środa, 9 lutego 2011
niedziela, 6 lutego 2011
sobota, 5 lutego 2011
piątek, 4 lutego 2011
czwartek, 3 lutego 2011
środa, 2 lutego 2011
wtorek, 1 lutego 2011
poniedziałek, 31 stycznia 2011
niedziela, 30 stycznia 2011
sobota, 29 stycznia 2011
wtorek, 25 stycznia 2011
sobota, 22 stycznia 2011
czwartek, 13 stycznia 2011
Nie są Państwo...
...zadowoleni? A to dlaczego? Przecież ufaliśmy i ufamy, a przyjaźń polsko-rosyjska kwitnie! Czyżbyście zawiedli się na Łobuzie od historii? A taki sympatyczny był! I tak pięknie obejmował Premiera Prymusa! A teraz popsuł mu wakacje!
Ach! Ależ przecież to nie on! To bezstronna i obiektywna komisja! No przecież!
Ach! Ależ przecież to nie on! To bezstronna i obiektywna komisja! No przecież!
sobota, 1 stycznia 2011
Taki był ów rok...
Kiedy 16 lutego zeszłego roku, tuż przed Wielkim Postem, a w ostatni dzień karnawału, zamieściłem na blogu swoją „sztuczkę” – która w zamierzeniu miała być satyrycznym komentarzem na temat czasopisma „Czterdzieści i Cztery” – nie przypuszczałem, że pojawiająca się tam w zakończeniu śmierć w śmiesznym przebraniu Prosiaczka zjawi się osobiście w moim prywatnym życiu, również zrzucając zabawne szatki i ukazując całą swoją grozę. Trzy dni później, w pierwszy piątek Wielkiego Postu, odszedł do Pana mój Tato.
Dokładnie miesiąc po śmierci mojego Taty miałem okazję spotkać niemal twarzą w twarz, na pewnej miłej uroczystości, ważniejszych bohaterów tragedii smoleńskiej. I ponownie: nie sądziłem nawet, że robię im jedne z ostatnich już zdjęć, że już nigdy nie będę miał okazji podać im dłoni i nie tylko dlatego, że zazwyczaj nie miałem sposobności ich spotykać prywatnie. Pamiętam spoconą twarz Władka Stasiaka z uśmiechem powtarzającego tę samą formułkę, ściskającego dłonie... W sali było gorąco... Pamiętam Przemysława Gosiewskiego z uśmiechem pozującego do zdjęcia. Pamiętam zaskoczonego, ale uśmiechniętego Prezydenta RP ściskającego dłoń osoby, której towarzyszyłem, a która chciała w ten sposób wyrazić swoją sympatię i wsparcie. Tym razem nie upłynął miesiąc... Pamiętam tamtą sobotę: kiedy otrzymałem SMS-a z wiadomością o katastrofie smoleńskiej, nie mogłem uwierzyć, nerwowo sprawdzałem informację w internecie...
I pamiętam jeszcze jedną tragiczną sobotę pod koniec lata i SMS-a o niespodziewanej śmierci z dala od kraju polskiego muzyka Irka Grabowskiego. Wiadomość otrzymałem od tej samej osoby, która dała mi znać o tragedii 10 kwietnia. Irek odszedł do Pana dokładnie pół roku po śmierci mojego Ojca, też w piątek.
Taki był ów rok. Takim go zapamiętam. Nie da się go zapamiętać inaczej, choćbyście sobie drwili z politycznej czy też poetyckiej nekrofilii, choćbyście sobie kpili z żałoby i wyliczali, ile dni czy tygodni należy pamiętać o naszych bliskich zmarłych. Taki był ów rok.
Zapamiętam go też z innego powodu, ale to już zupełnie inna historia...
czwartek, 30 grudnia 2010
wtorek, 21 grudnia 2010
A potem już tylko cisza?
Należę chyba do niewielkiej grupy uprzywilejowanych, którzy dostali na własność płytę przedwcześnie zmarłego niedawno polskiego muzyka, skrzypka i pianisty jazzowego Irka Grabowskiego. Płyta to, jak na moje drewniane ucho, pod każdym względem znakomita: dopracowana, spójna, bez zarzutu. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych płyt jazzowych, jakie posiadam w swojej kolekcji. Słuchając jej myślałem z żalem, że Grabowski nie będzie mógł już nagrać kolejnej: ani w duecie z gitarzystą Jérôme Nahonem, ani w jakimkolwiek innym składzie. To po prostu potworna strata. I nie tylko dla polskiej muzyki, ale muzyki światowej w ogóle.
