Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2020

Konfederaci oddają głos na Trzaskowskiego. Tylko Polski żal

Muszę przyznać, że jestem rozczarowany postawą Konfederacji. W pierwszych tygodniach po wyborach byłem zadowolony, że oddałem głos na tę formację. Powitałem ją jako alternatywę dla PiS-u, prawdziwy prawicowy głos. Przestałem też ulegać szantażowi, który mówił o tym, że jeśli nie Zjednoczona Prawica, to wygra PO. Liczyłem na to, że politycy Konfederacji, którzy dostali się do Sejmu, będą punktować różne absurdy rządzącej koalicji, a jednocześnie wyróżniać się pozytywnie od całej reszty opozycji i broniąc fundamentów cywilizacji europejskiej, do jakich należy obrona nienarodzonych. Niestety wraz z upływem czasu mój entuzjazm do Konfederacji słabł. Chyba znaczącym przełomem był tutaj okres epidemii. Zamiast merytorycznej, konserwatywnej opozycji, ujrzałem ludzi nieodpowiedzialnych, którym ewidentnie sukces, jakim było wprowadzenie 11 posłów do Sejmu, uderzył do głowy.

Co gorsza, zwolennicy Konfederacji, którzy zabierają głos na różnych forach, wydają się po prostu nieodpowiedzialnymi małolatami, którym bliżej do „palikociarni” niż ideowej prawicy. Emocje, które wyrażają, niewiele odbiegają od tych, które widzimy u przeciwników PiS-u z lewej strony. Najlepszym wyrazem tych odczuć była słynna już wypowiedź pana Wilka, na którego w życiu bym nie zagłosował. Moje ogólne wrażenie jest takie, że zarówno politykom pokroju Wilka, jak i tym zwolennikom Konfederacji, którzy najgłośniej gardłują na Twitterze i innych forach, najbardziej zależy na niskich podatkach i zemszczeniu się na rządzących niż na Polsce.

Konfederaci nie dorośli do polityki. Zamiast prawdziwych facetów, którzy wykorzystują okazję, by negocjując i targując się (co nie oznacza wcale „sprzedawania się”, jak sugerował jeden z polityków Konfederacji), ugrać dla Polski i Polaków jak najwięcej, ujrzałem histeryczne baby, które czują parszywą satysfakcję, że oto mogą zemścić na „pisiorach” za zniewagi i „ruskie onuce” (jaki jest mój stosunek do tego tematu – łatwo sprawdzić na tym blogu). Pozytywnym wyjątkiem okazał się tutaj jedynie Robert Bąkiewicz.

Co gorsza, nie wyrażając poparcia dla żadnej strony, tzn. ani dla Andrzeja Dudy, ani dla Rafała Trzaskowskiego, tak naprawdę Konfederacja oddaje głos na Trzaskowskiego. Tak bowiem zagłosuje jedna część jej zwolenników (jak już wcześniej sugerowały badania opinii publicznej i wypowiedzi pana Wilka), a druga część zostanie w domu lub odda głosy nieważne, dający tym samym szanse Trzaskowskiemu na zwycięstwo. Jakaś grupa – myśląca rozsądnie i odpowiedzialnie, tak jak pan Robert Bąkiewicz – odda głos na Dudę, zaciskając zęby, ale wiedząc, o co toczy się gra. Pytanie – jak duża ona będzie.

Co więcej, symetryczne traktowanie Dudy i Trzaskowskiego jest fałszowaniem alternatywy, przed jaką stoją Polacy. Nie jest to wcale wybór między dżumą a cholerą, ale co najwyżej między ciężką grypą a cholerą. „Ciężka grypa” to Duda rzecz jasna. Do czego zdolny jest Trzaskowski, każdy mógł się przekonać, obserwując jego działania w Warszawie. Trzaskowski jako prezydent to wprowadzenie do Polski zarazy, przy której koronawirus to pikuś. Duda, przy wszystkich swoich wadach (jak np. sugestiach, że można by zalegalizować tzw. „związki partnerskie”), których mam świadomość, to jednak powstrzymanie najazdu barbarii na Polskę. Ba! Może ośmielony tym, że byłaby to jego ostatnia kadencja, zdecydowałby się na ostrzejsze posunięcia w paru fundamentalnych kwestiach (wiem, być może jestem naiwny).

Jeśli Trzaskowski wygra te wybory, będzie mógł w pierwszym rzędzie podziękować Konfederacji. Jeśli wygrana Trzaskowskiego w Warszawie, zamiast Jakiego, który chciał wprowadzać tę samą zarazę bocznymi drzwiami, mogła się okazać pewnym otrzeźwieniem dla Polaków, to jego wygrana w wyborach na prezydenta Polski, może się okazać katastrofalna. Konfederacja zdaje się liczyć na to, że pogorszenie sytuacji w Sejmie, przyczyni się do jej wygranej w przyszłych wyborach. Tym samym jej polityka zdaje się być taka: im gorzej dla Polski, tym lepiej dla nas. Może jednak się okazać tak, że brutalnie się pomyli i utraci głosy tych, którzy liczyli na jej ideowość i odpowiedzialność za Polskę.





sobota, 27 czerwca 2020

Homobolszewicka cenzura na YouTube powraca!

YouTube ponownie dopuścił się cenzury. Tym razem ocenzurował film wyprodukowany przez portal PCh24.pl pt. „Ich prawdziwe cele”. To nawet do pewnego stopnia zabawne, bo w ten sposób popularny portal potwierdził, jakie są prawdziwe cele homolobby. „Tolerancja”, „prawa człowieka”, „miłość” to w rzeczywistości w ustach wyznawców tej ideologii puste słowa. Im nie chodzi o żadną tolerancję, ale o zwykły zamordyzm i psucie kolejnych pokoleń. Działając na uczucia, chcą wzbudzić współczucie, by w ten sposób przekonać nas do siebie i wpuścić tę zarazę (inaczej się tego nie da nazwać) do naszych domów. Nie można już kupić ubrania w sklepie, nie można się napić kawy w kawiarni, nie można już obejrzeć filmu na jakiejś platformie w Internecie, by nie sponsorować wrogiej nam ideologii. Ich „tolerancja” polega na tym, że musimy zaakceptować ich zachowanie, inaczej zamkną nam usta, wyrzucą z pracy albo wsadzą do więzienia pod pretekstem szerzenia „mowy nienawiści”.

