W swoich uwagach poświęconych Stempowskiemu wspomniałem, że w „Zapiskach dla zjawy” znajduję przynajmniej dwa fragmenty, które mnie poruszyły bardziej niż setki innych stron zapisanych przez „niespiesznego przechodnia”. Jeden z nich w zasadzie nie jest nawet autorstwa samego eseisty, choć go dotyczy. To urywek z posłowia Jana Zielińskiego.
Zieliński przytacza najpierw wyjątek z dziennika Stempowskiego mówiący o spotkaniu z Bolesławem Micińskim. Jest w nim m.in. taki passus:
„Z ich domu widać zalaną słońcem dolinę Izery, tędy niegdyś przechodziła stara droga rzymska. Bolek wymienia imiona cesarzy, którzy w jednym lub drugim kierunku przemierzali tę drogę. Listę zamyka Julian Apostata”.
Następnie autor posłowia przypomina inny opis tamtej wizyty twórcy „Esejów dla Kasandry” we wspomnieniu Haliny Micińskiej-Kenerowej:
„Pewnego dnia Miciński przyszedł do żony, mówiąc z niepokojem, że ich gość leży na tapczanie i płacze. Halina Micińska pobiegła do Stempowskiego, utuliła go, uspokoiła, otarła mu łzy, po czym usłyszała wytłumaczenie nagłego ataku melancholii: «Przepraszam, nerwy mam na nitce. Poruszył mnie temat rozmowy z panem Bolkiem, bo nagle zdałem sobie sprawę, że gdyby mój ojciec nie podsunął mi pism Juliana Apostaty, kiedy miałem trzynaście lat – moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej»”.
(Jan Zieliński, „Posłowie” [w:] Jerzy Stempowski, Zapiski dla zjawy, Warszawa 2004, s. 86.)
Muszę zgodzić się z Haliną Micińską, że „bez tego uchylenia drzwi do wnętrza człowieka jego obraz byłby płaski i niepełny”. W notatce Stempowskiego ani śladu tej chwili słabości, zwątpienia w sens swojego życia i dokonanych wyborów. Może dlatego właśnie wspomnienie Micińskiej tak mnie poruszyło. Pokazuje ono eseistę w innym świetle, pokazuje to, co skryło się pod powłoką polerowanych, gładkich jak marmur albo oszlifowany diament słów. Pokazuje po prostu człowieka z krwi i kości. Pewnie dlatego również tak cenię sobie te nieliczne fragmenty „Dziennika” Maraiego, a zwłaszcza końcowe jego fragmenty, w których pisarz traci spokój, gdy ponoszą go emocje, gdy pozornie nienaruszona kamienna maska pęka, kruszy się i ukazuje żywą, cierpiącą twarz.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stempowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stempowski. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 maja 2009
środa, 29 kwietnia 2009
Zbłąkana duszyczka odrzuca pociechę
Pod datą 13 grudnia 1940 roku Jerzy Stempowski zanotował:
„Dziś wieczorem wysłuchałem odczytu na temat nieśmiertelności duszy. Ileż błędnych sądów, cóż za brak gustu!
Dawniej moja niezgoda na wiarę żywiła się argumentami teoretycznymi. «Czy nie masz odwagi umrzeć na serio, raz a dobrze?» Przypominałem sobie Senekę i Marka Aureliusza, którzy w śmierci całkowitej widzieli przywilej obywatela rzymskiego, gwarancję godności wobec bogów.
W szpitalu w Aknaszlatina nabrałem bodaj z doświadczenia pewności co do bezużyteczności wszystkich tych banalnych spekulacji. Utraciłem nadzieję, poniechałem dalszej walki, a przecież żyłem nadal i jeden po drugim następowały bezbarwne dni. Przy pełnej świadomości umysłu wiodłem żywot bez znaczenia, nudny, absurdalny; pozbawiony nadziei, nie miałem przed sobą żadnego celu, ot animula pallida blandula. Taką egzystencję przypisuje się duchom powracającym na ziemię, duszom skazanym na dole i niedole życia. Wiem, co to znaczy. Przyjrzałem się temu z bliska, oko w oko, i wiem, dlaczego taka egzystencja jest nie do przyjęcia. To było coś znacznie poniżej moich oczekiwań, poniżej ludzkiej godności. Egzystencja cieni, o której mówi Achilles: lepiej być ostatnim pośród żyjących niźli królem pośród cieni. Nie ma zatem najmniejszego powodu, by się jej uczepić, by w nieskończoność przedłużać grę, która nie gwarantuje nawet pięciu minut zabawy. Nie warto nawet wskazywać na możliwość takiej egzystencji i wbrew zdrowemu rozsądkowi wierzyć w rzecz równie potworną”.
(Jerzy Stempowski, Zapiski dla zjawy, tłum. Jan Zieliński, Warszawa 2004, s. 62.)
