Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fronda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fronda. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 04: śmiercionośny wirus w sercu

Nie mam w zasadzie wątpliwości, że obecna pandemia czy też epidemia, a w każdym razie zaraza to jednak kara Boża. Niektórzy, nawet duchowni, obruszają się na takie stwierdzenie. Oczekują pewnie, że Pan Bóg to takie „ciepłe kluchy”, a nie kochający Ojciec. A przecież każdy kochający ojciec (a także matka) karze adekwatnie dzieci za zło, które popełniają. Czasami tak trzeba, jeśli łagodne słowa i siła argumentów nie działają.

Obecna zaraza wydaje się wręcz dość łagodną karą, jeśli weźmie się pod uwagę ilość zła popełnianego każdego dnia na całym świecie. Można się zastanawiać, czy jeśli ludzkość się nie opamięta, to nie spotka nas coś dużo, dużo gorszego.

Żyjemy bowiem w czasach szerzenia się cywilizacji śmierci. A szerzy się ona w zastraszającym tempie. Kiedy obserwuję np. tzw. „czarne marsze” i wykrzywione twarze protestujących, te ich bluzgi, środkowe palce, a nawet plucie i rzucanie różnymi przedmiotami w grupkę modlących się ludzi, to nieodmiennie przychodzi mi do głowy, że chyba nie wiedzą oni, kto tak naprawdę za nimi stoi. Usuńmy dwie litery z drugiego słowa wyrażenia „czarne marsze”, a będziemy mieli odpowiedź, czym tak naprawdę one są.

Ci, którzy obruszają się na stwierdzenie, że koronawirus to kara Boża, chyba nie biorą na poważnie tego, o jaką stawkę chodzi w tej grze. Przecież jeśli stawką jest albo wieczne potępienie, albo wieczne życie w nieskończonej radości bez łez i cierpienia, to tak naprawdę żadna kara na tym świecie nie jest zbyt surowa. Lękamy się bólu, lękamy się śmierci. Większość ludzi lęka się też operacji, wyrwania zęba, głupiego wbicia igły w czasie zastrzyku. A bez poddania się tym niemiłym zabiegom możemy przecież też skończyć fatalnie. Jeśli nawet nie spotka nas to, co i tak nieuniknione, to możemy resztę życia spędzić w cierpieniu, którego przecież chcieliśmy uniknąć.

Okazuje się, że są jednak tacy, którzy są kompletnie ślepi na tę rzeczywistość. Zaraza nie przemawia im do wyobraźni, nie skłania do chwili refleksji. Oto okazuje się, że np. aborcjoniści domagają się z powodu koronawirusa prawa do „zdalnych” aborcji, a propagatorzy śmierci na żądanie zdalnego wspomaganego samobójstwa. Śmierć czai się wokół, ale im mało jeszcze śmierci. Niewinne dziecko trzeba usunąć z tego świata, bo mama akurat chce robić karierę albo będzie musiała się zmagać z trudami życia, wychowując jednocześnie dziecko. Schorowanemu i samotnemu człowiekowi, który cierpi najlepiej też podać śmiercionośną ampułkę, zamiast wyciągnąć do niego pomocną dłoń, ofiarować mu choć chwilę wytchnienia w jego cierpieniu.

Czarne msze, czarne serca – śmiercionośny wirus tkwi w nich, jak okruch stłuczonego lustra w oku  i sercu Kaya.


Photo by David DeLorme from FreeImages

poniedziałek, 18 listopada 2019

Czy Danny DeVito popiera zabijanie niewinnych ludzi?

Przeglądanie niektórych mediów społecznościowych może być przygnębiającym zajęciem. Oto nagle natykasz się na zdjęcie swojego ulubionego i sympatycznego aktora wspierającego organizację, którą trudno nazwać inaczej, jak tylko zbrodniczą. Czym jest bowiem Planned Parenthood jak nie jedną z największych na świecie mordowni nienarodzonych?

Tak, tak, do wspierających tę ludobójczą instytucję należy również Danny DeVito. Dzisiaj rano zobaczyłem jego zdjęcie, na którym z jeszcze innym aktorem dumnie prężyli się w koszulkach „I stand with Planned Parenthood” („Jednoczę się z Planned Parenthood”).

I jak zwykle w takim przypadku zastanawiam się: Jak to się dzieje, że ludziom, którzy często są w stanie wyrazić najsubtelniejsze uczucia swą doskonałą grą aktorską, którzy potrafią się na ekranie wczuć w tragedię odgrywanej postaci, jednocześnie tak bardzo brakuje wyobraźni, że nie potrafią sobie uzmysłowić, jaką potwornością jest aborcja, czyli po prostu zabijanie nienarodzonych. Czy to jakiś defekt mózgu? Czy po prostu są użytecznymi idiotami, którzy nawet nie wnikają w to, czym jest tak naprawdę instytucja, której istnienia bronią? Ot, po prostu: inni w przemyśle rozrywkowym to robią, to ja też?

Jest jeszcze inna możliwość: szatańskie opętanie, jak jest niewątpliwie w przypadku tych pań, które dziękują Bogu (sic!) za aborcję.


wtorek, 7 maja 2019

Świnia przy mikrofonie II, czyli „stopniowo, panowie i panie, stopniowo!”

Tak, jak przewidywałem, pan od świni ma rosnące „publicity”. A okazuje się, że nawet „król Europy” się od niego tak naprawdę nie odcina, co mnie w gruncie rzeczy nie zaskakuje.

Tymczasem chyba były premier RP, Jerzy Buzek, niechcący chlapnął, o co chodzi, choć serwis „wPolityce”, streszczając jego wywiad dla radia, jakby tego nie zauważył, choć przytoczył. Otóż według tego portalu pan Buzek tak skomentował akcję z bluźnierczymi wizerunkami Matki Bożej: „Nie jestem za skrajnymi demonstracjami, nawoływaniem poprzez tego rodzaju demonstracje do skrajnego postępowania. To trzeba robić stopniowo” (podkreślenie moje).

Stwierdzenie byłego premiera bardzo mi przypomina coś, co kiedyś powiedział pewien „konserwatywny” europoseł o homoseksualizmie, że mianowicie Polska nie jest jeszcze na to gotowa. Strategią tych bardziej „oświeconych” jest więc wprowadzenie „nowoczesności” w oborze i zagrodzie „stopniowo”. A tutaj nagle wyskoczy taki ktoś z bluźnierczym wizerunkiem i chce przyspieszyć to wszystko. Tymczasem nasi „oświeceni” mówią: „To trzeba robić stopniowo”. Innymi słowy: przyzwyczajajmy Polaków do takich rzeczy, ale nie „na chama”, tylko kulturalnie, powoli, aż rodacy sami się nie zorientują, kiedy będą wokół mieli bluźniercze wizerunki Matki Bożej, święte obrazy będą wieszane na toaletach, zaś kochasie z LGBT-coś-tam będą mieli ochotę nie tylko poobcować sobie z ich dziećmi, ale nawet z aniołami.

