piątek, 17 stycznia 2020

Współczesna Targowica tańczy na rurze

Dwa skandale z tego tygodnia.

Wielka Orkiestra Świątecznej Przemocy jest wierna hasłu swojego lidera: „Róbta, co chceta”. Dowodzi tego afera wokół show, który został zorganizowany dla dzieci w gminie Męcinka. Skoro „róbta, co chceta”, to można deprawować małe dzieci, pokazując im występ bardziej kwalifikujący się do burdelu niż do przedszkola.

Przy okazji się okazuje, że lider tego „kościoła”, który molestuje nas co roku „dobroczynnością”, nie jest niczemu winny, bo „każdy z organizatorów (...) działa we własnym imieniu”. Jeśli więc następnym razem odbędzie się tzw. „drag queen reading” dla dzieci lub czarna msza z profanacją Najświętszego Sakramentu, to również można będzie się wykpić, że „każdy działa we własnym imieniu”. A przy okazji dodać, że np. w Stanach Zjednoczonych uznano oficjalnie Świątynię Szatana za „kościół” i wyrazić nadzieję, że już wkrótce w Polsce będzie można uczestniczyć w jego diabelskich obrzędach legalnie i z otwartą przyłbicą.

Drugi skandal to głosowanie nad rezolucją, w której europarlamentarzyści skrytykowali Polskę i Węgry za rzekome „łamanie praworządności”. Rezolucję poparła także część polskich posłów. Tutaj szkoda słów. Wystarczy jedno: Targowica. I należy sobie dobrze zapamiętać te nazwiska: Adamowicz, Arłukowicz, Frankowski, Halicki, Hetman, Hübner, Jarubas, Kalinowski, Kopacz, Lewandowski, Łukaciejewska, Sikorski, Thun und Hohenstein, Belka, Cimoszewicz, Spurek, Miller.


Photo by Marius on Unsplash

środa, 15 stycznia 2020

Braun przyjmuje zaproszenie od „Towarzyszki Panienki"

Muszę przyznać, że z dużą przykrością dowiedziałem się o tym, że Grzegorz Braun przyjął zaproszenie do udziału w programie od „Towarzyszki Panienki”, czyli córki Wojciecha Jaruzelskiego. Z jednej strony rozumiem jego motywy, z drugiej strony jednak w tym przypadku kompletnie się z nimi nie zgadzam.

Zacznijmy od tego, że nie ruszają mnie kompletnie oskarżenia o to, że Grzegorz Braun jest „ruskim agentem”, bo udzielił wywiadu jakiemuś „Sputnikowi” czy innym rosyjskim mediom. Braun udziela wywiadów różnym mediom i wprost mówi, co o nich myśli. Bez żenady nazywa „gadzinową” telewizję, w której akurat występuje. Gdybyśmy mieli tak rozumować, to kapłani, którzy udzielają wywiadów „Gazecie Wyborczej” czy „Newsweekowi” powinni z miejsca być objęci ekskomuniką, nie mówiąc już o fakcie zamieszczania na łamach tych mediów jakichś artykułów czy felietonów (co samo w sobie jest skandaliczne).

W ogóle nazywanie Brauna „ruskim agentem” jest idiotyczne. Chyba nikt w polskiej kulturze tak jak Braun nie obnażył zarówno systemu komunistycznego, jak i tego, co dzieje się we współczesnej Rosji. Tymczasem spotkałem się z opinią, że jego filmy to „legendowanie agenta”. Takie rzeczy wypisują ludzie skądinąd inteligentni. Sugerowanie, że twórczość Grzegorza Brauna to uwiarygodnianie ruskiego agenta, jest mniej więcej taką samą bzdurą, jak stwierdzenie, że jego pobyt w Stanach Zjednoczonych czyni go agentem CIA.

Braun z pewnością wykorzystuje te różne media jako platformę, z której może dotrzeć do ludzi, którzy normalnie nie mieliby możliwości poznania jego poglądów bezpośrednio. Tak robią z reguły normalni politycy. Nie ma więc w tym nic dziwnego. Jeśli więc udziela wywiadu ruskiej czy niemieckiej gazecie, nie rusza mnie to – powtórzę.

Jednak w przypadku Jaruzelskiej mam poczucie niesmaku. Takie samo, jakie miałem, gdy do jej domu pospieszył Kukiz, czy wówczas, gdy z dumą obwieszczał swój wywiad z nią Ziemkiewicz. Tutaj nie zgadzam się Braunem kompletnie. Udzielanie wywiadu ludziom pokroju Jaruzelskiej to w rzeczywistości utrzymywanie „na topie” i uwiarygodnianie ludzi z postkomunistycznego establishmentu. Jest ich w mediach sporo. Oni tak naprawdę nie doszli do swoich stanowisk w wyniku ciężkiej pracy, ale dzięki temu, że znaleźli się od początku w korzystniejszej sytuacji od ich rówieśników, którzy nie mieli tatusiów w PZPR czy w milicji. To naprawdę smutne, że prawicowi publicyści i politycy tak ochoczo spieszą, by udzielić wywiadu dzieciom byłych komunistów.

Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, o co mi chodzi, to powiem tak: wiele razy z dużą przykrością myślałem o ostatnich latach moich Rodziców. Ciężko harowali w czasach komuny. W normalnym kraju pewnie mieszkaliby w domku z ogródkiem, a mój Tato jeździłby to pracy własnym autem. Transformacja nie przyniosła im żadnego wynagrodzenia za zmarnowane lata młodości, żadnej rekompensaty. Tymczasem w telewizji mogłem oglądać „brazylijską” parę prezydencką, która na tej transformacji się dorobiła, bo uprzywilejowały ją związki z komunistami. Całkiem niedawno do parlamentu UE wybrano paru byłych komuchów, którzy za swoją lojalność partii powinni być nagrodzeni, jeśli nie celą więzienną, to gorzkimi latami w jakimś obskurnym M-2 bez perspektywy na jakąkolwiek karierę polityczną. Z mediów pouczają mnie, a także obecny rząd, bezwstydni byli członkowie PZPR. Ich dzieci brylują w mediach i jeżdżą na egzotyczne wakacje, gardząc „Januszami”, którzy smażą się na bałtyckiej plaży i jedzą smażonego dorsza... Wystarczy?

Photo by Nikolay Vorobyev on Unsplash


wtorek, 14 stycznia 2020

O pisarzu, który wiedział, gdzie są konfitury

Przeglądając anglojęzyczne strony z wiadomościami, wszedłem też na angielską wersję portalu Polskiego Radia. A tam informacja o polskich książkach polecanych przez „New York Times”. Okazuje się, że niegdyś recenzowany na tym blogu Szczepan Twardoch doczekał się swojej pierwszej książki przełożonej na język angielski.

Nie byłoby w tym wszystkim może nic sensacyjnego ani godnego uwagi, gdyby nie fakt, o czym jest ta książka. Otóż opisuje losy... żydowskiego boksera. Przedwojennego – dodam. Mowa oczywiście o powieści „Król”.

Widzą, już Państwo, o co chodzi? Jeśli ta książka jest faktycznie taka, jak jej opisy, które przejrzałem w Internecie, to można stwierdzić, że Twardoch wie, gdzie są konfitury. Nim sprawdziłem, co w sieci piszczy, pomyślałem sobie, że strategia jest mniej więcej taka, by z tego powstał film. Obojętnie, czy zrobiony przez Hollywood, czy np. przez polskiego reżysera, który jak autor Zimnej wojny będzie windowany do Oscara. Sprawdziłem i proszę! Miałem rację – dowiedziałem się, że powstaje, a w zasadzie już powstał serial na podstawie „Króla”!

Twardoch szybko odrobił lekcje. Zabrało mu to parę lat, ale w końcu „zmądrzał”. Gdyby taki Gabriel Maciejewski (przytaczam go przy takich okazjach nie bez kozery), również „zmądrzał”, to jego książki widniałby na wszystkich wystawach księgarskich, dostawałby propozycje napisania wywiadu z jakimś bokserem, żużlowcem albo innym asem sportu, a o prawa do ekranizacji jego powieści o przedwojennym żydowskim piłkarzu biłyby się główne stacje telewizyjne. No cóż... Maciejewski nie „zmądrzał”. Twardoch tak. Kogo zatem czytam?


sobota, 11 stycznia 2020

Nie żałuję, że głosowałem na Konfederację

Muszę przyznać, że nie żałuję swojej decyzji, by zagłosować na Konfederację w ostatnich wyborach. W dalszym ciągu nie oddałbym głosu na niektórych z polityków tej koalicji, ale wnieśli oni świeży powiew do Sejmu. Ktoś wreszcie mówi raz lepiej, raz gorzej jak prawdziwa prawica, broniąc takich wartości, jak wolność, rodzina, własność, tradycja.

Konfederacja dba o to, by relacje z ich działań ukazywały się w sieci i dzięki temu każdy, kto miał jakieś wątpliwości, może się zorientować dość dobrze, że nie mamy do czynienia z żadnymi „ruskimi agentami” czy „ekstremistami”, ale po prostu z formacją konserwatywną (mniejsza teraz o definicje, co tak naprawdę oznacza konserwatyzm). Polsce potrzebne jest ugrupowanie, które będzie jednocześnie i eurosceptyczne, i będzie bronić podstawowych wolności.

Z Konfederatów moim zdaniem wybija się Grzegorz Braun, który może czasami się zapędza w zbyt długie dywagacje, ale potrafi też sobie z tym radzić, zwłaszcza, gdy jest ograniczony czasem. Jego wypowiedzi są wówczas nie tylko merytoryczne, ale i też wybijają się piękną polszczyzną. Przy okazji swoją wiedzą może zgasić niejednego oponenta. Trochę szkoda, że ucierpi na tym sztuka dokumentu, bo chyba posłowanie nie pozostawia znanemu reżyserowi za dużo czasu na robienie kolejnych filmów.