Przyznam się, że ten fragment „Zapisków dla zjawy” rozbawił mnie. Wiem, wiem – nie powinienem się śmiać. Zwłaszcza, jeśli uwzględnić kontekst, w jakim było to zanotowane. Cóż jednak na to poradzę? Ta niewielka książeczka zawiera co najmniej dwa passusy, które mnie poruszyły do głębi – ba! wstrząsnęły – bardziej niż setki innych stron zapisanych przez „niespiesznego przechodnia”. Ten jednak do nich nie należy. W czym problem? Otóż wydaje mi się on bardzo naiwny. Myślenie o wieczności jest tutaj przede wszystkim wyobrażaniem sobie egzystencji w czasie przedłużonej w nieskończoność. Coś takiego faktycznie może przerażać, wydawać się czymś „potwornym”. Swoją drogą – szkoda, że Stempowski nie streścił lub choćby nie przedstawił w kilku punktach „błędnych sądów” odczytu.
Frapujące jest także mówienie w tym kontekście o „braku gustu” lub o grze, „która nie gwarantuje nawet pięciu minut zabawy”. Odrzucanie czegoś tylko dlatego, że nie trafia w moje upodobania lub nie zapewnia rozrywki trudno potraktować jako poważny namysł nad kwestią nieśmiertelności duszy. Można to co najwyżej uznać za wyraz sprzeciwu estety „błędnie” i naiwnie wyobrażającego sobie wieczność.
„Dziś wieczorem wysłuchałem odczytu na temat nieśmiertelności duszy. Ileż błędnych sądów, cóż za brak gustu!
Dawniej moja niezgoda na wiarę żywiła się argumentami teoretycznymi. «Czy nie masz odwagi umrzeć na serio, raz a dobrze?» Przypominałem sobie Senekę i Marka Aureliusza, którzy w śmierci całkowitej widzieli przywilej obywatela rzymskiego, gwarancję godności wobec bogów.
W szpitalu w Aknaszlatina nabrałem bodaj z doświadczenia pewności co do bezużyteczności wszystkich tych banalnych spekulacji. Utraciłem nadzieję, poniechałem dalszej walki, a przecież żyłem nadal i jeden po drugim następowały bezbarwne dni. Przy pełnej świadomości umysłu wiodłem żywot bez znaczenia, nudny, absurdalny; pozbawiony nadziei, nie miałem przed sobą żadnego celu, ot animula pallida blandula. Taką egzystencję przypisuje się duchom powracającym na ziemię, duszom skazanym na dole i niedole życia. Wiem, co to znaczy. Przyjrzałem się temu z bliska, oko w oko, i wiem, dlaczego taka egzystencja jest nie do przyjęcia. To było coś znacznie poniżej moich oczekiwań, poniżej ludzkiej godności. Egzystencja cieni, o której mówi Achilles: lepiej być ostatnim pośród żyjących niźli królem pośród cieni. Nie ma zatem najmniejszego powodu, by się jej uczepić, by w nieskończoność przedłużać grę, która nie gwarantuje nawet pięciu minut zabawy. Nie warto nawet wskazywać na możliwość takiej egzystencji i wbrew zdrowemu rozsądkowi wierzyć w rzecz równie potworną”.
(Jerzy Stempowski, Zapiski dla zjawy, tłum. Jan Zieliński, Warszawa 2004, s. 62.)
Przyznam się, że ten fragment „Zapisków dla zjawy” rozbawił mnie. Wiem, wiem – nie powinienem się śmiać. Zwłaszcza, jeśli uwzględnić kontekst, w jakim było to zanotowane. Cóż jednak na to poradzę? Ta niewielka książeczka zawiera co najmniej dwa passusy, które mnie poruszyły do głębi – ba! wstrząsnęły – bardziej niż setki innych stron zapisanych przez „niespiesznego przechodnia”. Ten jednak do nich nie należy. W czym problem? Otóż wydaje mi się on bardzo naiwny. Myślenie o wieczności jest tutaj przede wszystkim wyobrażaniem sobie egzystencji w czasie przedłużonej w nieskończoność. Coś takiego faktycznie może przerażać, wydawać się czymś „potwornym”. Swoją drogą – szkoda, że Stempowski nie streścił lub choćby nie przedstawił w kilku punktach „błędnych sądów” odczytu.
Frapujące jest także mówienie w tym kontekście o „braku gustu” lub o grze, „która nie gwarantuje nawet pięciu minut zabawy”. Odrzucanie czegoś tylko dlatego, że nie trafia w moje upodobania lub nie zapewnia rozrywki trudno potraktować jako poważny namysł nad kwestią nieśmiertelności duszy. Można to co najwyżej uznać za wyraz sprzeciwu estety „błędnie” i naiwnie wyobrażającego sobie wieczność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)