Więcej o sprawie można dowiedzieć się na portalu PCh24.pl. Sam film zaś można obejrzeć bezpośrednio na stronie PCh24.pl tutaj.


sobota, 9 maja 2020

Dziennik kwarantanny 10: Upadek

Jest taki film z Michaelem Douglasem „Upadek” (Falling Down). Tak mi się jakoś przypomniał, gdy oglądałem zdjęcia przedstawiające tzw. „strajk przedsiębiorców”, na którym znalazła się mieszanina różnych Szczurków, wśród których nikt szanujący uczciwość nie chciałby przebywać. Jeszcze smutniej zrobiło mi się wówczas, kiedy czytałem potem komentarze mieszające z błotem, mówiące o „nowym Palikocie”, „ruskiej onucy” i „rosyjskim agencie” oraz wypowiedzi ludzi życzliwych, którzy przestali rozumieć z tego cokolwiek.





poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dziennik kwarantanny 09: Matka Kurka albo rozhisteryzowana baba z zaburzeniami

Od jakiegoś czasu udzielam się na Twitterze. Robię to bardziej w celach reklamowych niż z chęci brylowania na jakimś forum społecznościowym – zarówno Facebook, jak i Twitter to w dużej mierze strata czasu, chyba że ktoś ma zdolność celnej i szybkiej riposty, a przy tym potrafi to ubrać w zwięzłą formę – wówczas może wykorzystać te fora nawet do ewangelizacji.

Tymczasem jednak Twitter to różne obozy, który wzajemnie się atakują i nie biorą jeńców. Są dość mocno okopane i po krótkim czasie bez trudu można rozpoznać, kto jest nieprzejednanym PiS-owcem, kto Konfederatą, a kto lewakiem. W zasadzie próba poruszania się pomiędzy np. PiS-owcami a Konfederatami jest skazana na niepowodzenie. Jakaś krytyczna wypowiedź np. o Andrzeju Dudzie i traci się śledzących nasze wpisy PiS-owców. Jakaś krytyczna uwaga na temat Konfederatów i można zapomnieć o tym, że ktoś przygarnie cię do grona czytanych autorów. Takie jest przynajmniej moje wrażenie po kilku czy już kilkunastu tygodniach. Zostałem zablokowany nie tylko przez Olgę Tokarczuk, ale także przez „prawicowego” autora, którego sobie niegdyś ceniłem, choć nie we wszystkim się z nim zgadzałem – więc wiem, co mówię.

Od jakiegoś czasu kontrowersje na Twitterze i chyba też w innych mediach i na innych forach budzi kolejna wolta słynnego (a może: słynnej?) Matki Kurki. Muszę przyznać, że ceniłem sobie jego walkę z Owsiakiem, bo to praktycznie starcie Dawida z Goliatem, jeśli weźmie się pod uwagę medialne i biznesowe wsparcie twórcy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Przemocy oraz bezkrytyczną sektę jego wyznawców, którzy nie przyjmują żadnej krytyki. Z drugiej strony z ciekawością obserwowałem wpisy Matki Kurki w których kibicował (a może: kibicowała?) PiS-owi i entuzjastycznie wypowiadał się o kolejnych posunięciach Prezesa. Pamiętałem mgliście inne jego wcielenie, chyba jeszcze z czasów forum „Frondy”. Nigdy jednak nie śledziłem każdego jego tekstu.

Jak już wspomniałem, Kurka budzi od jakiegoś czasu mocne kontrowersje na Twitterze. Tym razem atakuje rząd Mateusza Morawieckiego za restrykcje wprowadzone w związku z koronawirusem. Robi to w iście histerycznym tonie (podobnie zresztą jak i inni „prawicowi” komentatorzy i dziennikarze, którym nie podobają się działania rządu). Wulgaryzmy, bluzgi i „dzielne” zdjęcia, na których Matka Kurka łamie przepisy i zalecenia rządowe – to w zasadzie standard – przynajmniej z tego, co dane mi było zobaczyć.

Jedni się od wypowiedzi Matki Kurki odcinają, inni przyjmują je z aprobatą. Nie wiadomo jeszcze, w którą stronę pójdzie ewolucja znanego blogera – czy nagle okaże się Konfederatą i zacznie pisywać na łamach „Najwyższego Czasu!”, czy będzie „niezależnym” autsajderem. Szaleństwa Matki Kurki traktuję z dużym dystansem. I wcale nie dlatego, bym uważał każde posunięcie rządowe za słuszne, choć wierzę (jako były PiS-owiec być może naiwnie) w dobrą wolę rządu Morawieckiego, czy dlatego, bym odmawiał komuś prawa do zmiany poglądów (sam przestałem wspierać w wyborach PiS, choć jednocześnie mam dużo wątpliwości co do Konfederacji). Z dystansem traktuję też komentarze, które sugerują, że Matka Kurka prowadzi działalność agenturalną i że właśnie przełożono wajchę, a jego mocodawcy wydali mu nowe polecenia.

Problem, jaki mam z Matką Kurką, to widoczny brak równowagi, zgoła niemęski. Dla mnie Matka Kurka to taka rozhisteryzowana baba z ostrymi zaburzeniami hormonalnymi. Wielgucki po prostu przechodzi od jednej skrajności w drugą. Może mi coś umknęło (bo jak mówiłem: nie śledzę każdej wypowiedzi tego blogera), ale przejście „od uwielbienia do wzgardy” jest u tego autora niebezpiecznie gwałtowne. To samo można powiedzieć o paru innych dziennikarzach i komentatorach. Niektórzy sobie wyobrażają, że używanie bluzgów, wulgaryzmów, inwektyw to cecha mocno męska. Te pohukiwania, wrzaski i bluzgi są w rzeczywistości symptomem braku równowagi i siły, reakcji uczuciowej, babskiej, a nie męskiej, za którą powinna kryć się chłodna kalkulacja i racjonalna analiza. Czytając wpisy i popisy Matki Kurki wiem jedno: nie powierzyłbym mu prowadzenia nawet małej firmy, a co dopiero stanowiska, na którym miałby jakikolwiek wpływ na rzeczywistość i losy wielu osób. W sytuacji kryzysowej doprowadziłby po prostu swoimi emocjonalnymi reakcjami do katastrofy.


czwartek, 26 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 06: Koronawirus jako kara Boża?

Jak już napisałem wcześniej, nie mam w zasadzie wątpliwości, że epidemia koronawirusa jest karą Bożą. Nawet jeśli okazałoby się, że rację mają ci, którzy twierdzą, że ta plaga nie tyle wymknęła się Chinom spod kontroli, gdyż nie chcieli ujawnić prawdy wystarczająco wcześnie i skorzystać z międzynarodowej pomocy, ale że jest ich celowym działaniem, testowaniem nowej broni, to w dalszym ciągu nie podważa to interpretacji mówiącej o dopuście Bożym. W końcu to On jest Panem historii i całego stworzenia.