PiS robi błąd, gdy zastrzega się, że z Konfederacją koalicja jest wykluczona. Już za cztery lata być może będzie musiał się zmierzyć z taką opcją. Co zrobi wówczas? Aliansów z PSL, w którym znaleźli się też byli posłowie PO, raczej im elektorat nie wybaczy.


czwartek, 9 stycznia 2020

Aktorka złożyła ofiarę złotemu cielcowi

Tegoroczna uroczystość wręczenia Złotych Globów zasłynęła z występu komika Ricky’ego Gervaisa, który zadał parę celnych ciosów hipokrytom z Hollywood. Jego występem ekscytują się prawicowe i katolickie media oraz tacy sami komentatorzy, choć należy pamiętać, że nie należy on raczej do miłośników prawicy, a jeśli chodzi o jego poglądy, to jest ateistą, co łatwo sprawdzić w Internecie. W dalszym ciągu nie zmienia to faktu, że uderzył środowisko Hollywood boleśnie.

Zauważył on m.in., że wręczenie nagród nie powinno stać się dla aktorów i aktorek platformą do wygłaszania przemówień politycznych, gdyż po prostu nie są w takiej sytuacji, by móc kogokolwiek pouczać. Jak na ironię, aktorka Michelle Williams wygłosiła właśnie taką mowę polityczną. Można by machnąć na to ręką, w końcu nasze polskie aktorki też wygłaszają różne polityczne opinie, częściej głupie albo bardzo głupie niż mądre. Jednak Williams zachęciła kobiety do popierania aborcji i przyznała, że skorzystała ze swojego „prawa do wyboru”. A to wydaje się sugerować dość jednoznacznie, że dla kariery poświęciła swoje nienarodzone dziecko.


Wśród komentarzy, które pojawiły się potem w mediach, ktoś trafnie skojarzył Złoty Glob z biblijnym złotym cielcem. Można by też wspomnieć o Molochu, któremu w ofierze składano właśnie dzieci. Ktoś inny stwierdził również, że o Złotym Globie dla Williams niedługo nikt nie będzie pamiętać, ale ona będzie pamiętać o swoim nienarodzonym maleństwie do końca życia.

Naprawdę warto było?


środa, 8 stycznia 2020

Jak zostać „ruską onucą”?

Bardzo prosto. Wystarczy zanegować ogólnie podzielaną opinię np. na temat obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Albo sprzeciwić się udziałowi polskich żołnierzy w wojnie, która może wybuchnąć (już wybuchła?) między Stanami Zjednoczonymi a Iranem.

To zadziwiające, jak bardzo zero-jedynkowe jest myślenie skądinąd inteligentnych ludzi, których poglądy w innych sprawach gotów byłbym poprzeć. Wystarczy wejść na fora internetowe, by się o tym dobitnie przekonać. Ogólne wrażenie jest generalnej nawalanki, a nie wymiany myśli. Jakby zarówno zwykli „internauci”, jak i wytrawni komentatorzy polityczni tłukli się maczugami. Tu nie bierze się jeńców. Na dodatek nie chce się dostrzec, że nawet jeśli taki sam pogląd wyrażają np. posłowie Konfederacji i jakiejś lewicowej partyjki, to niekoniecznie robią to z tych samych pobudek ideowych i niekoniecznie ich cele są takie same.

Czy sprzeciw wobec obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski lub zwykła jej krytyka faktycznie dyskwalifikuje kogoś, kto taki pogląd wyraża? Czy rzeczywiście mamy powody do radości w związku z obecnością armii amerykańskiej w Polsce? Kiedy w naszej historii obecność obcej armii na naszej ziemi świadczyła o potędze i sile Polski? Nie mówiąc już o jej niepodległości. Jeśli nawet faktycznie ta armia jest gwarantem istnienia Polski, broni ją przed agresją Rosji, to czy nie jest to smutne?

Radość będziemy mogli wyrazić dopiero wówczas, kiedy ostatni żołnierz amerykański nasz kraj opuści, a Polska ponownie będzie na tyle silna, by stawić opór nawet najlepiej uzbrojonemu przeciwnikowi. Może zatem, zamiast dopatrywać się „ruskich agentów” wśród krytyków stacjonowania obcych wojsk na naszym terytorium, lepiej zastanowić się, czy nie mają oni racji i spytać, jaką mają propozycję alternatywną?

Podobnie jest teraz, kiedy wydaje się nam grozić wojna na dużą skalę. Niektórzy nawet wieszczą, że może się to przekształcić w III wojnę światową. Czy obecność naszych wojsk na terenie Iraku jest faktycznie wskazana? Czy powinniśmy w jakikolwiek sposób uczestniczyć w tym konflikcie? Czy może raczej powinniśmy się zastanowić (i to szybko) nad wycofaniem naszych żołnierzy? Czy nasz ewentualny udział w tej wojnie byłby udziałem w wojnie sprawiedliwej? Stawiam tylko pytania. Jednak nawet postawienie takich pytań może doprowadzić do kolejnej ogólnopolskiej nawalanki maczugami.


wtorek, 7 stycznia 2020

Pożary w Australii niejednemu przygrzały

Pożary w Australii są znakomitym przykładem tego, w jaki sposób można sterować opinią publiczną we współczesnym świecie i jak funkcjonują współczesne media.

