Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerard John SJ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerard John SJ. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 września 2018

„Kupiec wenecki” na opak odczytany, cz. V i ostatnia


Najzabawniejsze w całym tym fragmencie z Kydryńskiego (zamieszczonym w poprzednim odcinku) jest stwierdzenie, że Antonio mści się na lichwiarzu i jeszcze nie oddaje mu długu! Przypomnijmy: Shylock domagał się bezwzględnej realizacji prawa, nie chciał okazać miłosierdzia, do którego przecież nie można zmusić (o czym mówi Porcja), szokował wszystkich swoją bezdusznością. Shylock dostał więc prawo, a nie miłosierdzie. Wyrok wydany przez Księcia był zresztą surowszy. Jednak to Antonio właśnie wstawił się za Żydem, łagodząc werdykt, który mógł kompletnie zrujnować lichwiarza! Co więcej – zadbał o jego córkę, która wcale nie jest taką zołzą, jak odmalował to Kydryński. Przypomnijmy, że Shylock bardziej troszczył się o swoje kosztowności niż o los córki (wbrew temu, co Kydryński wypisuje o jego rzekomej miłości do swojego dziecka). A jak sama Jessica opisuje dom swego ojca? Oto w rozmowie z Launcelotem mówi:


Dom nasz jest piekłem, a ty (miły diable)
Umiałeś czasem nudę tu rozpędzić.

Oczywiście można to też i tak zrozumieć, że jest to jedynie gra słów i Jessica odnosi „piekło” do nudy, o której wspomina, a „diabeł” Launcelot rozprasza jego nudę, ale czy na pewno? Czemuż to sługa Shylocka boryka się z myślą, czy nie uciec od swojego pana i w końcu decyduje się zamienić służbę „u bogatego Żyda” na służbę u „biednego szlachcica” – Bassania? Kolejny „spisek” chrześcijański przeciw „biednemu” lichwiarzowi? Oto w rozmowie ze swoim ojcem Launcelot stwierdza: „Pan mój to wierutny Żyd, – dać mu podarunek? Dać mu stryczek! – Zagłodził mnie w swej służbie. Możesz mi palce żebrami policzyć...”. Oczywiście Launcelot to postać komiczna, niezbyt poważna, co widać też z zacytowanej powyżej wypowiedzi. Jednak zarówno słowa córki Shylocka, jak i jego sługi, stawiają lichwiarza w niezbyt pozytywnym świetle (na wszelki wypadek sprawdziłem też oba passusy w oryginale i Słomczyński okazuje się być w swej translacji bardzo wierny).


Dlaczego zatem – biorąc powyższe pod uwagę – w chwili ogłoszenia wyroku Antonio miałby myśleć o oddaniu długu, czego sam Shylock nie chciał (i to mimo oferowanej wielokrotności faktycznego zadłużenia!), aż do chwili, gdy uświadomił sobie, że przegrał? Trudno doprawdy pojąć taką logikę autora posłowia.


Pomijam już fakt, że samo zagadnienie jest dużo ciekawsze niż interpretacyjne łamańce Kydryńskiego, by zrobić ze sztuki Szekspira antyrasistowski manifest. To również temat na osobny tekst o zagadnieniu miłosierdzia i prawa oraz o wyraźnych nawiązaniach do Biblii, a zwłaszcza Nowego Testamentu i – jak widać z wypowiedzi samego Shylocka – do scen z procesu Chrystusa.


Z dzisiejszego punktu widzenia – ale podkreślmy, że z dzisiejszego – nasz opór budzi przymus nawrócenia narzucony Shylockowi. Weźmy jednak poprawkę na czasy, w których przyszło żyć Szekspirowi i okrucieństwo, z jakim musiał mieć do czynienia i jakiego być może był świadkiem oglądając śmierć św. Roberta Southwella. Kto ma w tej mierze jakieś wątpliwości, niech poczyta sobie autentyczny pamiętnik jezuity Johna Gerarda, o którym już na tym blogu pisałem.


I ostatni już cytat z posłowia Juliusza Kydryńskiego, który by podeprzeć swoją interpretację, tym razem demonizuje postać Antonia (tytułowego „Kupca weneckiego”) i Bassania:


„Sprawa przyjaźni między dwoma mężczyznami, motyw tak chętnie i tak często podejmowany przez elżbietańczyków (...), w przypadku Antonia i jego młodego przyjaciela nabiera o tyle specyficznego wyrazu, że Bassanio – co najzupełniej jasno wynika z tekstu – jest po prostu utrzymankiem Antonia, w dodatku utrzymankiem lekkomyślnym i rozrzutnym, na którego zachcianki kupiec może sobie jednak bez trudu pozwolić. Czy zatem powodem owego niby nie wytłumaczonego smutku Antonia nie jest przypadkiem świadomość, że ów ukochany młodzieniec opuści go wkrótce dla młodej i pięknej damy” (podkreślenie – Juliusz Kydryński).