Świetny „rozbiór” całej tej pandemii jako kary Bożej przeprowadził red. Krystian Kratiuk w wywiadzie dla wRealu24. Warto obejrzeć i posłuchać, bo cała ta rozmowa jest naprawdę wyważona, a spostrzeżenia są błyskotliwe i dobrze umotywowane. Trzeba pamiętać, że katolicyzm to nie tylko wiara, ale także rozum. A ten wywiad jest tego przykładem. Zachęcam do obejrzenia: Kościół zamyka Kościół! Szatan zaciera ręce? Co z naszą wiarą?


poniedziałek, 23 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 04: śmiercionośny wirus w sercu

Nie mam w zasadzie wątpliwości, że obecna pandemia czy też epidemia, a w każdym razie zaraza to jednak kara Boża. Niektórzy, nawet duchowni, obruszają się na takie stwierdzenie. Oczekują pewnie, że Pan Bóg to takie „ciepłe kluchy”, a nie kochający Ojciec. A przecież każdy kochający ojciec (a także matka) karze adekwatnie dzieci za zło, które popełniają. Czasami tak trzeba, jeśli łagodne słowa i siła argumentów nie działają.

Obecna zaraza wydaje się wręcz dość łagodną karą, jeśli weźmie się pod uwagę ilość zła popełnianego każdego dnia na całym świecie. Można się zastanawiać, czy jeśli ludzkość się nie opamięta, to nie spotka nas coś dużo, dużo gorszego.

Żyjemy bowiem w czasach szerzenia się cywilizacji śmierci. A szerzy się ona w zastraszającym tempie. Kiedy obserwuję np. tzw. „czarne marsze” i wykrzywione twarze protestujących, te ich bluzgi, środkowe palce, a nawet plucie i rzucanie różnymi przedmiotami w grupkę modlących się ludzi, to nieodmiennie przychodzi mi do głowy, że chyba nie wiedzą oni, kto tak naprawdę za nimi stoi. Usuńmy dwie litery z drugiego słowa wyrażenia „czarne marsze”, a będziemy mieli odpowiedź, czym tak naprawdę one są.

Ci, którzy obruszają się na stwierdzenie, że koronawirus to kara Boża, chyba nie biorą na poważnie tego, o jaką stawkę chodzi w tej grze. Przecież jeśli stawką jest albo wieczne potępienie, albo wieczne życie w nieskończonej radości bez łez i cierpienia, to tak naprawdę żadna kara na tym świecie nie jest zbyt surowa. Lękamy się bólu, lękamy się śmierci. Większość ludzi lęka się też operacji, wyrwania zęba, głupiego wbicia igły w czasie zastrzyku. A bez poddania się tym niemiłym zabiegom możemy przecież też skończyć fatalnie. Jeśli nawet nie spotka nas to, co i tak nieuniknione, to możemy resztę życia spędzić w cierpieniu, którego przecież chcieliśmy uniknąć.

Okazuje się, że są jednak tacy, którzy są kompletnie ślepi na tę rzeczywistość. Zaraza nie przemawia im do wyobraźni, nie skłania do chwili refleksji. Oto okazuje się, że np. aborcjoniści domagają się z powodu koronawirusa prawa do „zdalnych” aborcji, a propagatorzy śmierci na żądanie zdalnego wspomaganego samobójstwa. Śmierć czai się wokół, ale im mało jeszcze śmierci. Niewinne dziecko trzeba usunąć z tego świata, bo mama akurat chce robić karierę albo będzie musiała się zmagać z trudami życia, wychowując jednocześnie dziecko. Schorowanemu i samotnemu człowiekowi, który cierpi najlepiej też podać śmiercionośną ampułkę, zamiast wyciągnąć do niego pomocną dłoń, ofiarować mu choć chwilę wytchnienia w jego cierpieniu.

Czarne msze, czarne serca – śmiercionośny wirus tkwi w nich, jak okruch stłuczonego lustra w oku  i sercu Kaya.


Photo by David DeLorme from FreeImages

piątek, 20 marca 2020

Z dziennika kwarantanny 02: Co z naszymi duchownymi?

Epidemia koronawirusa jest testem. Nagle wychodzi na wierzch to, czego się nie spodziewaliśmy. Bywają to dobre rzeczy. Na przykład ludzie, którzy spieszą z pomocą lekarzom i pielęgniarkom, którzy robią zakupy samotnym osobom starszym. Bywają też złe, jak np. tych dwóch łobuzów, którzy sterroryzowali sprzedawczynię i ją opluli, mówiąc, że mają koronawirusa. Albo jak paniczne wykupywanie towarów ze sklepów bez troski o bliźnich (choć z drugiej strony trudno w tym nie dostrzec mimo wszystko troski o swoją własną rodzinę).

Jednak rzecz, którą ze zdziwieniem obserwuję od jakiegoś czasu, to zachowanie ludzi Kościoła. Jestem tutaj w kłopotliwej sytuacji. Z jednej strony trudno oczekiwać od innych ludzi bohaterstwa, można go oczekiwać z reguły od siebie i to bez wywyższania się nad innych. Z drugiej strony właśnie od Kościoła mamy prawo spodziewać się heroizmu i to zarówno w przypadku jego szeregowych członków, jak i duchownych i hierarchów.

W Polsce mamy przykłady dzielnych duszpasterzy, którzy mimo zagrożenia niestrudzenie świadczą posługę duszpasterską, odprawiają Msze św., dodają ludziom otuchy. Niektórzy czerpią wzory z zagranicy, jak na przykład ów dzielny ksiądz z Żórawiny, który pobłogosławił Wrocław Najświętszym Sakramentem z samolotu. Albo jak ksiądz Mirosław Matuszny, który postanowił samotnie iść po ulicach miasta i modlić się z relikwiami św. Antoniego o ustąpienie zarazy.

Mamy jednak zachowania także dziwne. Nie potrafię na przykład zrozumieć zachowania wrocławskich dominikanów, którzy zamknęli podwoje swojego kościoła dla wiernych i nie odprawili Mszy św. nawet w tak ograniczonym składzie, jaki dopuszczał ze względów bezpieczeństwa polski episkopat. Inne kościoły były w stanie dostosować się do wymogów nałożonych przez biskupów i Msze odprawić. Niektóre z tych Kościołów są tak na oko większe od kościoła dominikanów. Postarano się tam zachować środki bezpieczeństwa, o których pisze do wiernych przeor dominikanów.

Przypomnę, że w kościele dominikańskim znajdują się doczesne szczątki błogosławionego Czesława, a więc – może rozumuję naiwnie – kościół ten ma jakby dodatkową ochronę. Ale najważniejsza chyba jest ochrona, jaką daje Pan Jezus. Rozumiem troskę o bezpieczeństwo wiernych, nie rozumiem tego zamknięcia się na wiernych, nawet przy uwzględnieniu jakichś inicjatyw podejmowanych przez dominikanów, by zdalnie kontaktować się z parafianami. W kościele tym naprawdę nie trudno ograniczyć liczbę wiernych w czasie Mszy św. Wystarczy zamknąć jedne drzwi, a przy drugich ustawić dwóch zakonników lub panów. Niech będą nawet w maseczkach. A potem te drzwi zamknąć. Zostawiając ewentualnie jedną osobę, by informowała innych, że już nie ma wejścia.