Na płytę Grabowskiego i Nahona składa się 11 znanych standardów, które każdy miłośnik jazzu bez trudu rozpozna. Jest też własna, inspirowana twórczością J.S. Bacha kompozycja polskiego muzyka, zatytułowana po prostu „J.S. Bach”.Już pierwszy utwór autorstwa Sonny Rollinsa pt. „Pent up house” to istny popis, w dobrym słowa tego znaczeniu, wirtuozerii polskiego skrzypka. Jakby Grabowski nie chciał od samego początku pozostawić wątpliwości słuchaczom, że mają do czynienia z mistrzem. I tak jest w kolejnych, krótkich, ale jakże pięknych i pięknie zagranych kompozycjach w aranżacji obu muzyków.
Dla mnie prawdziwym odkryciem natomiast była nowa wersja „My Favourite Things”. Zawsze uwielbiałem to, co z tym motywem ze słynnego musicalu zrobił John Coltrane. I zawsze wydawało mi się, że nikt nie będzie potrafił już wymyślić nic lepszego, a przynajmniej porównywalnego. Tymczasem, w swojej króciutkiej, bo trwającej zaledwie 2 minuty 17 sekund aranżacji, Grabowski pokazał, że można tego dokonać. Mój zachwyt był tak ogromny, że bez żadnej żenady przyznam się, iż zakręciły mi się w oczach łzy. Bo jeśli ktoś dokonuje rzeczy tak rewelacyjnej, to dlaczego Pan Bóg powołuje go już teraz do nieba?
Moje pierwsze wrażenie, to głównie prostota „My Favourite Things” w wykonaniu Grabowskiego i Nahona. Prostota, która jest oznaką prawdziwych mistrzów. Potem przyszły inne skojarzenia. Przede wszystkim z małą dziewczynką, która nuci sobie ten znany utwór. A jeszcze potem z małą dziewczynką na huśtawce. I to powolne zanikanie muzyki, dźwięku skrzypiec na końcu... Jak zamierające wspomnienie z dzieciństwa. Jak powolne odchodzenie: Jeszcze tu jest... Jeszcze przez chwilę słychać. A potem cisza...
PS
Tę krótką notkę napisałem jakiś czas temu. Pomyślałem sobie przed Bożym Narodzeniem, że może jakaś poważna wytwórnia płytowa zainteresuje się jednak tą płytą i może za rok będzie można ją kupić ładnie wydaną w prezencie świątecznym. Może z jakimś materiałem dodatkowym... Tak sobie marzę...
środa, 15 grudnia 2010
wtorek, 14 grudnia 2010
wtorek, 30 listopada 2010
poniedziałek, 29 listopada 2010
sobota, 27 listopada 2010
czwartek, 25 listopada 2010
poniedziałek, 22 listopada 2010
Jak zwykle, zamiast się podniecać
szumem medialnym i sensacyjnymi tytułami oraz doniesieniami na temat tego, co rzekomo papież powiedział na temat moralności seksualnej i kondomów, lepiej poczekać na oryginalną wersję wypowiedzi Ojca Świętego. Można mieć niemal stuprocentową pewność, że prawdziwa wypowiedź brzmiała zupełnie inaczej, została przeinaczona lub wyrwana z kontekstu. Jak w innych przypadkach, tak i w tym najnowszym, który wywołał tyle ekscytacji, ta prosta zasada się sprawdza.
wtorek, 16 listopada 2010
Zagłosuję
Tak, zagłosuję na tych ludzi, którzy obiecają mi, że zlikwidują (i zrobią to!) coś tak durnego, jak tzw. "strefa egzaminacyjna" dla kursów nauki jazdy albo stworzą przynajmniej trzy lub nawet cztery takie strefy w mieście. Do białej gorączki doprawdza mnie i szlag mnie trafia, gdy muszę codziennie pokonywać tor przeszkód w postaci wzmożonego ruchu "eLek" na ulicach i zastanawiać się, jak szybko przeskoczyć blokadę utworzoną przez nie na ulubionych skrzyżowaniach instruktorów nauki jazdy (bo wcale nie egzaminatorów!).
A tym, którzy wymyślili ten idiotyzm nazywany "strefą egzaminacyjną", życzę, by codziennie tkwili w korkach. Zwłaszcza w sztucznych zatorach wywołanych przez początkujących kierowców.
A tym, którzy wymyślili ten idiotyzm nazywany "strefą egzaminacyjną", życzę, by codziennie tkwili w korkach. Zwłaszcza w sztucznych zatorach wywołanych przez początkujących kierowców.
poniedziałek, 15 listopada 2010
sobota, 13 listopada 2010
środa, 3 listopada 2010
poniedziałek, 1 listopada 2010
Pamięci
mojego Taty,
Irka Grabowskiego (którego, niestety, nie miałem okazji poznać bezpośrednio),
Tych, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej.Wierzę, że wciąż są. Mam nadzieję, że po lepszej stronie.
„Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...”
Subskrybuj:
Posty (Atom)





