Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czasopisma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czasopisma. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2019

Szekspir jako świadek i kronikarz?

Dopiero niedawno wpadł mi w ręce 141 numer „Arcanów” i dlatego dopiero teraz rzuciłem się z zaciekawieniem na artykuł Andrzeja Wadasa „Szekspir jako świadek i kronikarz rewolucji tudoriańskiej?” Rzuciłem się, przeczytałem i... odłożyłem rozczarowany.

Na postawione w tytule pytanie autor w zasadzie nie odpowiada. Wprawdzie podejmuje tematykę trzech utworów Szekspira: poematu Gwałt na Lukrecji i dwóch dramatów: Peryklesa oraz Troilusa i Cressidy, ale niewiele z tego podjęcia wynika. Autor jedynie dotyka tematyki tych utworów, a czytelnik, który nie ma odpowiedniego przygotowania, w zasadzie nie do końca rozumie intencji, jaka stoi za przywołaniem tych utworów. Komuś mogłoby się wydać wręcz, że utwory te zostały dobrane nieco przypadkowo i że równie dobrze mógłby to być Hamlet albo Makbet. W końcu ten ostatni najbardziej pasuje to reszty tego, co czytelnik znajduje w tekście.

Chyba jedynie pobieżne i krótkie streszczenie poematu Gwałt na Lukrecji może sugerować, że autor odpowiada na tytułowe pytanie. W gruncie rzeczy lektura tego artykuły pozostawia czytelnika w stanie konfuzji i sam zaczyna siebie pytać: Czy autor chciał na pewno podać nam odpowiedź na tytułowe pytanie? A może dać nam garść refleksji o rewolucji? A może w ramach względnie krótkiego artykułu chciał zawrzeć jak w pigułce kluczowe wydarzenia, które mogły wpłynąć na twórczość Szekspira i zaważyć na jego życiu? A może pragnął przedstawić nam kontrast pomiędzy katolicką Anglią przedreformacyjną a Anglią po zerwaniu jedności z Rzymem? A może chodziło mu o katolickich męczenników w Anglii? Tak naprawdę jest tu kilka tematów, które mogłyby stanowić materiał kilku artykułów.

Nie rozumiem więc za bardzo zamiarów Andrzeja Wadasa. Tytuł jego tekstu, tak jak tytuły na niektórych portalach informacyjnych, zapowiada więcej, niż w rzeczywistości czytelnik znajdzie w środku. A przecież wystarczyło streścić choćby ze trzy interpretacje dramatów Szekspira z przytaczanej w tekście książki Clare Asquith, by na to pytanie odpowiedzieć.

Z drugiej strony lektura artykułu w „Arcanach” nie była zmarnowanym czasem. Wadas faktycznie dostarcza garść cennych informacji na temat zniszczeń, jakich w Anglii dokonał Henryk VIII i reformacja. Uświadamia też do pewnego stopnia grozę czasów, w jakich przyszło żyć twórcy Makbeta.

Dla mnie cenną informacją jest w szczególności wzmianka o profesorze Władysławie Tarnawskim i jego badaniach nad katolickością Szekspira. Sama postać profesora, jego badania nad twórczością Szekspira oraz nasuwające się analogie między jego losem a losami męczenników katolickich w elżbietańskiej Anglii to zresztą jeden z tematów, który aż się prosi o rozwinięcie w osobnym artykule albo nawet dwóch czy trzech takich szkicach.

A czy Szekspir był świadkiem i kronikarzem rewolucji tudoriańskiej? Ależ oczywiście, że tak! Opowiada o tym Clare Asquith w swojej pasjonującej książce Shadowplay. Myślę, że jeszcze Wam o tej lekturze parę słów napiszę.


piątek, 25 stycznia 2019

Meduza i Zygmuś, czyli gwiazda donosi na Polskę

Kiedy czyta się wypowiedzi niektórych naszych pisarzy i artystów, człowiekowi nasuwa się w gruncie rzeczy jedno pytanie: Kto im za to płaci? Odpowiedź chyba nie jest trudna, jeśli się zważy na fakt, że te ich „złote myśli” padają nie tylko w wywiadach z polskimi mediami, ale bywają publikowane w prasie zachodniej, a zwłaszcza niemieckiej.

Ostatnio popis dała autorka-celebrytka z fantazyjną fryzurą na głowie, która to fryzura przypomina ni to zwoje kłębiących się sznurków do snopowiązałki, ni to wężową ozdobę głowy mitologicznej Meduzy. Nasza „złotousta” gwiazda odstawiła „szoł” właśnie na łamach prasy niemieckiej, gdzie rzecz jasna donosiła na własny naród. Czego tam nie ma! Wprawdzie nasze media przytaczają fragmenty jedynie i można by jeszcze próbować bronić autorki, że to wyrwane z kontekstu, ale aż strach pomyśleć, jaka jest całość.

