Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnyszewicz Florian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarnyszewicz Florian. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 marca 2018

Maciejewskiego gawędy o czasach i ludziach


Niedawno pisałem o książce Gabriela Maciejewskiego Socjalizm i śmierć z cyklu „Baśń jak niedźwiedź”. Oczywiście, przekonawszy się, że to pisarz znakomity, nie mogłem się pohamować i musiałem nabyć przynajmniej jeszcze jedną z jego książek. Padło na pierwszy tom Polskich historii z tego samego cyklu.


Muszę ostrzec potencjalnego czytelnika, że to książka niebezpieczna. Jeśli macie mało czasu na lekturę, bo gonią was obowiązki, dzieci płaczą, a szef wymaga pilnego raportu na jutro, nie bierzcie jej do ręki – grozi wam, że nie będziecie mogli się od niej oderwać, dzieci was się wyrzekną, małżonek was zruga, a szef wyrzuci z pracy. Sam musiałem sobie dawkować tę lekturę, by nie zaniedbać swojej pracy i obowiązków domowych.


To książka, która powinna się znaleźć nie tyle na półce, co na stole w saloniku każdego Polaka, któremu zależy na świadomym przeżywaniu swojej polskości, dla którego kultura to coś więcej niż radosne „umcyk, umcyk” lecące z radia lub wygłupy kabaretowe w telewizji, a znajomość historii, a zwłaszcza Polskich historii jest istotna dla zrozumienia swojej tożsamości. Po tę książkę powinno się po prostu sięgać i czytać albo po kolei, albo na wyrywki. Jak popadnie.


Sama książka nie ma bowiem jakiegoś porządku chronologicznego, autor opowiada te Polskie historie sięgając do przypadków z wielowiekowych dziejów Polski. Są tu i czasy zaborów, i czasy schyłku II Rzeczpospolitej, czasy PRL-u i czasy II wojny światowej, czasy Polski niepodległej i czasy bardziej nam współczesne. Szerokie też jest spektrum postaci, jakie zjawiają się na kartach tego grubego i ładnie wydanego tomu: sportowcy, pisarze, dowódcy wojsk, ziemianie, księża, pospolici przestępcy, byli powstańcy, szaleńcy i innowatorzy, zdrajcy i bohaterowie, zwykle kanalie i ludzie uczciwi... Można wręcz doznać istnego zawrotu głowy!


Jest to jednak zawrót głowy przyjemny, jeśli chodzi o samą frajdę czytania, bo i Maciejewski jest gawędziarzem znakomitym, który snuje swoje opowieści w sposób, jaki może nasunąć skojarzenia np. z najlepszą literaturą XIX wieku, w której odnajdujemy jeszcze to delektowanie się samym opowiadaniem ciekawej, frapującej historii. A autor potrafi opowiadać swoje historie wybornie, obojętnie czy będzie to opis bitwy, szaleństwa polskiego magnata, czy relacja z niezwykłego pojedynku sportowego.


Jednak same historie nie zawsze są już tak przyjemne. Opowiadają przecież między innymi o sprawach bolesnych, trudnych, przykrych, o zmarnowanych szansach, o śmierci bohaterów, o roztrwonionych talentach, o przegranych i klęskach. Ale też i o sprawach ważnych, przemilczanych lub rozumianych opacznie. Co nie znaczy, że nie ma tu i zwycięstw i jaśniejszych stron naszych polskich dziejów.


Maciejewski ma swój punkt widzenia, z którym nie zawsze może jesteśmy gotowi się zgodzić. Nie podzielam np. jego opinii o rzekomym grafomaństwie Konwickiego, choć niewątpliwie autor ten popełnił książki, których czytać się po prostu nie da. Bez wątpienia jednak nie brak autorowi Baśni jak niedźwiedź przenikliwości, dociekliwości i odporności na mody intelektualne. Jest w tym jakaś po prostu zwykła uczciwość intelektualna, ale także odwaga myślenia. Jeśli mu się coś nie podoba, mówi o tym wprost. Wielu intelektualistów najłatwiej daje się wrobić w balona, przyjmując nabożnie różne mody i bzdury, które sprzedają im tzw. „autorytety”. Boją się najzwyczajniej kompromitacji i ośmieszenia. Stąd na przykład bezkrytyczne zachwyty nad Gombrowiczem i pogardliwe skrzywienie ust, gdy słyszą o Henryku Sienkiewiczu, choć pewnie niejeden z nich właśnie tego drugiego pochłaniałby z wypiekami na twarzy. Maciejewski nie ma z tym problemu.


Chyba znakomitym tego przykładem, oprócz wspomnianego wyżej Gombrowicza, jest kapitalny szkic „Dwie Litwy albo polnische Wirtschaft”, w którym autor inteligentnie rozprawia się z pewnymi bzdurami upowszechnianymi przez Czesława Miłosza, a dotyczącymi Litwy i polskiego ziemiaństwa. Przy okazji wyraża swój mało pochlebny stosunek do literatury jego krewnego – Oskara Miłosza. Ten tekst mógłby być wręcz modelowym przykładem mistrzostwa Maciejewskiego. Autor bez wahania poważa się szargać uznany autorytet. Ale robi to nie dla samego szargania i szarpania za nogawkę posągowej postaci, tylko dla zwykłej prawdy, prawdy historycznej, prawdy o Polsce, prawdy też o polskim ziemiaństwie – tego, które finansowało literackie ekscesy młodego Miłosza i o którym laureat Nobla nie miał dobrego zdania. Odwołuje się więc do faktów, a te są bezlitosne dla konfabulacji autora Rodzinnej Europy, pomijając już to, że są też mało znane. O ziemiaństwie w tej książce swoją drogą można by napisać osobny szkic, a chciałoby się, aby sam autor poważył się na jakąś większą rzecz. Z pewnością byłaby to książka nietuzinkowa.


W książce Maciejewskiego odnajduję pewne bliskie mi fascynacje literackie, nazwiska, które niestety dopiero teraz przedostają się do świadomości bardziej masowego czytelnika albo wciąż pozostają mało znane lub kompletnie nieznane, choć ich książki powinny znaleźć swoje poczesne miejsce na wielu półkach polskich domów. Jest tu więc i Czarnyszewicz, i Michał K. Pawlikowski, i Sergiusz Piasecki, i ks. Walerian Meysztowicz, którego szlacheckie z ducha gawędy czytałem jeszcze gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych.