Autor okładki współczesnego polskiego wydania zrobił z żydowskiego lichwiarza jednocześnie homoseksualistę, nadając sztuce angielskiego geniusza rangę manifestu LGBT-coś-tam. Tymczasem autor posłowia ze schyłku lat 70-tych XX wieku sugeruje niedwuznacznie homoseksualizm dwóch głównych postaci dramatu – Bassania i Antonia. O tempora, o mores! – chciałoby się zawołać. Już sobie wyobrażam ten skandal, to oburzenie, te gwizdy i buczenia na widowni za każdym razem, kiedy aktorzy grający Antonia i Bassania pojawiali się na scenie w czasach Szekspira, gdyby faktycznie takie były intencje samego autora, a widzowie odczytali je tak, jak zinterpretował to XX-wieczny polski tłumacz i znawca teatru elżbietańskiego! Bądźmy poważni! Nawet nie chce mi się wyjaśniać absurdalności stwierdzenia, że Antonio jest smutny, bo traci swego homoseksualnego „utrzymanka”!


Dalej w swoim wywodzie Kydryński sugeruje, że miłość samego Bassania do Porcji jest daleka od doskonałości. Ależ oczywiście, że tak! Interes materialny miesza się tutaj z duchowym, miłość Bassania jest skażona i wiele jej brakuje do doskonałości diamentu, który zresztą potem oddaje wraz z pierścieniem, sprzeniewierzając się jednocześnie przysiędze danej swojej świeżo poślubionej żonie. Ale to też jest tak naprawdę głównym motywem samej sztuki. To jednak już temat na zupełnie inny cykl tekstów, cykl poświęcony pogłębionej interpretacji Kupca weneckiego. Kydryński ma bowiem rację co do „gry pozorów”, ale z wybitnego dzieła teatralnego robi jakąś płytką antyrasistowską agitkę, w której biedny Żyd staje się ofiarą chrześcijańskiej nikczemności. Zainteresowanych pogłębioną analizą tego dramatu, a znających język angielski, zachęcam do sięgnięcia po książkę Through Shakespeare’s Eyes Josepha Pearce’a, gdzie można przeczytać szczegółową analizę Kupca weneckiego, nawiązującą także do wydarzeń z czasów jego powstania, o których wspomina zresztą sam Kydryński (chodzi o przypadek doktora Lopeza).


Dlaczego o tym wszystkim piszę? Wiem, że porywam się z motyką na księżyc. Juliusz Kydryński (starszy brat Lucjana) był zarówno krytykiem teatralnym, jak i tłumaczem z języków: francuskiego, niemieckiego i angielskiego. Spolszczył m.in. Hamleta, a oprócz dzieł dramatu elżbietańskiego (Marlowe, Jonson), udostępnił nam utwory takich pisarzy, jak Kafka, Twain czy Steinbeck. A zatem to on będzie traktowany jako autorytet, a nie jakiś pętak, który szarpie go za nogawki. Niech tam! Nie mogłem jednak po przeczytaniu posłowia do Kupca weneckiego przejść nad powypisywanymi tam bzdurami do porządku dziennego.


Posłowie Kydryńskiego jest poza tym doskonałym przykładem aberracji interpretacyjnych, o jakich pisze Joseph Pearce: wczytywania w tekst współczesnych (XX-wiecznych, jak u Kydryńskiego, lub XXI-wiecznych, jak u autora wspomnianej tu parę razy okładki) koncepcji filozoficznych i ideologii, które w czasach Szekspira były ówczesnym ludziom całkowicie obce. Szekspir był z pewnością genialnym twórcą i jak każdy geniusz wykraczał poza swoją epokę. Ale nie przesadzajmy też ze zdolnościami ludzkiego umysłu – autor Kupca weneckiego z całą pewnością nie mógł przewidzieć takiej grozy, jaką zgotowali Żydom Niemcy pod wpływem ideologii hitlerowskiej! Pearce twierdzi, że aby wiernie odczytać zamysł dzieła, należy poznać dobrze samego twórcę, jego epokę i kontekst, w jakim powstał jego utwór. Inaczej jesteśmy skazani na dowolność interpretacyjną, która wczytuje w tekst rzeczy, które jego twórcy się nawet nie śniły. Co ciekawe – to już moje spostrzeżenie – te interpretacje nie dają się nawet usprawiedliwić samym tekstem, z którym interpretator przestaje się w ogóle liczyć, co próbowałem pobieżnie w swoim blogowym cyklu wykazać. Kropka.