Oto okazuje się, że tragicznie zmarły prezydent Gdańska, od którego jeszcze niedawno co bardziej zapobiegliwi się odsuwali, był „tradycjonalistą” o „otwartym sercu i umyśle”. A zabójcę ukształtowała telewizja państwowa, której w celi się naoglądał i potem uznał „konieczność radykalnych rozwiązań”. Nie ważne, że – jak donoszą niektóre portale informacyjne – kolega z celi zabójcy akurat wskazał na inne media, które razem oglądali i czytali. I chyba były to akurat te bardziej miłe sercu naszej Meduzy. Prasy niemieckiej chyba niestety nie mieli pod ręką.

Autorka powieści o fantazyjnych tytułach (coś tam o kościach, które przez pług... czy o pługu, który przez kości...) oczywiście narzeka na naród, wśród którego przyszło jej żyć. To ludek „dość ponury”. Na szczęście są pozytywni bohaterzy, z których można by stworzyć dobry i wesoły naród, którego pisarka „chętnie” zostałaby obywatelką. Oprócz WOŚP, są to „zwariowani lewicowcy, aktywiści queer, Niemcy, Żydzi, tzw. marionetki Unii Europejskiej, feministki, liberałowie i każdy, kto wspiera imigrantów”. Doprawdy przecudny koktajl! Myślę, że zwłaszcza ortodoksyjni Żydzi bardzo by się ucieszyli, że stali się jego komponentem. Ale nie... To chyba nie o nich jednak chodzi. Bardziej pewnie o takich Żydów typu „queer” albo o Żydówki feministki.

Nasza „oryginalna” bardzo gwiazda nie jest jednak tak naprawdę oryginalna. Jakoś tak, gdy czytałem te cytaty z jej wspaniałego „eseju”, przypomniał mi się Zygmuś, który całkowicie odwykł od „tutejszej szarości i pospolitości” i który chciał wynurzyć się „co najprędzej (...) z tego morza pospolitości, nudy i powszechnych złych humorów”. Bo czyż „nieprawdaż (...), że tu panuje powszechny zły humor? Wszyscy po kimś albo po czymś płaczą, zbiedzeni, skłopotani, przelęknieni... Stąd płynie melancholia, qu me monte a la gorge i dławi” biednego Zygmusia, „jak globus histericus”.

No tak, ale Zygmuś nie miał takiej wspaniałej alternatywy chyba, jaką ma dzisiaj wybitna pisarka. On chciał się wyrwać z „tego kraju”, a Meduza przynajmniej ma możliwość pisania „esejów” do prasy zagranicznej i bratania się z tymi wszystkimi „queerami” i „zwariowanymi lewicowcami” w niedoli i w nadziei, że jeszcze przyjdą lepsze czasy i z „tego kraju” uda się zrobić taki sam raj na ziemi, jaki panuje w reszcie cywilizowanego świata.


wtorek, 30 stycznia 2018

Co ma Steven Tyler z „Aerosmith” wspólnego ze Smolarnią?


Ostatni numer dwumiesięcznika „Arcana” (nr 138) przygotował gratkę dla miłośników prozy Floriana Czarnyszewicza i w ogóle dla amatorów polskiej literatury, jak sądzę. Można w nim po raz kolejny znaleźć blok tekstów zarówno samego autora „Nadberezyńców”, jak i artykuły o nim. Poprzedni taki numer tego czasopisma (nr 125) wydano w roku 2015, o czym już pisałem na swoim blogu.


Notabene wydawnictwo „Arcana”, nie tylko sam dwumiesięcznik, ma spore zasługi dla przywracania pamięci o autorach niesłusznie zapomnianych i przez długi czas niewydawanych w swojej ojczyźnie, najpierw ze względów cenzuralnych, a potem... A potem? Przez zaniedbanie? Przez brak wykształconych ludzi gotowych poświęcić czas na pracochłonne prace naukowe i redaktorskie? Przez brak zainteresowania urzędników Ministerstwa Kultury? Ignorancję redakcji oficyn wydawniczych?


Dość wspomnieć, że to właśnie Arcana wydały monumentalną i wspaniałą powieść „Nadberezyńcy”. Niebagatelnie też przysłużyło się tu wydawnictwo LTW (przypominające także innych polskich pisarzy tworzących na emigracji) publikując pozostałe powieści Czarnyszewicza. Szkoda, że to wszystko tak późno (powieści Czarnyszewicza powinny były wyjść drukiem w Polsce przynajmniej już w latach dziewięćdziesiątych), dobrze, że jednak.