Wydawałoby się przede wszystkim, że łatwość i szybkość komunikacji pozwala na przekazywanie prawdziwego obrazu wydarzeń, a tym samym szybkie obalanie zwykłych kłamstw czy półprawd. Nic bardziej mylnego. Oto np. po Internecie i w mediach społecznościowych krążą mapy Australii, które rzekomo pokazują rzeczywisty zasięg pożarów. Stan wydaje się być katastrofalny. Skala tych pożarów budzi skojarzenia apokaliptyczne. Ktoś zwrócił nawet uwagę, że niektóre z tych map opatrzono podpisem sugerującym, że są one zrobione na podstawie zdjęć NASA. Jednak, jak zauważył jeden z amerykańskich komentatorów, gdyby brać te wizualizacje czy rzekome zdjęcia satelitarne na poważnie, to w Australii doszło faktycznie do apokaliptycznej katastrofy. Ów komentator zestawił je bowiem z mapą przedstawiającą gęstość zaludnienia. Gdyby obie mapy na siebie nałożyć, to pożar powinien był pochłonąć niemal całą populację Australii!

Coś nie zgadza się z tą rzekomą apokalipsą również wówczas, jeśli spojrzeć na poprzednie dziesięciolecia. Otóż dane pokazują, że na przełomie 1974 i 1975 roku spłonęło ponad 100 milionów hektarów buszu, a obecnie jest to 6 milionów. Tak przynajmniej twierdzi jeden z użytkowników Internetu, który publikuje stosowną tabelkę z danymi liczbowymi. Można też znaleźć zdjęcia przedwojennej polskiej gazety z artykułem o trwających pożarach w Australii. Według tego artykułu w Australii spłonął tak wielki obszar lasu, jak terytorium Anglii. Nikt nie mówił wówczas o tym, że ów pożar był wywołany zmianami klimatycznymi, których sprawcą jest człowiek. Może ludzie byli wówczas głupsi albo mieli mniej danych? Artykuł jest prawdopodobnie z roku 1939.

Jeszcze niedawno podobną histerię rozpętano w związku z pożarami lasu amazońskiego. Dzisiaj już jakby nikt o tamtym pożarze nie pamięta ani o apokaliptycznych wizjach. Z pomocą obrazów, zdjęć zrobionych i udostępnionych niemal w tym samym czasie na całym świecie łatwo wykreować wrażenie rozgrywającej się na naszych oczach katastrofy. A internauci przerzucają się zdjęciami, tabelkami, wizualizacjami, artykułami... Które z nich są prawdziwe, które zostały sprytnie zrobione w domowym zaciszu przy użyciu współczesnej technologii komputerowej? Trudno powiedzieć. Łatwo wrzucić coś gdzieś w odmętach Internetu, kopiowane i wklejane na nowo szybko dotrze do najdalszych zakątków globu – przynajmniej tam, gdzie jest zasięg sieci komórkowej czy łączy internetowych. Nikt nie dotrze już do źródła. Nikt nie sprawdzi, czy zdjęcia są autentyczne albo czy dotyczą faktycznie tego obszaru świata...

W oparciu o te apokaliptyczne wizje w internetowym morzu ogólnego zamętu wysnuwa się także różne interpretacje, które mogą prowadzić do ośmieszenia religii. Osobiście nie wątpię, że Pan Bóg może się posługiwać czynnikami naturalnymi, by opamiętać pogrążoną w grzechu ludzkość. Ale czy obecne pożary, które ponoć występują w Australii cyklicznie, są faktycznie karą za grzechy? Czy naprawdę za przegłosowanie antycywilizacyjnych ustaw, które umożliwiają eutanazję, tzw. „małżeństwa homoseksualne”, zabijanie nienarodzonych Pan Bóg pokarał Australię katastrofą? Jeśli prawdą są doniesienia o cykliczności tych pożarów, a także o tym, że ich skala nie jest tak nadzwyczajna, jak sugerują media, to można w to wątpić. Wspaniale by było, gdyby to zjawisko doprowadziło do opamiętania się Australijczyków, ale chyba się na to nie zapowiada. Opamiętanie pewnie przyjdzie po tym, jak do prawdziwej katastrofy doprowadzą właśnie skutki wprowadzania w życie tych bezbożnych ustaw. Niektórzy potrafią tę zbliżającą się katastrofę dostrzec, większość ludzkości – w tym liderzy poszczególnych państw – wydaje się być ślepa. Ta katastrofa będzie dużo gorsza niż płonący australijski busz. Pochłonie i pokaleczy wiele istnień ludzkich.

I jeszcze jedno: Wszyscy ekscytują się pożarami w Australii. W nocy z niedzieli na poniedziałek spłonęło hospicjum w Chojnicach na północy Polski. To dużo bliżej niż kraina kangurów. W wyniku tego tragicznego wydarzenia zmarły 4 osoby. 24 trafiły do szpitala. Ile osób to zauważyło? Ile pomyślało o jakiejś pomocy lub choćby modlitwie?


czwartek, 2 stycznia 2020

Nowy rok z papieżem

Wiadomość z przełomu roku, która w dalszym ciągu rozgrzewa media społecznościowe (u nas chyba mniej niż na Zachodzie), to wideo z papieżem, który uderzył dłonie kobiety, gdy ta chwyciła go za ręce. Kobieta pewnie nie zdała sobie sprawy z faktu, że sprawiła ojcu świętemu ból szarpiąc go za ręce. Może chciała mu coś powiedzieć (słychać jak coś do niego woła), a może po prostu chciała choć przez chwilę być blisko kogoś, kogo katolicy traktują jak ojca. Może tylko chciała, by ktoś uwiecznił ją na zdjęciu. Można domniemywać, co nią kierowało, ale chyba nie jest to tutaj istotne. Nie wiem nawet, czy ktoś próbował ją odnaleźć i dowiedzieć się, co czuje i co nią kierowało. Kiedy z żoną w sylwestrowy wieczór zobaczyliśmy ujęcia wykrzywionej twarzy papieża Franciszka z placu św. Piotra, oglądaliśmy to z dużą przykrością.