Wracając do Donalda Tuska – okazuje się on nagle być obrońcą „wolności na polskich uczelniach”. Ciekawe, czy ktoś pamięta, jaka była jego reakcja na pracę Pawła Zyzaka o „ikonie naszej wolności” Lechu Wałęsie? A może Donald Tusk zabrał głos, kiedy nie chciano dopuścić do wykładu doktora Paula Camerona na uczelni albo kiedy odmówiono sali w jego rodzinnym Gdańsku Grzegorzowi Braunowi? Jakoś sobie nie przypominam, choć pamiętam jego reakcję na publikację Zyzaka. Jeśli ktoś ma mózgową zaćmę albo pomroczność jasną, może to sobie bez trudu wygooglować. Zachęcam.


piątek, 6 lipca 2018

Sodoma wchodzi do Warszawy bocznymi drzwiami, czyli dlaczego wolę Trzaskowskiego


O byle-Jakim kandydacie PiS-u na prezydenta Warszawy już pisałem. Ale sprawa jest na tyle, moim skromnym zdaniem, kontrowersyjna i niejako w pigułce pokazuje, co nas czeka w większej skali, że chyba warto do niej wrócić. Przyglądając się doniesieniom z kampanii, którą prowadzą Patryk Jaki i Rafał Trzaskowski, muszę stwierdzić, że zdecydowanie wolę tego ostatniego.

Gdyby Patryk Jaki jako prezydent Warszawy miał wpływ jedynie na kwestie, które z moralnością nie mają nic wspólnego, być może byłby lepszym kandydatem niż człowiek, który nie zna dzielnic Warszawy. Niestety, obaj panowie wypowiedzieli się również w sprawach z moralnością mających dużo wspólnego, a i wygląda na to, że będą tu również wiele mieli do powiedzenia jako potencjalni gospodarze stolicy.

Mówiąc wprost: pan Trzaskowski nie ukrywa, że chce z Warszawy zrobić Sodomę. Mówi to wystarczająco jasnym językiem, by dotarło to nawet do najbardziej tępego człowieka. Patryk Jaki natomiast stwierdza, że nie chce „Warszawy ideologicznej”. I w taki oto sposób szykuje nam ów koszmar – ów korowód, o którym pisze Chesterton w swojej powieści Człowiek, który był czwartkiem.

Notabene polskie tłumaczenie tej powieści wydane przez Frondę z jakiegoś powodu nie ma owego podtytułu, który wyjaśnia sens całego utworu (w oryginale nosi on tytuł: The Man Who Was Thursday. A Nightmare). Mówiąc w wielkim skrócie, o co mi chodzi: wydaje się, że Jaki traktuje walkę ze złem, jakim jest np. szerzenie homoseksualizmu czy handel żywym towarem (a takim jest in vitro), jako jedną z wielu ideologii, a więc jako coś, co stanowi jedynie element wielkiego korowodu, balu, na którym każda maska jest równie dobra – może piękniejsza, może brzydsza, ale wcale nie lepsza czy gorsza.

Otóż na coś takiego przystać nie mogę. Zło jest złem. Dobro dobrem i nie zmieni tego fakt, że współczesny świat ma na tę kwestię inny pogląd.

Otwieranie szeroko drzwi Sodomie jest rzecz jasna złe. Ale czy wpuszczanie jej bocznymi drzwiami jest lepsze? W tym pierwszym przypadku przynajmniej ludzie mogą się od razu przekonać, co się szykuje i zareagować. W tym drugim – kiedy się zorientują, co się stało, może być już za późno – ich dom otoczą sodomici, by poobcować z aniołami.

Dlatego zdecydowanie wolę Trzaskowskiego. Choć to nie znaczy, bym na niego głosował. W końcu zło jest złem. Również i to przebrane w skórę „nieideologicznej” owcy.

wtorek, 1 maja 2018

Arcybiskup, który namawia do głupoty


Sprawdzając wczoraj wiadomości o Patryku Jakim, natknąłem się na portalu „Fronda” na artykuł poświęcony wypowiedzi arcybiskupa Wojciecha Polaka, która – jak wnioskuję z tekstu – pochodzi z wywiadu-rzeki. Najpierw może przytoczmy samą wypowiedź prymasa Polski: „Jasno opowiedziałem się za przyjmowaniem uchodźców. I powtarzam, że wynika to wprost z Ewangelii. To nie jest opcja, którą chrześcijanin może przyjąć bądź odrzucić, ale samo sedno nauczania Jezusa Chrystusa. Jeżeli chcesz naśladować Mistrza z Nazaretu, powinieneś iść Jego drogą. Każda inna powiedzie cię na manowce, może nawet do zguby. Często się zastanawiam, dlaczego tylu naszych rodaków uważa uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce. Będą kraść, gwałcić i mordować”.


Przykro mi to powiedzieć, ale jest to wypowiedź zadziwiająca. Pisałem już na tym blogu o wypowiedzi pewnego franciszkanina, która w moim odczuciu była nacechowana nawet pewnego rodzaju... hm... pychą. Tutaj natomiast mam wrażenie, że czytam coś, co jest tylko z pozoru mądre.


Arcybiskup twierdzi, że przyjmowanie uchodźców, to jest coś, co wynika z Ewangelii i że nie można tego tak po prostu „przyjąć, bądź odrzucić”. Dziwi się też, dlaczego Polacy uważają „uchodźców za obcych, którzy przyjdą odebrać im miejsce” i „będą kraść, gwałcić i mordować”.


Spróbuję na to odpowiedzieć. Zgodzę się, że pomoc osobie w potrzebie jest czymś, co jak najbardziej wynika z Ewangelii. Mamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, która wyraźnie mówi o tym, czym jest miłość bliźniego i kim jest nasz bliźni. Podróżujący Samarytanin nie pytał, jakiej rasy jest poszkodowany i jaką wyznaje religię. Po prostu pochylił się nad cierpiącym człowiekiem i udzielił mu pomocy.


Ale też wydaje mi się, że Chrystus nie oczekuje od nas zachowań głupich, które narażałyby na niebezpieczeństwo inne osoby, zwłaszcza osoby nam bliskie. Zauważmy, że nie ma wzmianki o tym, aby Samarytanin podróżował z rodziną (żoną, dziećmi). Gdyby tak było, co zrobiłby najpierw? Czy nie upewniłby się, że nie jest to pułapka? Czy nie zadbałby najpierw o bezpieczeństwo swoich bliskich, a potem pochylił się nad cierpiącym człowiekiem? Chyba taka byłaby naturalna kolej rzeczy, prawda?