Oczywiście pierwszą atrakcją najnowszego numeru „Arcanów” są same teksty autora „Losów pasierbów”. Są to dwa listy do „inżyniera poety” – Jerzego Woszczynina, które odsłaniają nam kolejne skrawki argentyńskiego życia pisarza, problemów, z jakim się borykał, kłopotów zdrowotnych... Oba listy pochodzą z roku 1964 (z marca i maja), a więc zostały napisane na kilka miesięcy przed śmiercią Czarnyszewicza, która nastąpiła 18 sierpnia 1964 roku.


Dwa kolejne teksty pisarza odsłaniają rąbek jego działalności społecznikowskiej w Argentynie, choć oba reprezentują odmienne gatunki literackie. Pierwszy to artykuł opublikowany przez niego na pięćdziesiątą rocznicę Związku Polaków w Berisso. Tekst bardzo ciekawy, bo wyjawiający nie tylko cząstkę życiorysu Czarnyszewicza, jego zaangażowania w promowanie i podtrzymywanie polskiej kultury, ale także dający nam jakiś wgląd w mało chyba znane życie emigracyjne Polaków w Argentynie, jakby rzucający snop światła na drobne wycinki tamtej rzeczywistości, w gruncie rzeczy mówiący zarówno o tej starej, jeszcze przedwojennej emigracji, jaki i czasach II wojny światowej oraz lat powojennych.


Drugi tekst to nowelka „Józiuk żmuda”, która została nagrodzona na Konkursie Literackim „Głosu Polskiego”, otrzymując drugą nagrodę. Utwór ten również umieszczony jest w środowisku polskim w Argentynie i dotyka problematyki podobnej do tej, która została poruszona w artykule Czarnyszewicza. Wątek romansowy w niej obecny rozgrywa się na tle realiów ówczesnej emigracji zarobkowej i wybuchu II wojny światowej. Muszę przyznać, że była to dla mnie miła niespodzianka, gdyż zastanawiałem się, czy ocalało coś jeszcze z dorobku prozatorskiego autora „Nadberezyńców”, oprócz listów rzecz jasna (które mam nadzieję doczekają się jakiegoś książkowego wydania).


Prawdziwą bombą w tym bloku materiałów jest fotokopia wiersza Czarnyszewicza z roku... 1911, który został opublikowany w białoruskim czasopiśmie „Nasza Niwa” w Wilnie. Jak pisze Diana Maksimiuk (która opracowała i poprzedziła wstępami opublikowane fragmenty spuścizny pisarza) „Chrystos Uwaskros!” (bo tak nazywa się ten utwór), „jeśli wierzyć wydawcom „Głosu” [który przedrukował ten utwór w roku 1965], jest to najstarszy znany autorce utwór Czarnyszewicza”!

Jednak nie dosyć tych rewelacji! Bez wątpienia uwagę czytelników należy zwrócić na przyczynek do biografii Floriana Czarnyszewicza autorstwa Bartosza Bajkowa.


Bajków wykonał naprawdę imponującą, niemal tytaniczną pracę, jeśli weźmie się pod uwagę, że gromadzenie materiałów zaczął w styczniu 2017 roku, a sam tekst, opatrzony datą: „maj 2017”, podaje całą masę nowych szczegółów, które z pewnością zainteresują miłośników prozy Czarnyszewicza. W ciągu zaledwie kilku miesięcy Bajków zdołał uzupełnić naszą wiedzę na temat pisarza o nowe fakty i potwierdzić niektóre wątpliwe szczegóły biografii pisarza. Podsunął także kolejne problemy do rozwiązania. Swoją drogą – szkoda, że ktoś zabrał się za to tak późno, przecież wielu już informacji nie uda się uzyskać, bo po prostu odeszli ci, którzy mogliby coś powiedzieć. Tym większe podziękowania należą się badaczowi, który się tego podjął!


I pytanie: co robią różne instytuty badawcze zajmujące się historią literatury polskiej i literaturą polską w ogóle? Jeśli przyjmują jakieś dotacje ministerialne, to postulat do ministra kultury: „Panie Ministrze, niech Pan przyzna tę dotację panu Bartoszowi, zamiast im. Wówczas te pieniądze z pewnością nie będą zmarnowane!”


Jednym z ważnych odkryć, jakie Bajków podaje w swoim artykule, jest lokalizacja samej Smolarni. Otóż wielu sądziło, że jest to istniejąca do dziś na Białorusi miejscowość Smolarnia, którą można też znaleźć na mapach satelitarnych. Bajków, po przestudiowaniu sprawy, stwierdza: „według mnie Smolarnia to Przesieka (konkretnie Przesieka Druga, kilka kilometrów na wschód od Kliczewa”. Skoro Przesieka to powieściowa Smolarnia, to czym stał się Kliczew w „Nadberezyńcach”? Ha! Odsyłam do tekstu autora w 138 numerze dwumiesięcznika „Arcana”, w którym można znaleźć wiele innych intrygujących informacji i odkryć dotyczących zarówno nazw i lokalizacji powieściowych miejscowości, losów rodziny Czarnyszewiczów, jaki odpowiedź na tytułowe pytanie: „Co ma Steven Tyler z Aerosmith wspólnego ze Smolarnią?”