Inny przykład to sprawa wspomnianego już wyżej dzielnego kapłana z Lublina – ks. Mirosława Matusznego. Z prawdziwym zdumieniem i szokiem dowiedziałem się, że biskup Stanisław Budzik zakazał samotnych procesji ks.Matusznemu. Jak powód podano samowolność działań. Kapłan podporządkował się poleceniu swojego biskupa (za co należy mu się ogromna pochwała, bo pokora jest oznaką świętości), ale decyzję biskupa bardzo trudno zrozumieć. Spotkała się ona zresztą z krytyką wiernych. Można by jeszcze ją pojąć, gdyby ks. Matuszny zrobił coś złego albo wprowadzał jakieś niezwykle niekonwencjonalne metody duszpasterskie czy naruszał np. zalecenie sprawowania Mszy dla nie większej ilości wiernych niż 50 osób, czy też gdyby narażał zdrowie innych ludzi.

Jednak ks. Matuszny robił to, co powinien robić kapłan: głosił Chrystusa, prosił Pana Boga o oddalenie epidemii, po katolicku odwoływał się do wstawiennictwa świętych – w tym przypadku św. Antoniego – zachęcał wiernych do modlitwy. Jego postawa spotkała się z gorącymi wyrazami poparcia ze strony katolików na świecie, gdyż o kapłanie informowały media zagraniczne. Dodawał w ten sposób otuchy nie tylko wiernym w Polsce, ale i na świecie. Skąd więc ten zakaz??? Smutne to ogromnie.

Ponoć ks. Matuszny prosił, by nie komentować decyzji biskupa, ale nie mogę się powstrzymać, gdyż bardzo mnie ona boli i uważam, że wyrządza się krzywdę zarówno katolikom oczekującym od Kościoła heroizmu, otuchy i wsparcia, jak i temu wiernemu kapłanowi. Jeśli kapłan demonstruje żywą wiarę w Bożą opiekę, dając przykład innym, jak można mu tego zabronić??? Módlmy się za naszych kapłanów, a zwłaszcza za biskupów Kościoła katolickiego.


środa, 19 lutego 2020

Telewizji publicznej nie sprywatyzuje nikt

Na Twitterze zobaczyłem propozycję kogoś z Konfederacji czy wspierającego Konfederację, by sprywatyzować TVP. Jest to postulat, pod którym mogę się podpisać obiema rękami, tym bardziej, że telewizji nie oglądam od lat, i jednocześnie postulat, który uważam za całkowicie nierealistyczny.

Wyobraźmy sobie, że oto mielibyśmy na przykład dwa TVN-y, bo TVP wykupiliby ci sami ludzie, którzy mają TVN, albo ludzie o podobnych poglądach. Jaki obraz rzeczywistości otrzymywaliby wówczas Polacy? Jakie szanse miałby nie tylko PiS, ale i sama Konfederacja, by zaprezentować swoje poglądy?

Oczywiście próby pomijania Konfederacji czy jej cenzurowania w mediach publicznych są skandaliczne. Nie zmieni to jednak faktu, że obecny układ medialny jest wynikiem układu z Magdalenki i licencji, a nie naturalnych procesów, które doprowadziłyby do wytworzenia się takich, a nie innych mediów. Obraz świata, który zatem otrzymują Polacy, jest obrazem skrzywionym. W tym katolickim kraju nie ma dużej, solidnej stacji katolickiej, która nadawałaby co kilka godzin serwis informacyjny albo miała osobny 24-godziny kanał z wiadomościami. Wyjątek stanowi jedynie telewizja TRWAM. TV Republika nie jest (jeszcze?) na tyle silna, by stanowić konkurencję dla Polsatu i TVN.

Tak więc TVP jest zbyt łakomym kąskiem, by którakolwiek partia go sobie odpuściła. Myślę, że nawet gdyby Konfederacja doszła do władzy, to długo by się zastanawiała, czy TVP sprywatyzować, czy raczej najpierw wyczyścić, a potem obsadzić swoimi ludźmi i walić ludziom swoją propagandę wolnego rynku, niskich podatków i dostępu do broni.


Photo by Trần Toàn on Unsplash

piątek, 14 lutego 2020

Środkowy palec Lichockiej

Nie mam sympatii do Lichockiej. Zwłaszcza odkąd poznałem jej poglądy na temat zabijania nienarodzonych. Gdybym w dalszym ciągu głosował na PiS, z pewnością nie byłaby to osoba, na którą oddałbym swój głos i odradzałbym też to innym. Gdy pojawiła się wzmianka, że będzie w sztabie wyborczym Andrzeja Dudy, uznałem to za jeszcze jeden przykład, iż głos konserwatywnego elektoratu widocznie się dla kandydata Zjednoczonej Prawicy nie liczy. Pomijam już to, że Duda pogrążył się w moich oczach wzmianką o możliwości akceptacji tzw. „związków partnerskich”, które Kościół w swojej nauce i mądrości potępia.

Nie wiem, czy Lichocka faktycznie pokazała środkowy palec, czy też tak się złożyło, że przypadkowo uchwycono moment, na którym to tak wygląda. Miałem okazję obejrzeć krótki filmik w zwolnionym tempie, pokazujący, że ona rzeczywiście sobie coś tam poprawia czy drapie pod okiem tymże palcem. Jednak filmik musiał być z innego dnia, choć w towarzystwie tych samych posłów, co pokazywało porównanie ze zdjęciem. Na zdjęciu wygląda to tak, jakby nie tylko ona jedna patrzyła w określonym kierunku i szyderczo się śmiała. Nie jestem tego w stanie rozstrzygnąć, trzeba by było pewnie powołać jakąś komisję i zbadać obraz z monitoringu.

Jeśli jest to manipulacja, to tak po ludzku jej współczuję, chociaż wolałbym, aby nie zasiadała w ławach poselskich. Natomiast ostatnimi, którzy powinni wykorzystywać te „fejkowe” lub autentyczne zdjęcia, są z pewnością członkowie opozycji. Myślę oczywiście o lewej stronie sali. Oni już dawno stracili wszelkie moralne prawo do krytykowania takich gestów i w ogóle oburzania się. Sam widok tych ludzi, którzy nie mają poczucia elementarnego wstydu, wywołuje u mnie obrzydzenie.

Jeśli zaś chodzi o Konfederację, to oczywiście rozumiem ich argumentację dotyczącą głosowania nad forsą, którą przydzielono telewizji publicznej, ale powinni przeprosić za wykorzystanie wizerunku Lichockiej w swoim memie, gdyby się okazało, że zdjęcie tak naprawdę fałszuje rzeczywistość. Rozumiem, że bliskie są im takie wartości, jak prawda, uczciwość, rzetelność i szacunek dla kobiet. Nawet jeśli tą kobietą jest feministka pozbawiona litości dla dzieci nienarodzonych. Fairplay, panowie! Inaczej stracicie z kolei mój szacunek, a i być może innych wyborców, którzy choć trochę myślą.