Nie trujcie się więc Twardochem, nie kupujcie Tokarczuk, pomińcie wzgardliwym wzruszeniem ramion Dehnela, domagajcie się w waszej księgarni Maciejewskiego, a jeśli księgarz zrobi wielkie oczy, to pokiwajcie smutno głową i zamówcie sobie tę literacką frajdę przez internet. To naprawdę warto mieć i przeczytać!


Gabriel Maciejewski, Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie – tom I, Warszawa 2015.

wtorek, 6 marca 2018

„Nadberezyńcy” i Luter – dwie rekomendacje


W Wielki Post nie śledzę tego, co się dzieje w radio, jeśli już, to przypadkowo, ani za bardzo nie przeglądam Internetu, zatem dopiero teraz się dowiedziałem, że od lutego nadawana jest w Polskim Radio w odcinkach powieść „Nadberezyńcy” Floriana Czarnyszewicza. Czyta Adam Ferency, a więc aktor, który gwarantuje dobre wykonanie.


Moim zdaniem to wielkie święto. Florian Czarnyszewicz wreszcie doczekał się (szkoda że pośmiertnie) oficjalnego uznania swojego znakomitego dzieła i udostępnienia go szerszej publiczności. Miejmy nadzieję, że na tym się nie skończy. Dużym zaskoczeniem swego czasu było dla mnie, że ten sam program zaczął nadawać „Drogę donikąd” Józefa Mackiewicza, autora, który przez długi czas funkcjonował (i chyba do dziś trochę tak jest) jako autor ekskluzywny, bo wydawany zagranicą i cholernie drogi. To był jakiś przełom. Obecne wydarzenie uważam za kolejne, które jest jakimś zwrotem.


Szkoda jednak, że tak pasjonująca powieść, która powinna się stać lekturą obowiązkową każdego Polaka, który chce zrozumieć, czym jest polskość i Polska, czym naprawdę są Kresy, musiała tyle czasu czekać. Jak już pisałem przy okazji wzmianki o bloku tekstów w „Arcanach”, zdaje się to pokazywać całkowitą niewydolność instytucji opłacanych z budżetu państwa, które powinny dbać o polską kulturę, a więc także wydobywać i ocalać skarby tej kultury tworzone na emigracji.


O tym, że tzw. „transformacja ustrojowa” nie była do końca prawdziwym odzyskaniem wolności, świadczą według mnie takie właśnie – pozytywne skądinąd – wydarzenia. Bo jak to zrozumieć? Chyba każdy, kto czytał drugoobiegowe wydawnictwa, miał głód literatury emigracyjnej, zwłaszcza, jeśli do niej nie dotarł w tym podziemnym obiegu. Jak to się stało, że nie ruszyła wówczas jednym lub drugim wydawnictwie seria literatury emigracyjnej? Niechby nawet była drukowana na papierze gazetowym! Jak to się stało, że potrzeba było niemal ćwierć wieku, by pewne książki przebiły się do świadomości czytelniczej choćby wąskiego grona koneserów, nie mówiąc już o szerokiej publiczności?


Pamiętam, jak całkiem jeszcze niedawno spotykałem osoby czytające, interesujące się literaturą, także po polonistyce, które nie wiedziały, kim jest np. Andrzej Bobkowski. O Czarnyszewiczu nawet nie ma co mówić. Bobkowskiego chociaż wydawano i to już od dłuższego czasu. Dzieła Czarnyszewicza czekały na to, by w końcu temat podjęły dwa wydawnictwa prywatne: Arcana i LTW.


Gdyby Czarnyszewicz pojawił się wówczas, w latach dziewięćdziesiątych, kto wie? – może inaczej wyglądałoby to wszystko? Może jakiś reżyser, zamiast myśleć o nowej wersji „Czterech pancernych” albo „Kapitana Klossa”, pomyślałby już wówczas o adaptacji tej arcypolskiej prozy (i nie mam tu na myśli jakichś nacjonalistycznych ciągot!).


Książki można posłuchać tutaj. Zachęcam każdego, kto jeszcze nie miał jej ręce. Może posłucha i kupi.


Notabene ciekawe, czy doczekamy się w Polskim Radio, że będzie nadawana w odcinkach proza Michała Kryspina Pawlikowskiego albo ks. Waleriana Meysztowicza?


Druga moja rekomendacja, to filmik wideo, w którym Coryllus poleca najnowszy dokument Grzegorza Brauna. Warto obejrzeć i posłuchać, bo tu jest również mowa o tym, dlaczego dzieje się tak, jak dzieje, również z Czarnyszewiczem, że o pewnych ważnych dziełach szersza publiczność nic nie wie. Coryllus dokłada tutaj również garść informacji historycznych. Polecam.


wtorek, 30 stycznia 2018

Co ma Steven Tyler z „Aerosmith” wspólnego ze Smolarnią?


Ostatni numer dwumiesięcznika „Arcana” (nr 138) przygotował gratkę dla miłośników prozy Floriana Czarnyszewicza i w ogóle dla amatorów polskiej literatury, jak sądzę. Można w nim po raz kolejny znaleźć blok tekstów zarówno samego autora „Nadberezyńców”, jak i artykuły o nim. Poprzedni taki numer tego czasopisma (nr 125) wydano w roku 2015, o czym już pisałem na swoim blogu.


Notabene wydawnictwo „Arcana”, nie tylko sam dwumiesięcznik, ma spore zasługi dla przywracania pamięci o autorach niesłusznie zapomnianych i przez długi czas niewydawanych w swojej ojczyźnie, najpierw ze względów cenzuralnych, a potem... A potem? Przez zaniedbanie? Przez brak wykształconych ludzi gotowych poświęcić czas na pracochłonne prace naukowe i redaktorskie? Przez brak zainteresowania urzędników Ministerstwa Kultury? Ignorancję redakcji oficyn wydawniczych?


Dość wspomnieć, że to właśnie Arcana wydały monumentalną i wspaniałą powieść „Nadberezyńcy”. Niebagatelnie też przysłużyło się tu wydawnictwo LTW (przypominające także innych polskich pisarzy tworzących na emigracji) publikując pozostałe powieści Czarnyszewicza. Szkoda, że to wszystko tak późno (powieści Czarnyszewicza powinny były wyjść drukiem w Polsce przynajmniej już w latach dziewięćdziesiątych), dobrze, że jednak.