W gruncie rzeczy o tym, że w swoich działaniach należy się kierować również rozumem, a nie tylko odruchem serca, mówi przypowieść o pannach mądrych i głupich, czy też, jak się je ładniej określa w nowym tłumaczeniu – roztropnych i nierozsądnych. Zarówno te pierwsze, jak i te drugie kierowały się Ewangelią – oczekiwały przybycia Oblubieńca. Tyle tylko, że te pierwsze, kierując się rozumem, zadbały o oliwę. A więc były praktyczne, myślały racjonalnie. Te drugie chyba wychodziły z założenia, że „jakoś to będzie”. Przeliczyły się.


Wróćmy do Samarytanina z przypowieści. Nie zabrał napadniętego do swojego domu. Być może miał zresztą do niego daleko. Powierzył napadniętego cudzej opiece – w gospodzie. Zatroszczywszy się najpierw o niego, udzieliwszy pierwszej pomocy i spędziwszy trochę z nim czasu, zapewnił środki dla jego utrzymania. Dlaczego sam się nim nie zajął przez cały czas, narażając może na szwank swoje interesy i dobro swojej rodziny? Zapewne dlatego, że miał jeszcze inne obowiązki.


Mam wrażenie, że arcybiskup Polak oczekuje od nas postępowania takiego, jak postępowanie panien głupich. Polacy przecież udzielają pomocy mieszkańcom Syrii, ślą środki potrzebne im do życia, chętnie dają pieniądze, angażują się w różny sposób, a nawet przyjmują rodziny chrześcijańskie. Ale czy przyjmowanie nieznanych ludzi do Polski jest rozsądne? Abp. Polak pyta, dlaczego Polacy uważają uchodźców za obcych i obawiają się gwałtów, kradzieży i innych nieszczęść. Naprawdę nie wie czy udaje, że nie wie? Nie czyta gazet, nie śledzi doniesień z Europy? Kiedy jedzie do Włoch nie widzi kościołów, wokół których podejmuje się coraz większe środki bezpieczeństwa? Najpierw „tylko” uzbrojeni policjanci czy żołnierze, teraz także bramki i skanowanie toreb zwiedzających.


Na szaleństwo przyjęcia pod własny dach nieznanych osób, obdarzenie ich zaufaniem, może pozwolić sobie człowiek żyjący samotnie. Ale na podobne szaleństwo nie może się zdobyć człowiek, który ma rodzinę, bo musi troszczyć się o bezpieczeństwo swoich bliskich. Gdyby mężczyzna, który ma żonę i dzieci, wpuściłby pod swój dach obcych, nieznanych sobie ludzi, aby udzielić im schronienia, postąpiłby po prostu głupio i nieodpowiedzialnie. Może przecież zawsze rzucić im przez okno torbę z jedzeniem i piciem, ciepłe koce, a nawet pieniądze, by mogli kupić sobie potrzebne im do życia środki.


Napiszę to, co już kiedyś napisałem – takim domem, taką rodziną jest dla mnie Polska. Wpuszczanie do niej nieznanych ludzi, na dodatek z obcej kultury, jest ogromną nieodpowiedzialnością. Bogatsze od nas kraje, które przyjęły imigrantów, nie potrafią zapewnić pełnego bezpieczeństwa swoim obywatelom. Jak miałaby to zrobić Polska, która z trudem podnosi się po latach komunistycznej dewastacji? Pan Bóg nie zwolnił nas z posługiwania się rozumem. Mówią o tym także inne przypowieści, nie tylko ta o pannach głupich i mądrych. Arcybiskup Wojciech Polak chce, byśmy z rozumu zrezygnowali. W jakim celu?


poniedziałek, 22 listopada 2010

Jak zwykle, zamiast się podniecać

szumem medialnym i sensacyjnymi tytułami oraz doniesieniami na temat tego, co rzekomo papież powiedział na temat moralności seksualnej i kondomów, lepiej poczekać na oryginalną wersję wypowiedzi Ojca Świętego. Można mieć niemal stuprocentową pewność, że prawdziwa wypowiedź brzmiała zupełnie inaczej, została przeinaczona lub wyrwana z kontekstu. Jak w innych przypadkach, tak i w tym najnowszym, który wywołał tyle ekscytacji, ta prosta zasada się sprawdza.

wtorek, 20 lipca 2010

„Tęczowa kolekcja” w księgarni „Frondy” – ciąg dalszy



Po moim wczorajszym wpisie o homoseksualnym filmie w Księgarni Ludzi Myślących portalu „Fronda”, ktoś się wreszcie obudził i na Forum Frondy poinformował resztę towarzystwa. Nie wspomniał przy tym, skąd się o tym dowiedział. No, cóż... Chyba mu wybaczę. Choć beze mnie pewnie jeszcze przez jakiś czas nikt by się w ogóle nie zorientował, że coś jest nie tak.
Tymczasem znaczek Księgarni Ludzi Myślących zniknął z głównej strony portalu, choć do samego sklepu internetowego wejść się da.
Redaktor Terlikowski powiadomił natomiast dzisiaj:

„Filmy zostaną w najbliższym czasie (mam nadzieję, i takie obietnice otrzymałem, że raczej będą to kwadranse, niż godziny) zdjęte. Nie jest dla mnie (a i dla osób odpowiedzialnych za XLM) jasne, jak do tego doszło, że w ogóle tam się znalazły. Ale to także zostanie wyjaśnione przez osoby odpowiedzialne za XLM (portal nie ma tu nic do powiedzenia). A informacje, mam nadzieję, zostaną przekazane użytkownikom. 
Już teraz jednak bardzo przepraszam w ich imieniu. I czekam na wyjaśnienia, bo i mnie bardzo zależy na tym, żeby takie rzeczy nigdy więcej nie miały miejsca. 
Tomasz P. Terlikowski

A w imieniu księgarni Frondy napisała pani Sylwia Arszennik:

„Drodzy Państwo, 
Pragnę Państwa serdecznie przeprosić, iż w ofercie naszej księgarni znalazły się filmy sprzeczne z profilem XLM.pl i wartościami promowanymi przez portal Fronda.pl. 
Ofertę księgarni budujemy m.in. na podstawie baz hurtowni, które proponują bardzo bogaty asortyment. Wszystkie produkty przed udostępnieniem na naszej stronie są dość szczegółowo sprawdzane, właśnie po to by takie sytuacje jak wczorajsza nie miały miejsca. Niestety przy ogromnej ilości pojawiających się obecnie na rynku płyt i książek i nam zdarzają się wpadki. Jeszcze raz pragniemy Państwa przeprosić i zapewnić, iż dołożymy wszelkich starań by takie sytuacje nie miały więcej miejsca. Dziękujemy za czujność i liczymy na Państwa wsparcie przy budowaniu oferty naszej księgarni. 
Z Poważaniem 
Sylwia Arszennik 
Xlm.pl 