William Shakespeare, Najwyborniejsza opowieść o Kupcu weneckim, tłum. Maciej Słomczyński, Kraków 1979.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Ojciec John Gerard SJ, bohater lepszy od Bonda


Gdybyśmy mieli krytykę z prawdziwego zdarzenia, to znaczy taką, która wyszukuje rzeczy dobre i niemiłosiernie chlasta rzeczy złe, to ta książka byłaby na czele wszelakich list katolickich bestsellerów. Może nawet nie tylko katolickich. Jest to bowiem rzecz, która powinna sprzedawać się jak ciepłe bułeczki. To historia lepsza od wszystkich historii o Bondzie czy Jasonie Bournie. Lepsza, bo przede wszystkim prawdziwa. Lepsza, bo czyta się tę opowieść z zapartym tchem i z trudem można się oderwać, choć autor wcale nie był zawodowym powieściopisarzem. To, że nie ma przynajmniej kilku filmowych wersji tej historii, a nawet jakiegoś serialu, świadczy także o mizerii naszych czasów i kompletnym zeświecczeniu naszej kultury. Gdybym był bogatym sponsorem, to z pewnością pierwszym z moich projektów kulturalnych byłaby ekranizacja tej książki z najlepszymi aktorami, jakich można tylko zdobyć.


Ta książka to Łowcy księży ojca Johna Gerarda SJ.


Zacznę najpierw, by mieć to z głowy, od wybrzydzania. Szkoda, że książki nie opatrzono żadnym posłowiem lub wstępem dorzucającym garść dodatkowych szczegółów, których nie ma w samym pamiętniku. Komiksowa, choć interesująca, okładka Tomasza Bereźnickiego może wręcz mylnie niektórym sugerować, że mamy do czynienia z komiksem lub po prostu jakąś fikcją literacką. Takież było zresztą i moje wahanie z początku. Na szczęście w dzisiejszych czasach mamy dostęp do informacji na wyciągnięcie ręki, a to dzięki internetowi.


Jest jednak jedno „ale”: nie każdy jest w stanie te informacje zdobyć, jeśli nie włada językiem angielskim. Wystarczy wpisać nazwisko autora w wyszukiwarkę. W polskiej Wikipedii brak hasła. Przeszukując portale prawicowe i katolickie znalazłem informację o autorze na łamach „Gościa Niedzielnego” – jeden jedyny artykuł. Co ciekawe, dziennikarz, który pisał o angielskim jezuicie, nawet słowem się nie zająknął, że książka została całkiem niedawno wznowiona. A przecież przytaczał jej fragmenty (być może własne tłumaczenie z angielskiego). Trochę to dziwne zaniedbanie. Co ciekawe, jeden z komentatorów zwrócił uwagę na fakt, że prawdopodobnie omyłkowo zilustrowano artykuł wizerunkiem innego Johna Gerarda, który żył mniej więcej w tym samym czasie, a był angielskim botanikiem. Jeśli przyjrzeć się ilustracji, to zdaje się ona to potwierdzać – przedstawiony mężczyzna coś notuje piórem, a w lewej ręce trzyma kwiat, opierając ją jednocześnie na książce lub notatkach, gdzie widoczne są chyba rysunki jakichś roślin, a może same te rośliny po zasuszeniu.


John Gerard urodził się 4 października 1564 r., a zmarł 27 lipca 1637 r. Jego ojciec był więziony za spisek mający na celu uwolnienie Marii I Stuart. John Gerard pobierał nauki na Kontynencie. Kiedy pierwszy raz wrócił do kraju ze względów zdrowotnych, został aresztowany. Spędził w więzieniu 2 lata. Zwolniony za kaucją ponownie udał się na kontynent, by potem, po ukończeniu studiów, już wrócić nielegalnie jako jezuicki ksiądz z misją nawracania. Po latach na polecenie przełożonych (najprawdopodobniej było to w roku 1609) opisał swoje doświadczenia po łacinie. Angielski przekład tej książki ukazał się w roku 1951. Obecnie pamiętnik ojca Gerarda jest dostępny po angielsku w wydaniu Ignatius Press zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. Po angielsku nosi jednak trochę inny tytuł niż przekład polski: The Autobiography of a Hunted Pries (Autobiografia ściganego księdza).