Oczywiście pierwszą atrakcją najnowszego numeru „Arcanów” są same teksty autora „Losów pasierbów”. Są to dwa listy do „inżyniera poety” – Jerzego Woszczynina, które odsłaniają nam kolejne skrawki argentyńskiego życia pisarza, problemów, z jakim się borykał, kłopotów zdrowotnych... Oba listy pochodzą z roku 1964 (z marca i maja), a więc zostały napisane na kilka miesięcy przed śmiercią Czarnyszewicza, która nastąpiła 18 sierpnia 1964 roku.


Dwa kolejne teksty pisarza odsłaniają rąbek jego działalności społecznikowskiej w Argentynie, choć oba reprezentują odmienne gatunki literackie. Pierwszy to artykuł opublikowany przez niego na pięćdziesiątą rocznicę Związku Polaków w Berisso. Tekst bardzo ciekawy, bo wyjawiający nie tylko cząstkę życiorysu Czarnyszewicza, jego zaangażowania w promowanie i podtrzymywanie polskiej kultury, ale także dający nam jakiś wgląd w mało chyba znane życie emigracyjne Polaków w Argentynie, jakby rzucający snop światła na drobne wycinki tamtej rzeczywistości, w gruncie rzeczy mówiący zarówno o tej starej, jeszcze przedwojennej emigracji, jaki i czasach II wojny światowej oraz lat powojennych.


Drugi tekst to nowelka „Józiuk żmuda”, która została nagrodzona na Konkursie Literackim „Głosu Polskiego”, otrzymując drugą nagrodę. Utwór ten również umieszczony jest w środowisku polskim w Argentynie i dotyka problematyki podobnej do tej, która została poruszona w artykule Czarnyszewicza. Wątek romansowy w niej obecny rozgrywa się na tle realiów ówczesnej emigracji zarobkowej i wybuchu II wojny światowej. Muszę przyznać, że była to dla mnie miła niespodzianka, gdyż zastanawiałem się, czy ocalało coś jeszcze z dorobku prozatorskiego autora „Nadberezyńców”, oprócz listów rzecz jasna (które mam nadzieję doczekają się jakiegoś książkowego wydania).


Prawdziwą bombą w tym bloku materiałów jest fotokopia wiersza Czarnyszewicza z roku... 1911, który został opublikowany w białoruskim czasopiśmie „Nasza Niwa” w Wilnie. Jak pisze Diana Maksimiuk (która opracowała i poprzedziła wstępami opublikowane fragmenty spuścizny pisarza) „Chrystos Uwaskros!” (bo tak nazywa się ten utwór), „jeśli wierzyć wydawcom „Głosu” [który przedrukował ten utwór w roku 1965], jest to najstarszy znany autorce utwór Czarnyszewicza”!

Jednak nie dosyć tych rewelacji! Bez wątpienia uwagę czytelników należy zwrócić na przyczynek do biografii Floriana Czarnyszewicza autorstwa Bartosza Bajkowa.


Bajków wykonał naprawdę imponującą, niemal tytaniczną pracę, jeśli weźmie się pod uwagę, że gromadzenie materiałów zaczął w styczniu 2017 roku, a sam tekst, opatrzony datą: „maj 2017”, podaje całą masę nowych szczegółów, które z pewnością zainteresują miłośników prozy Czarnyszewicza. W ciągu zaledwie kilku miesięcy Bajków zdołał uzupełnić naszą wiedzę na temat pisarza o nowe fakty i potwierdzić niektóre wątpliwe szczegóły biografii pisarza. Podsunął także kolejne problemy do rozwiązania. Swoją drogą – szkoda, że ktoś zabrał się za to tak późno, przecież wielu już informacji nie uda się uzyskać, bo po prostu odeszli ci, którzy mogliby coś powiedzieć. Tym większe podziękowania należą się badaczowi, który się tego podjął!


I pytanie: co robią różne instytuty badawcze zajmujące się historią literatury polskiej i literaturą polską w ogóle? Jeśli przyjmują jakieś dotacje ministerialne, to postulat do ministra kultury: „Panie Ministrze, niech Pan przyzna tę dotację panu Bartoszowi, zamiast im. Wówczas te pieniądze z pewnością nie będą zmarnowane!”


Jednym z ważnych odkryć, jakie Bajków podaje w swoim artykule, jest lokalizacja samej Smolarni. Otóż wielu sądziło, że jest to istniejąca do dziś na Białorusi miejscowość Smolarnia, którą można też znaleźć na mapach satelitarnych. Bajków, po przestudiowaniu sprawy, stwierdza: „według mnie Smolarnia to Przesieka (konkretnie Przesieka Druga, kilka kilometrów na wschód od Kliczewa”. Skoro Przesieka to powieściowa Smolarnia, to czym stał się Kliczew w „Nadberezyńcach”? Ha! Odsyłam do tekstu autora w 138 numerze dwumiesięcznika „Arcana”, w którym można znaleźć wiele innych intrygujących informacji i odkryć dotyczących zarówno nazw i lokalizacji powieściowych miejscowości, losów rodziny Czarnyszewiczów, jaki odpowiedź na tytułowe pytanie: „Co ma Steven Tyler z Aerosmith wspólnego ze Smolarnią?”

Na koniec jeszcze jedna rzecz. Tym razem ponownie w mojej rekomendacji łyżka dziegciu. Zawsze mam dylemat, czy o tym pisać, zwłaszcza, gdy ktoś robi naprawdę dobrą robotę przywracając czytelnikom dzieła czy utwory zapomniane. Wydaje mi się jednak, że trzeba na to zwracać uwagę, bo niechlujna redakcja tekstów to plaga współczesnych czasów i to mimo wspaniałych osiągnięć technicznych, które umożliwiają szybką korektę, jak również redakcję. Niestety całą przyjemność lektury psuła mi właśnie ta niestaranna korekta. Trudno o to winić samych autorów pomieszczonych tam publikacji, bo przecież lepiej nasze omyłki zawsze dostrzega osoba postronna. Wina więc spada na redakcję dwumiesięcznika. Przy takim cyklu wydawniczym chyba można by to robić nieco staranniej?

niedziela, 24 stycznia 2016

Upamiętnić Czarnyszewicza

W 125. numerze „Arcanów” w dziale „Kanon” można znaleźć blok tekstów Czarnyszewicza i o Czarnyszewiczu. Ściślej – dwa listy autora „Nadberezyńców” do Marii Czapskiej poprzedzone krótkim wstępem Diany Maksimiuk, kilka listów do Józefy Radzymińskiej oraz teksty Macieja Urbanowskiego i Jarosława Szarka. Blok ilustrują dodatkowo zdjęcia. 