Wszystko to byłoby może i zabawne, gdyby nie fakt, że „Fronda” dość sporo robi, by zwalczać promocję homoseksualizmu i homoseksualny terroryzm w Polsce. Tymczasem okazuje się, że nie kontroluje sytuacji na własnej stronie internetowej. Może redakcja zarówno portalu, jak i pisma powinna sprawdzić, czy mimo woli nie ma tam linków do jakichś innych organizacji lub firm, które zajmują się aktywną promocją sodomii, aborcji i innego zła.
„Business is business”, jak to rozumiem, ale chyba jednak dla „Frondy” to nie hasło „Gospodarka, głupcze” jest przede wszystkim ważne. A "bardzo bogaty asortyment" nie jest tutaj żadnym usprawiedliwieniem.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Świat się wali, czyli „Fronda” na froncie walki o „postęp”

„Fronda” kojarzy się wielu czytelnikom z dość jednoznacznym stosunkiem wobec homoseksualizmu, a zwłaszcza wobec nachalnej propagandy homoseksualnej. To ortodoksyjne i bezkompromisowe stanowisko jest mi jak najbardziej bliskie.

Każdego człowieka należy bez wątpienia traktować z szacunkiem, choć bywa to niekiedy strasznie trudne. Jednak dla chrześcijanina powinno być jasne i nie podlegać dyskusji, że czyn homoseksualny jest zły i jako taki zasługuje na potępienie. Kiedy niektóre gazety zamieniają się wręcz w biuletyny homoseksualne, tym bardziej zadaniem czasopism i organizacji katolickich winno być podkreślanie moralnej nauki Kościoła w tej kwestii.

Tymczasem co ja znajduję na stronie „Księgarni Ludzi Myślących” należącej do „Frondy”? Przeglądając sekcję filmów DVD w poszukiwaniu czegoś ciekawego (tego akurat jest niewiele) ze zdziwieniem natknąłem się na coś takiego. Opis filmu i nazwa serii, w której został on wydany nie nasuwają żadnych wątpliwości. Ręce i nogi opadają!

Nie chcę przez to powiedzieć, że katolik powinien unikać filmów kontrowersyjnych (chyba, że jest to pornografia) ani że nie należy próbować poznać i zrozumieć poglądów strony przeciwnej, nawet wrogiej Kościołowi. Ale już czymś kompletnie innym jest ofiarowanie produktów tego typu we własnej księgarni! Panowie z „Frondy” chyba znają fragment z Ewangelii o „maluczkich” i kamieniu młyńskim, który lepiej sobie przywiązać do szyi? No chyba, że jest to film jak najbardziej chrześcijański, a nazwa serii „Rainbow Collection” to po prostu bajki dla dzieci. I proszę mi tylko nie tłumaczyć, że "redakcja nie ponosi odpowiedzialności..." itp., itd.

czwartek, 27 maja 2010

Damscy bokserzy, czyli jak znokautować Ewę Stankiewicz

Wolność słowa? Owszem, tak, ale na naszych warunkach. Możesz bluzgać na Kościół, kpić z krzyża Chrystusa, drwić i szydzić z ludzi, którzy stracili bliskich w tragicznym wypadku, chodzić w koszulce „Nie płakałem po śmierci papieża”, śpiewać, że zabijesz prezydenta („ich” prezydenta, rzecz jasna, bo od prezia wara!), pisać o „PiS-owskich chwastach” czy innym „zaplutym karle reakcji”, straszyć dyktaturą „kaczyzmu”, wojną domową i parę jeszcze innych rzeczy. Ale spróbuj napisać krytycznie o Jacku Kuroniu, a rozpętamy ogólnopolską histerię z paleniem zniczy. Spróbuj opublikować krytyczną książkę o Lechu Wałęsie, a dostaniesz wilczy bilet. Spróbuj w artykule niepochlebnie wypowiedzieć się o Adamie Michniku, a otrzymasz pozew do sądu.

Okazało się, że wśród tych zakazanych tematów jest jeszcze jeden: nie próbuj pokazywać rzeczywistości poza Matrix-em, nie próbuj przedstawiać ludzi, którzy z niego wyszli albo nigdy w nim nie byli, nie próbuj krytykować wirtualnego świata Matrix-u. Bo przecież ci, którzy znajdują się poza Matrix-em to prymitywny motłoch, ziejący nienawiścią moherowy plebs, agresywny słuchający Radia Maryja ciemnogród, żądny mordu, ksenofobiczny i zacofany tłum.

10 kwietnia nastąpiła wielka awaria systemu. Zasłona Matrix-u się rozdarła i niektórzy ze zdumieniem przecierali oczy. Nie dało się tym razem usterki usunąć na tyle szybko, by zwykły obywatel jej nie zauważył. Jednak agent Smith, zaciskając z wściekłości szczęki, nie zasypiał gruszek w popiele. Z początku działał ostrożnie i delikatnie, potem coraz śmielej sięgał po ostrzejsze środki.

Jeśli więc Ewa Stankiewicz myślała, że skończy się na bluzgach, kubłach pomyj, które wylewano na jej film, to się myliła. Notabene ciekawe, że feministek nie oburzał fakt, iż w wielu wypowiedziach autorstwo jej filmu przypisywano Janowi Pospieszalskiemu. Toż to istny męski szowinizm! No tak, ale feministki też są po tej słusznej stronie, a więc pewnie Ewa Stankiewicz to dla nich nie kobieta.

A więc agent Smith odnosząc coraz większe sukcesy zaczął sięgać po brutalniejsze metody. Teraz postanowił pokazać Ewie Stankiewicz, że w wirtualnej rzeczywistości nie ma dla niej miejsca. Gutek Film odmówił dystrybucji jej filmu fabularnego „Nie opuszczaj mnie”. Filmu o... miłości.

Pewien damski bokser i aktor w jednym, który zagrał w filmie pani Ewy epizodyczną rolę, pochylając się nad pobitą kobietą, skomentował to w ten sposób:

„Po tym filmie, który zrobiła pani Stankiewicz z Janem Pospieszalskim, ta decyzja wcale mnie nie dziwi. (...) Pani Ewie się to należy (...)”

Pani Ewo, niech pani najlepiej wytnie tę scenę ze swojego filmu i zastąpi tego pana innym aktorem. Do tej pory starałem się oddzielać jego durnowate wypowiedzi od działalności artystycznej. Teraz będę omijał filmy, w których gra główne role, szerokim łukiem. To samo dotyczy dzieł dystrybuowanych przez firmę Gutek Film.

Więcej informacji można znaleźć m.in. na stronach „Rzeczpospolitej” oraz na portalu „Fronda”.