środa, 5 lutego 2020

Komu przyłożyć ruską pałką II, czyli świnie się tuczą

Praktycznie dzień po moim wpisie o posługiwaniu się ruską „pałką” okazało się, że i Konfederacja nią też się potrafi posługiwać. Oto na Twitterze znalazłem taki tekst: „JkmMikke: "Na szczęście A. Łukaszenka nie przyłączył Białorusi do Rosji, ale sytuacja, w której Polska nie zagwarantowała Białorusi przepływu potrzebnych ilości ropy i gazu, dowodzi, że PiS to albo ruscy agenci, albo ludzie bez wyobraźni politycznej". #Konfederacja #KORWiN”.

A więc myliłem się, że Konfedracja w nikogo chyba jeszcze nie uderza ruską pałką. Tyle tylko, że Korwin Mikke przynajmniej posłużył się nią z sensem i moim zdaniem walnął celnie. Nie walnął nią w taki sposób, jakby uważał swoich zwolenników za idiotów, tylko zaznaczył, że istnieje jeszcze możliwość, iż PiS to po prostu „ludzie pozbawieni wyobraźni politycznej”. Zwróciłem zresztą uwagę na to, że rządząca partia coś zaczęła ostatnio przebąkiwać o jakimś porozumieniu z Białorusią i wskazałem na fakt możliwego związku z wizytą Mike’a Pompeo u naszych sąsiadów.

Bardzo szybko też okazało się, że byłe komuchy, które teraz stały się „Europejczykami”, nie przegapiły szansy, by się wykazać kompletnym brakiem elementarnego poczucia wstydu. W mediach społecznościowych pojawiły się wypowiedzi „światłych”, którzy jeszcze parę dekad temu służyli Moskwie, biadolących coś o „polexicie” w związku z podpisaniem przez Andrzeja Dudę noweli ustaw sądowych.

Kiedy widzę te ich teksty, mam ochotę zacytować pewną wulgarną piosenkę Kukiza o politykach, ale nie zacytuję, bo nie lubię wulgaryzmów. Jednak pomysł z ostatniej zwrotki, by wsadzić ich w helikopter, jest godny rozpatrzenia. Najlepiej byłoby ich wysłać do Moskwy, w końcu tam powinni czuć się znacznie lepiej wśród starych towarzyszy niż w niebieskiej Unii Europejskiej (choć i ona niebieska jest tylko na powierzchni, a czerwona w głębi).

Zabawne przy tym są brednie pewnej feministki i weganaki czy też wegetarianki, która bełkocze coś o tym, że „demokracja jest najważniejsza” i że potrzeba „twardych rozwiązań”. Tej pani jakoś ciężko zaakceptować, że właśnie w wyniku demokratycznych wyborów w Polsce mamy taki rząd, a nie inny, i że zgodnie z wolą wyborców stanowi on takie, a nie inne prawo.

To jest zabawne, ale tak naprawdę strach pomyśleć, co by było, gdyby ta pani dostała realną władzę i zaczęła wprowadzać w życie te swoje zamordystyczne pomysły, które niszczyłby wieki cywilizacji europejskiej, cofając nas to stanu barbarzyńskiego, w którym krówki byłby święte, dzieci składano by w ofierze postępu – kto wie? może karmiąc nimi święte świnie – a wszyscy jedliby rośliny.


poniedziałek, 3 lutego 2020

Komu przyłożyć ruską pałką?

KO uderza co jakiś czas w PiS twierdząc, że rządząca partia działa na korzyść Putina. PiS uderza praktycznie bez przerwy w Konfederację, że to „ruscy agenci”. Konfederacja... hm... Konfederacja chyba jeszcze nie uderza w nikogo twierdząc, że to ruscy agenci, choć niewątpliwie politycy tej partii i dziennikarze z nią związani nie mają wątpliwości, że różna agentura działa w Polsce i ma swoje wpływy tu i ówdzie.

Twierdzenie, że PiS działa na korzyść Putina i Rosji jest oczywiście nonsensem. Choć z drugiej strony można by się zastanawiać, dlaczego nie angażuje się mocniej w porozumienie z Białorusią, pozwalając, by ciążyła ona w kierunku Rosji? Chyba ostatnio zaczęto coś na ten temat przebąkiwać, co może mieć związek z niedawną wizytą Mike’a Pompeo na Białorusi. No, ale nie o to chyba krytykom z liberalnej i lewicowej opozycji chodzi, bo sami nie prowadziliby polityki wobec Białorusi innej.

Twierdzenie, że Konfederacja to ruscy agenci, jest tak samo śmieszne, jak sugerowanie, że PiS to partia proputinowska albo „bolszewicka”. Fakt, że ktoś tam z polityków Konfederacji udzielił jakiegokolwiek wywiadu rosyjskim mediom, jeszcze o niczym nie świadczy. Gdyby taką argumentację traktować poważnie, to należałoby jednocześnie wykląć wszystkich polityków prawicy, którzy udzielili kiedykolwiek jakiegokolwiek wywiadu „Gazecie Wyborczej”, albo każdego księdza, który zgodził się na rozmowę z tą gazetą. Już zresztą o tym pisałem.

Intencje PiS-u w przypadku Konfederacji są jasne, a po mediach społecznościowych krąży wywiad z Adamem Lipińskim, który o tym mówi wprost. Gorzej, że poważni ludzie, a także zwykli wyborcy naprawdę traktują to serio (albo tak udają). PiS musi się liczyć z odpływem części elektoratu do Konfederacji, a moim zdaniem jest on nieunikniony. Wypowiedzi takie, jak najnowsza wypowiedź prezydenta Dudy o związkach partnerskich, czy ustępstwa w sprawie obrony życia dzieci nienarodzonych do tego się przyczynią wcześniej czy później. Dopóki konserwatywna alternatywa nie miała swoje reprezentacji w Sejmie, dopóty PiS mógł spać w miarę spokojnie. Choć Konfederacja nie wprowadziła swoich przedstawicieli do europarlamentu, to jednak ma jedenastu reprezentantów w Sejmie, a jeśli dobrze to rozegra, może uda się jej wprowadzić kolejnych.

Mechanizm jest prosty – do tej pory konserwatywni wyborcy myśleli sobie, że lepszy nienajlepszy PiS niż PO, który wpuści całą lewicową zarazę z zachodu do Polski. Teraz widzą, że jest szansa, by rozwalić układ. Dlatego PiS zastrzega się, że nie będzie żadnej koalicji z Konfederacją. Wciąż chce utrzymywać to motywowane strachem poparcie dla siebie. Może się na tym przejechać.