Muszę przyznać, że pierwszy list do Marii Czapskiej przeczytałem z prawdziwym wzruszeniem. Podobnie było z pozostałą korespondencją Czarnyszewicza, która przynosi miłośnikowi jego prozy garść informacji dotyczących zarówno samego życia autora, jak i tajników jego utworów. Można się z nich dowiedzieć, że np. pierwowzorem Wicika Żywicy była autentyczna postać i to na dodatek krewny samego pisarza – Witalis Czarnyszewicz. Choć z rozproszonych w listach Czarnyszewicza informacji można się domyślić, że autor wykorzystał kreując tego bohatera również swoje własne doświadczenia. Wiemy dzięki tym listom, że autor „Losów pasierbów” wahał się nad tym, czy przygody Żywicy mają się zakończyć tak, jak w rzeczywistości zakończyły się przygody jego brata stryjecznego czy inaczej (nie lubię zdradzać kluczowych szczegółów utworów literackich, więc nie będę pisał jaśniej – wciąż jest wielu czytelników, którzy prozy Czarnyszewicza nie znają).

Ciekawe są rozważania Macieja Urbanowskiego o Polaku-katoliku w powieściach Czarnyszewicza. Ci, którzy reagują alergicznie na samą taką zbitkę pojęciową, powinni koniecznie sięgnąć po ten szkic. Wystarczy dodać, że admiratorami „Nadberezyńców” byli i Józef Czapski, i Czesław Miłosz – a więc autorzy, którzy krytycznie podchodzili do tradycji narodowej i polskiego katolicyzmu.

Przejmujący jest tekst Jarosława Szarka, który wybrał się w podróż śladami Czarnyszewicza i jego bohaterów na tereny dzisiejszej Białorusi. Niewiele z tego wszystkiego zostało albo właściwe prawie nic. Dlatego ta nostalgiczna podróż, ilustrowana cytatami z prozy pisarza i zdjęciami Szarka, jest tym smutniejsza. Walec komunizmu dokonał zniszczeń straszliwych, z barwnego świata szlachty zagrodowej opisywanego przez autora „Nadberezyńców” pozostały właściwie już tylko jego powieści.

I właśnie tekst Szarka nasunął mi myśl. Autor wspomina w nim, że kiedy odwiedził Smolarnię, ktoś zaproponował mu kupienie jednego domu na daczę. A może byłaby szansa na powstanie jakiejś fundacji, stowarzyszenia czy czegoś podobnego, zgromadzenia pieniędzy i wykupienia nie jednego domu, ale całej Smolarni? Może na tej ziemi, która została odcięta – jak się wydaje już na wieki – od Rzeczpospolitej, byłaby szansa na stworzenie czegoś w rodzaju ośrodka kulturalnego i muzeum w jednym? Można by tam było wystawić pomnik samemu Florianowi Czarnyszewiczowi, upamiętnić bohaterów jego prozy, a może – kto wie? – zgromadzić eksponaty, które być może jakimś cudem się jeszcze gdzieś zachowały, a które świadczyłyby o przeszłości tych ziem, o życiu szlachty zagrodowej, ale także okolicznej ludności wiejskiej? Do takiego miejsca mogliby przyjeżdżać pisarze, artyści, turyści z Polski, ale i też z Białorusi. Taki ośrodek mógłby stać się również miejscem spotkania intelektualistów polskich i białoruskich.

Pytanie tylko, czy w obecnej sytuacji znaleźliby się ludzie z wizją, dysponujący odpowiednimi środkami finansowymi i siłą przebicia, którzy byliby w stanie również uporać się z białoruską biurokracją, a być może niechęcią tamtejszych władz? Czy same władze Rzeczpospolitej byłby chętne i skłonne wspomóc taką inicjatywę we wszelki możliwy sposób i upamiętnić wielkiego powieściopisarza?

czwartek, 21 stycznia 2016

Swój Żyd

Nic mnie tak nie rozbawiło z wydarzeń politycznych, jak pewien polski Żyd, publicysta i historyk (a może raczej „histeryk”) fotografujący się z kartką „najgorszy sort Polaków”. Ów pan publikuje książkowe paszkwile na Polskę i Polaków, więc kartka jak najbardziej była na miejscu. Nasz „wybitny” historyk (histeryk) podsumował bowiem swoją działalność dwojako. Przede wszystkim przywołał słowa Jarosława Kaczyńskiego, który używając określenia „najgorszy sort Polaków”, mówił po prostu o zdrajcach Polski. A więc równie dobrze mógłby się ów publicysta sfotografować z kartką: „zdrajca Polski” albo np. „kolaborant”. Niezła samokrytyka! Drugi aspekt tej całej sprawy jest taki, że jeśli ten pan nie zdaje (lub nie zdawał) sobie sprawy z faktu, w jakim kontekście zostały cytowane przez niego słowa użyte, to zdjęcie kapitalnie podsumowuje jego publicystykę historyczną i „solidną” weryfikację źródeł. Słowem – gorzej już sobie w stopę strzelić chyba nie można.