- Panie Anderson, pan pójdzie z nami!

poniedziałek, 24 maja 2010

„Solidarni 2010” jutro w „Rzepie” – podaj dalej

Ponoć możni władcy mediów robili problemy z pokazywaniem reklamy filmu Ewy Stankiewicz „Solidarni” 2010, o czym informuje „Fronda”. Film ma się ukazać w ten wtorek w „Rzeczpospolitej”.

Podaj informację dalej. Zamieść na swojej stronie reklamowy klip. Niech możni władcy mediów zobaczą, że możemy się obejść bez nich. Niech wtorkowa „Rzepa” zniknie z kiosków i salonów prasowych wykupiona przez tych, którzy chcą mieć ten film na własność.

piątek, 21 maja 2010

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Na pohybel psom! Niech żyją koty!

Polecam na stronie „Frondy” znakomity felieton Pawła Milcarka poświęcony futrzakom w polskiej polityce: Dla wielbicieli kotów.

Zawsze uważałem i powtarzam, że psy są „odrażające, brudne, złe”. A przy tym służalcze. Obrzydlistwo!

PS
A skoro już o kotkach mowa, to warto jeszcze przeczytać i to: Bartoszewski leci w kotka.

niedziela, 9 maja 2010

Jeśli koniecznie musisz coś zapalić 9 maja...

lepiej już zapal papierosa. Zaszkodzisz tylko sobie.

I przypomnij sobie parę faktów. Jak choćby ten, że to m.in. w czasie wizyt w Związku Sowieckim hitlerowcy uczyli się, jak zakładać obozy koncentracyjne, które potem Armia Czerwona wyzwalała. Albo i ten, że to Stalin był najlepszym sojusznikiem Hitlera i bez wydajnej pomocy Związku Sowieckiego III Rzesza nie miałaby pewnie takich sukcesów w początkach II wojny światowej. I nie zapomnij o Polsce, dla której 9 maja 1945 roku oznaczał zwycięstwo jednego ze swoich okupantów.



A na stronie Frondy przeczytaj wywiad z Władimirem Bukowskim, jeśli masz jeszcze jakieś wątpliwości.

wtorek, 2 lutego 2010

„Kim jest generał”? – śmieszne pytanie!

W swojej zapowiedzi dokumentu „Towarzysz Generał” wspomniałem o „niuansowaniu postępowania głównego bohatera filmu” i proszę! Ku swojemu zdumieniu przeczytałem artykuł Krzysztofa Feusette w tym tonie na łamach samej „Rzeczpospolitej”. Albo była to prowokacja mająca na celu wywołanie dyskusji pod blogiem autora, albo dziennikarz nie uniknął infekcji szerzonej od lat dwudziestu przez postępowe i arcyliberalne media i też zapadł na chorobę.

W swoim tekście „Kim jest generał” pisze on m.in. tak:

„(...) film Roberta Kaczmarka i Grzegorza Brauna jest zbyt jednostronny. Historyczne tło wydarzeń, które ukształtowały generała, razi uproszczeniami. Jakby widz miał odnieść wrażenie, że za wszelkim złem PRL-u stał wyłącznie Wojciech Jaruzelski”.

Pan redaktor raczy sobie chyba żartować! Po pierwsze oglądając „Towarzysza Generała” nie odniosłem wrażenia, „że za wszelkim złem PRL-u stał wyłącznie Wojciech Jaruzelski”. Tak może pomyśleć tylko mało inteligentny widz, który nie zna ówczesnych realiów i kontekstu historycznego. Film Brauna i Kaczmarka nie mógł z konieczności uwzględnić wszystkich wydarzeń i postaci, inaczej stał by się wieloodcinkową historią PRL-u (Swoją drogą chętnie bym taki dokument w ich reżyserii zobaczył, tylko kto da im na to pieniądze?). Natomiast bez wątpienia dzieło wspomnianego duetu jest przedstawieniem kanalii pnącej się po szczeblach komunistycznej kariery i mającej za plecami potężnych mocodawców. Jest to obraz zdrajcy i sprzedawczyka, sługusa obcego imperium, które nie tylko okroiło Polskę z jej historycznych ziem, ale też zabrało jej niepodległość, cofnęło na długie lata w rozwoju, uniemożliwiło normalne jej funkcjonowanie i pozbawiło jej mieszkańców szans na realizację swoich marzeń, pragnień oraz rozwinięcie talentów i ukrytego w nich potencjału. Jest to portret zbrodniarza. Koniec. Kropka.

Kuriozalny jest też kolejny passus, całkiem jak wyjęty z zupełnie innej gazety:

„Rozumiem, że dokument próbuje odpowiedzieć wszystkim tym, którzy widzą w Jaruzelskim jednego z „ludzi honoru”, że przynosi wiedzę o mało znanych faktach z jego życia i dzięki temu pełni rolę edukacyjną. Ale tak jak nie można mówić o Jedwabnem, zapominając o antyżydowskich polskich lękach, czy wypominać Piłsudskiemu zamach stanu, nie pamiętając, jak krucha była wtedy międzynarodowa pozycja Polski, tak nie można pominąć w filmie o Jaruzelskim historycznych realiów, w których robił karierę i podejmował najważniejsze decyzje”.

Umieszczanie Jedwabnego w kontekście dyskusji o człowieku odpowiedzialnym za antysemickie czystki w wojsku byłoby szczególnie zabawne, gdyby nie tragizm tego, co w Jedwabnem się stało. Natomiast przywołanie imienia Piłsudskiego, niewątpliwie postaci kontrowersyjnej i niejednoznacznej, ale też o ogromnych zasługach dla odzyskania przez Polskę niepodległości i wybitnego męża stanu, w zestawieniu z człowiekiem, który był „sowieckim lokajem” jest już poniżej wszelkiej krytyki. Zresztą może nawet i dobrze. Właśnie nazwisko Piłsudskiego pokazuje najlepiej, dlaczego w przypadku Jaruzelskiego szkoda czasu na niuanse.

Nie miałem okazji obejrzeć dyskusji po filmie. Nazwiska uczestników zresztą pozwalają przewidzieć, co mieli do powiedzenia. Zdziwiłbym się mocno, gdyby było inaczej albo gdyby któryś z obrońców generała nagle przejrzał na oczy niczym Szaweł w drodze do Damaszku. Bardzo mnie natomiast rozbawiło stwierdzenie, że film powstał „na zamówienie PiS-u”. Ten, kto choć trochę zna poglądy Grzegorza Brauna, wie jaki to absurd. No, cóż. Jeśli się nie ma argumentów, najlepiej zwalić wszystko na „czarnego luda” – PiS.