Na koniec jeszcze jedna rzecz. Tym razem ponownie w mojej rekomendacji łyżka dziegciu. Zawsze mam dylemat, czy o tym pisać, zwłaszcza, gdy ktoś robi naprawdę dobrą robotę przywracając czytelnikom dzieła czy utwory zapomniane. Wydaje mi się jednak, że trzeba na to zwracać uwagę, bo niechlujna redakcja tekstów to plaga współczesnych czasów i to mimo wspaniałych osiągnięć technicznych, które umożliwiają szybką korektę, jak również redakcję. Niestety całą przyjemność lektury psuła mi właśnie ta niestaranna korekta. Trudno o to winić samych autorów pomieszczonych tam publikacji, bo przecież lepiej nasze omyłki zawsze dostrzega osoba postronna. Wina więc spada na redakcję dwumiesięcznika. Przy takim cyklu wydawniczym chyba można by to robić nieco staranniej?

niedziela, 24 stycznia 2016

Upamiętnić Czarnyszewicza

W 125. numerze „Arcanów” w dziale „Kanon” można znaleźć blok tekstów Czarnyszewicza i o Czarnyszewiczu. Ściślej – dwa listy autora „Nadberezyńców” do Marii Czapskiej poprzedzone krótkim wstępem Diany Maksimiuk, kilka listów do Józefy Radzymińskiej oraz teksty Macieja Urbanowskiego i Jarosława Szarka. Blok ilustrują dodatkowo zdjęcia. 

Muszę przyznać, że pierwszy list do Marii Czapskiej przeczytałem z prawdziwym wzruszeniem. Podobnie było z pozostałą korespondencją Czarnyszewicza, która przynosi miłośnikowi jego prozy garść informacji dotyczących zarówno samego życia autora, jak i tajników jego utworów. Można się z nich dowiedzieć, że np. pierwowzorem Wicika Żywicy była autentyczna postać i to na dodatek krewny samego pisarza – Witalis Czarnyszewicz. Choć z rozproszonych w listach Czarnyszewicza informacji można się domyślić, że autor wykorzystał kreując tego bohatera również swoje własne doświadczenia. Wiemy dzięki tym listom, że autor „Losów pasierbów” wahał się nad tym, czy przygody Żywicy mają się zakończyć tak, jak w rzeczywistości zakończyły się przygody jego brata stryjecznego czy inaczej (nie lubię zdradzać kluczowych szczegółów utworów literackich, więc nie będę pisał jaśniej – wciąż jest wielu czytelników, którzy prozy Czarnyszewicza nie znają).

Ciekawe są rozważania Macieja Urbanowskiego o Polaku-katoliku w powieściach Czarnyszewicza. Ci, którzy reagują alergicznie na samą taką zbitkę pojęciową, powinni koniecznie sięgnąć po ten szkic. Wystarczy dodać, że admiratorami „Nadberezyńców” byli i Józef Czapski, i Czesław Miłosz – a więc autorzy, którzy krytycznie podchodzili do tradycji narodowej i polskiego katolicyzmu.

Przejmujący jest tekst Jarosława Szarka, który wybrał się w podróż śladami Czarnyszewicza i jego bohaterów na tereny dzisiejszej Białorusi. Niewiele z tego wszystkiego zostało albo właściwe prawie nic. Dlatego ta nostalgiczna podróż, ilustrowana cytatami z prozy pisarza i zdjęciami Szarka, jest tym smutniejsza. Walec komunizmu dokonał zniszczeń straszliwych, z barwnego świata szlachty zagrodowej opisywanego przez autora „Nadberezyńców” pozostały właściwie już tylko jego powieści.

I właśnie tekst Szarka nasunął mi myśl. Autor wspomina w nim, że kiedy odwiedził Smolarnię, ktoś zaproponował mu kupienie jednego domu na daczę. A może byłaby szansa na powstanie jakiejś fundacji, stowarzyszenia czy czegoś podobnego, zgromadzenia pieniędzy i wykupienia nie jednego domu, ale całej Smolarni? Może na tej ziemi, która została odcięta – jak się wydaje już na wieki – od Rzeczpospolitej, byłaby szansa na stworzenie czegoś w rodzaju ośrodka kulturalnego i muzeum w jednym? Można by tam było wystawić pomnik samemu Florianowi Czarnyszewiczowi, upamiętnić bohaterów jego prozy, a może – kto wie? – zgromadzić eksponaty, które być może jakimś cudem się jeszcze gdzieś zachowały, a które świadczyłyby o przeszłości tych ziem, o życiu szlachty zagrodowej, ale także okolicznej ludności wiejskiej? Do takiego miejsca mogliby przyjeżdżać pisarze, artyści, turyści z Polski, ale i też z Białorusi. Taki ośrodek mógłby stać się również miejscem spotkania intelektualistów polskich i białoruskich.