Nie pisałbym może o tym wszystkim – tym bardziej że owa fotografia jest chyba jeszcze z końca zeszłego roku – gdyby nie fragment omawianej przeze mnie na tym blogu poruszającej powieści Floriana Czarnyszewicza „Losy pasierbów”. Warto chyba przytoczyć ten passus z wypowiedzią polskiego Żyda – mniejsza w tej chwili, na ile bohater powieści mówi to wszystko szczerze – sama wypowiedź bowiem charakteryzuje pewną postawę, z którą niestety spotykamy się także i dzisiaj, i nie tylko po stronie polskich Żydów. Jak widać od prawie wieku niewiele się zmieniło:

„Ja szczerze kocham polski naród i jego Bóg Jezus Chrystus. I tutaj, i w kraju. Ja nie jestem, proszę państwa, z takich Żydy, co wyjechawszy za granicę, na polskie ojczyznę psy wieszają, wimiszlając, że ona im nie chciała sprzedać chleba. Że robiła pogrom, że nie dawała żyć. To nie jest prawda. Ja zawsze się pitam takich sobaki, dlaczego to w Polskie jest tyle Żydy co w cała Europa? Dlaczego to tam, gdzie jest źle, żyje dużo Żydy, a tam gdzie dobrze – mało? Jak to może być? Musić to nieprawda. Musić w Polsce lepiej było, jeśli do niej zjechali się Żydy z inne kraje.
A za tę dobroć nie wolno płacić złem. Trzeba zawsze mieć w pamięci, że mi w Polskie się urodzili, że polska baba nam bieliznę pierze, wodę na wysokie piętro nosi i kury hoduje, sama przymierając z głodu, a chłop drzewo rąbie, wilki zabija, broni nas od bandyty, od Szwedy, od ruskie czarne sotnie, od Kozaki zaporoskie i od wszelka inna wredna swołacz. Więc jeśli który w złości powie na nas pogane słowo lub zamiast w nasze ławkie, kupi coś w kooperatywa – to za to nie ma się co gniewać”.
(Florian Czarnyszewicz, Losy pasierbów, LTW, Łomianki 2015, s. 83.)

środa, 20 stycznia 2016

Losy Nadberezyńców – nasze losy

Dawno nie drżałem tak bardzo o los postaci literackiej, jak w przypadku Zygmunta Dub-Dubowika, bohatera powieści „Losy pasierbów” Floriana Czarnyszewicza.

Książka ta – jak to określa się w języku angielskim – to istny „page-turner”, od którego siłą i groźbą trzeba odrywać. Dziwi więc niska ocena tej powieści przez krajana Czarnyszewicza – M.K. Pawlikowskiego – jedynym wytłumaczeniem jest chyba tylko zwykła zazdrość drugiego pisarza, bo inni krytycy wysoko oceniali walory tego utworu autora „Nadberezyńców” (choć z drugiej strony Pawlikowski wychwalał właśnie „Nadberezyńców”).

Florian Czarnyszewicz daje w swoim utworze przejmujący obraz polskiej emigracji zarobkowej w Argentynie. Śledzimy losy, wspomnianego już wyżej, Zygmunta Dub-Dubowika – polskiego żołnierza, byłego uczestnika wojny polsko-bolszewickiej i uciekiniera z terenów dawnej Rzeczpospolitej, które po traktacie ryskim przypadły bolszewikom w udziale – oraz jego rodziny od momentu przybycia do Ameryki Południowej pod koniec lat dwudziestych. Jak zauważa Maciej Urbanowski w posłowiu, jest to „zamknięcie swego rodzaju tetralogii, jaką stanowią »Nadberezyńcy« (1942), »Wicik Żywica« (1953) oraz »Chłopcy z Nowoszyszek« (1963)”. Jest bowiem Zygmunt krajanem tytułowych bohaterów wymienionych książek.

Przedstawia przy tym autor „Nadberezyńców” bogatą panoramę różnych postaci i charakterów – od najpodlejszych kanalii i szumowin, poprzez zwykłych, niczym szczególnym nie wyróżniających się emigrantów, bezrobotnych i bezdomnych usiłujących radzić sobie w nowej sytuacji, aż po ludzi prawego charakteru, gotowych pomóc bliźniemu i w trudnych warunkach zachowujących godność i szlachetność postępowania. Uderza też w książce bogactwo i różnorodność języka, która odzwierciedla rozmaitość typów ludzkich i narodowościowych. Bohater napotyka bowiem nie tylko rodaków z obszarów dzisiejszej Białorusi – Polaków i Białorusinów, ale też Ukraińców, Chorwatów, rdzennych Argentyńczyków, Rosjan i Żydów.

„Losy pasierbów” powinni przede wszystkim przeczytać wszyscy ci, którzy czytali „Trans-Atlantyk” Gombrowicza. Nie tylko z tej racji, że akcja powieści Czarnyszewicza rozgrywa się w Argentynie, ale także z tego powodu, że odmienne jest i doświadczenie literackich postaci w tej powieści, jak i odmienne nastawienie do spraw związanych z Polską, religią, tradycją. Utwór Czarnyszewicza to przede wszystkim gorzki obraz ciężkiej doli emigrantów z Polski, dla których Ojczyzna nie znalazła miejsca i którym nie potrafiła pomóc, a którzy w nowych, obcych warunkach usiłowali, często z ogromnych trudem, utrzymać się na powierzchni, urządzić sobie życie na obczyźnie ciężką, wyczerpującą pracą.

Można się domyślić, że sporo tutaj przetworzonych doświadczeń samego autora, który przecież też pracował w rzeźni, jak przez pewien czas jego bohater, a więc ponownie – jak w „Nadberezyńcach” i „Wiciku Żywicy” tego samego autorstwa czy w cyklu powieściowym M.K. Pawlikowskiego – nadaje to jego utworowi rangę autentyzmu. I podobnie, jak w przypadku „Wicika Żywicy”, można powiedzieć, że powieść ta jest jak najbardziej na czasie, jeśli wziąć pod uwagę tę ogromną – przytłaczającą wręcz – masę polskich emigrantów zarobkowych – choć warunki, styl życia i niebezpieczeństwa, na jakie napotykają, a także kraje docelowe się zmieniły.

Nie zmieniło się jednak jedno – pokusa wtopienia się w krajobraz, porzucenia swoich zwyczajów, religii i zasad moralnych. Czarnyszewicz daje żywy obraz m.in. tej grupy emigrantów, którzy zdołali się w Argentynie „ustawić”, a jednocześnie bardzo szybko zaczęli się odnosić z pogardą do zwyczajów przywiezionych z Polski. Degrengolada moralna kusi bohaterów powieści błyskotkami i blichtrem życia ułatwionego. Niektórzy się jej poddają. Inni podejmują próbę walki z nią mniej lub bardziej poradnie. Jeszcze inni po prostu się jej opierają, nie dając się zwieść żadnej „synczyźnie” ani po prostu zwykłemu prostytuowaniu się.

