej gazety. Jakoś tak się stało, że dziennikarz bratniego narodu im to podsunął.

Potem już było tylko gorzej. Kiedy bowiem odezwała się na łamach tego dziennika pewna stara Wesz, obrońca tow. Donosiciela i Zdrajcy w jednym, która akurat w tych okolicznościach powinna siedzieć cicho, wiedziałem, że teraz to już nie może być dobrze. I nie było. Uaktywniła się „elyta” narodu. Reżyser, którego niezbyt udany film, przypominający rekonstrukcje wydarzeń Wołoszańskiego, nagle dzięki tej tragedii stał się popularny i przysłużył – co trzeba przyznać - popularyzacji wiedzy o Katyniu, musiał zabrać głos. I wtedy już było pewne, że miejsce pochówku podzieliło zbratanych (nomen omen!) na chwilę rodaków. No bo przecież, jeśli wielki „ałtorytet”, który potrafi odnaleźć diament w popiele, mówi, że Królewskie Wzgórze to nie jest godne miejsce dla Prezydenta, to z pewnością stoi za nim znaczna część społeczeństwa, która potem zbiera podpisy w Internecie i demonstruje tysiącami sprzeciw na skwerach i ulicach miast.

Tak oto po paru dniach skończyła się żałoba, zaczęło się jakże znajome ujadanie, wycie, skrzek, pisk, rechot...

O reszcie nie chce mi się nawet pisać. Mogliście sami to zobaczyć. Oczywiście dziennikarze tej gazety zachowali się, jak ten złodziej, co dla odwrócenia uwagi najgłośniej woła: „Łapaj złodzieja!” i znaleźli winnych zakłócenia atmosfery ogólnego pojednania i wzajemnej miłości, którzy na dodatek coś tam bredzili o możliwości jakiegoś zamachu. No a poza tym, jeśli nawet dziennikarze owej gazety popełnili jakiś nietakt, to przecież nikt nie będzie ich szantażował „tą trumną” (trumnami?). I to zwłaszcza w dniu, gdy naród się zgromadził na placu Naczelnika, by uczcić ofiary katastrofy. Niektórzy zresztą z tego narodu i tak stracili cierpliwość i zaczęli się przed czasem rozchodzić do domu.

Myśląc o tym wszystkim, zastanawiam się: Czego oni się tak boją? Co im przeszkadza, że na Królewskim Wzgórzu znajdą się dwie trumny więcej, które staną się w taki sposób symbolicznym uczczeniem wszystkich ofiar tej tragedii?

Czego się boją? No, cóż... Boją się właśnie tego symbolu. Boją się, że legenda Prezydenta, którego opluwano, wyszydzano, z którego kpiono i drwiono, zacznie rosnąć. Boją się, że nad tym mitem nie zapanują, że go nie powstrzymają, że te trumny, których się tak obawiają, ich przygniotą i stracą rząd dusz.

niedziela, 8 listopada 2009

Z życia mikrobów XIII – Michael Stone, czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Niegdyś nazywał ich „pedałami” i nawet do tej pory można myszkując po Internecie natknąć się na nagranie, które to potwierdza. Lecz dzisiaj na pytanie, czy przyjąłby zaproszenie na homoseksualną imprezę organizowaną pod hasłem „Duma”, Michael Stone odpowiada: „I would be more than happy”. Wciąż jest ponoć konserwatywnym politykiem, a konserwatyzm w krainie, z której pochodzi, kojarzy się wielu m.in. z wiernością chrześcijańskim wartościom, ze szczególnym wskazaniem na te, które głosi Kościół katolicki. Choć ta wierność nie oznacza koniecznie pogardy dla drugiego człowieka i obrzucanie inwektywami, wyborcy zaufali Michaelowi i wybrali go mając nadzieję, że w stolicy gnijącego imperium będzie stać na straży tego, co niegdyś było jednym z filarów cywilizacji i potęgi nie tylko jego własnego kraju.

Czy coś się zmieniło? No, cóż, pan Stone spotkał się z niesłusznymi posądzeniami o antysemityzm akurat wówczas, gdy objął dość atrakcyjne stanowisko w parlamencie gnijącego imperium. Nie wszyscy krajanie się za nim wstawili, by odeprzeć te podłe zarzuty w imię narodowej solidarności, a przede wszystkim wierności prawdzie. Michael Stone widać postanowił bronić sam swojej ciężko zdobytej synekury i pokazać, że też jest światły, a jego rodacy są zacofanymi ciemnogrodzianami na innym etapie rozwoju. Ot, ciemny lud, który nie dorósł do prawdy, że homoseksualizm to tzw. „orientacja seksualna”. Jeśli dowiemy się w najbliższej przyszłości, że Michael ma właśnie „wychodzić za mąż”, nie powinno nas to specjalnie zdziwić. Nawet jeśli dzisiaj się zarzeka, że małżeństwo zarezerwowane jest dla związku dwojga osobników przeciwnych płci. On się tak zarzeka, bo to po prostu jeszcze nie ten etap.