Pytanie tylko, czy w obecnej sytuacji znaleźliby się ludzie z wizją, dysponujący odpowiednimi środkami finansowymi i siłą przebicia, którzy byliby w stanie również uporać się z białoruską biurokracją, a być może niechęcią tamtejszych władz? Czy same władze Rzeczpospolitej byłby chętne i skłonne wspomóc taką inicjatywę we wszelki możliwy sposób i upamiętnić wielkiego powieściopisarza?

piątek, 25 stycznia 2013

Popkultura jest wNas

Ostatnio zwrócił moja uwagę nowy portal kulturalny opatrzony mottem z Prousta. Gdzieś przeczytałem, że „lewicowcy” ponoć zazdroszczą „nam – prawicowcom” takiego portalu o kulturze. Szczerze powiedziawszy nie widzę powodu. Gdyby wziąć np. jakąś Wirtualną Polskę czy inną Interię, a następnie wycisnąć z niej to wszystko, co nie jest według jej redaktorów wiadomościami kulturalnymi, to zostałoby mniej więcej to samo co na portalu wNas. Różnica byłaby może ilościowa, ale mam wątpliwości, czy jakościowa.

Otóż gros materiałów publikowanych przez wNas to w gruncie rzeczy popkultura. Może i w miarę interesująco podana, ale popkultura. Do tego nie trzeba zaraz dorabiać ideologii w postaci cytatu z francuskiego pisarza. Redaktorzy z wNas tylko dokładają więcej śmiecia do tego wielkiego śmietniska, jakim jest Internet. Czy naprawdę jest sens rozwodzić się nad tym, co jakaś polska gwiazdka, której imienia już nie pamiętam, mówi o oślich kupkach? Albo czy faktycznie nie ma lepszego tematu niż to, co jedna celebrytka powiedziała o innym celebrycie? Nawet jeśli „dała do pieca” i dokopała ewidentnemu chamowi i pajacowi, którego na prawicy nikt nie lubi? A czy opinie o polityce pewnego aktora lub innego miłośnika win są naprawdę tak fascynujące, by zaprzątać nimi moją uwagę? Rozumiem intencje redaktorów tej strony internetowej: niewątpliwie chcą przyciągnąć jak największą grupę czytelników, a przy okazji mówić o kulturze w sposób ciekawy i niebanalny, ale czy koniecznie strywializowany i o rzeczach trywialnych? I może przy okazji dobrze byłoby najpierw zadbać o kulturę języka? Błędy stylistyczne, interpunkcyjne i literówki nienajlepiej świadczą o stronie internetowej mającej chyba w zamierzeniu być namiastką, a właściwie pełnić rolę podobną do prawdziwego papierowego czasopisma poświęconego kulturze? Przecież ktoś za publikację artykułów chyba tam odpowiada? Czy to taki kłopot przejrzeć tekst przed publikacją jeden i drugi raz, by wyłowić błędy i pomyłki? To, co można wybaczyć blogerowi samodzielnie edytującemu swoją pisaninę, trudniej w przypadku czasopisma, a zwłaszcza czasopisma kulturalnego!

Spora część materiału zamieszczanego na portalu wNas to recenzje i omówienia filmowe oraz njusy o płytach plus ploteczki. Czy jest aż tak źle z naszą kulturą, że nie ma już, o czym pisać, tylko zachwycać się kolejnym filmem, o którym po kilku latach nikt nie będzie pamiętał? Ze zdumieniem czytałem wypowiedź jednego z autorów, niegdyś toczącego boje z homoseksualistami, a teraz ekscytującego się, że być może reżyser filmu o dwóch pedziach wywoła skandal! Owszem, gdy poszperać, to wyłowi się z archiwum jakieś omówienia spektakli teatralnych, ale tylko parę. Muzyka? Nawet pobieżne przejrzenie tego, co tam zrecenzowano uświadamia, że króluje pop w czystej postaci, ewentualnie rock. Może jakaś płyta z jazzem by się znalazła, gdyby spróbować głębiej zbadać archiwum. Natomiast nic z prawdziwej muzyki współczesnej wymagającej nieco bardziej wyrachowanych gustów, niż te, które mają wychowani na swojskim „Umcyk, mucyk”. Pomijam już recenzje płyt z wykonaniami muzyki klasycznej. Literatura? Z tym niewiele lepiej. Rzut oka na okładki odbiera resztki nadziei.