O intencjach KO nawet nie ma, co mówić. Dość powiedzieć, że są wśród nich politycy, którzy dawniej służyli wiernie PZPR, a teraz mają czelność pouczać innych na temat integracji europejskiej. Udając amnezję, chętnie też mówią o bolszewizmie PiS-u. Z obrzydzenia nie powiem już nic więcej.


czwartek, 30 stycznia 2020

Goodbye EU!

Cokolwiek by myśleć o poglądach Nigela Farage’a, to jego pożegnalna mowa w parlamencie europejskim wywarła na mnie duże wrażenie. Czy faktycznie ocali to Wielką Brytanię? Zobaczymy. Wydaje mi się, że Anglia jest przeżarta tą samą chorobą, która toczy UE.

Chciałbym, aby Polska mogła tak samo pożegnać się z tym biurokratycznym i coraz bardziej niszczycielskim i tłumiącym wolność tworem. Mogę powtórzyć za Farage’m: „Kocham Europę, nienawidzę Unii Europejskiej”.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

Czy ruscy agenci mówią płynnie po angielsku?

Ostatnio w mediach społecznościowych pojawiły się kpiny z prezydenta Dudy z powodu jego znajomości języka angielskiego. Nagranie z jakiegoś spotkania – mniejsza teraz o które spotkanie chodzi – spotkało się z drwiącymi komentarzami zwolenników Konfederacji i dziennikarza, który wspiera tę partię medialnie. Rozumiem, że taka reakcja jest próbą propagandowego zdyskredytowania urzędującego prezydenta i jakąś odpowiedzią na ataki na Konfederację, której zarzuca się bycie „ruską agenturą”.

Nawet jeśli przyjmiemy, że w ustach niektórych „ruska agentura” to tak naprawdę skrót myślowy, który oznacza, że działania Konfederacji de facto sprzyjają Rosji, to w większości przypadków szermujący tym argumentem wydają się naprawdę sądzić, że mamy do czynienia z ruskimi szpiegami. Wspomniałem już w jednym ze swoich poprzednich wpisów, że skądinąd inteligentni ludzie wydają się naprawdę wierzyć w to, iż np. Grzegorz Braun jest „ruskim agentem”, a sam fakt przebywania na terenie Rosji w trakcie robienia filmów ma ten fakt potwierdzać. Ba! Oni wręcz twierdzą, że świetne kino dokumentalne Brauna, które obnaża zarówno system komunistyczny, jak i postsowiecki w Rosji, jest tak naprawdę „legendowaniem agenta”!

Tak oto siermiężna propaganda, która uwłacza inteligencji przeciętnego wyborcy i której celem jest zdyskredytowanie konkurencji PiS-u, która może odebrać mu część konserwatywnego elektoratu, mającego dość niepoważnego traktowania pryncypiów, uderzyła niektórym na mózg.

Oczywiście kpiny z umiejętności językowych Dudy nie tylko są reakcją na bzdurny (ale i też poważny) zarzut agenturalności Konfederacji. To także rozwijająca się kampania prezydencka. Tyle tylko, że oczekiwałbym od zwolenników Konfederacji czegoś lepszego. Nabijanie się z czyichś umiejętności językowych jest po prostu nędzne. Chyba większość polskich polityków nie mówi za dobrze po angielsku, a ci, którzy mówią, robią to z błędami. Chciałoby się, aby ich znajomość obcych języków była lepsza, ale jest jak jest. To może uderzyć rykoszetem w samą Konfederację, gdyż ich kandydat mówi wprawdzie po angielsku, ale i jego angielszczyzna pozostawia wiele do życzenia. Jeśli ktoś ma wątpliwości, a wykazuje się świetną albo chociaż przeciętną znajomością tego języka, niech sobie znajdzie w sieci nagrania, na których Bosak w nim mówi (nie ma tego za wiele). Jeśli to jest świetna znajomość języka obcego, to ja jestem Szekspirem.

Photo by Kyle Glenn on Unsplash

piątek, 24 stycznia 2020

Sowieckie „wyzwolenie”

To, że rosyjska propaganda może mówić o wyzwoleniu polski przez armię sowiecką, jeszcze można zrozumieć. To, że takie nonsensy może mówić Polak w dzisiejszych czasach (choćby i był nawet byłym komuchem) nie czując niestosowności i kłamliwości takich poglądów, jest po prostu skandalem. Dlatego nigdy dosyć przypominania prawdy o tym, jaką to wolność niosła „niezwyciężona Armia Czerwona”.


czwartek, 23 stycznia 2020

Ameryka opowiada się za życiem, ich prezydent nie pęka

Amerykańscy kongresmani upamiętnili wczoraj rocznicę sprawy „Roe kontra Wade” przemówieniami, w których mówili o tym, że należy zakazać zabijania nienarodzonych dzieci. Nie przebierali w słowach i wprost nazywali sprawę po imieniu. Jeden z kongresmanów wspomniał o „dehumanizacji” istot ludzkich ze względu na ich wiek. Inny podkreślił zdumiewający fakt, jakim jest to, że wbrew osiągnięciom wiedzy medycznej i technologii, to ludobójstwo wciąż nie zostało zakazane. Wiedzy medycznej – bo przecież wiemy zbyt wiele o rozwoju człowieka, by udawać, że nienarodzone dziecko nie jest człowiekiem. Technologii – bo przecież można zobaczyć, czym jest ów „zlepek komórek”, o którym mówią feministki.

Z kolei Donald Trump, jeden z najbardziej „pro-liferskich” prezydentów w dziejach Stanów Zjednoczonych wydał specjalną deklarację, w której ogłosił 22 stycznia „Narodowym Dniem Świętości Życia Ludzkiego”. Podkreślił w niej godność każdej osoby ludzkiej od poczęcia po naturalną śmierć i obiecał działać dalej i nie ustępować w swojej walce z aborcją. Robi to w zasadzie w trakcie rozkręcającej się kampanii wyborczej. Nie pęka, że słupki sondażowe pokażą spadek popularności, nie kluczy.

Czy nasi rodzimi politycy, oprócz Konfederacji, mają taką odwagę, by otwarcie, bez obaw, głosić obronę ludzkiego życia, zwłaszcza życia tych najmniejszych, najbardziej bezbronnych? Niestety nie. Oni się boją gniewu czarnych feministek. Oni się obawiają o spadki w słupkach sondażowych. A tymczasem zegar tyka, wieczność czeka...

Swoją drogą, jestem ciekaw, ile mediów głównego nurtu o tym poinformowało, łącznie z TVPiS.