Przy okazji warto wspomnieć, że pan Stone należał onegdaj do pewnej chrześcijańsko-narodowej partii, którą straszono niegrzeczne dzieci. Z tej partii wywodzi się paru innych znanych polityków. A ponieważ owa partia odeszła praktycznie w niebyt, jej członkowie znaleźli się niekiedy po przeciwnej stronie barykady zasilając szeregi nowych bytów politycznych. Ciekawostką jest, że należał do nich np. Stephen Carryhunting, który związał obecnie swoje losy z partią liberalną i ku uciesze gawiedzi robi w niej za błazna z pianą na ustach głoszącego miłość bliźniego. Intrygujące są też dzieje pewnego nauczyciela fizyki, również byłego członka owej chrześcijańsko-narodowej partii, którego pokarało tym, że obdarzono go wysoką funkcją państwową, a potem załatwiono mu intratną posadkę w centrum rekinów biznesu. Gdyby nie to, pewnie do tej pory byłby przykładnym mężem i ojcem, mieszkał w prowincjonalnym miasteczku oraz chwalił się w gronie bliższych i dalszych znajomych, że nie ma mu równego w czyszczeniu toalet. A tak stał się trefnisiem w świecie kolorowych pisemek dla pań mniej rozgarniętych.

piątek, 23 października 2009

Z życia mikrobów XII – Chiński sprzedawca jaj i zadyma

Z górami, za lasami doszło w pewnym dużym mieście w niewielkim państwie, które już dawno straciło ambicje bycia wielkim, do rozruchów czyli tak zwanej „zadymy”. Zadyma ruszyła historyczną trasą, jaką szła pewna demonstracja przed wielu, wielu laty, kiedy ową krainą rządził jeszcze smok. Smoka zabito, a może zdechł, smród natomiast do tej pory jeszcze unosi się nad łąkami, lasami i górami owej krainy, choć niektórzy twierdzą, że go nie czuć. A czuć, czuć.

Krótką relację z zadymy oglądałem przez przypadek w telewizji, której z reguły nie oglądam, bo nie mam, więc nie wykluczone, że wszystko to jest tylko wytworem mojej chorej wyobraźni. Pośród kłębów dymu i płomieni pojawił się przedstawiciel uciskanej klasy robotniczej i powiedział coś o tym, że rząd powinien dać im pracę. Rząd przemieszczający Rysie-Pysie i inne Zbysie na z góry upatrzone pozycje pewnie roztkliwił się tą opinią, wykrztuszoną pośród gryzącego dymu, równie mocno jak ja sam. Wzruszyłem się zaś niepomiernie, gdyż wyobraziłem sobie, jak rząd zastanawia się i obraduje, czy dać temu panu pracę przy obsłudze jednorękich bandytów czy może wysłać go na zagraniczną placówkę. Ja sam, gdybym mieszkał w owej krainie (a nie mieszkam, a przynajmniej nic nie pamiętam i nic na ten temat wiedzieć nie chcę, i nic nie widziałem, bo tu tylko sprzątam) chciałbym, aby ów rząd dał mi święty spokój i trzymał się ode mnie, mojej rodziny, forsy i paru innych rzeczy (których teraz nie pomnę, bo mam dobrą, ale krótką pamięć) z daleka.

niedziela, 18 października 2009

Z życia mikrobów XI – Lark, a nie Larkin. Też zresztą poeta

W pewnym kraju za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, gdzie liberalne czy też libertyńskie gazety troszczą się o Kościół bardziej niż sam papież, pewien emerytowany ksiądz, jeśli dobrze pomnę o nazwisku Joseph Lark, postanowił pokazać, że jeszcze nadąża za demonem, tzn. duchem czasu i zaczął pleść duby smalone o równouprawnieniu kobiet w Kościele. Księdzu Josephowi zamarzyło się widocznie, że będzie odprawiać Mszę św. z księżniczką, tzn. z księżczyką czy jakoś tak.

Ksiądz Lark zapomniał tylko o jednym drobnym fakcie, że Chrystus mówił o „królestwie Bożym”, a nie o „republice Bożej”. A w królestwie... no cóż... równouprawnienia nie ma, choć wszyscy są równi w oczach Boga.

Aha, nie pomyślałem. Może przecież być i tak, że Chrystusowi marzyła się republika Boża, ale tak się przeraźliwie wystraszył ówczesnej monarchicznej mentalności, że przebąkiwał o tej republice co nieco tylko w gronie najbliższych i najbardziej zaufanych. Bodaj św. Janowi coś ostrożnie wspomniał, ale ten, nie w ciemię bity, roztropnie to w swojej Ewangelii pominął.