Co gorsza – Zygmunt, ku swojemu zdumieniu, spotyka na ziemi argentyńskiej swoich zaciekłych wrogów – bolszewików. I – podobnie jak tamci w Polsce i na ziemiach utraconych na rzecz Związku Sowieckiego – są oni gotowi uciec się do najpodlejszych czynów, nawet do zbrodni, byle pozbyć się swojego przeciwnika. A spotyka ich wśród krajan, wśród ludzi, którzy podobnie jak on wyemigrowali w poszukiwaniu lepszego życia.

Konstrukcja powieści jest w pewnym sensie na wskroś nowoczesna, z jej otwartym zakończeniem, przypominającym zakończenia filmów hollywoodzkich – niby rozstrzygającym, ale niedopowiadającym, dającym możliwość rozwinięcia tematu w kolejnym tomie. Taką możliwość dają też różne poboczne wątki, a więc pozwala to domyślać się, że autor planował w przyszłości powrót do swoich bohaterów albo nawiązanie do ich losów, tak jak uczynił to w „Wiciku Żywicy”, w którym powracają bohaterowie jego „Nadberezyńców”. Niestety (albo – stety) te niedopowiedzenia pozostawiają już tylko pole do popisu wyobraźni czytelnika, gdyż autor po „Losach pasierbów” napisał jeszcze tylko jedną powieść, ale ponownie dziejącą się na zagrabionych terenach I Rzeczpospolitej. Kto wie, gdyby nie ciężka praca w rzeźni, gdyby nie trudne warunki życia, gdyby miał możliwość poświęcenia się jedynie pracy literackiej, być może pisarz dałby nam kolejny tom „Losów pasierbów” albo nawet serię powieści przedstawiających losy Kozyra, tajemniczego polskiego policjanta w argentyńskiej służbie, panów z polskiego Towarzystwa, Żyda Szmulki i innych postaci, które się przez omawiany utwór przewinęły? A może po prostu chciał, aby już takie ich losy pozostały – niedopowiedziane, nieodgadnione, tajemnicze – jak losy ludzi, których tylko na chwilę spotykamy w swoim życiu, by ich już nigdy więcej nie spotkać ponownie, nawet jeśli przez jakiś czas byli nam dość bliscy?

*
Ze staroświeckiej czarno-białej fotografii na skrzydełku okładki „Losów pasierbów” patrzy na mnie szczupły mężczyzna w garniturze. Przystrzyżone wąsy, chuda twarz, starannie przyczesane krótkie włosy... Gdyby ta fotografia znalazła się jakimś przypadkiem wśród moich rodzinnych zdjęć, w pierwszej chwili pomyślałbym, że to dziadek ze strony mojej Mamy. Potem, przyglądając się uważniej, dostrzegając pewne różnice w fizjonomii, może doszukiwałbym się w tej postaci brata dziadka, którego nie miałem okazji poznać. Nie wiem, czy to znak czasów, po prostu ślad epoki – jej stylu czy po prostu jakaś charakterystyczna dla Kresowiaków cecha w rysach twarzy. Mój dziadek zresztą nie pochodził z terenów obecnej Białorusi, ale obecnej Ukrainy. W każdym razie jest mi przez to Czarnyszewicz jakoś jeszcze bliższy. A w czasie ostatniego rodzinnego spotkania wujek ze strony mojej żony wspomniał o bracie jej dziadka, który wyemigrował właśnie do Argentyny. Tak więc to wszystko się jakoś zapętla, nakłada, łączy... Nasze losy, losy Polaków... Nasza tożsamość, miejsca, z których pochodzimy, gdzie mieszkały pokolenia naszych przodków, miejsca, które obrosły legendą i które zostały utracone...

Florian Czarnyszewicz, Losy pasierbów, LTW, Łomianki 2015.

piątek, 18 grudnia 2015

Dorwać Żórawiela

Chciałbym – przy całej mojej niechęci do popkultury – aby ktoś utalentowany przyswoił tę powieść popkulturze, aby nakręcił film fabularny, który stałby się kinowym hitem i wyparł ze świadomości przeciętnego Polaka tych wszystkich Gustlików, Klossów i tym podobne stwory z komunistycznej propagandy rodem, które skaziły naszą wyobraźnię. Tytułowy bohater „Wicika Żywicy” Floriana Czarnyszewicza stanowi bowiem doskonały materiał na takiego filmowego herosa: młody, bohaterski, zapalczywy, ale i rozsądny, gdy idzie o program polityczny, nie pozbawiony drobnych wad, ale przez to bardzo ludzki, pracuje na dodatek w zwiadzie na niepewnym pograniczu polsko-sowieckim. Tropi przy tym niebezpiecznego, a przebiegłego bolszewickiego bandytę Żórawiela, który myli ślad, wymyka się z kolejnych pułapek, sieje ferment i zamieszanie, przemyka się do położonego nad Berezyną miasteczka, które wówczas znajdowało się w rękach polskich. 

Jest „Wicik Żywica” znakomitą i trzymającą w napięciu powieścią przygodową, szpiegowską z okresu walk z bolszewikami, kiedy ważyły się jeszcze losy i kształt II Rzeczpospolitej. Są tu pościgi i ucieczki, podstępne fortele, mniejsze i większe bitwy lub potyczki, sytuacje zdawałoby się bez wyjścia, zamiana tożsamości i igranie z ryzykiem. Jest też romantyczna miłość. Jest szlachta zagrodowa i pospolite ruszenie. Mikstura w najlepszym rozumieniu tego słowa sienkiewiczowska. Bo i główny bohater ma w sobie wiele z sienkiewiczowskich postaci – szlachetny, gotowy nadstawić głowę za ojczyznę, krew się w nim gotuje, gdy widzi prywatę, niesprawiedliwość po stronie tych, którzy powinni świecić przykładem, a działają na szkodę Rzeczpospolitej. 