Przeglądając reakcje komentatorów, spotkałem się z opiniami tych, którzy uważają – często nie bez pewnej satysfakcji – że to prawdziwe oblicze ojca świętego. Z drugiej strony są tacy, którzy bronią papieża, sugerując, że przecież każdy z nas może się zdenerwować, każdemu mogą puścić nerwy. A poza tym papież Franciszek następnego dnia przeprosił za swoje zachowanie, a w zasadzie za zły przykład, jaki podał. Spotkałem się nawet z opinią pewnego krytyka obecnego biskupa Rzymu, który powiedział, że w tym przypadku wyjątkowo pochwala zachowanie ojca świętego.


No cóż... nie będę pisał, że czuję satysfakcję, że wyszło szydło z worka. Bo nie czuję żadnej. Choć mam przeświadczenie, że trudno sobie wyobrazić taki incydent w przypadku Jana Pawła II czy Benedykta XVI, a przecież też uczestniczyli w różnych spotkaniach z ludźmi (chyba żaden do tej pory tak często, jak św. Jan Paweł II). Zgoda też, że każdemu z nas mogą puścić nerwy. A jednak niesmak pozostaje...

Wyobraźmy sobie taką sytuację: dziecko szarpie nas boleśnie za ręce. Pewnie wiele osób zareagowałoby w tej sytuacji tak, jak papież Franciszek. Sądzę jednak, że chwilę potem uświadomiłoby sobie swój błąd. Zwłaszcza, gdyby dziecko się rozpłakało. Normalny rodzic z pewnością szybko by je przytulił, wytłumaczył, że nieświadomie sprawiło mu ból.

Przyznam się, że takiej reakcji oczekiwałem, kiedy oglądałem te zdjęcia z placu św. Piotra. Tymczasem ojciec święty odszedł z wykrzywioną twarzą. Kobieta stała tam zażenowana.

Nie bronię jej, bo w końcu też powinna pomyśleć. Żal, że do takiego incydentu doszło. Nie pierwszy to zresztą przypadek dziwnego zachowania papieża Franciszka. Nie chcę go osądzać. Jednak smutek i żal pozostaje. To prawda: nie jest nadczłowiekiem. Ale chciałoby się, by był wzorem kochającego ojca.


poniedziałek, 30 grudnia 2019

„Ukryte życie” już wkrótce w kinach

Wydaje się, że szykuje się bardzo dobra premiera. „Trailer” filmu Terrence’a Malicka w każdym razie zapowiada dzieło na miarę Cienkiej czerwonej linii czy Drzewa życia. Jak zwykle muzyka i obraz tworzą niezapominalną atmosferę. Jeśli taki będzie cały film, to w lutym warto będzie się wybrać na Ukryte życie. Recenzje z niektórych anglojęzycznych mediów katolickich są entuzjastyczne.


czwartek, 19 grudnia 2019

Jak Grzegorz Braun zaorał i posłów, i Tokarczuk

Polecam wszystkim znakomitą wypowiedź Grzegorza Brauna z posiedzenia komisji kultury na temat noblistki i projektów uhonorowania jej przez Sejm. Wypowiedź fachowa, merytoryczna i pokazująca, że krytyka ubóstwiania Tokarczuk nie jest podyktowana zwykłą niechęcią do lewackiej pisarki. Przy okazji pani Scheuring Wielgus nie straciła szansy do samozaorania się. A mogła przecież milczeć lub wygłosić jedynie uwagi techniczne. Naprawdę warto obejrzeć i posłuchać do samego końca.


poniedziałek, 16 grudnia 2019

Netflix bluźni, nie milczmy!

Pisałem już na swoim blogu o tym, że różne firmy dopuszczają się wszelkiego rodzaju działań, które uderzają w Kościół katolicki i wiarę, która jest nam droga. Wielu katolików i ogólnie chrześcijan nie podejmuje żadnych inicjatyw w odpowiedzi, tak jakby wiara nie stanowiła dla nich nic ważnego. Wielka sieć handlowa będzie eliminować z opisów odniesienia do Bożego Narodzenia, będzie promować homoseksualizm i inne wynaturzenia, ale katolicy w dalszym ciągu będą walić do jej sklepów drzwiami i oknami, tak jakby kawałek tańszej świeczki, talerzyk wyprodukowany w Chinach czy wielki ekran telewizyjny stanowiły większe dobro.