Zainteresowanym całą sprawą polecam rozmowę Rafała Ziemkiewicza z Grzegorzem Braunem, dwa felietony tego pierwszego („Towarzysz prymus, czyli o banalności zła” i „Nie byłem sam, mówi Jaruzelski”) oraz wywiad, jakiego Grzegorz Braun udzielił „Frondzie”. Warto też zajrzeć do blogów Antoniego Dudka oraz Tomasza Terlikowskiego. Teksty obrońców towarzysza generała, zatroskanych o jego dobre imię (zapewne był „tragiczną szekspirowską postacią” – jakże mnie bawiło to sformułowanie stosowane odnośnie różnych komunistycznych notabli w „Onych” Torańskiej!) znajdźcie sobie sami.

sobota, 30 stycznia 2010

„Towarzysz Generał” - tego nie można przegapić

1 lutego o godzinie 20.20 TVP 1 nada film Roberta Kaczmarka i Grzegorza Brauna „Towarzysz Generał”. Dokument pokazuje karierę gen. Wojciecha Jaruzelskiego od czasów II wojny światowej do chwili, w której został prezydentem. Podobnie jak poprzednie filmy tego duetu jest znakomicie zmontowany, ze świetnie dobraną muzyką. Autorzy dotarli do odpowiednich dokumentów i materiałów archiwalnych, a wśród historyków opowiadających o postaci tow. Jaruzelskiego znalazł się m.in. nieżyjący już Paweł Wieczorkiewicz.

Na jednej z list dyskusyjnych przeczytałem wypowiedź pewnego internauty, który zarzuca filmowi brak obiektywizmu, bo postać generała jest oceniona jednoznacznie. Cóż, jeśli wierzyć zaprezentowanym w nim dokumentom i materiałom, trudno Jaruzelskiego ocenić inaczej niż zdecydowanie negatywnie. Zresztą jeśli ktoś chce niuansować postępowanie głównego bohatera, to ma on i tak dość wysoko postawionych obrońców. Wszyscy pamiętamy słynne „Odpieprzcie się od generała”.

Po prezentacji „Towarzysza Generała” ma się odbyć dyskusja na żywo. Według portalu "Fronda" zaproszono Adama Michnika i samego bohatera filmu. Ciekawe, że gdy kliknąć na tytuł na stronie z programem Telewizji Polskiej, wyskakuje nam notatka o... spektaklu Juliusza Machulskiego, a dopiero po przewinięciu do dołu okienka, znajdziemy informację o filmie. Jednak tutaj następna niespodzianka: według umieszczonej tam notki w dokumencie występują m.in. Jerzy Stuhr i Krzysztof Globisz (sic!). Żadnej wzmianki o generale Jaruzelskim!.

czwartek, 21 stycznia 2010

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Bez Oscara (straszna, straszna tragedia!)

„Rewers” nie będzie jednym z filmów walczących o Oscara. Jakoś mnie to nie dziwi. Swoje wątpliwości na temat tego głośnego tytułu wyraziłem w pobieżnym podsumowaniu ubiegłego roku. Myślę, że to, co znalazłem przez przypadek na blogu Justyny, przynajmniej częściowo wyraża te moje nie do końca wyartykułowane obiekcje.
Dyskusyjną, rzecz jasna, sprawą pozostaje fakt, czy ten Oscar istotnie jest aż taki ważny.

niedziela, 17 stycznia 2010

Zapomniany obraz, cz. II

Podróż, w jaką zabiera nas bp Siemieniewski, jest do tego stopnia fascynująca, że zacząłem żałować, iż nigdy nauki ścisłe nie stały się przedmiotem żywszego zainteresowania z mojej strony. Autor nie tylko omawia poglądy na temat nauk matematyczno-przyrodniczych myślicieli chrześcijańskich, ale również przytacza sporo cytatów na potwierdzenie tychże z dzieł, które, jak już wcześniej wspomniałem, są dostępne bez problemu nawet w Internecie. Jedyną barierą do czerpania z tego obfitego źródła może być znajomość łaciny, jeśli wspomniane teksty nie są akurat dostępne w przekładzie na język polski.

W pracy wrocławskiego duchownego można znaleźć przynajmniej dwa sposoby manipulowania tymi źródłami przez piszących o średniowieczu i pierwszych wiekach chrześcijaństwa, na które autor zwraca uwagę czytelnika. Pierwszym, jakże perfidnym, choć nienowym sposobem jest wyjęcie przytaczanego passusu z kontekstu. Właśnie przykład takiej manipulacji przedstawia autor „Wielu ścieżek na różne szczyty” w rozdziale poświęconym św. Augustynowi. Przywoławszy stosowny urywek z podręcznika akademickiego, nie tylko podaje później własne tłumaczenie wykorzystanego w nim cytatu, ale też umieszcza go zarówno w kontekście dzieła, z którego został wyrwany, jak i również w kontekście innych wypowiedzi tego wybitnego ojca Kościoła. Nie trzeba chyba dodawać, że obraz poglądów św. Augustyna na temat relacji wiary i rozumu, Biblii i nauki jest odmienny od sugerowanego przez podręcznik.

Drugim sposobem manipulacji źródłami jest przytoczenie fragmentu z księgi jakiegoś drugorzędnego czy trzeciorzędnego myśliciela, którego poglądy nie cieszyły się uznaniem nawet w jego czasach, i podanie go jako przykładu typowego dla danej epoki czy okresu. Tutaj warto oddać głos samemu autorowi. W przypisie do rozdziału 3, zatytułowanego „Od wojennego chaosu do papieża matematyka” pisze on tak (i tutaj pora na podanie nazwiska autora wspominanego już powyżej podręcznika akademickiego):

„Np. A.K. Wróblewski, omawiając średniowieczny obraz kosmosu, najwięcej miejsca poświęcił zupełnie marginalnemu tekstowi niezbyt znanego mnicha Kosmasa Indikopleustusa, którego wątpliwej wartości dziełko było bardzo słabo znane nawet w Bizancjum i zupełnie nieznane w świecie łacińskim. Dla wbicia studentowi w pamięć dziwacznych poglądów Kosmasa Wróblewski umieścił nawet szkic jego wyobrażeń, przedstawiający świat w postaci skrzyni i zatytułował go: Średniowieczny obraz świata Kosmasa. Nie umieścił natomiast żadnych, łatwo dziś dostępnych, autentycznych ilustracji ze znanych i cenionych średniowiecznych podręczników astronomii (...)”

A powyżej tego cytatu, w tym samym rozdziale, czytamy:

„Nigdy dość powtarzania, że wbrew powszechnemu mitowi, upowszechnionemu również w aktualnych podręcznikach akademickich, w naukowych kręgach średniowiecza Ziemię przedstawiano jako kulę, a nie jako płaską tarczę”.

Na dowód tego autor zresztą dość bogato, jak na tak skromnie wydaną książkę, ilustruje swoją pracę kopiami wspomnianych ilustracji.