A co znajduje się w dziale „Sztuka”? Zobaczcie sobie sami. Włos się na głowie jeży (jeśli kto ma). Jeślibym chciał znaleźć dowód, że żyjemy w czasach upadku kultury, portal wNas podałbym jako przykład. Podałbym też jako ilustrację tego, jak prawicowi czy konserwatywni krytycy, recenzenci nie potrafią zaproponować alternatywy wobec tego całego chłamu lejącego się z eMpTyVi. Może wyławiają z tego to, co wartościowe? Może. Jednak ekscytowanie się nawróceniem gwiazdki popkultury jednej czy drugiej opowiadającej o tym na lewo i prawo albo krótka recenzja poświęcona pismu „Egzorcysta” nie załatwiają sprawy poważnego namysłu nad kulturą, promowania wartościowych i głębokich dzieł sztuki, literatury, muzyki. Rozumiem, że autorzy wNas kochają rock and rolla, ale to jest w końcu tylko rock and roll i niewiele więcej. Mogą cmokać nad kolejnym filmem Tarantino z zachwytem. U mnie wywołują tylko wzruszenie ramion. Chyba że adresują swój portal do nastolatków. Może ich to kręci? Może więc zamiast Prousta cytat z Micka Jaggera? Pewnie pasowałby lepiej niż ten stary francuski nudziarz.

Popkultura jest w nas? Jest. I we mnie. I wNas też. Niestety.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Jak pisać pozwy sądowe w III RP

Ostrzeżenie: należy dobrze się usadowić na krześle, bo można spaść ze śmiechu... tzn. z krzesła.


czwartek, 16 kwietnia 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Antysemityzm i dwa tytuły czyli co kto widzi

Rzeczpospolita: Młodzi Polacy: mniej uprzedzeń wobec Żydów

Dziennik: Młodzież widzi w Żydach zabójców Boga

środa, 18 marca 2009

W „Wysokich Obcasach” nie zawsze do twarzy (zwłaszcza facetowi)


Jestem chyba jedną z ostatnich osób w tym kraju, która miałaby ochotę sięgnąć po „Wysokie Obcasy”, magazyn pań wyzwolonych. Tak się jednak złożyło, że ktoś, znający moją sympatię do twórczości i samego Wojciecha Waglewskiego, podrzucił mi ostatni numer tego pisma. Pomieszczony w nim wywiad z Waglewskim polecam, bo muzyk mówi naprawdę ciekawie i parę prostych prawd, o których warto pamiętać. Zawsze też wzruszała mnie jego wieloletnia i trwała miłość do niezmiennie tej samej kobiety i to, z jaką czułością o niej mówi, a nawet dla niej śpiewa (wystarczy choćby wspomnieć płytę „Waglewski gra żonie”). To zaiste ważne i dobry przykład, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, jak to różnie w środowisku zajmującym się zawodowo rozrywką (i nie tylko w nim) bywa.

Waglewskiego słucham od pierwszego longplaya (nieraz „idąc i skacząc po dziurach w chodniku” mamrotałem: „nie będę mówił do siebie na ulicy, nie będę mówił do siebie na ulicy” albo podśpiewywałem: „późno już i wieje zimny wiatr”) i pozostaję jego muzyce wierny do dziś. Zawsze też ceniłem sobie pewną jego, jak mi się wydawało, niezależność tak myślenia, jak i twórczości, mającej swoje osobne miejsce na polskiej scenie muzycznej. Autor „Sno-powiązałki” zdawał mi się osobą, w przeciwieństwie do większości światka popkultury, daleką od politycznej poprawności i stadności myślenia. Wywiad dla magazynu pań wyzwolonych w zasadzie potwierdza ten obraz. A jednak w ostatnim czasie zauważyłem u Waglewskiego niepokojącą zmianę i przykład, acz drobny, również odnajduję w zapisie tej rozmowy.

Muszę się zastrzec, że nie specjalnie fascynują mnie wywiady z muzykami i nie śledzę też każdej wypowiedzi lidera Voo Voo, więc nie wykluczam, iż symptomy można było dostrzec wcześniej. Generalnie wolę, gdy muzyk gra, a nie gada, bo w większości przypadków – choć bywają chwalebne wyjątki – nie ma on nic ciekawego do powiedzenia, a z reguły sprowadza się to do paru utartych i popularnych w danym momencie schematów (np. globalne ocipienie, walka o środowisko naturalne, prawa „uciskanych” homosiów, walka z rasizmem i tym podobne). Jak się okazuje również wysoki iloraz inteligencji nie na wiele się tu zdaje. Gdy byłem nałogowym oglądaczem telewizji i kiedy posiadałem ten sprzęt, z rozbawieniem oglądałem wywiady z gwiazdkami popkultury w eMpTyV (coś w stylu: I wtedy wpadł Jack i powiedział: „A może zagrajmy to w ten sposób” i zagraliśmy, i było świetnie, a Steve zasugerował, by dodać tutaj partię chóralną, co przysporzyło nam nieco problemów, ale Mark znał znakomity chór z lokalnego kościoła baptystów i to był strzał w dziesiątkę. I wtedy ja ... itp., itd., ple, ple).