Photo by Kelly Sikkema on Unsplash

środa, 22 stycznia 2020

Życzliwie dla pohańców, z naganą dla arcybiskupa

Są rzeczy, które w polskim Kościele ciężko mi zrozumieć. Jedną z nich jest na przykład obchodzenie dnia islamu. Jaki cel jest tych obchodów? Czy chodzi tutaj o szerzenie prawdy na temat religii Mahometa? Chyba nie bardzo, bo gdyby tak było, to „20. krakowski dzień islamu w Kościele katolickim” nie miałby podtytułu: „Chrześcijanie i muzułmanie w służbie powszechnego braterstwa”.

Chyba wbrew intencjom organizatorów natomiast znakomicie odzwierciedlił istotę islamu plakat, który propaguje to wydarzenie. Spójrzcie tylko, Państwo: wokół minarety z charakterystycznym półksiężycem – wręcz natłok tych minaretów, a za nimi – jakby oblężone – pozbawione krzyży wieże kościołów. Dodatkowo plakat ten świetnie oddaje sytuację współczesnej Europy. Tak właśnie może wkrótce wyglądać.

A może się mylę? Może tak był zamiar organizatorów? Zasygnalizować to niebezpieczeństwo?

Mniej pobłażliwy jest natomiast nasz episkopat dla arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Otóż w związku z jego wypowiedziami rzecznik Konferencji Episkopatu Polski wydał specjalne oświadczenie, w którym odcina się od arcybiskupa, stwierdzając, że „nigdy nie był i nie jest członkiem Konferencji Episkopatu Polski”, a w związku z tym „wypowiedzi abp. Lengi nie można (...) w żaden sposób utożsamiać z Konferencją Episkopatu Polski”.

No, cóż... Można i tak. Chociaż nie zmienia to faktu, że zarówno abp Lenga, jak i polscy biskupi należą do tego samego Kościoła katolickiego. Cieszyłbym się poza tym, gdyby rzecznik Konferencji Episkopatu Polski równie energicznie reagował na inne „nieprawomyślne” wypowiedzi, a zwłaszcza na milczenie polskich hierarchów, kiedy bardzo potrzebny jest ich głos. Na przykład we Wrocławiu rok temu uchwalono dofinansowanie procedury in vitro z kieszeni podatnika i jakoś nie przypominam sobie wypowiedzi wrocławskiego arcyduszpasterza na ten temat. Handel żywym towarem jest finansowany przez katolickich podatników, a arcybiskup z prezydentem miasta cieszą się, że Wrocław jest miastem spotkań i nawet razem świętują Trzech Króli.



wtorek, 21 stycznia 2020

Kolejny Pinokio łże w obcej telewizji, ubrany w togę

To zastanawiające, że w dobie mediów elektronicznych, a więc szybkiej komunikacji, są tacy w Polsce, którzy uważają, że mogą bezkarnie łgać czy to w europarlamencie, czy po prostu w obcych mediach. Mieliśmy już przypadek rodzimego „wesołka”, który opowiadał kłamstwa o tym, jak to homoseksualiści są prześladowani w Polsce i nie wpuszczani do restauracji czy hoteli. Kłamał tak bezczelnie, że gdyby to była Polska szlachecka, to pewnie nie ośmieliłby się wrócić już do kraju, bo zostałby rozniesiony na szablach. Tymczasem z całym spokojem startuje jako kandydat starej nowej lewicy w wyborach prezydenckich.

Teraz sędzia, o którym dosyć często informują media, postanowił naszczekać na swój kraj w arabskiej telewizji. W udzielonym wywiadzie dla Al-Jazeera opowiada o tym, jak to Polsce bliżej do Białorusi niż krajów Unii Europejskiej. Mówi to w telewizji kraju, w którym nie ma partii politycznych ani parlamentu.

Prawdopodobnie, Szanowni Państwo, o tym nie wiedzieliście, ale w Polsce nie jest bezpiecznie być sędzią. Oto bowiem dowiadujemy się z wywiadu, że „sędziowie w naszym kraju żyją pod presją od wielu, wielu lat. Każda decyzja, która jest niezgodna z wolą polityków, spotyka się z atakami. Spotykamy się z mową nienawiści wobec nas i naszych rodzin, czasami sędziowie są zastraszani na ulicach”.

Zgroza! Kiedy we Francji sędziowie spokojnie sobie demonstrują otoczeni kordonem policji, która ich zabezpiecza przed ewentualną niechęcią przypadkowych przechodniów, w Polsce mamy standardy białoruskie. Jak wiemy z ostatnich demonstracji tysiąca stonóg, protesty sędziowskie są brutalnie tłumione przez policję, a w więzieniach siedzą niepokorni, odważni pracownicy Temidy.


Photo by Valerie Neufeld from freeimages.com

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Instytucje kultury czy antykultury?

Dzielny arcybiskup Marek Jędraszewski nie przestaje budzić wściekłości środowisk lewicowych i liberalnych. Jego wypowiedź o tęczowej zarazie bardzo je zabolała. Choć krakowski hierarcha nie zaatakował wprost żadnej konkretnej osoby, a jedynie potępił ideologię LGBT, nie przestają się sypać na jego głowę gromy i zwykłe chamskie wulgaryzmy. To wszystko ma znamiona wprowadzania knebla, którym chce się zamknąć usta wszystkim tym, którzy nie idą „z czasem, postępem, osiągnięciami techniki”. Jest też to forma zastraszania, grożenia palcem innym, którzy chcieliby swobodnie podzielić się refleksjami na temat współczesnych totalitarnych ideologii.

Innym przykładem jest przypadek prof. Ewy Budzyńskiej z Uniwersytetu Śląskiego, która stała się obiektem nagonki wyznawców „tęczowej zarazy”. Pani profesor odeszła w proteście z uczelni po 28 latach pracy. Zamiast ukarać studentów, którzy złożyli na nią skargę, rzecznik dyscyplinarny uczelni przychylił się do ich stanowiska. Pani profesor popełniła myślo-zbrodnię, bo nazwała nienarodzone dziecko człowiekiem i podała zdroworozsądkową definicję rodziny. Tak oto uczelnie wyższe w Polsce – po krótkim okresie trzech dekad wolności – stają się ponownie instytucjami propagującymi totalniacką ideologię. Jakby nikt niczego się nie nauczył z niedawnej historii komunistycznego zniewolenia. Jakby nie było PRL-u i tłumienia wolności słowa. Oto skutki „grubej kreski”!

Teraz do tego wszystkiego czytam, że dwie „instytucje kultury” w Krakowie – MOCAK i Bunkier Sztuki – zrezygnowały z patronatów w Radiu Kraków. Powodem jest obecność na falach tej rozgłośni abp. Marka Jędraszewskiego. Nasuwa się jednak pytanie, czy są to jeszcze faktycznie instytucje „kultury”, czy też może raczej antykultury, które dążą do zniszczenia podstaw wiekowej cywilizacji europejskiej, jaka przetrwała w Polsce mimo dwóch totalitarnych i zbrodniczych reżymów? Może MOCAK powinien zmienić nazwę na „MOCARZ” (choć na glinianych nogach), a Bunkier Sztuki zakupić zapas amunicji i karabinów maszynowych dla swoich tęczowych jaczejek, które pewnie niedługo z niego wylegną na ulice, by wprowadzać rządy „miłości i tolerancji”?


