Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milward Peter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milward Peter. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 kwietnia 2019

Corner Shop: „Elizabethan Shakespeare”, czyli dramaturg czasów destrukcji katolickiej Anglii

Elizabethan Shakespeare Petera Milwarda SJ to książka, którą każdy traktujący poważnie twórczość wielkiego dramaturga powinien koniecznie przeczytać. To, co mnie uderzyło przy lekturze tej pracy, to spokojny, wyważony namysł nad dramatami Szekspira, wywód, za którym stoi znakomita znajomość tych arcydzieł literatury kogoś, kto porusza się po nich z dużą swobodą i pewnością siebie. Ba! Przeglądając ją teraz, stwierdzam, że jednorazowa lektura nie wystarcza, że trzeba po tę książkę sięgnąć przynajmniej kilka razy, najlepiej też w konfrontacji z innymi tekstami poświęconymi mistrzowi ze Stratfordu.

Co ciekawe, Milward jest przeciwny „klasyfikowaniu sztuk Szekspira” jako „sztuk problemowych, sztuk rzymskich, wielkich tragedii i tak dalej”. Jak pisze: „Dotyczy to także zwyczaju, spopularyzowanego przez E.M. Tillyarda, dzielenia sztuk poświęconych historii Anglii na dwie tetralogie, od panowania Ryszarda II do panowania Ryszarda III – z pominięciem wcześniejszego przedstawienia Król Jan i ostatniego historycznego „romansu” – Henryka VIII. Nie chodzi o to, bym kwestionował wygodę takiego grupowania, z którego sam korzystałem w przeszłości, ale ich wielka niedogodność polega na sposobie, w jaki zacierają wyróżniające cechy każdej ze sztuk i łączą to, co lepiej zostawić rozdzielone. Bowiem Szekspir we wszystkich swoich autentycznych sztukach jest zdecydowanie wyjątkowy”.

To rozpatrywanie każdego z dramatów jako osobnego i wyjątkowego utworu nie przeszkadza jednak autorowi w tropieniu wątków i motywów, które pojawiają się i powtarzają w różnych formach w całym dziele Szekspira. Dotyczy to na przykład przedstawienia kobiet jako uosobienia Maryi Panny czy motywu przebrania, pielgrzymki lub podróży. Ciekawe jest na przykład spostrzeżenie, że te partie Henryka IV, które dotyczą niegodziwego i obmierzłego tchórza i pijaczyny Falstaffa, pisane są prozą i to samo dotyczy w Kupcu weneckim Shylocka, choć tutaj mamy do czynienia z pewną modyfikacją, gdyż są chwile, kiedy żydowski lichwiarz mówi „wciąż prozą, jednak jest w niej rytmiczna retoryka emocji”. Notabene analiza Kupca weneckiego autorstwa Milwarda aż się prosi o jakiś osobny tekst i najlepiej w konfrontacji z idiotyzmami interpretacyjnymi, które zdążono do tej pory o tej sztuce powypisywać czy przedstawić na scenie.

Warto może zauważyć przy okazji jeden fakt, że autor, pisząc m.in. o Kupcu weneckim, podkreśla skłonność Szekspira do moralizowania. Jak pisze: „Wydaje się, że jakby – mimo niemal powszechnej dezaprobaty świeckich uczonych – Szekspir objawia się w tej sztuce w swych prawdziwych barwach, jako kaznodzieja w nie mniejszej mierze niż dramatopisarz. Jego deklarowanym celem może być danie rozrywki publiczności i zarobku sobie i kolegom aktorom z trupy Chamberlain’s Men. Ale nie jego była nowożytna koncepcja „sztuki dla sztuki”, gdzie sztuka oddzielona jest od moralności. Pod tym przynajmniej względem w pełni dostosował się do krytycznego ideału renesansu, w którym rozrywka powinna łączyć się z pouczeniem. Tyle tylko, że jego idea pouczenia wykraczała zarówno poza Biblię, jak i banały moralności”.

Ważnym spostrzeżeniem Milwarda jest uwydatnienie dwóch ideałów kształtujących tę twórczość: tradycji i natury, obu obecnych na wsi i które zostają przeciwstawione miejskiej skłonności do rewolucji. I znowuż warto przytoczyć obszerniejszy fragment wywodów autora: „Różnicę pomiędzy tymi dwoma ideałami natury i tradycji można wyrazić dość prosto. Dla Szekspira natura była pogańska, jak to widzimy w duszkach podlegających Oberonowi i Tytanii (inne imię Diany) ze Snu nocy letniej, a tradycja była katolicka. Dotykamy tutaj nawet bardziej podstawowego aspektu geniuszu dramaturga, aspektu, który jest pomijany przez krytyków Szekspira od czasów krytyków wspomnianych wyżej [Bena Jonsona i Johna Miltona]. Dotykamy także tragedii wieku, w którym żył, tragedii, która również głęboko wniknęła w jego geniusz dramatyczny, a mianowicie: tragedii reformacji. Można by powiedzieć, że bez reformacji nie mielibyśmy Szekspira. Był tym, czym był, z powodu zmian religijnych, jakie zachodziły wokół niego od czasów jego narodzin, nawet w tak na pozór odległym hrabstwie, jak Warwickshire. Nie chodzi o to, że się zgadzał z tymi zmianami, gdyż wówczas nie stałby się tak wielkim dramaturgiem; raczej się z nimi głęboko nie zgadzał, gdyż – jak powiedziałem – był on człowiekiem wsi opowiadającym się za tradycją. Dla niego tradycja ta, wspólna Anglii i Europie, była katolicka, sięgająca wstecz do początków zarówno Anglii, jak i Europy i poza nimi do początków chrześcijaństwa. W jego oczach jednakże nowi protestanci, którzy zdobyli władzę pod auspicjami tak zwanej Królowej Dziewicy, byli rewolucjonistami z miast, angażującymi się w niszczenie wszystkiego, co było mu drogie”.