W gruncie rzeczy jest to postać na nasze czasy, kiedy to polityczna zmiana rozbudziła wiele nadziei u patriotycznie nastawionej części społeczeństwa. Wicik Żywica uosabia bowiem postać patrioty zakochanego w swojej Ojczyźnie i gotowego służyć jej do końca, a przy tym jest tutaj silna więź z katolicyzmem, chociaż sam bohater bezgrzeszny nie jest i jego postępowanie nie zawsze odzwierciedla wzór pobożnego młodzieńca. Można się nawet pokusić o stwierdzenie (i chyba nie będzie to przesada), że jego perypetie w pewnym sensie mogą być symbolem perypetii nowego rządu i prezydenta RP – kiedy to ci, którzy powinni milczeć, krzyczą najgłośniej i próbują wrobić pozytywnego bohatera w brzydką historię, przyprawić mu gębę złoczyńcy. 

Aktualna jest też w gruncie rzeczy kwestia narodowościowa, gdy za naszą wschodnią granicą trwa wojna i sytuacja jest ciągle napięta. W powieści wprawdzie chodzi o Białorusinów, ale problem pozostaje jakby podobny. Wicik jest zwolennikiem pojednania polsko-białoruskiego i wspólnej walki przeciwko wspólnemu wrogowi. Marzy mu się Rzeczpospolita, w której dobrze by się czuli zarówno Polacy, jak i Białorusini, bo przecież i jedni, i drudzy mieszkają ze sobą od wieków, ta sama ziemia jest dla nich Ojczyzną i nie da się ich rozłączyć, chyba że siłą. Nasz tytułowy bohater dąży więc do pojednania szlachty zagrodowej z wiejską ludnością białoruską często wbrew swojemu środowisku i wbrew środowisku białoruskiemu. Jego młodzieńcza miłość najpierw do zagrodowej szlachcianki Brońki, a potem do białoruskiej wieśniaczki Duńki jest zatem również symboliczna. Znamy już tę historię i wiemy, że szlachetne dążenia Wicika nie zakończyły się powodzeniem, bo przecież oba narody w końcu utraciły wolność. Wicik przypomina więc tych, którzy chcieliby dzisiaj pojednania między Ukraińcami i Polakami. 

Oprócz strony przygodowo-romantycznej oraz wątku politycznego, powieść daje ciekawy wgląd w życie i obyczaje polskiej szlachty zagrodowej na terenach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, a dzisiejszej Białorusi. Daje też obraz jej stosunków z wiejską ludnością białoruską. Czytelnicy, którzy znają już „Nadberezyńców”, mieli okazję zasmakować w tej rzeczywistości barwnie tam opisanej, więc kolejna powieść Czarnyszewicza będzie dla nich wyprawą w świat już częściowo znany. Jest zresztą „Wicik…” kontynuacją tamtej wspaniałej opowieści, jednak główni bohaterowie pełnią tutaj tym razem rolę drugoplanową (co nie znaczy, że mniej ważną). 

Przygody tytułowego bohatera opisywane są z humorem, choć cała powieść jako taka wesoła nie jest, bo przecież Czarnyszewicz opisuje tragiczne losy ziem i ludzi mu tak bliskich, środowiska, z którego sam się wywodził. A i perspektywa, z jakiej opisuje ich dzieje przypomina w zakończeniu „Pana Tadeusza”, do którego tak chętnie nawiązywał krajan Czarnyszewicza – Michał K. Pawlikowski. 

Wspaniałe są w powieści opisy przyrody, ale chyba najwspanialsze dwa opisy wiążą się z dwoma świętami religijnymi (podobnie zresztą, jak miało to miejsce w „Nadberezyńcach”): pierwszy dotyczy obchodów wielkanocnych, a drugi świętojańskich. W pierwszym przypadku autor rzuca snop światła na wielkanocne zwyczaje, które musiały być typowe dla tamtego rejonu. W drugim daje barwny opis obchodów świętojańskich wraz z odbywającym się wówczas targowiskiem. Obu tym opisom towarzyszy wątek romansowy, co dodatkowo „podkręca” całą atmosferę. 

Wydawnictwu LTW, mocno zasłużonemu dla przywracania pamięci o niesłusznie zapomnianych pisarzach, należą się podziękowania za udostępnienie po raz pierwszy czytelnikowi w Polsce tego dzieła autora „Nadberezyńców”. Zaletą jest dodatkowo to, że oprócz oryginalnego wstępu autorstwa Melchiora Wańkowicza, powieść została również opatrzona posłowiem prof. Macieja Urbanowskiego, które przybliża historię jej recepcji (czytelnika mogą nieco zaskoczyć pewne fakty, jak i opinie o utworze znanych emigracyjnych krytyków) oraz poddaje ją krytycznej analizie. Może powieść stanie się dla kogoś początkiem przygody z pisarstwem Floriana Czarnyszewicza? Może sięgnie po nią miłośnik „Nadberezyńców”? Z pewnością warto! 

Florian Czarnyszewicz, Wicik Żywica, LTW, Łomianki 2012.

czwartek, 15 października 2015

„Nadberezyńcy” czyli prawdziwy schyłek I Rzeczpospolitej

Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie myśl, że prawdziwym kresem I Rzeczpospolitej nie był trzeci rozbiór Polski, ale traktat ryski. Do traktatu tamta Polska wciąż żyła w marzeniach wielu mieszkańców dawnego szlacheckiego imperium, choć nie była niepodległa, to jednak istniała potencjalnie jako sen tysięcy polskich dusz gotowych sięgnąć po broń, gdy nadejdzie potrzeba i oddających życie za realizację tego snu, gdy doszło do powstania lub zbrojnej rebelii. Tamta Rzeczpospolita istniała również w stylu życia, w języku, w poczuciu łączności z pokoleniami minionymi. Traktat ryski te marzenia unieważniał, skazywał Polaków żyjących po drugiej stronie granicy na niemal pewną śmierć lub na ucieczkę z ziem, na których żyli z pokolenia na pokolenie. To, czego nie zdołał zniszczyć carat, zniszczyła bolszewicka zaraza. Dramat tamtych Polaków wciąż jest mało znany, choć w pewnym sensie porównywalny do dramatu Polaków, którzy po 1945 roku pozostali na terenach zagrabionych II Rzeczpospolitej. „W pewnym sensie”, bo Polakom współczesnym żyjącym na obszarze dzisiejszej Ukrainy, Litwy czy Białorusi nie grozi śmierć, ale chyba muszą mieć poczucie podobnego osamotnienia jak tamci za granicami II Rzeczpospolitej. Stąd może kuriozalne alianse z Rosjanami, potomkami sprawców ich obecnego losu. 