Wracając do Waglewskiego – mam wrażenie, że jakby muzyk ten zaczął żyć, przynajmniej częściowo, w wirtualnym świecie kreowanym przez gazety i pisma, którym udziela wywiadów. Może spędza z pewnymi dziennikarzami zbyt dużo czasu? Nie mam pojęcia. Nie każdy musi lubić PiS i nie mam o to pretensji. Lubię zresztą porozmawiać o polityce, jeśli dyskusja jest daleka od zacietrzewienia i gdy mój rozmówca nie pieni się „tolerancją”, jeśli mowa np. o braciach Kaczyńskich. Myślałem, że Waglewskiego stać na krytyczny dystans, zwłaszcza w przypadku mediów i kreowanej przez nie wirtualnej rzeczywistości. Po tym, jak dał się wciągnąć w nagranie płyty z Maleńczukiem, opinię odrobinę zmieniłem.

Dwa przykłady – jeden z wywiadu dla „Przeglądu”, a drugi ze wspomnianego wyżej numeru „Obcasów”. W „Przeglądzie” autor „Floty zjednoczonych sił” tak prawi: „Zawsze miałem z Kościołem na bakier, mimo że jestem człowiekiem wierzącym, ale teraz ta instytucja jest w moich oczach zdyskwalifikowana. (...) zaczęła się wchrzaniać w moje życie z kaloszami”. Muszę przyznać, że oprócz paru innych, ten fragment rozmowy z muzykiem szczególnie mnie zaintrygował. I nie przestaje mnie intrygować do dziś. Jestem ciekaw, na czym polega owe „wchrzanianie” się instytucji Kościoła w życie Waglewskiego „z kaloszami”? Czyżby lokalny ksiądz proboszcz zaglądał twórcy pod poduszkę, sprawdzał, jakie strony internetowe przegląda? A może każe podpisywać listę obecności na każdej Mszy św. i przynosić pisemne usprawiedliwienie od lekarza na wypadek nieobecności? Czyżby jakiś utwór lidera Voo Voo trafił na Indeks ksiąg zakazanych? Czyżby ksiądz za pokutę kazał mu słuchać codziennie Radia Maryja (kara byłaby to zaiste surowa!)? Pojęcia nie mam, ale ta „opresja” ze strony Kościoła instytucjonalnego zabiła mi klina i nie potrafię tego rozgryźć, bo jako żywo żadnego ucisku nie odnotowałem, choć o samej instytucji parę słów krytycznych mógłbym również powiedzieć.

I drugi drobny przykład z „Wysokich Obcasów” (a mogło być tak pięknie!): „Bieżączka, tym nie warto się przejmować. Dwa lata IV RP to były np. lata stracone. Publicystyka zawładnęła naszymi duszami. Tym bardziej chromolę”. Przyznam się, że im bardziej próbowałem zrozumieć tę wypowiedź, tym mniej ją pojmowałem; im bardziej usiłowałem zgłębić jej sens, tym mniej sensu w niej odnajdywałem (wszelkie skojarzenia z „Kubusiem Puchatkiem” jak najbardziej uzasadnione). Chociaż... Zaraz! No tak! Pamiętam, jak to „publicystyka zawładnęła naszymi duszami”! Budziłem się o świcie zlany potem, że zaraz rozlegnie się łomotanie CBA do moich drzwi, a bezwzględni oprawcy wyprowadzą mnie w kajdankach. Z niepokojem patrzyłem przez okno, czy a nuż nie pojawi się wataha kaczystowskich bojówek, która powybija mi szyby i podpali dom. Drżałem na myśl, że oto zaraz Kaczyński z Giertychem przepuszczą zmasowany atak nuklearny na Rosję i co gorsza Unię Europejską wpędzając nasz kraj w wojnę, nieszczęście i ruinę. Z przerażeniem myślałem o tym, że mogę się znaleźć jako oskarżony na sfingowanym przez tego potwora Ziobrę procesie. Ze zgrozą widziałem przed oczami duszy mojej, jak to umieram na grypę, bo mój lekarz zginął zakatowany przez bojówki ministra sprawiedliwości. Waglewski w rzeczywistości pije do pana redaktora i mówi mu między wierszami: „Mogliście nas rzetelnie informować, a wyście siali panikę. Mogliście pokazywać nam dobre i złe strony, a wyście zatruwali nam duszę publicystką! Zmarnowaliście dwa lata! Ot co!”