Jak napisałem na wstępie, jest to rzecz znakomita i to znakomita także pod względem literackim, którą czyta się z zapartym tchem. Gdyby nie obowiązki, czytałbym ją jednym ciągiem do białego rana. Bez wątpienia jest w tym również duża zasługa polskiego tłumacza. Niestety! Nie wiemy, kto był autorem tego świetnego spolszczenia. Przynajmniej takiego szczegółu brak w obecnym wydaniu, które z kolei jest oparte na wersji, jaką opublikowano na łamach „Przeglądu Powszechnego” w roku 1873.


Życie o. Johna Gerarda pełne było niebezpieczeństw i nieoczekiwanych zwrotów akcji, w tym brawurowej ucieczki z więzienia w Tower. Od chwili nielegalnego dostania się na teren Wielkiej Brytanii musiał posługiwać się sprytem, podstępem i wszelkimi talentami, które ułatwiały maskowanie się i unikanie pułapek oraz zasadzek, jakie mogły na niego czyhać. Stawka była wysoka, bo cała misja mogła kosztować go życie, nie mówiąc już o okrutnych torturach, jakich zresztą nie uniknął. Już samo bycie katolikiem pod rządami Elżbiety I prosiło się o kłopoty, a co dopiero bycie katolickim księdzem, który na dodatek przybył do Anglii nielegalnie z kontynentu, by nawracać heretyków. To już mogło oznaczać oskarżenie o zdradę stanu, a tym samym śmierć zadawaną w okrutny sposób.


Opowieść o. Gerarda w gruncie rzeczy dodaje kolejne elementy do obrazu prześladowań katolików na przełomie XVI i XVII wieku w Anglii, jaki wyłania się z omawianych przeze mnie na tym blogu książek Josepha Pearce’a, ks.Jana Badeniego i Grzegorza Kucharczyka oraz filmu Grzeogorza Brauna.


W tej opowieści ojca Gerarda uderzyło mnie kilka spraw. Przede wszystkim po raz kolejny przy tego typu lekturze – radość, z jaką jezuici byli gotowi ponieść śmierć za wiarę i za Chrystusa. To bardzo przypomina tę radość apostołów, którzy odzyskawszy odwagę po zesłaniu Ducha Świętego cieszyli się, że mogą cierpieć za Pana. Autor wręcz pisze, że widocznie nie zasłużył na ten zaszczyt, skoro nie zginął ostatecznie śmiercią męczeńską. A wiedział, co pisze, bo sam był torturowany. Nie były więc to takie tam oderwane od życia ckliwości.


Druga sprawa, która nieustannie budzi mój podziw, to ogromna praca, jaką autor wykonał nawracając protestantów na katolicyzm. Już z samego pamiętnika widać, że ilość osób, które udało się autorowi nawrócić, była spora. On nie mówił: „Nie przyszedłem pana nawracać”, on właśnie po to powrócił do Anglii, by z narażaniem życia zawracać ludzi ze złej drogi i uchronić ich przed wiecznym zatraceniem. Ta gorliwość w naszych marnych, letnich czasach budzi prawdziwy podziw.


I jeszcze trzecia rzecz, którą warto tutaj podkreślić. Joseph Pearce w swojej książce o katolicyzmie Szekspira zwrócił uwagę na fakt, że katolicy byli monarchistami. Także ojciec Gerard nieustannie podkreśla, że nie występuje przeciwko panującej królowej, choć nie pochwala uzurpowania sobie przez nią władzy w sprawach duchownych. Oczywiście taka postawa miała swoje uzasadnienie praktyczne – wystąpienie przeciwko władzy świeckiej wiązało się z oskarżeniem o zdradę stanu. Tego zresztą sam autor nie uniknął, gdyż znalazł się na liście poszukiwanych za przygotowywanie słynnego spisku prochowego. Zaklasyfikował się do czołówki najbardziej niebezpiecznych jezuitów w państwie.


Chwała Gabrielowi Maciejewskiemu, że wydał ten arcyciekawy pamiętnik. Dziwne, że jest on wciąż dostępny do kupienia. Powinien zniknąć ze sprzedaży błyskawicznie. Jeśli chcecie się przekonać, że to kapitalna lektura, akurat w księgarni Kliniki Języka jest promocja – głupie 15 złoty za ponad 200 stron druku w twardej oprawie! Nie namyślajcie się ani chwili.


John Gerard SJ, Łowcy księży, Klinika Języka, Warszawa 2016.