O dramacie Polaków żyjących na ziemiach dawnego Księstwa Litewskiego, które w Traktacie Ryskim zostały oddane bolszewikom, opowiada wspaniała powieść Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy”. 

Z tą książką najlepiej zaszyć się sam na sam w długie jesienne lub zimowe wieczory, mając pod ręką coś smacznego do podjadania i czajniczek dobrej herbaty. Gdybym czytał tę książkę w dzieciństwie (co było niemożliwe z powodu czasów, na które moje dzieciństwo przypadło) byłoby to jedno z najmilszych wspomnień. Wspomnień, które mógłbym porównać do lektury Trylogii Sienkiewicza – często wówczas chorowałem na gardło i czas spędzany w łóżku umilały mi wyprawy w świat tak odmienny od otaczającej rzeczywistości, a tak jednocześnie bliski. 

Powieść Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy” najlepiej czytać po, przed, a choćby i w trakcie (jeśli kto potrafi) „Dzieciństwa i młodości Tadeusza Irteńskiego”. Ta druga powieść, autorstwa Michała K. Pawlikowskiego, dopełnia w pewnym sensie utwór Czarnyszewicza, choć nie w tym rozumieniu, by dzieło tego drugiego było niekompletne. Można też powiedzieć inaczej – że to proza Czarnyszewicza uzupełnia utwór Pawlikowskiego, choć nie dlatego, by w snutej przez niego gawędzie czegoś brakowało. Po prostu obaj autorzy opisują mniej więcej podobny obszar dawnego Księstwa Litewskiego – tereny obecnej Białorusi – ale jakby z nieco innego punktu widzenia i malując obraz życia dwóch odmiennych warstw społecznych. U autora „Nadberezyńców” jest to szlachta zagrodowa, bliższa sposobem życia chłopstwu niż zamożnej magnaterii. U Pawlikowskiego to ziemiaństwo. W obu powieściach daje się zaś domyślić wątków autobiograficznych, a więc świat tu opisywany był znany autorom z autopsji, nie z literatury czy opowieści innych. Obaj autorzy wreszcie żywo odmalowują czasy i rzeczywistość chyba przez znaczną część Polaków już zapomnianą, przedstawiają schyłek polskiej rzeczywistości, polskiego bytowania, po którym już prawie nie ma śladu, po którym co najwyżej pozostały tu i ówdzie resztki dawnych murów, skrawek ziemi z polskimi grobami lub zgoła nic, jeśli nie liczyć oczywiście znakomitej prozy tych wybitnych, acz mało znanych prozaików. 

Nic dziwnego, że powieść Floriana Czarnyszewicza tak wciągnęła Czesława Miłosza, iż nie mógł się od niej oderwać dopóki nie skończył ostatniego zdania, a przecież składa się ona z trzech tomów – ponad 600 stron druku w obecnym wydaniu! Jest to proza żywa, malownicza, niezwykła i dla współczesnego czytelnika w pewnym sensie egzotyczna. 

W pamięci czytelnika żywo tkwią liczne fragmenty tej opowieści. Dla mnie szczególnie zapadającym w pamięć jest m.in. początek tej niezwykłej epopei przedstawiający małego Staszka i jego dziadka. Ale nie tylko, także przygody Staszka w szkole, jego przyjaźń z Kościkiem, jego sienkiewiczowskie wyprawy z misją do szlacheckich zaścianków, gdzie wykazuje się sprytem godnym Zagłoby albo opis mszy św. odprawionej w miejscu budowanego kościoła, na którą ściągają Polacy z okolicznych zaścianków. Niesamowity passus to wspaniały opis burzy w puszczy, gdy Staszek i Kościk ukrywają się przed bolszewikami. Wieże radiowe Bobrujska majaczące w śnieżnej zadymce to z kolei jeden z mocniejszych obrazów, malowniczych, wręcz bardzo filmowych – jest w nim coś ze snu, ze snu o Polsce wolnej i wspaniałej, ale jednocześnie jakby nierealnej, jakby bliskiej i dalekiej jednocześnie, snu o Polsce, do której z trudem się dąży i do której próbuje się dotrzeć, by tam choć na chwilę odpocząć. Odpocząć – bo życie bohaterów tej książki naznaczone jest od samego początku walką, zmaganiem zarówno z przyrodą, jak i z ludźmi. Ale też w końcu ze złowrogim i zbrodniczym systemem, który powoli zagarnia i niszczy wolny świat i marzenia mieszkańców Smolarni. 

Po tamtym świecie, jak już wspomniałem, nie pozostało praktycznie nic, choć można odnaleźć – także w sieci – jakieś drobne ślady tamtej, zatopionej przez czas, wojny i złowrogie ideologie, rzeczywistości, a także relacje z wyprawy w tamte rejony Polaków zafascynowanych opowieścią Czarnyszewicza. Dla mnie zaskoczeniem było odkrycie na mapie Google’a Smolarni, która zdaje się tkwić w tym samym miejscu, które opisuje autor „Nadberezyńców”. Chciałoby się, aby kiedyś nadeszły czasy, w których w tamtym miejscu mogłoby powstać muzeum tego wielkiego pisarza albo choćby stanąć pamiątkowy obelisk. Ale do tego potrzebne byłoby też żywsze zainteresowanie pisarstwem Czarnyszewicza w samej Polsce. Na szczęście dwa zasłużone dla przywracania pisarzy wyklętych wydawnictwa (Arcana i LTW) zadbały, aby pamięć o jego twórczości nie zaginęła i jeśli się nie mylę, dostępne są już dzięki temu w kraju wszystkie wydane na obczyźnie utwory prozaika, który jeszcze przed wojną wyemigrował do Argentyny. „Nadberezyńcy” cieszą się zresztą już pewną sławą, zwłaszcza w środowiskach konserwatywnych, ale wygląda na to, że i po pozostałe powieści również warto sięgnąć. Zapewne będę miał jeszcze okazję zdać z ich lektury relację. Tymczasem na jesienną słotę i zimowe dni polecam „Nadberezyńców”.

Florian Czarnyszewicz, Nadberezyńcy, Wydawnictwo Arcana, Kraków 2011