Przytoczywszy ten ostatni cytat nie muszę chyba wyjaśniać, jaki Szekspir wyłania się z książki Petera Milwarda. Jest to bez wątpienia Szekspir fascynujący, inny od tych interpretacji, które suflują nam pewni krytycy i interpretatorzy, widzący w nim na przykład prekursora egzystencjalizmu, teatru absurdu czy nawet ideologii gender.

Książka opatrzona jest dwoma dodatkami, z których pierwszy przytacza klasyczne opinie angielskich autorów o Szekspirze, a drugi podaje „Bibliografię poświęconą Szekspirowi i chrześcijaństwu”. Oba bez wątpienia mogą być pomocne w kolejnych poszukiwaniach i lekturach.

Peter Milward SJ, Elizabethan Shakespeare, Sapientia Press of Ave Maria University, Ave Maria, Florida 2007.


czwartek, 4 kwietnia 2019

O Szekspirze w smętnym nastroju (dwuznaczność zamierzona)

Pisanie o Szekspirze bez znajomości języka angielskiego w zasadzie pozbawione jest sensu. Nawet najlepszy przekład nie odda wszystkich gier słownych i aluzji. A jeśli Clare Asquith ma rację, że wielki dramaturg zaszyfrował w swoich utworach historię swoich czasów, pozostawił w nich doświadczenie ówczesnego państwa policyjnego (a wydaje się, że jej wywody są mocne, wbrew niektórym krytykom), to sprawa dla czytelnika polskich przekładów jest w zasadzie beznadziejna. Tym bardziej, że współczesne przekłady Słomczyńskiego i Barańczaka nie są opatrzone żadnymi przypisami. Nie wiem, być może za tym brakiem kryje się poczucie translatorskiej klęski, a może po prostu koszty redakcji takiego tekstu, które zwiększałyby cenę książki. Przypisami opatrywał swoje tłumaczenia Władysław Tarnawski (również badacz katolickości tej twórczości), ale – co jest większym skandalem – jego przekład pozostaje w większości w rękopisie.

Weźmy jeszcze pod uwagę fakt, że dla naszych rodzimych interpretatorów wciąż niestety autorytetami wydają się być Harold Bloom i Jan Kott. A wydawałoby się, że akurat w Polsce, z naszym doświadczeniem, powinniśmy być wyczuleni właśnie na tę grę cieni, jak pisała o tym Asquith, albo też metadramat, jak nazywał to Peter Milward SJ – jak się wydaje jeden z wybitniejszych interpretatorów twórczości szekspirowskiej. Niestety, chyba na uczelniach na wydziałach filologicznych siedzi jakaś lewicowa jaczejka, a ważne książki Milwarda, Pearce’a, Wilsona czy Asquith pozostają znane jedynie wąskiemu gronu tych, którzy nie tylko władają językiem angielskim, ale jeszcze na dodatek na tyle się interesują literaturą, by po nie sięgnąć (jeśli w ogóle się o nich dowiedzą).

Jeden przykład. Bez wnikania w szczegóły, na które może jeszcze przyjdzie czas. Biorę do ręki trzy polskie tłumaczenia jednego z ważniejszych, piękniejszych i niezwykle przejmujących fragmentów twórczości wielkiego dramaturga: Ulricha, Słomczyńskiego i Barańczaka. Porównuję je z oryginałem. Okazuje się, że przekład Barańczaka jest zgrabny poetycko, ale autor jakby w ogóle nie zrozumiał (albo nie chciał zrozumieć?), o co w nim tak naprawdę chodziło. Coś tam niby z aluzji, podwójnych znaczeń i gier słownych zostaje, ale jest to raczej ich cień. A co najważniejsze Barańczak zupełnie ześwieccza przesłanie się w nim kryjące, wręcz banalizuje je. Tak – banalizuje. Po prostu spłyca. Co aż strach powiedzieć, ale tak niestety jest. Najbliżej oryginału są właśnie Ulrich i Słomczyński, choć i u nich pewne sensy się gubią. Zachowany jednak zostaje wymiar metafizyczny, religijny. Mogłyby to do pewnego stopnia poprawić przypisy, które nie tyle obnażałyby klęskę translatorskich trudów, ale podkreślały, z jak niezwykle trudną materią przyszło się tym tłumaczom zmagać. Nie wiem niestety, jak poradził sobie z tym passusem Władysław Tarnawski. W jego książce o Szekspirze, którą omawiałem na tym blogu, tego fragmentu niestety nie ma.

Reszta jest milczeniem. A może milczeniem jest spoczynek.