środa, 15 stycznia 2020

Braun przyjmuje zaproszenie od „Towarzyszki Panienki"

Muszę przyznać, że z dużą przykrością dowiedziałem się o tym, że Grzegorz Braun przyjął zaproszenie do udziału w programie od „Towarzyszki Panienki”, czyli córki Wojciecha Jaruzelskiego. Z jednej strony rozumiem jego motywy, z drugiej strony jednak w tym przypadku kompletnie się z nimi nie zgadzam.

Zacznijmy od tego, że nie ruszają mnie kompletnie oskarżenia o to, że Grzegorz Braun jest „ruskim agentem”, bo udzielił wywiadu jakiemuś „Sputnikowi” czy innym rosyjskim mediom. Braun udziela wywiadów różnym mediom i wprost mówi, co o nich myśli. Bez żenady nazywa „gadzinową” telewizję, w której akurat występuje. Gdybyśmy mieli tak rozumować, to kapłani, którzy udzielają wywiadów „Gazecie Wyborczej” czy „Newsweekowi” powinni z miejsca być objęci ekskomuniką, nie mówiąc już o fakcie zamieszczania na łamach tych mediów jakichś artykułów czy felietonów (co samo w sobie jest skandaliczne).

W ogóle nazywanie Brauna „ruskim agentem” jest idiotyczne. Chyba nikt w polskiej kulturze tak jak Braun nie obnażył zarówno systemu komunistycznego, jak i tego, co dzieje się we współczesnej Rosji. Tymczasem spotkałem się z opinią, że jego filmy to „legendowanie agenta”. Takie rzeczy wypisują ludzie skądinąd inteligentni. Sugerowanie, że twórczość Grzegorza Brauna to uwiarygodnianie ruskiego agenta, jest mniej więcej taką samą bzdurą, jak stwierdzenie, że jego pobyt w Stanach Zjednoczonych czyni go agentem CIA.

Braun z pewnością wykorzystuje te różne media jako platformę, z której może dotrzeć do ludzi, którzy normalnie nie mieliby możliwości poznania jego poglądów bezpośrednio. Tak robią z reguły normalni politycy. Nie ma więc w tym nic dziwnego. Jeśli więc udziela wywiadu ruskiej czy niemieckiej gazecie, nie rusza mnie to – powtórzę.

Jednak w przypadku Jaruzelskiej mam poczucie niesmaku. Takie samo, jakie miałem, gdy do jej domu pospieszył Kukiz, czy wówczas, gdy z dumą obwieszczał swój wywiad z nią Ziemkiewicz. Tutaj nie zgadzam się Braunem kompletnie. Udzielanie wywiadu ludziom pokroju Jaruzelskiej to w rzeczywistości utrzymywanie „na topie” i uwiarygodnianie ludzi z postkomunistycznego establishmentu. Jest ich w mediach sporo. Oni tak naprawdę nie doszli do swoich stanowisk w wyniku ciężkiej pracy, ale dzięki temu, że znaleźli się od początku w korzystniejszej sytuacji od ich rówieśników, którzy nie mieli tatusiów w PZPR czy w milicji. To naprawdę smutne, że prawicowi publicyści i politycy tak ochoczo spieszą, by udzielić wywiadu dzieciom byłych komunistów.

Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, o co mi chodzi, to powiem tak: wiele razy z dużą przykrością myślałem o ostatnich latach moich Rodziców. Ciężko harowali w czasach komuny. W normalnym kraju pewnie mieszkaliby w domku z ogródkiem, a mój Tato jeździłby to pracy własnym autem. Transformacja nie przyniosła im żadnego wynagrodzenia za zmarnowane lata młodości, żadnej rekompensaty. Tymczasem w telewizji mogłem oglądać „brazylijską” parę prezydencką, która na tej transformacji się dorobiła, bo uprzywilejowały ją związki z komunistami. Całkiem niedawno do parlamentu UE wybrano paru byłych komuchów, którzy za swoją lojalność partii powinni być nagrodzeni, jeśli nie celą więzienną, to gorzkimi latami w jakimś obskurnym M-2 bez perspektywy na jakąkolwiek karierę polityczną. Z mediów pouczają mnie, a także obecny rząd, bezwstydni byli członkowie PZPR. Ich dzieci brylują w mediach i jeżdżą na egzotyczne wakacje, gardząc „Januszami”, którzy smażą się na bałtyckiej plaży i jedzą smażonego dorsza... Wystarczy?

Photo by Nikolay Vorobyev on Unsplash


wtorek, 14 stycznia 2020

O pisarzu, który wiedział, gdzie są konfitury

Przeglądając anglojęzyczne strony z wiadomościami, wszedłem też na angielską wersję portalu Polskiego Radia. A tam informacja o polskich książkach polecanych przez „New York Times”. Okazuje się, że niegdyś recenzowany na tym blogu Szczepan Twardoch doczekał się swojej pierwszej książki przełożonej na język angielski.

Nie byłoby w tym wszystkim może nic sensacyjnego ani godnego uwagi, gdyby nie fakt, o czym jest ta książka. Otóż opisuje losy... żydowskiego boksera. Przedwojennego – dodam. Mowa oczywiście o powieści „Król”.

Widzą, już Państwo, o co chodzi? Jeśli ta książka jest faktycznie taka, jak jej opisy, które przejrzałem w Internecie, to można stwierdzić, że Twardoch wie, gdzie są konfitury. Nim sprawdziłem, co w sieci piszczy, pomyślałem sobie, że strategia jest mniej więcej taka, by z tego powstał film. Obojętnie, czy zrobiony przez Hollywood, czy np. przez polskiego reżysera, który jak autor Zimnej wojny będzie windowany do Oscara. Sprawdziłem i proszę! Miałem rację – dowiedziałem się, że powstaje, a w zasadzie już powstał serial na podstawie „Króla”!

Twardoch szybko odrobił lekcje. Zabrało mu to parę lat, ale w końcu „zmądrzał”. Gdyby taki Gabriel Maciejewski (przytaczam go przy takich okazjach nie bez kozery), również „zmądrzał”, to jego książki widniałby na wszystkich wystawach księgarskich, dostawałby propozycje napisania wywiadu z jakimś bokserem, żużlowcem albo innym asem sportu, a o prawa do ekranizacji jego powieści o przedwojennym żydowskim piłkarzu biłyby się główne stacje telewizyjne. No cóż... Maciejewski nie „zmądrzał”. Twardoch tak. Kogo zatem czytam?