Od kilku dni narasta skandal wokół bluźnierczego filmu dostępnego na platformie Netflixa, w którym nasz Pan przedstawiony jest jako homoseksualista. Film wywołał protesty w Brazylii, gdzie złożono ponad milion podpisów pod petycją sprzeciwiającą się udostępnianiu tego filmu. Produkcja dostępna jest także w Polsce. Założę się, że Netflix nie ośmieliłby się na zamieszczenie filmu obraźliwego dla muzułmanów. Tymczasem robi to w przypadku chrześcijan i to jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Czy wyobrażacie sobie, że ktoś w okolicach ważnego dla was święta, ktoś, kto może często korzysta z waszej gościnności, zaczyna was obrażać i bluzgać, a wy mimo to w dalszym ciągu go zapraszacie i pozwalacie przebywać w Waszym domu? Chyba to mało prawdopodobne.

Dlatego zachęcam tych, którzy mają wykupiony abonament w Netflix’ie do protestu, a najlepiej rezygnacji z ich usług. Naprawdę nie warto płacić tym, którzy nas obrażają. Nie milczmy, nie bądźmy obojętni. Chyba bardziej kochamy naszego Pana, który oddał za nas życie niż możliwość obejrzenia paru fajnych filmów na platformie, która nas nie szanuje i której chodzi jedynie o nasze pieniądze? Oni Go obrażają w dniu Jego święta! Więcej o całej sprawie i petycji można przeczytać m.in. na portalu „Frondy”.


piątek, 13 grudnia 2019

Stan wojenny - warto sobie przypomnieć

Czuły barbarzyńca i licencja na zabijanie

Chyba każdy zdrowo myślący człowiek nie przestanie się dziwić, jak różnej maści „postępowe” lewactwo łączy to wszystko w swojej głowie, jak pracują ich zwoje mózgowe? Oto z jednej strony ogromna czułość dla wszelkiej maści stworzonek: kotków, piesków, dzików, krówek, świnek, a nawet żuczków, a z drugiej bezwzględne domaganie się nieograniczonego prawa do mordowania najniewinniejszych i najbardziej bezbronnych ze wszystkich stworzeń: nienarodzonych dzieci.

Co gorsza dyskusja z nimi nie ma z reguły sensu. Do nich nie docierają żadne argumenty racjonalne, logiczne. To jest myślenie magiczne. Nie trzeba naprawdę posługiwać się racjami religijnymi, by udowodnić, że zabijanie nienarodzonych, zwane eufemistycznie „aborcją”, powinno być zakazane. Na moim blogu przytoczyłem kiedyś argumenty Petera Kreefta, który posługuje się zasadą niesprzeczności i klasycznym rozumowaniem zgodnym z prawami logiki. Tylko tyle: zdrowa logika. Ale ich się to nie chwyta.

Zwolennicy mordowania nienarodzonych dzieci będą mówić wbrew wszelkiej logice, że do chwili narodzin dziecko nie jest człowiekiem. Ani zdjęcia USG, ani próby przekonania ich logiczną argumentacją nie odnoszą skutku. W ich świecie człowiek staje się w magiczny sposób człowiekiem, gdy się urodzi, nie gdy się pocznie.

Ostatnio popis daje m.in. europosłanka Spurek, która popiera organizację „Aborcja bez granic”. Ta sama pani, która użala się nad „gwałconymi” krówkami i innymi stworzonkami, nie ma serca dla bezbronnych dzieci, których jedyną „winą” jest to, że się poczęły. Nieważne, że one też czują ból. Ważne są „prawa kobiet”!

Tak oto Europa stacza się w wieki ciemne, w których rządzi zabobon i myślenie magiczne. Tak oto Europę i cywilizację zachodnią stworzoną przez Kościół katolicki opanowują powoli czuli barbarzyńcy, którzy z zimną krwią skazują na śmierć tysiące niewinnych istnień.


środa, 11 grudnia 2019

Dlaczego Tokarczuk dostała Nobla, czyli: „How dare you?!”

Najpierw próbowałem wysłuchać odczytu naszej noblistki, ale ponieważ szybko się znudziłem, postanowiłem przeczytać. To również wymagało ode mnie dużego samozaparcia. Wykład, jaki wygłosiła pani Olga Tokarczuk przekonał mnie tylko o tym, że skoro nie mam czasu na wiele książek, które chciałbym przeczytać, to szkoda mojego czasu na pisarstwo naszej sławy.

Od samego początku tej lektury towarzyszyło mi poczucie ogromnego banału i świadomość, że skądś to już wszystko znamy. Odczyt Tokarczuk brzmi po prostu jak dobrze napisane wypracowanie zdolnej uczennicy szkoły średniej („mundurek” Tokarczuk i to wężowisko na głowie bardzo kojarzy ją z nastolatką, która jest zbuntowana, ale i grzeczna zarazem). Nie ma w tym wypracowaniu żadnej odkrywczej myśli, za to sporo z myśli cudzych, które autorka doprowadziła do banału. Jak na przykład: „Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera”. Albo jakże „odkrywcze”: „Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy” (na dodatek w tekście to zdanie jest wyróżnione).

Różnica między wypracowaniem nastolatki a Tokarczuk jest może przede wszystkim taka, że prymusi szkolni zaznaczają w swoich pracach cytaty. Olga Tokarczuk wchłonęła te cytaty jak gąbka i stały się one częścią jej osobowości. Co gorsza te cytaty trywializuje tak, że tracą one swą oryginalność. Te powyższe myśli czytaliśmy przecież już gdzie indziej, ale wówczas brzmiały one odkrywczo i kontrowersyjnie, tutaj jedynie banalnie. Nawet opowiedziana na samym początku historyjka o radiu z „zielonym okiem” wydaje się brzmieć bardzo znajomo.