Żyjemy w czasach, gdy (z powodów politycznych – trzeba przyznać) awanturę wywołuje praca magisterska studenta, który ośmielił się nadepnąć na odcisk znanemu politykowi i odbrązowić jego wizerunek. I to do tego stopnia, że ktoś wpada na pomysł, by naruszyć autonomię wyższej uczelni i przeprowadzić tam inspekcję. O ileż większy skandal powinien wywołać fakt, że studentom oferuje się podręcznik akademicki prezentujący fałszywy wizerunek odległych czasów i panujących w nich poglądów na temat nauki! Można oczywiście zastanawiać się, na ile ten zakłamany obraz jest wynikiem świadomej manipulacji, a na ile niezbyt rozważnego korzystania z innych opracowań, zamiast sięgnięcia po same materiały źródłowe.

Bp Siemieniewski doprowadza swoją opowieść aż do czasów sprawy Galilieusza. Omawiając dość szczegółowo – ponownie odwołując się do źródeł – na ponad dziesięciu stronach jego przypadek, zwraca uwagę na to, że w rzeczywistości był on „obrońcą tradycji Kościoła”, tej tradycji, którą autor „Ścieżką nauki do Boga” przedstawił tak interesująco na poprzednich kartach swojej pracy. Tym niemniej po lekturze miałem uczucie pewnego niedosytu, które mógłbym zamknąć w jednym krótkim pytaniu: „Skoro było tak dobrze, dlaczego w ogóle doszło do procesu Galileusza?” Na to pytanie jednak nie znalazłem w książce wrocławskiego duchownego wyczerpującej odpowiedzi. Jednak też trzeba przyznać, że nie sprawa Galileusza była jej przedmiotem. To raczej temat na osobną publikację.

Na koniec tego pobieżnego z konieczności (sam nie lubię czytać zbyt długich tekstów na ekranie komputera – męczy to wzrok) omówienia, warto może przytoczyć jeszcze jeden passus z książki „Ścieżką nauki do Boga”. Na pewno wielu czytelników zastanawia się, skąd wzięło się fałszywe wyobrażenie, że ludzie średniowiecza uważali, iż Ziemia jest płaska. Otóż rzecz ma się następująco:

„Płaskie dyski przedstawiane w średniowieczu na mapach świata «były tylko konwencją graficzną», a «pogląd, że średniowiecze wierzyło w płaską Ziemię, został wymyślony w XIX wieku». Komu ten przedziwny pomysł należy przypisać? «Osobą, której zawdzięczamy to nieporozumienie, jest amerykański powieściopisarz Washington Irvin». To doprawdy ironia losu, że do dziś tak wielu ludzi nauki swoje przekonanie w tej dziedzinie opiera na dziewiętnastowiecznych powieściach człowieka, którego nazwiska nie znają. I nie zdają sobie zupełnie sprawy, że «szeroko rozpowszechniony mit o wierze ludzi średniowiecza w płaską Ziemię jest nowożytnego pochodzenia». Błędne więc jest powszechne dziś mniemanie, że teoria Ziemi spoczywającej na żółwiach, skrzyniach i postumentach była dominującym wyobrażeniem o wszechświecie z czasów sprzed wynalezienia teleskopu”.

bp Andrzej Siemieniewski, Ścieżką nauki do Boga. Nauki przyrodnicze w starożytności i w średniowieczu, Warszawa 2009.

Część I

czwartek, 7 stycznia 2010

Zapomniany obraz, cz. I



Gdyby zapytać przeciętnego absolwenta wyższej uczelni, jak ludzie średniowiecza wyobrażali sobie świat, pewnie usłyszelibyśmy coś o płaskiej Ziemi i centralnym miejscu, jakie zajmowała ona we wszechświecie, a co niektórzy pewnie dodaliby ze śmiechem coś o czterech żółwiach lub może słoniach, na których taki świat przykryty kopułą nieba się rzekomo według ówczesnych poglądów wspierał. Jestem przekonany, że nie miałoby znaczenia, czy naszym rozmówcą byłby ktoś, kto ukończył filologię, historię czy studiował tzw. „nauki ścisłe”. Mimo upowszechnienia technologii umożliwiających łatwy, a w dużej mierze również darmowy dostęp do informacji i materiałów źródłowych oraz licznych publikacji w postaci artykułów i książek, stereotypy i mity na temat średniowiecza czy pierwszych wieków chrześcijaństwa wciąż uparcie trwają. Do tej pory zdarza się usłyszeć zwrot – „To średniowiecze”, gdy ktoś z dezaprobatą wyraża się o braku wiedzy, zabobonach i przesądach, na jakie we współczesnym świecie nie powinno być miejsca. Pewnie osoba wypowiadająca taki sąd zdumiałaby się niepomiernie, gdy jej wytknąć, że sama jest ofiarą ignorancji i braku elementarnej wiedzy na temat epoki, którą traktuje jako synonim zacofania.

Książka ks. bp Andrzeja Siemieniewskiego „Ścieżką nauki do Boga” powinna się znaleźć na półce obok klasycznej już pracy C.S. Lewisa „Odrzucony obraz”. Właściwie to nawet nie tyle na półce, co przede wszystkim na biurku jako obowiązkowa lektura każdego szanującego się humanisty, studenta czy naukowca specjalizującego się w naukach matematyczno-przyrodniczych. Jest ona nie tylko ostrzeżeniem przed łatwym uleganiem popularnym poglądom, ale także przed zbyt dużą ufnością pokładaną w tzw. „autorytetach naukowych”. Jeśli bowiem na przykład Stephen Hawking jest wybitnym, uznanym na całym świecie astrofizykiem, to już niekoniecznie autorytetem w dziedzinie historii nauki. Nawet jeśli jest to nauka, która jest przedmiotem jego zawodowych zainteresowań. Właśnie cytat z książki tego znanego naukowca oraz pewien podręcznik akademicki są negatywnymi przykładami przywołanymi przez bp Siemieniewskiego we wstępie jego pracy. Takich próbek ilustrujących ignorancję na temat nauk przyrodniczych w czasach średniowiecza, jak zapewnia nas zresztą autor, można by znaleźć więcej. To, co bulwersuje w tej sprawie, to już nawet nie sama ignorancja – można by ją było od biedy usprawiedliwić w przypadku przeciętnego Smitha czy Kowalskiego – ale fakt, że do jej upowszechniania przyczyniają się ci, którzy powinni nieść „kaganek oświaty”.