Wojciech Waglewski może i czasem gada jak potłuczony, może i publicystyka zatruwa mu duszę, ale to nie zmienia faktu, że z niecierpliwością będę czekał na każdą kolejną jego płytę.

piątek, 13 marca 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

„Free Tibet” czyli czasem warto posłuchać, o czym się pisze

Słyszałem o różnych przypadkach fikcyjnych recenzji, kiedy to dajmy na to spektakl czy zapowiedziany koncert się nie odbył, a następnego dnia w lokalnej gazecie ukazała się obszerna relacja z wydarzenia, nierzadko z przytoczeniem charakterystycznych słów, motywów czy pochwałami lub krytyką pod adresem tego lub innego wykonawcy. Swego czasu bodaj Rafał A. Ziemkiewicz pisał o krytykach W. Łysiaka, którzy nie przeczytali książek przez siebie recenzowanych. Przykładów pewnie można by podać więcej.

W tym przypadku nie mamy aż tak rażącego naruszanie norm dobrego dziennikarstwa, ale jednak nie odmówię sobie tej przyjemności, by wytknąć tę, nazwijmy to, „nieścisłość, bo recenzja jest bardzo krótka, a autor chyba powinien choć raz posłuchać płyty, którą omawia. Otóż, Rafał Zieliński z „Gazety Wyborczej” w notce „
Tymański o Tybecie” pisze o krążku „Free Tibet” (o którym mam nadzieję w końcu sam coś tutaj skrobnę):

„Nawiązanie do polityki pojawia się jedynie w rozbudowanym «Chinese-Time-To-Go-Home», gdzie muzycy skandują hasło: «Free Tibet»”.

Owszem, skandują, ale nie „Free Tibet”, a tytułowe „Chinese time to go home”. By to usłyszeć, naprawdę nie trzeba znajomości angielskiego. Wystarczy tylko jeden jedyny raz... posłuchać utworu.

sobota, 24 stycznia 2009

Z cyklu: Myszkując po Internecie

Nowe stare media

Cieszy, że konserwatywne media się rozwijają w sieci i nie zasypiają gruszek w popiele, ale wykorzystują zdobycze nowoczesnych technologii. Internet stwarza coraz wspanialsze możliwości i pozwala to domyślać się, że przyszła gazeta prawdopodobnie będzie różnić się zasadniczo od tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Już teraz wizja elektronicznej prasy znana np. z filmu „
Minority Report” zaczyna powoli być faktem. Wprawdzie nie mamy jej jeszcze pod postacią wygodnych, przypominających papier, elastycznych ekranów, jednak prawdopodobnie formy, jakie przyjmują internetowe wydania dzisiejszych dzienników, są do tego przygotowaniem. Rozwiązania zastosowane choćby w iPhonie każą przypuszczać, że taki dziennik przyszłości będzie bardzo wygodny w użyciu, a na dodatek na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami. Co tu dużo mówić: każda papierowa gazeta codzienna przegrywa z Internetem. To, co przeczytamy następnego dnia w prasie, jeszcze dziś wieczorem będzie w dużej mierze nieaktualne.

Od pewnego czasu działa już nowa strona „
Frondy”, która właśnie nadąża za najnowszymi trendami i wykorzystuje dostępne technologie. Jest to kolejny milowy krok w rozwoju tego czasopisma i w zasadzie już instytucji o dużych zasługach dla polskiej kultury. Nowa internetowa postać „Frondy” stwarza doskonałe możliwości zarówno interaktywne, jak i opiniotwórcze. Można powiedzieć, że w zasadzie powstał nowoczesny dziennik (z blogosferą, własną telewizją i forum pozwalającym na wymianę opinii oraz integrację środowiska), bo czytelnicy zaglądając na ten portal otrzymują codziennie porcję wiadomości z komentarzem i to takich, których być może nie znaleźliby w innych mediach. Nowe wcielenie „Frondy” ma już zresztą na swoim koncie parę spektakularnych sukcesów, do których należy nagłośnienie „awantury na Hradczanach”.
Nie obędzie się jednak bez łyżki dziegciu w tej beczce miodu. Nie wszystko na nowej stronie zostało dopracowane. Na przykład chciałbym, aby ktoś mi pokazał, jak jednym kliknięciem wejść do internetowej księgarni „Frondy”. Mogę się spokojnie założyć, że nie uda się to nikomu. Niegdyś było to proste. Dziś prawdopodobnie nowi goście na tym portalu dopiero po jakimś czasie i przez przypadek zorientują się, że coś takiego w ogóle istnieje. Jest to jeden z mankamentów, które należałoby jak najszybciej naprawić.

Choć przyszłość gra na nosie naszym próbom jej odgadnięcia, to mogę sobie wyobrazić tramwaj przyszłości, w którym ktoś rozwija elektroniczną gazetę z nagłówkiem „Fronda”, by przeczytać najnowszą porcję wiadomości, gdy obok inni oddają się lekturze „Rzeczpospolitej” (która też ostatnio unowocześniła swoje elektroniczne wydanie) czy „Dziennika”, oglądają najnowsze wiadomości telewizyjne lub komentują wydarzenia na internetowych forach.