Są tutaj też myśli mocno wątpliwe, słyszane już setki razy („Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej...”!) lub po prostu nieprawdziwe. Oto na przykład autorka stwierdza: „Coś jest ze światem nie tak. To poczucie zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem”. Trudno chyba o większą bzdurę (ponownie pierwsze zdanie tego cytatu jest w oryginale wyróżnione). Domyślam się tylko, że kiedy Chesterton na początku wieku pisał swoje What’s Wrong with the World, to ten trzeźwo myślący człowiek był takim „neurotycznym poetą”!

Innym przykładem nonsensów w tym tekście, wytkniętym zresztą Tokarczuk w prześmiewczym streszczeniu przez jednego z blogerów, są jej dywagacje o gatunkach literackich. Tego by nie napisał już chyba żaden średnio rozgarnięty polonista, choć może mogłoby się to przydarzyć mało oczytanej uczennicy szkoły średniej.

Dołóżmy jeszcze głupstwa autorki o tym, jak to wyprawa Kolumba doprowadziła do zmian klimatycznych, a tym samym do brzemiennych w skutki wydarzeń historycznych, oraz o tym, jak to jesteśmy częścią jednej, połączonej ze sobą całości i mamy w zasadzie kompletny obraz – autorka to taka nasza nieco bardziej „wyrafinowana” wersja Grety Thunberg. Dlatego stwierdziłem, że możemy spokojnie odrzucić teorie spiskowe, jakoby to jury nagrody Nobla postanowiło dokopać Polsce, a zwłaszcza PiS-owi. Im się po prostu spodobało to, co ona pisze, bo ona mówi to samo, co Greta. A i ojcowie synodu amazońskiego, gdyby zorganizowali go po przyznaniu nagrody Nobla, być może cytowaliby w swoim dokumencie roboczym albo końcowym Olgę Tokarczuk.

To wszystko świadczy o jednym: Tokarczuk idzie z Duchem Czasu i dlatego, gdy minie nasza żałosna epoka, nikt jej czytać nie będzie. Smutne jest jedynie to, że nagroda Nobla nada jej głosowi na jakiś czas wagi autorytetu i każda bzdura wypowiedziana o Polsce (o jej antysemityzmie i kolonializmie) będzie słuchana przez świat z nabożnym namaszczeniem. Dlatego też nie będę skakać z radości – jak niektórzy skądinąd trzeźwo oceniający tę twórczość prawicowi krytycy – z powodu Nobla dla Tokarczuk. To raczej nieszczęście. Krótkotrwałe, ale jednak. No i żal tych dzieci, które będą musiały ją obowiązkowo w szkole czytać.


wtorek, 10 grudnia 2019

Ban od Tokarczuk jako wyróżnienie

Na „tłiterze” ogromna ekscytacja. Kolejni użytkownicy tego medium chwalą się banem od Tokarczuk. Zabawne jest to, że wielu z nich twierdzi, że nawet nie zamieścili ani jednego komentarza pod wpisem pisarki.

Takie byłoby to z jej strony (lub administratora jej konta) znajdowanie „punktów widzenia, które nie są ani widoczne, ani oczywiste”. Lepiej niemiłe sercu głosy zagłuszyć, zablokować.

Hm... A może ona potem chce je „znaleźć”, gdy już nie będą „ani widoczne, ani oczywiste”?



środa, 27 listopada 2019

Kłamcie, kłamcie – może coś przylgnie do Polski

Patryk Jaki, który nie jest bohaterem z mojej bajki z powodu jego wsparcia dla in vitro, ostatnio zasłużył na pochwałę za dzielne bronienie Polski przed agresją LGBT na forum Parlamentu Europejskiego. Opublikowane przez niego w mediach społecznościowych nagrania świadczą o paru rzeczach, ale przede wszystkim o dwóch: że politycy z tzw. totalnej opozycji zrobią wiele, by zaszkodzić Polsce i nie uciekną się nawet przed kłamstwem.

Prym wiedzie tutaj „sympatyczny” homoseksualista Robert Biedroń, który opowiada na forum parlamentu UE bzdury i ewidentne kłamstwa o rzekomym prześladowaniu i o tym, że istnieje wiele restauracji, hoteli, sklepów, do których nie może wejść. Na pytanie Jakiego, by wymienił takie lokale podał po dłuższej chwili szukania w komórce nazwę... jednego: „Green Caffe” na Stolarskiej w Krakowie. Tymczasem przynajmniej jeden z użytkowników Twittera sprawdził i stwierdził, że taki lokal nie istnieje w podanej lokalizacji. Można to zresztą zweryfikować samemu na mapie Google’a. Owszem, są dwie Green Caffe Nero, ale na ulicy Pawiej i trzecia przy ul. Szlak. Przy Stolarskiej jest Siesta Cafe.