Dlatego zaskakujące wydaje się, że publikacja pracy podejmującej temat „nauk przyrodniczych i duchowości w starożytności i w średniowieczu”, jak głosi jej podtytuł, nie odbiła się głośnym echem w mediach. Być może winę ponosi niezbyt chwytliwy tytuł, a może jest to jeszcze jeden przykład na to, że wartościowe książki czy publikacje to niekoniecznie te, wokół których najwięcej hałasu. „Ścieżką nauki do Boga” obala nie tylko mit na temat konfliktu nauki i religii, ale przede wszystkim obala fałszywy obraz stosunku do nauki i rozumu w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i w średniowieczu. Biskup Siemieniewski podjął się tego zadnia po prostu sięgając do źródeł, czyli tekstów najwybitniejszych i najbardziej wpływowych umysłów chrześcijańskich tamtych czasów. Rzut oka na bibliografię zamieszczoną w książce uzmysławia, że spora część tych materiałów jest łatwo dostępna w... Internecie. Tak więc nie byłoby problemu z weryfikacją przekłamań i fałszów, gdyby nie jedna rzecz – zanikająca znajomość łaciny.

Biskup Siemieniewski zaczyna swoją opowieść od samego początku, to znaczy od najstarszego zachowanego dokumentu chrześcijańskiego, jakim jest „Didache”. Szkicując kontekst historyczny i wyjaśniając pewne nieporozumienia związane z terminologią, analizuje wypowiedzi ojców Kościoła, nie pomijając także tych, które zdają się być sceptyczne wobec nauk ścisłych. Cały osobny rozdział poświęca przy tym najwybitniejszemu umysłowi starożytności, św. Augustynowi. Obraz, jaki wyłania się z takiego badania źródeł, może dla niejednego być zaskakujący: okazuje się, że nauki ścisłe, w których najwybitniejsze osiągnięcia były przecież dziełem pogan, już od samego początku cieszyły się uznaniem i poważaniem wśród ówczesnych autorytetów duchowych. Ba! Nauki matematyczno-przyrodnicze były traktowane jako droga poznania Boga, a Jego śladów, wbrew obiegowym dziś poglądom, nie upatrywano w łamaniu praw natury, ale właśnie w ich harmonii oraz możliwej do zbadania rozumem przewidywalności. I tak na przykład św. Hipolit około roku 200 „uważa obiektywną wiedzę przyrodniczą za pomocną w kształtowaniu poprawnej postawy duchowej”, a według Klemensa Aleksandryjskiego „tą cechą geometrii, która stanowi szczególną pomoc w przygotowaniu duszy do odkrywania prawd duchowych, jest wdrażanie studenta w umiejętność abstrakcyjnego myślenia matematycznego: człowiek stopniowo przyzwyczaja się do istnienia rzeczywistości innych niż te, które postrzega się zmysłami”.

bp Andrzej Siemieniewski, Ścieżką nauki do Boga. Nauki przyrodnicze w starożytności i w średniowieczu, Warszawa 2009.

CDN.

środa, 25 listopada 2009

Prawdziwe święto poezji

Nowy tomik poetycki Jana Polkowskiego nie powinien być chyba dla mnie zaskoczeniem, a jest. Nie powinien, bo przecież pojawienie się w roku 2008 zbioru „Elegie z Tymowskich Gór” zapowiadało możliwość powrotu autora, który milczał prawie 20 lat. Notabene wydana wówczas książka nie była wznowieniem „Elegii z Tymowskich Gór i innych wierszy” z 1990 r., jak gdzieniegdzie zdarzało mi się przeczytać, ale nową wersją – zawierała bowiem tytułowy cykl wzbogacony o niepublikowane w formie książkowej liryki, pomijała natomiast wybór poezji z lat wcześniejszych, znanej czytelnikom wydawnictw drugiego obiegu.

Mimo to, recenzja Andrzeja Horubały, jaką znalazłem w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, była dla mnie dużą niespodzianką. Niespodzianką i radością, bo nie spodziewałem się, że tak szybko po „Elegiach...” otrzymamy nowe, nieznane i niepublikowane do tej pory wiersze Polkowskiego. Jeszcze większą radość sprawiło mi znalezienie tomiku „Cantus” (bo tak zatytułował swoją najnowszą książkę autor) na księgarskiej półce.

Rzecz jasna nie zamierzam pisać recenzji. Książkę mam ledwo parę godzin i przeczytałem dopiero tylko kilka z tych wyjątkowo pięknych utworów. Zachęcam do lektury na portalu „Frondy” pełnej wersji tekstu A. Horubały pod znamiennym tytułem „Poezja powraca razem z Janem Polkowskim”. Nie wiem wprawdzie, czy podzielając opinię Horubały o niezwykłej randze dokonań poetyckich autora „Drzew”, zgadzam się w pełni z jego analizą nowej publikacji, ale trudno mi wdawać się w polemikę po powierzchownym przeczytaniu kilku wierszy.

Mogę jednak już teraz zachęcić do sięgnięcia po najnowszą poezję Polkowskiego. Od dawna uważam, że to jeden z najważniejszych poetów polskich przełomu XX i XXI wieku. Nawet, jeśli milczą o nim podręczniki szkolne, a co niektórzy kojarzą jego nazwisko co najwyżej ze słynnym swego czasu wierszem Marcina Świetlickiego.

wtorek, 27 października 2009

Polscy politycy chrześcijańscy to cieniasy

Nie wszyscy, ale część z nich na pewno. Jeden z przykładów mamy obecnie na portalu „Frondy”.

Może po prostu owym politykom brakuje odwagi, by stanowczo i jednoznacznie publicznie głosić i w praktyce realizować to, w co ponoć wierzą? Nie wiem. Nie rozumiem jednak, jak można zawieszać przed wejściem do urzędu państwowego lub Sejmu swoje sumienie na haczyku w szatni, by potem wskazać np. klinikę wykonującą aborcję lub migać się przed jednoznacznym odrzuceniem ustawy, która jest niezgodna z nauką Kościoła i nie poprzeć tej, która w każdym punkcie się z tą nauką zgadza.

Gdy trzeba zdobyć głosy w wyborach do Sejmu i Senatu, większość polityków przyznaje się nie tylko do chrześcijaństwa, ale do tego, że są wiernymi synami i córkami Kościoła katolickiego. Potem okazuje się, że w polskim parlamencie zdominowanym przez partie, które wręcz określają się jako chrześcijańsko-demokratyczne, kwestia przeforsowania ustawy zakazującej in-vitro jest problemem. Albo więc owi szanowni posłowie i posłanki robią nas w konia albo po prostu są na bakier z nauką moralną Kościoła.

Myśląc o tym wszystkim coraz bardziej przekonuję się do jednomandatowych okręgów wyborczych. Miałbym wówczas możliwość zagłosowania z czystym sumieniem nie na partię, ale na osobę, która faktycznie broni i realizuje wartości, jakie wypisuje na swoich sztandarach wyborczych.

środa, 23 września 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Pozwijcie nas wszystkich

Ponieważ się zgadzam w całej rozciągłości, zamieszczam, gdyby ktoś nie trafił na stronę „Frondy”. W tej sprawie nie można milczeć. Miarka się przebrała.