Jednak nawet gdyby taka kawiarnia istniała przy Stolarskiej to i tak europoseł z partii o wdzięcznej nazwie „Wiosna” łgałby jak pies, o czym wie każdy, kto po prostu w Polsce mieszka i nie ma oczu zaślepionych ideologiczną wścieklizną. To nie pierwsze jego kłamstwo. Poprzednie dotyczyło projektu „Stop pedofilii” i rzekomej „penalizacji edukacji seksualnej” w tym projekcie. „Ordynarnym kłamcą” nazwała Biedronia przy tej okazji Jadwiga Wiśniewska z PiS-u.

Jeśli ktoś się chce przekonać, jak kłamią lub majaczą i przeinaczają inni „totalniacy”, w tym pani, którą do polityki wywindowała tragiczna śmierć jej męża, może sobie poszukać tweetów Jakiego z jego relacjami z parlamentu UE. Bezczelność tych ludzi nie zna granic. Widać liczą na to, że coś do Polski z tego przylgnie, a inne kraje wyrobią sobie opinię o naszej ojczyźnie jako jakimiś zamordystycznym kalifacie. Obrzydliwe i porażające.


poniedziałek, 25 listopada 2019

Jezuita promuje ohydne bluźnierstwo! Gdzie są jego przełożeni?

Amerykański jezuita o. James Martin, znany także w Polsce, ponownie wywołał zgorszenie. Tym razem zamieścił na Twitterze na pozór niewinny komentarz do piątkowego czytania z Ewangelii: „Dzisiaj Jezus wypędza przekupniów ze świątyni (Łk 19). Uczeni od NT mówią, że było to jedno z głównych wydarzeń, które przyspieszyło Jego egzekucję. Jednak Jezus nie jest zastraszony przez swoich przeciwników. Inna Ewangelia mówi, że gorliwość o dom Jego ojca, pochłania Go. Zauważcie także, że Jezus – kontynuuje duchowny – nigdy nie jest zły ze względu na siebie samego (nawet na krzyżu), ale ze względu na innych (tutaj ze względu na znieważenie domu Ojca przez tych, którzy dążą do zysku). Bądź gorliwy w obronie innych, szczególnie ubogich i marginalizowanych oraz wszystkich tych, którzy są bezbronni”.

Wprawdzie ktoś, kto zna aktywność o. Jamesa Martina SJ, mógłby zawahać się przy „marginalizowanych” i „bezbronnych”, czując, że nie są to tak niewinne określenia, jakby się wydawało, ale autor wpisu bez trudu mógłby się wybronić przed wszelkimi zarzutami o nieprawomyślność. Także ilustracja, którą opatrzył swój komentarz, wywołuje mieszane uczucia – Pan Jezus przedstawiony jest na niej jako młodzieniec z grzywką, w garniturze i podkoszulce, który wywraca stół we współczesnym otoczeniu. I znów – co ostrożniejsi mogą czuć, że coś tutaj nie gra, ale stwierdzić, że ostatecznie jest to zaznaczenie nieprzemijającej wymowy tej sceny z Biblii.

Tymczasem duchowny, który niedawno chwalił się półgodzinnym spotkaniem z ojcem świętym, nie pozostawia wątpliwości, jakie są jego prawdziwe intencje. Podał nazwisko autora tej ilustracji, którym jest Douglas Blanchard. Tu już trudno uwierzyć w przypadek, bowiem obraz pochodzi z bluźnierczego i obrzydliwego cyklu „The Passion of Christ: A Gay Vision”, w którym Zbawiciel jest przedstawiony jako młody homoseksualista, a Trójca Święta jako związek dwóch homoseksualistów, których łączy Duch Święty przedstawiony jako kobieta! Pod pozorem dobra amerykański jezuita sieje zgorszenie i promuje ohydne bluźnierstwo.

Naprawdę trudno, by nie wywołało to zgorszenia i oburzenia. Jest to tak wstrząsające, że czytelnik musi się zapytać: Co robią przełożeni o. Jamesa Martina SJ? Czy są ślepi? Naprawdę tego nie widzą? Dlaczego ten ewidentny bluźnierca i heretyk (bo co do tego nie ma już chyba wątpliwości?) dalej prowadzi swobodnie swoją działalność i wprowadza w błąd łatwowiernych, w tym młodzież? Jak długo jeszcze będzie trwać to zgorszenie?

Ci, którzy mają mocne nerwy, mogą dowiedzieć się więcej na portalu „Life Site News”.


piątek, 22 listopada 2019

Nie karmić trolla 02

Pisałem już, że nie ma sensu zamieszczania informacji o pewnej pani z Wrocławia, która jest albo ewidentnie nienormalna, albo zatrzymała się w rozwoju na poziomie nastolatki. Jest wykorzystywana przez większych macherów od niej do tego, by prowokować, by jątrzyć, by w końcu doprowadzić do jakiegoś nieodpowiedzialnego działania ze strony nierozgarniętego młodego człowieka albo wytrąconego z równowagi członka rządzącej koalicji. Będzie „dobrze”, jeśli zakończy się to na jakiejś pyskówce, gorzej, jeśli doprowadzi to do jakiegoś większego nieszczęścia.

Tymczasem jej wygłupy zyskują uwagę mediów prawicowych i wszystkie je nagłaśniają, dodając jej tym samym paliwa do dalszych działań. Powtarzam: Nie karmcie trolla!